Jump to content

proszę o interpretację snu


norman
 Share

Recommended Posts

Nie jest to mój sen tylko mojej koleżanki. Opowiedziała mi go ponieważ Ja też tam byłem. Więc proszę o pomoc w interpretacji tego snu.

 

Tak więc śniło się jej, że chciałem ją zabić gdy była nad jeziorem. Ja tam byłem z jakimiś czterema chłopakami, tak więc było nas pięciu i każdy miał kaptur na głowie. Jeden z chłopaków dał mi pistolet, ale koleżance nic niezrobiłem, później skoczyłem do wody z jakiejś skarpy. Ja pływałem a resztą chłopaków ją trzymała. Później zaprowadziliśmy Ją do jakiegoś domku i wyszliśmy. Po jakimś czasie wróciłem do tego domku i chciałem z nią o czymś porozmawiać, trzymałem ją za rękę no i potem się obudziła.

 

Mógłby mi ktoś pomóc z tym snem?

Link to comment
Share on other sites

norman, w tym śnie nie koniecznie musi chodzić o Ciebie. Być może ktoś w otoczeniu Twojej koleżanki, zrobił ostatnio coś, co ją zaskoczyło/ zszokowało. Jakaś 'cicha woda' pokazała różki i dziewczyna chciałabym porozmawiać, wiedzieć dlaczego tak się stało.

Takie jest moje wrażenie.

 

 

Pozdrawiam.

Link to comment
Share on other sites

Guest
This topic is now closed to further replies.
 Share

  • Similar Content

    • Ewcia000
      By Ewcia000
      Witam,
      Chcialabym prosic o interpretacje snu. Snilo mi się, że mam wyjsc za mąż, nie bylam zbytnio do tego przekonana. Ale mial byc nastepnego dnia. Rozmawialam z kims i nagle wpadla dziewczyna pokazac mi jaką sukienke wybralam( nie pamietalam najwyrazniej ), bylam zdziwiona, gdyż nie byla ona biala i z dziwnym welonem. Dziewczyna upewniala ze taka wybralam i ze nucilam wtedy jakas piosenkę. Zanucilam sobie ja w myślach i byla o cierpienu rozpaczy, skojarzylam to z tym ślubem,wiec juz wiem o co mi chodzilo i dlaczego ta sukienka jest hmm brzydka jednym slowem. Chyba cos bylo w kosciele jakis epizod ale potem jakby juz wieczorem, miasteczko w ktorym mieszkalam stanelo w plłłomieniach, wszyscy uciekali, ja tez, bylam jakby z rodziną tj maz i dziecko nastoletnie badz siostra, rozdzielilam sie z mezem, dziecko ze mna wskoczyło do wody, musialam je ratowac, nie dawalo oznak zycia i nie wiem co z nim zrobilam bo potem sama juz szukalam wyjscia z sieci rur zeby wyplynac na powierzchnie. Udalo sie trafilam do jakiegos domu i nagle bylam staruszka, i wkoncu ktos mnie odnalazl, rownie stary, przytulal mnie, ja nie rozpoznawalam tej osoby, mozeto byl moj maz. Na tym sie skończyło.
      Z gory dziękuję za interpretacje
    • decadencemoth
      By decadencemoth
      Dzień dobry
      Od dłuższego czasu borykam się z rozwikłaniem zagadki znaczenia mojego snu. Proszę o pomoc bądź wskazówki w zrozumieniu symboli oraz znaczenia snu.
       
      W ciepłą, bezchmurną noc ocknęłam się na brzegu pięknego, spokojnego jeziora. Pełnia księżyca oświetlała liczne egzotyczne krzewy okalające brzeg owej sadzawki. Przechodząc wzdłuż linii brzegowej zauważyłam klatkę, w której uwięzione były trzy kobiety. Niestety nie pamiętam jak do tego doszło, ale w kolejnej scenie postacie te były już wolne. Byłam zdumiona i zaintrygowana. Nawiązując z nimi kontakt zaproponowano mi wejście do jeziora. Nie bałam się głębi wody i związanego z tym niebezpieczeństwa. Weszłam do wody i ku mojemu zdziwieniu zaczęłam rodzić. Nie trwało to jednak długo, szybko znalazłam się na brzegu z nowo narodzonym dzieckiem.
      Gdy stanęłam na brzegu z dzieckiem w rękach spojrzałam w niebo. Na atramentowej tafli sklepienia widziałam znaki i liczby. Kilkakrotnie ktoś mówił mi, że mój syn Vincent urodził się 7 października w roku sokoła, pod drugą gwiazdą. Pamiętam też, że w miejscowości, w której się znajdowałam obowiązywał kult świętego kraba.
      Kolejna scena dotyczy natomiast bezpośredniej interakcji z moim pierworodnym, który nie wyglądał jak noworodek, zaś jak co najmniej 2-letnie dziecko. Potrafił on również mówić, i to jak! Jego głos był delikatnym i jasnym dźwiękiem anielskim. Emanował on boską uzależniającą energią. Byłam pełna miłości do niego, czułam, że nigdy go nie opuszczę i że już zawsze będziemy razem. Jednakże wiedziałam, że ta mała istota jest wielka duchowo, wiedziałam, że przewyższa mnie w każdym niefizycznym aspekcie. Czułam, że został on obdarzony ponad naturalną wiedzą, doświadczeniem i inteligencją. W prezencie podarowałam mu małą, kulistą skałę wulkaniczną. Dziecko przyjęło mój prezent i w tym momencie mój sen dobiegł końca.
       
      Gwoli wyjaśnienia nigdy nie rodziłam oraz nie mam dzieci. Dodatkowo intuicyjnie czuje powiązanie tego snu z mitologią starożytnego Egiptu.
       
      Proszę o pomoc i z góry dziękuję za wszystkie odpowiedzi.
      Pozdrawiam
    • ssandi
      By ssandi
      Witam.
       
      Wczoraj zasnęłam po południu i miałam bardzo dziwny sen. Proszę o jego interpretację, gdyż mnie niepokoi.
       
      Śniło mi się, że szłam przez moje obecne miasto zamieszkania, jednak momentami wyglądało jak zmodyfikowane moje miasto rodzinne. Pisałam smsy z moim chłopakiem, z którym miałam się spotkać na dworcu autobusowym, w kierunku którego zmierzałam. Dodam, że w moim śnie dworzec ten znajdował się w swojej starej lokalizacji, niż tam gdzie jest obecnie położony. Z smsów pamiętam tylko tyle, że dostawałam od chłopaka smsy o treści: "gdzie jesteś?", "za ile będziesz?", a ja odpisywałam coś w stylu "już niedługo".
       
      Przechodziłam przez centrum miasta, które w połowie wyglądało jak miasto mojego obecnego zamieszkania, a w połowie jak zmodyfikowane (tzn. nie wyglądało dokładnie tak jak w rzeczywistości, jednak wiedziałam co to za miasto) miasto rodzinne. Ostatecznie nie dotarłam na dworzec, a mój chłopak nie występował we śnie. Było słonecznie, a niebo bezchmurnie, było ciepło. Drzewa były zielone i miały liście. Nagle zobaczyłam wielu kibiców z mojego rodzinnego miasta, ubranych w pomarańczowe koszulki, którzy śpiewali piosenki kibicowskie. Pamiętam, że było ich bardzo wielu, bardzo dobrze się bawili i stali wzdłuż takiej długiej, podłużnej poręczy na chodniku. Wtedy nagle zjawiła się moja mama i powiedziała, że jakiś kibic ma do mnie pytanie. Okazało się wtedy, że jestem kelnerką i mam na sobie fartuszek. Pamiętam, że zdziwiłam się, że jest ciepło i nie marznę, bo powinna być zima, a było ciepło jak latem, choć zdaje się, gdzieniegdzie leżał śnieg. Podeszłam do baru. Mieścił się w podłużnym drewnianym budynku, na którym były szyldy marek piwa, a na zewnątrz były długie, podłużne, drewniane stoły. Mama wskazała mi kibica, który siedział po drugiej stronie stołu. Miał ok. 30 lat, miał na sobie niebieską koszulkę. Pamiętam, że grzecznie wypytywał mnie o jezioro, a ja udzielałam na nie odpowiedzi, byłam zorientowana w temacie. Nie pamiętam teraz dokładnie treści pytań i odpowiedzi. Jednak ta rozmowa o jeziorze sprawiła, że musiałam się nad nie wybrać, by coś sprawdzić.
       
      Pamiętam, że zeszłam schodkami w dół z piaszczystej górki. Za mną pozostawała część rozrywkowa miasta. Stałam kilkanaście metrów od linii jeziora. Co ciekawe, jezioro znajdowało się w centrum miasta zamieszkania. Była piękna pogoda, ciepło, niebo bezchmurne. Ciężko mi określić wielkość jeziora, ale widziałam tataraki wzdłuż brzegu i jakiś drewniany pomost w tle. Ja znajdowałam się w małej, piaszczystej zatoczcce. Nad samym brzegiem jeziora było drzewa, którego liściaste, zielone gałęzie, zwisały nad taflą wody. Jeziora zaś było czyste, woda niebieska, spokojna. Na plaży krzątało się kilku kibiców, jednak ubranych normalnie, a nie w barwy klubowe, którzy porządkowali teren. W oczy rzuciła mi się biała, przydrożna kapliczka, wewnątrz której była Maryja odziana w niebieskie szaty, wykonująca gest błogosławieństwa. Kapliczka była bardzo blisko brzegu jeziora, na jej szczycie znajdował się mały krzyż. Niedaleko kapliczki, na niewielkim piaszczystym wzniesieniu, był wbity w ziemię krzyż przydrożny z jasnego drewna. Przed nim klęczał biały anioł ze skrzydłami, który się modlił. Wydaje mi się, że przez chwilę na mnie patrzył. Jeden z kibiców w ramach porządkowania terenu, wyrwał krzyż z ziemi i przeniósł go w inne miejsce na plaży.
       
      Jezioro nadal było spokojne, ale wyłoniły się z niego kilka, może 3-4, zombie. Kibice, anioł i kapliczka zniknęli. Wciąż było pogodnie i słonecznie. Wiedziałam, że mam do czynienia z martwymi stworzeniami. Zombie były wielkości młodych, dorosłych mężczyzn. Były ubrane normalnie, jednak ich odzież była zabłocona. Poruszały się bardzo powoli, były ustawione w trójkątnym szyku. Ten, który był najbliżej mnie miał powykręcane, niesymetryczne ciało, powykręcaną zieloną twarz, zdaje się pokrytą bąblami. Nie pamiętam jak wyglądała reszta, jednak też była odrażająca. Zerwałam się z miejsca i szybko pobiegłam do mamy. Siedziała przy stole koło baru, gdzie było pełno ludzi: kibiców i jakiś zwyczajnych. Powiedziałam jej o zbliżających się zombie, które wyłoniły się z jeziora, wiedziałam, że idą tu skrzywdzić ludzi i bardzo się bałam, ale moja mama zbagatelizowała moje wieści, mówiąc, że wymyślam i nie ma się czym przejmować, po czym oddała się dalszej beztroskiej zabawie z kibicami.
       
      Obudziłam się z poczuciem strachu. Kiedy widziałam te zombie, realnie czułam strach.
       
      Od razu mówię, że w rzeczywistości nie mam styczności z kibicami i nie jestem kelnerką. Nie lubię także motywu zombie w filmie czy w literaturze. Jednak ostatnio ciągle słyszę o śmierci osoby dla kogoś bliskiej (np. przed Wielkanocą zmarła mama mojego kolegi). Czy to może być powiązane?
       
      Co ten sen może oznaczać?
       
      Proszę o interpretację.
    • salamina
      By salamina
      Dzisiejszej nocy miałam sen, który wywarł na mnie ogromne wrażenie. Czułam że odnosi się do tego co teraz przeżywam i odsłania pewną część mnie, którą usiłuję poznać. Sama dokonałam pewnej interpretacji, jednak nie mam doświadczenia i nie wiem czy w tym właśnie kontekście będzie ona spójna.
      Sen trwał długo, dotyczył codziennych sytuacji przedstawionych w abstrakcyjny sposób. Właściwy sen zaczął się gdy wyszłam na zewnątrz i zaczęłam iść miejską ulicą. Szłam i szłam, stwierdziłam że przyjemniej będzie jechać rowerem i już nim jechałam. Po drodze minęłam wilka w obroży, który wzbudził moją sympatię, próbowałam go zawołać, ale nie zwracał na mnie uwagi. Dlatego też pojechałam dalej. I dalej. Z czasem minęłam miasto i wjechałam do lasu, co prawda droga wciąż była asfaltowa, jednak z czasem zaczęło brakować na niej miejsca dla mnie i musiałam zjechać na boczną drogę, która biegła równolegle do tej, którą właśnie opuściłam. Jechałam wśród drzew, wciąż szukając jakiejś drogi zjazdowej, którą mogłabym dostać się z powrotem na główną drogę. Jednak ta się nie pojawiała, lub była zbyt błotnista by przejechac nią rowerem. Dlatego stwierdziłam, że pojadę dalej w głąb lasu. Jechałam i podziwiałam widoki, ponieważ dzień był piękny i słoneczny. W pewnym momencie zobaczyłam jezioro, droga którą jechałam nie kończyła się, tylko prowadziłą w głąb jeziora. Dla mnie jednak był to koniec drogi i już zabierałam się żeby obkręcić rower i wrócić tą samą drogą, gdy zauważyłam ile zwierząt znajduje się w tym jeziorze. Bobry, wydry z każdej strony w każdym wieku, nawet młode łapały pyszczkami wodę. I kiedy tak podziwiałam ten obraz i zdecydowałam się zostać usłyszałam złowrogie warczenie psa, był to duży, masywny, ciemny pies, rasy rottweiler, który doskoczył do mnie i chciał się na mnie rzucić. Ogromnie się przeraziłam, pomyślałam że ten pies zaraz mnie rozszarpie i nikt nigdy nie odnajdzie mojego ciała. W tym momencie się obudziłam.
      Jeśli do interpretacji pomoże opis mojej obecnej sytuacji, podzielę się tym prywatnie.
    • greenheels
      By greenheels
      Sen trwał długo i przewinęło się przez niego wiele motywów, ten który mnie zaintrygował wyglądał tak.
      Umówiłam się z koleżankami, z którymi przyjaźniłam się ok 7 lat temu, (teraz raczej nie utrzymujemy kontaktu, a ja dziwię się, że tyle z nimi wytrzymałam, bo nie najlepiej mnie traktowały) w tym śnie również czułam się przy nich jak piąte koło u wozu, ale umówiłam się z nimi na kolację, przed tym poszłąm do domu się ogarnąć jednak musiałam zająć się siostrzeńcem, bo nikogo nie chciał słuchać poza mną ani mnie wypuścić. w między czasie przyszedł mój chłopak i mieliśmy pójść na tę kolację razem. Jednak okazało się, że jestem mocno spóźniona i wskoczyłam w suknię ślubną(nie planowałam ślubu ani w śnie ani w rzeczywistości) i mieliśmy robić zdjęcia i dzięki niej dziewczyny miały nie mieć pretensji i moje spóźnienie, miały to zrozumieć. Restauracja była jakby na wielkim pomoscie unoszącym się na wodzie i gdy tam dotarliśmy koleżanki zaczęły na mnie wrzeszczeć, że oczywiście musialam się spóźnić i one nie mają juz ochoty spedzać ze mną czasu i nie sluchały wyjaśnień więc my też je olaliśmy i mój chłopak zaczął mi robić zdjecia w tej sukni tak, zeby one widziały. Dodam, ze suknia była piękna, śnieżno biała, długa tak, że zakrywała całe szpilki i krój princessa, bez welonu.
×
×
  • Create New...