Jump to content
Rytus

Moja opowieść :)

Recommended Posts

Rytus

WĘDROWIEC: Honor, przyjaźń i poświęcenie.

 

Wstęp.

 

Niektórzy z was pomyślą, że to tylko bajka, pełna fantastycznych elementów z wyobraźni jakiegoś dziadka. Jednak ja wam mówię, że wszystko to, o czym tutaj powiem wydarzyło się naprawdę. Opowieść toczy się w nieokreślonym czasie, ponieważ nauka z tej historii jest zawsze aktualna. Jest to moment, w którym ludzie już dawno zapomnieli czym jest honor, przyjaźń, poświęcenie. Widziałem to codziennie, bo stale podróżowałem w poszukiwaniu światełka nadziei, miejsca, gdzie znajdę ludzi, którzy przywrócą temu światu pokój. Musiały to być osoby wyjątkowo honorowe, pełne miłości do siebie i gotowe na poświecenie życia dla innych. Szukałem takowe trzydzieści sześć lat i w końcu udało mi się – miałem pewność, że znalazłem odpowiednie. Skąd? Dzięki temu, że spotkałem już różne, wyjątkowo barwne postacie, jestem uczulony na ludzi pustych i próżnych. To nie są żadne magiczne zdolności. Nie jest to także dar. To doświadczenie, którego nie można kupić za żadną cenę, bo jest ono do zdobycia tylko ciężką pracą. Możecie zapytać, co trudnego jest w podróżowaniu. Właściwie to sporo. Zdziwicie się ile przygód spotkało takiego starego człowieka jak ja. A żeby nie być gołosłownym opowiem wam na początek o kilku osobach, które poznałem.

 

Pierwszą z nich był chiński mistrz sztuk walki. Pewnego dnia, gdy postanowiłem odpocząć zatrzymałem się właśnie w jego chacie, w prowincji Jiangxi. Gospodarz, bardzo sympatyczny, odrazu zaparzył mi herbaty i zaczął ze mną rozmawiać po angielsku. Świetnie znam ten język, a więc nie miałem problemów z dogadaniem się. Wyczułem w tym człowieku niesamowity spokój i harmonię, która go otaczała. Przez chwilę pomyślałem, że znalazłem idealnego człowieka, godnego by przyłączyć się do misji ocalenia świata. Gdy wspomniałem o celu mojej podróży, mistrz opowiedział mi pewną historię: "Pewien adept sztuk walki zapytał mnie kiedyś: "Mistrzu, jak ty to robisz, że całe życie wytrzymujesz bez żony, dzieci i przyjaciół? W jaki sposób polubiłeś samotność?". Spojrzałem na niego, uśmiechając się i odpowiedziałem mu: "Mam żonę - sztukę walki, jestem jej wierny bezgranicznie. Mam dzieci - was, uczniów - chcę dla was najlepiej. Przyjaciół też mam: drzewa, kamienie, rzekę". Zdziwiony uczeń ponownie zadał pytanie: "Dlaczego twoimi przyjaciółmi nie są ludzie, ale drzewa, kamienie i rzeka?". Odrzekłem: "Bo przyjaciele muszą się rozumieć i potrafić wysłuchać. Bo przyjaciele muszą ufać sobie i nie zdradzać swoich tajemnic. Rzeka, ona rozumie moją harmonie i płynnośc tak jak ja ją. Ona wskazuje mi drogę. Kamień pojmuje mój spokój, tak jak ja jego. Drzewa sprawiają, że czuje się spokojny o moje tajemnice, które im powierzam. Wiem, że nikomu ich nie zdradzą. Nie potrafią mówić ludzkim językiem.". W tym momencie zrozumiałem, że to nie jest osoba, której szukam. Ten mężczyzna miał już przyjaciół i jego zdaniem takich wśród ludzi nie można znaleźć.

 

Innym razem spotkałem kobietę, która przez cały czas mówiła do siebie w trzeciej osobie. Zapytałem ją: "Dlaczego tak robisz?". Opowiedziała mi pewną historię ze swojego życia, a dokładniej z dzieciństwa: "Ona była wtedy małą dziewczynką. Żyła jak każde inne dziecko...Ale miała trochę innego tatusia, który lubił hazard. Pewnego dnia jacyś panowie zapytali ją, gdzie mieszkają jej rodzice. Ona popełniła wtedy wielki błąd i powiedziała. Ci mężczyźni zabili jej matkę i ojca. Wtedy przyrzekła sobie, że dopóki nie znajdzie zabójców i nie pomści rodziny nie będzie szanowała siebie. Nadała sobie imie Nemo.". Zdziwiony spojrzałem na nią i rzekłem: "Gdybyś im nie powiedziała mogliby cię skrzywdzić". Wtedy Nemo odpowiedziała mi, że mogłaby umrzeć za swoich rodziców. Znalazłem w niej cechę poświęcenia. Niestety jej determinacja, aby pomścić rodziców była tak silna, że zabiła uczucie miłości do ludzi, co przeczy możliwości istnienia przyjaźni między nią a inną osobą.

 

Richard – tak miał na imię mężczyzna, którego poznałem w rosyjskim lesie. Z pochodzenia był amerykaninem. Zapytałem go, co tutaj robi. Powiedział mi, że poluje na dziki. Pomyślałem sobie, że musi być odważny skoro robi to samotnie w tak mrocznym lesie. Kiedy nawiązałem z nim dialog dowiedziałem się, że robi to dla rodziny, która głoduje. Ryzykował swoje życie, ponieważ kochał żonę i dzieci i nie chciał pozwolić, by umarli męczeńską śmiercią. Bo przecież śmierć z powodu braku żywności jest straszna. Lepiej zostać zabitym przez strzał z pistoletu, albo powieszonym niż ginąć powoli i w cierpieniu. Byłem niemal pewny, że znalazłem wlaściwą osobę. Był odważny, poświęcał się, potrafił kochać. Jednak miał rodzinę, której na pewno by nie zostawił. A szkoda, bo takiego człowieka właśnie potrzebowałem.

 

I oto kilka moich małych przygód, które są dowodem na moje doświadczenie. W końcu wróciłem do swojej ojczyzny, do Polski. Straciłem nadzieję na to, że znajdę odpowiednich ludzi. Na moich oczach świat upadał. Szykowała się wojna między mocarstwami, a ja w obawie, że jej skutki mogą dotknąć cały świat popadałem w depresję. Przez całą moją podróż patrzyłem na upadającego, niegdyś potężnego człowieka. Miałem nadzieję, że nowe pokolenie będzie lepsze. Niestety nienawiść wśród młodzieży i dzieci była coraz silniejsza, a dorośli wobec niej coraz słabsi. Kiedyś, gdy płynąłem statkiem do Australii, na pokładzie rozpętał się konflikt. Starsza kobieta zarzuciła pewnemu chłopakowi brak kultury. Młody mężczyzna wstał i pchnął kobietę, bluźniąc jednocześnie. Owa pani wypadła za burtę do strasznie zimnej wody. Mimo szybkiej interwencji ratowników, kobieta dostała zapalenia płuc i zmarła. Dzień wcześniej rozmawiałem z nią. Mówiła mi, że pragnie wrócić do rodziny, która mieszka w Londynie. Niestety jej marzenie się nie spełniło. A to wszystko wskutek zwykłego zwrócenia uwagi. Szkoda.

 

Skąd tyle zła na tym świecie? Istnieją różne religie, które sobie tłumaczą jego istnienie. Ja nie wyznaję żadnej. Dla mnie zło nie ma przyczyny, jest naturalną cześcią tego świata. Bez zła nie byłoby dobra, a bez dobra zła. A neutralnosć zwyczajnie byłaby nudna i wyniknęłoby z niej zło, a wskutek zła dobro. I tak oto mamy błędne koło. Zamknięty obwód bez wyjścia. Więc po co próbuję ocalić świat? Niestety równowaga świata jest coraz bardziej zakłócona. Zło przysłoniło dobro. Szkoda, że tylko ono ma taką moc. Może tak łatwo zwyciężyć, przejąć kontrole nad wszystkimi ludźmi. Dobro tak nie potrafi, nie oszukujmy się – jest słabsze. Dlatego istnieje albo równowaga albo przewaga dla ciemności. I o tym jest właśnie moja opowieść – o przywracaniu porządku.

 

Raz podczas mojej wędrówki spotkałem jasnowidza. Była nim bardzo stara kobieta. Miała do mnie dość dziwną prośbę: chciała, abym poszedł z nią do jej domu i potrzymał ją za rękę. Stwierdziła, że za chwile umrze. Dziwne, bo właśnie wracała z zakupów. Pomyślałem, że to jakaś nawiedzona staruszka. Nie chcąc jej robić przykrości poszedłem za nią. Położyła się na łóżku i kazała podać dłoń. Mówiła, że czekała na mnie całe swoje życie i właśnie jej misja dobiega końca. Zamknęła oczy i po chwili powiedziała: "Twoje przeznaczenie Numeriusie jest wyjątkowe. Odnajdziesz chłopca w najmniej spodziewanym momencie. Będzie to dziecko, którego serce będzie czyste. Twoim zadaniem będzie wychować je na mężczyznę honorowego i gotowego poświęcić się dla innych. Jego imię to...". I wtedy umarła. Byłem przerażony i nie wiedziałem, co o tym myśleć. Zawsze podchodziłem sceptycznie do wszelkiego rodzaju przepowiedni, bo wiem, że wiele z nich się nie spełniało. Przeżyłem już dziesięć końców świata. Właściwie, mógłbym powiedzieć, że jestem nieśmiertelny. Wracając do tej kobiety. Poczułem wtedy pewną nadzieję, zobaczyłem szansę na lepsze jutro.

 

 

CDN

Edited by Rytus

Share this post


Link to post
Share on other sites
Rytus

DZIENNIK WĘDROWCA

 

Rozdział I – Artur.

 

Była zima, śnieg bardzo mocno sypał w oczy, przez co miałem problem z widocznością. Odziany w długi, brązowy płaszcz z kapturem, który znajdował się na mojej głowie, brnąłem przez zaspy do mojego przytulnego domu. Potrzebny był mi odpoczynek we własnym, ciepłym łóżeczku. O tak, wyjątkowo tego pragnąłem. I do tego angielska herbatka prosto z Wielkiej Brytanii. Prawdopodobnie każdy normalny człowiek przy trzydziestu stopniach na minusie tego by właśnie potrzebował. Kominka, w którym płonie ogień i stoliczka, na którym można położyć nogi, aby ogrzać stopy. Wszędzie biel, droga wydawała się nie mieć końca. Jednak czułem, że zbliżam się do celu. Po tylu latach nie byłem pewien czy mój dom w ogóle istnieje. Bo kto miałby się nim opiekować? Żona, której nie miałem? Na pewno nie. Właściwie, nigdy nie ciągnęło mnie, by zakładać rodzinę. Kiedy byłem nastolatkiem, miałem może wtedy jedenaście lat, postawiłem sobie cel przywrócenia dobra na tym świecie. Nie myślałem o dzieciach czy o czymś podobnym. I tak mi zostało do teraz. Ten sam zamiar, te same pragnienia.

 

Idąc tak bez końca po tym śniegu, zacząłem rozmyślać nad historią i tym, jak bardzo świat się zmienił. Zauważyłem, że wszystko się cofa. Po Wielkiej Wojnie, na której zginęło siedemdziesiąt procent ludzkości wskutek różnego rodzaju broni nuklearnych, wszystko uległo "transformacji". Ludzie setki lat zbierali się z gruzów wojny. Taka broń, podobnie jak i palna przestała być produkowana, zgodnie z umową między odbudowującymi się państwami. Człowiek przestraszył się technologii. Zrozumiał jej okropne skutki. Powiedzmy, że powróciło średniowiecze w trochę innej odsłonie. Niestety po jakimś czasie głupota ponownie uderzyła ludziom do głowy. Mocarstwa takie jak Chiny i Rosja próbowały skorzystać ze słabości państw pogrążonych w powojennym chaosie i postanowiły zacząć wprowadzać własne rządy. Dowiedziałem się wcześniej o tym od pewnego Rosjanina, który dał mi także wiele innych, cennych informacji. Czułem, że szykuje się wojna, ale wiedziałem, że jest jeszcze czas, a przynajmniej taką miałem nadzieję. Bo to właśnie ona prowadziła mnie, sprawiała, że nie poddawałem się w poszukiwaniu bohaterów ludzkości.

 

***

Po wielu godzinach samotnej podróży zobaczyłem dom. Pomyślałem sobie, że to może być właśnie mój cel. A nawet jeżeli to nie była moja chatka, zawsze mogłem u kogoś zatrzymać się za kilka monet. Powolnym krokiem zbliżałem się do dość starego budynku, który nie był imponujących wielkości. Kiedy dotarłem do drzwi zobaczyłem, że to jednak nie jest moja przytulna chatka. Tyle trudów i drogi, że żal byłoby nie spróbować przenocować. Uniosłem moją starą, pomarszczoną dłoń, aby zapukać. I w tym właśnie momencie drzwi się otworzyły. W progu domu ujrzałem chłopca, o bujnych, czarnych włosach i niebieskich oczach. Był to szczupły, ale też wysoki młodzieniec. Zadałem mu pytanie o to, czy jest ktoś dorosły w domu. Chłopiec stał nieruchomo i tylko patrzył na mnie. Zobaczyłem w nim coś niesamowitego. Nadzieję. Nie wiedziałem na co, ale czułem ją. Po chwili odezwał się do mnie: "Taty nie ma w domu. Mama nie może tutaj podejść. Czego pan chce?". Odpowiedziałem mu: "Szukam schronienia na noc. Wracam po bardzo długiej podróży. Pomyślałem, że może...". I wtedy młody człowiek przerwał mi mówiąc: "Proszę wejść". Chwilę zastanawiałem się czy to zrobić. W końcu jestem zupełnie obcą osobą, ale jednak zgodziłem się na jego ofertę. Po wejściu do środka, zacząłem się rozglądać. Postanowiłem nawiązać kontakt z dzieckiem i zapytałem o jego imię. Stwierdziło, że nazywa się Artur. W tym właśnie momencie zrobiło mi się słabo i szybko usiadłem na krześle, które znajdowało się w kuchni. Moim oczom ukazał się obraz: zobaczyłem zieloną dolinę, pełną kwitnących kwiatów i wspaniałych drzew. Gdzieś już wcześniej ją widziałem. Stała tam chatka, która była zbudowana z drewna. Od razu skojarzyło mi się to z prowincją Jiangxi. Ujrzałem tam Artura, który uczył się walczyć pod okiem jakiegoś mistrza. Kawałek dalej stałem ja. Kiedy chciałem się przyjrzeć szczegółom, obraz się zmienił. Teraz widziałem moją rękę trzymaną w starych dłoniach. Zrozumiałem, że znalazłem osobę, której poszukiwałem przez całe moje życie. Ocknąłem się i zauważyłem, że ktoś pyta mnie o to, czy wszystko w porządku. To był on, wybraniec i cel moich podróży.

 

Po pewnym czasie, Artur zaprowadził mnie do swojej matki, która leżała w łóżku. Powiedział mi, że jest ciężko chora i od tygodnia w ogóle nie wie, co się wokół niej dzieje. Martwił się, widziałem to w jego oczach. Był też odważny. Wpuścił mnie, mimo, że mnie nie znał. Opiekował się domem. Z jego opowieści dowiedziałem się, że sam chodził po drewno do lasu. To tylko potwierdziło fakt, że jest godny, by ocalić świat. Wracając do jego matki: znałem się na chińskiej medycynie, a więc postanowiłem pomóc tej kobiecie. Podszedłem do niej i zacząłem ją badać, wykonując podstawowe czynności. Sprawdziłem jej rekacje na różne dotyki i puknięcia. Przyłożyłem swoje ucho do ust owej pani i zacząłem sprawdzać tempo oddechu oraz temperaturę, która była bardzo wysoka, około czterdzieści stopni. Kiedy ponownie położyłem dłoń na czole, oczy matki Artura otworzyły się. Na bladej twarzy syna pojawił się uśmiech. Przerażona kobieta zapytała mnie: "Kim Pan jest?". Powiedziałem jej, że podróżuję i chciałem odpocząć. Pogratulowałem kulturalnego syna i zapytałem o objawy, jakie u siebie zauważyła w ostatnim czasie. Mówiła, że nie pamięta i poprosiła swoje dziecko, aby przyniosło misę, bo czuła, że zaraz zacznie wymiotować. Patrząc na nią, wiedziałem już, co z nią jest nie tak. Miała chorobę popromienną. Objawy doskonale pasowały, zastanawiałem się tylko, czym była spowodowana. Gdy Artur powrócił, poprosiłem go, aby poszedł ze mną porozmawiać na osobności. Wiedziałem, że to tylko chłopiec, ale musiałem powiedzieć mu prawdę. "Arturze, powiedz mi... czy twoja matka jest chemikiem?". Nie czekałem długo na odpowiedź: "Tak, jest. W ostatnim czasie kombinowała coś w swojej pracowni". Postanowiłem być twardy i bezpośrednio powiedzieć, co jest grane: "Dziecko, twoja matka umiera i nie mogę nic zrobić. Idź, przytul ją, bądź z nią. Mówię to z ogromnie ciężkim sercem. Przykro mi.". Byłem zdziwiony, bo przyjął to jak mężczyzna. Widziałem, jak w jego oczach gromadzą się łzy, ale nie płakał. A nawet, gdyby tak robił – pozwoliłbym mu na to. Płacz jest wyrażaniem uczuć, a nie można ich gnieździć w sobie. Trzeba dzielić się emocjami. Usiadłem na krześle w kuchni, która była obok pokoju umierającej. Podsłuchałem przypadkiem rozmowę Artura z matką. A może zrobiłem to celowo? Nie pamiętam, to było tak dawno.

- Synek, musisz się trzymać, bądź mężczyzną, nie postępuj jak twój ojciec. Nie stocz się.

- Nie odchodź, błagam cię. To nie może się tak skończyć.

- Kocham cię i pamiętaj o tym, że obiecałam sobie zrobić wszystko, abyś był dobrym chłopcem, myślę, że udało mi się. Nie zniszcz tego! Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziesz...

- Nigdy cię nie zawiodę, przysięgam.

- Mam do ciebię prośbę. Udaj się w kierunku szafki przy komodzie, potem otwórz ją i znajdź złoty łańcuszek, będący pod książkami.

Artur poszedł poszukać przedmiotu, o który poprosiła go matka. Znaleziwszy biżuterię, ponownie usiadł przy łóżku.

- Proszę - powiedział artur.

- Nie, nie dawaj mi, to jest dla ciebie, abyś pamiętał o tym, kim jesteś.

- Ale kim jestem?

- Moim synem, a to już sprawia, że jesteś wspaniały.

- Mamo, to nie może się tak skończyć...

To musi się tak skończyć.

Syn patrzący na umierającą matkę. Widziałem i nie mogłem nic zrobić. Utkwiło to w mojej pamięci, dzisiaj wiem, że był sposób na ratunek dla niej, ale teraz nic już nie zmienię. Tak musiało się stać, takie było jej przeznaczenie, w które właśnie wtedy uwierzyłem. Doskonale wiedziałem, że to, iż "wybraniec" został bez rodziny nie było przypadkiem. Od tego momentu nie było osoby, która trzymała by go w domu.

 

 

Zauważywszy fakt, że matka zmarła, wszedłem do pokoju i rzekłem takie oto słowa: "Arturze! Wszystko na tym świecie ma swój początek i koniec. Dla twojej kochanej rodzicielki nastapił finisz przygody na ziemi. Twoja historia dopiero się zaczyna, bo przed tobą wielkie i heroiczne czyny. Nie obawiaj się, ponieważ istnieje siła wyższa, która zaopiekuje się twoją matką. Musimy pochować zmarłą i opuścić ten dom. Zaopiekuję się tobą i pokażę ci twoją przyszłość". Może bylem zbyt twardy, ale musiałem pokazać mój autorytet i wzbudzić zaufanie. Wziąłem zwłoki na swoje stare ręce i owinąłem je w białą pościel. Kiedy stałem i zastanawiałem się, w co włożyć ciało, chłopak ze łzami odezwał się do mnie: "Mój ojciec był stolarzem i sporo mnie nauczył. Niech pan da mi jedną noc to przygotuję trumnę". Nie zabroniłem mu, ale poszedłem za nim. Może to wydać się dziwne, lecz stałem całą noc w stolarni i przyglądałem się poszczególnym czynnościom Artura. Żal mi było chłopaka. Widziałem ******ące krople łez na drewno, które tak sprawnie ciął siekierą. Czułem tę atmosferę śmierci wszędzie, gdzie tylko się dało. Nie mogłem znieśc tej ciszy, patrzyłem na to wszystko i poraz kolejny poczułem, że mogę zawieść, że nie dam rady. Przypomniała mi się ta wizja, którą miałem, gdy przekroczyłem pierwszy raz próg tego domu. To było wyjątkowe, nigdy mnie coś takiego nie spotkało. Znowu się zawahałem, czy miejsce, które zobaczyłem to na pewno prowincja w Chinach. Pomyślałem, że szkoda byłoby zmarnować czas na tak długą drogę, kiedy każda sekunda jest ważna. Postanowiłem sobie zaufać. Raz się żyje...

 

***

 

Była szósta rano, wszędzie ciemno. Wraz z Arturem wniosłem trumnę do pomieszczenia, w którym znajdowało się ciało jego matki. Kiedy dotarliśmy chłopak rzekł: "Ta trumna nie jest godna mojej matki", a ja odpowiedziałem: "Nieważny jest jej wygląd. Poświęciłeś swoje siły by zbudować nowy dom dla ciała twojej rodzicielki, liczy się twoja praca. To piękny czyn z twojej strony, Arturze.".

Chcąc pokazać, że jestem dobrym człowiekiem, postanowiłem odprawić rytuał pogrzebowy według kultury, z której się wywodzę. Włożyliśmy ciało do trumny i wynieśliśmy je zewnątrz. Ziemia była niesamowicie zamarznięta, a więc mieliśmy ogromny problem z wykopaniem dziury. Na początku intensywnie kruszyliśmy lód, co było bardzo czasochłonne. Osiągneliwszy zamierzony cel, zabraliśmy się za tworzenie dołu, pasującego kształtem do drewnianej trumny. Kiedy wszystkie elementy zostały wykonane a ziemia zasypana, uklęknąłem przed mogiłą i zacząłem odmawiać formułę rytualną: "O siły wyższe i najwyższe, o bogowie i aniołowe. Przyjmijcie duszę tej oto kobiety, Marianny Doromir do zaświatów. Niechaj spoczywa w pokoju.". Następnie wstałem i powiedziałem kilka prostych słów do Artura, które miały go zmotywować: "Dobrze chłopcze. Pakuj manatki do plecaka i ruszamy znaleźć jakieś konie. Przecież nie będziemy iść pieszo do Chin". Na twarzy młodzieńca pojawiło się zdziwienie, a zaraz potem uśmiech. Poszedłem razem z nim do jego pokoju, aby pomóc mu zapakować potrzebne rzeczy. Tak naprawdę chciałem mu opowiedzieć o jego przeznaczeniu. Z natury byłem wyjątkowo niecierpliwy.

- Musimy porozmawiać chłopcze. Jest coś o czym musisz wiedzieć zanim wyruszymy.

- Słucham pana?

- Po pierwsze, od dzisiaj mów mi Numerius. To jest moje imię.

- Dobrze, Numeriusie...A co po drugie?

- Powinieneś zrozumieć dlaczego kierujemy się do Chin i po co tu jestem. Moje przeznaczenie przywiodło mnie do twojego domu, aby zjednoczyć się z twoim.

- O czym ty mówisz?

- Dawniej na świecie panowało okrucieństwo i zło. Naszą planetę pochłonęła wojna z użyciem broni nuklearnej i rozpętało się prawdziwe piekło. W wyniku całego chaosu, około siedemdziesiąt procent ludzkości zginęło. Przez setki lat, aż do teraz, ludzie zbierają się z gruzów wojny, co pewnie sam zauważyłeś. Kiedy byłem chłopcem w podobnym tobie wieku, poczułem, że mam misję na tym świecie. Widziałem, że nasza Ziemia ponownie zmierza ku katastrofie. Czułem, że powoli szykuje się wojna, przez co obiecałem sobie powstrzymać zło i przywrócić pokój. Gdy dorosłem wyruszyłem w długą podróż, która trwała trzydzieści sześć lat. Celem mojej wędrówki było odnalezienie ludzi lub człowieka godnego stanąć w obronie nieba. Jakiś czas temu spotkałem kobietę jasnowidza, która powiedziała, że to ty jesteś tą osobą. Znalazłem cię zupełnie przypadkiem. Niedawno miałem wizję w twoim domu, czuję, iż musimy udać się do mojego starego znajomego, mistrza sztuk walki. Jeszcze nie wiem po co, to się okaże.

- To niemożliwe, abym to był ja. Nie jestem bohaterem, nie potrafię ratować ludzi.

- Jeszcze nie, i na to przyjdzie czas.

 

Nakazałem chłopakowi przespać się do południa, ponieważ sam potrzebowałem odpoczynku. Po wypiciu ciepłej herbaty ulożyłem się wygodnie na łóżku w przedpokoju. Graniczyło to dla mnie z wejściem do raju. Wreszcie poczułem ulgę dla moich starych kości. Zamknąłem moje oczy i stopniowo zapadałem w sen. Niestety coś zakłóciło mój spokój ducha. Zacząłem słyszeć wołanie: "Numeriussssssiiiieeeeee..., chodź tuuuuutaaaajjjjjj". Z początku myślałem, że to jakieś omamy. Niestety owy szept nie pozwalał mi spać. Wstałem i skupiłem się na źródle głosu. Zastanawiałem się skąd pochodzi. Stopniowo podążałem za tajemniczym głosem. Kiedy znalazłem się przed wyjściem z domu, dźwięk był bardzo mocny. Otworzyłem drzwi i opuściłem mieszkanie. To, co ujrzałem sprawiło, że przez kilkanaście sekund stałem jak słup. Moim oczom ukazała się kobieta unosząca się w powietrzu. Miała piękne, anielskie skrzydła. Była cała barwy niebieskiej, a jej ciało otaczała błękitna mgła. Niespotykanie piękna i czarująca. Przemówiła do mnie podniosłym tonem:

"Jestem Andriela, opiekunka harmoni między żywiołami. Dbam o porządek i równowagę świata. Przybywam do ciebie, aby nakierować cię na właściwą drogę, Numeriusie. Udasz się wraz z Arturem do prowincji Jiangxi i tam odnajdziesz mistrz walki, którego niegdyś poznałeś podczas postoju w podróży. Owy człowiek przygotuje chłopaka do walki i nauczy różnych wartości. Ty wyruszysz stamtąd do Egiptu i odnajdziesz jezioro Buhajrat Marjut. Żadnych zbędnych pytań. Ruszajcie jeszcze dzisiaj".

Edited by Rytus

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...