Jump to content
Guest arkad

Bajeczki z morałem

Recommended Posts

Guest arkad

Dzień dobry Państwu,

w tym temacie będę przeklejał bajki z morałem z wątku

GoldenLine.pl

do którego nie każdy ma dostęp, trza się rejestrować itd., ku pokrzepieniu serc.

Na pierwszy ogień coś o pośpiechu:

"Pewien mnich uskarżał się Bogu, że aż pięć razy dziennie Go odwiedza, a Pan Bóg jeszcze ani razu w życiu nie był u niego. Bóg się uśmiechnął i obiecał, że jutro złoży mu wizytę. Zakonnik zrobił wielkie sprzątanie (takie jak na Wielkanoc), a później czekał na obiecane odwiedziny. W tym czasie trzy razy wzywano go na furtę: do dziecka - dał mu jabłko; do żebraka - obdarował go bochenkiem chleba; do szukającego rady - pożyczył mu książkę. Za każdym razem bardzo się spieszył, aby nie przegapić odwiedzin Dostojnego Gościa. Ale On jakoś nie przychodził.

 

Następnego dnia na modlitwie robi Panu Bogu gorzkie wyrzuty, że nie dotrzymał słowa. Bóg uśmiechnął się, pokazał jabłko, chleb i książkę i powiedział:

 

- Trzy razy chciałem cię odwiedzić, ale za każdym razem nie miałeś dla mnie czasu."

 

Kazimierz Wójtowicz - "Alikwoty"

P.S Zastrzegam sobie prawo do pisania postu pod postem ( o ile to zabronione)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

Korzystając z tego, że nastał kolejny dzień dostajecie kolejną bajeczkę, a nawet dwie

 

"W brzuchu ciężarnej kobiety były bliźniaki. Pierwszy zapytał się drugiego:

- Wierzysz w życie po porodzie?

- Jasne. Coś musi tam być. Mnie się wydaje, że my właśnie po to tu jesteśmy, żeby się przygotować na to co będzie potem.

 

- Głupoty. Żadnego życia po porodzie nie ma. Jak by miało wyglądać?

- No nie wiem, ale będzie więcej światła. Może będziemy biegać, a jeść buzią....

- No to przecież nie ma sensu! Biegać się nie da! A kto widział żeby jeść ustami! Przecież żywi nas pępowina.

- No ja nie wiem, ale zobaczymy mamę a ona się będzie o nas troszczyć.

- Mama? Ty wierzysz w mamę? Kto to według Ciebie w ogóle jest?

- No przecież jest wszędzie wokół nas... Dzięki niej żyjemy. Bez niej by nas nie było.

- Nie wierzę! Żadnej mamy jeszcze nie widziałem czyli jej nie ma...

- No jak to? Przecież jak jesteśmy cicho, możesz posłuchać jak śpiewa, albo poczuć jak głaszcze nasz świat. Wiesz, ja myślę, że prawdziwe życie zaczyna się później."

 

***

 

"W pewnym mieście wszyscy byli zdrowi i szczęśliwi. Każdy z jego mieszkańców rozdawał innym coś, czego coraz bardziej przybywało. Wszyscy swobodnie obdarowywali się Ciepłym i Puchatym wiedząc, że nigdy go nie zabraknie.

 

Matki dawały Ciepłe i Puchate dzieciom, kiedy wracały do domu; żony i mężowie wręczali je sobie na powitanie, po powrocie z pracy, przed snem; nauczyciele rozdawali w szkole, sąsiedzi na ulicy i w sklepie, znajomi przy każdym spotkaniu; nawet groźny szef w pracy nierzadko sięgał do swojego woreczka z Ciepłym i Puchatym. Nikt tam nie chorował i nie umierał, a szczęście i radość mieszkały we wszystkich rodzinach.

 

Pewnego dnia do miasta sprowadziła się zła czarownica, która żyła ze sprzedawania ludziom leków i zaklęć przeciw różnym chorobom i nieszczęściom. Szybko zrozumiała, że nic tu nie zarobi, więc postanowiła działać. Poszła do jednej młodej kobiety i w najgłębszej tajemnicy powiedziała jej, żeby nie szafowała zbytnio swoim Ciepłym i Puchatym, bo się skończy, i żeby uprzedziła o tym swoich bliskich. Kobieta schowała swój woreczek głęboko na dno szafy i do tego samego namówiła męża i dzieci. Stopniowo wiadomość rozeszła się po całym mieście, ludzie poukrywali Ciepłe i Puchate, gdzie kto mógł. Wkrótce zaczęły się tam szerzyć choroby i nieszczęścia, coraz więcej ludzi zaczęło umierać.

 

Czarownica z początku cieszyła się bardzo: drzwi jej domu na dalekim przedmieściu nie zamykały się. Lecz wkrótce wyszło na jaw, że jej specyfiki nie pomagają i ludzie przychodzili coraz rzadziej. Zaczęła więc sprzedawać Zimne i Kolczaste, co trochę pomagało, bo przecież był to-wprawdzie nie najlepszy-ale zawsze jakiś kontakt. Już nie umierali tak szybko, jednak ich życie toczyło się wśród chorób i nieszczęść.

 

I byłoby tak może do dziś, gdyby do miasta nie przyjechała pewna kobieta, która nie znała argumentów czarownicy. Zgodnie ze swoimi zwyczajami zaczęła całymi garściami obdzielać Ciepłym i Puchatym dzieci i sąsiadów. Z początku ludzie dziwili się i nawet nie bardzo chcieli przyjmować- bali się, że będą musieli oddać. Ale kto by tam upilnował dzieci ! Brały, cieszyły się i kiedyś jedno z drugim powyciągały ze schowków swoje woreczki i znów, jak dawniej zaczęły rozdawać.

 

Jeszcze nie wiemy, czym się skończy ta bajka. Jak będzie dalej, zależy od Ciebie."

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

Uwaga, zwiększam częstotliwość bajeczek:

 

Każdego poranka bogaty i wszechpotężny król Bengodi odbierał hołdy swoich poddanych.

W swoim życiu zdobył już wszystko to, co można było zdobyć

i zaczął się trochę nudzić.

 

Pośród różnych poddanych zjawiających się codziennie na dworze,

każdego dnia pojawiał się również punktualnie pewien cichy żebrak.

Przynosił on królowi jabłko, a potem oddalał się równie cicho jak wchodził.

 

Król, który przyzwyczajony był do otrzymywania wspaniałych darów,

przyjmował dar z odrobiną ironii i pobłażania, a gdy tylko żebrak się odwracał,

drwił sobie z niego, a wraz z nim cały dwór.

Jednak żebrak tym się nie zrażał.

 

Powracał każdego dnia, by przekazać królewskim dłoniom kolejny dar.

Król przyjmował go rutynowo

i odkładał jabłko natychmiast do przygotowanego na tę okazję koszyka

znajdującego się blisko tronu.

Były w nim wszystkie jabłka cierpliwie i pokornie przekazywane przez żebraka.

Kosz był już prawie całkiem pełen.

 

Pewnego dnia ulubiona królewska małpa wzięła jedno jabłko i ugryzła je,

po czym plując nim, rzuciła pod nogi króla.

Monarcha oniemiał z wrażenia, gdy dostrzegł wewnątrz jabłka migocącą perłę.

Rozkazał natychmiast, aby otworzono wszystkie owoce z koszyka.

W każdym z nich, znajdowała się taka sama perła.

 

Zdumiony król kazał zaraz przywołać do siebie żebraka i zaczął go przepytywać.

 

"Przynosiłem ci te dary, panie - odpowiedział człowiek - abyś mógł zrozumieć,

że życie obdarza cię każdego dnia niezwykłym prezentem,

którego ty nawet nie dostrzegasz i wyrzucasz do kosza.

Wszystko dlatego, że jesteś otoczony nadmierną ilością bogactw.

Najpiękniejszym ze wszystkich darów jest każdy rozpoczynający się dzień"

 

Bruno Ferrero "Kółka na wodzie"

 

***

 

"Dwa podróżujące anioły zatrzymały się na noc w domu bogatej rodziny. Rodzina była niegrzeczna i odmówiła aniołom nocowania w pokoju dla gości, który znajdował się w ich rezydencji.

W zamian za to anioły dostały miejsce w małej, zimnej piwnicy.

Po przygotowaniu sobie miejsca do spania na twardej podłodze, starszy anioł zobaczył dziurę w ścianie i naprawił ją.

Kiedy młodszy anioł zapytała dlaczego to zrobił, starszy odpowiedział: „Rzeczy nie zawsze są takie na jakie wyglądają.”

Następnej nocy anioły przybyły do biednego, ale bardzo gościnnego domu farmera i jego żony, by tam odpocząć.

Po tym jak farmer podzielił się resztą jedzenia jaką miał, pozwolił spać aniołom w ich własnym łóżku, gdzie mogły sobie odpocząć.

Kiedy następnego dnia wstało słońce, anioły znalazły farmera i jego żonę zapłakanych.

Ich jedyna krowa, której mleko było ich jedynym dochodem, leżała martwa na polu.

Młodszy anioł był w szoku i zapytał starszego anioła:

„Jak mogłeś do tego dopuścić? Pierwsza rodzina miała wszystko i pomogłeś im.” – oskarżył. „Druga rodzina miała niewiele i dzieliła się tym, co miała, a ty pozwoliłeś, aby jedyna ich krowa zdechła.”

„Rzeczy nie zawsze są takie na jakie wyglądają” – odpowiedział starszy anioł.

„Kiedy spędzaliśmy noc w piwnicy tej rezydencji, zauważyłem że w tej dziurze w ścianie było schowane złoto.

Od czasu, kiedy właściciel się dorobił, stał się chciwcem niechętnym do tego, by dzielić się własną fortuną.

W związku z tym zakleiłem tę dziurę w ścianie, by nie mógł znaleźć złota znajdującego się tam.

W noc, którą spędziliśmy w domu biednego farmera, Anioł śmierci przyszedł po jego żonę.

W zamian za nią dałem mu ich krowę. Rzeczy nie zawsze są takie na jakie wyglądają.”

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

dobrze drogie dzieci teraz:

 

JAK BÓG STWORZYŁ MAMĘ

 

Dobry Bóg zdecydował, że stworzy... MATKĘ.

Męczył się z tym już od sześciu dni, kiedy pojawił się przed Nim anioł i zapytał:

- To na nią tracisz tak dużo czasu, tak?

 

Bóg rzekł:

- Owszem, ale czy przeczytałeś dokładnie to zarządzenie?

Posłuchaj, ona musi nadawać się do mycia prania,

lecz nie może być z plastiku... powinna składać się ze stu osiemdziesięciu części,

z których każda musi być wymienialna...

żywić się kawą i resztkami jedzenia z poprzedniego dnia...

umieć pocałować w taki sposób, by wyleczyć wszystko -

od bolącej skaleczonej nogi aż po złamane serce...

no i musi mieć do pracy sześć par rąk.

 

Anioł z niedowierzaniem potrząsnął głową:

 

- Sześć par?

 

- Tak! Ale cała trudność nic polega na rykach

 

- rzekł dobry Bóg.

 

Najbardziej skomplikowane są trzy pary oczu, które musi posiadać mama.

 

- Tak dużo?

 

Bóg przytaknął:

 

-Jedna para, by widzieć wszystko przez zamknięte drzwi,

zamiast pytać: "Dzieci, co tam wyprawiacie?".

Druga para ma być umieszczona z tyłu głowy,

aby mogła widzieć to, czego nie powinna oglądać,

ale o czym koniecznie musi wiedzieć. I jeszcze jedna para,

żeby po kryjomu przesłać spojrzenie synowi,

który wpadł w tarapaty: "Rozumiem to i kocham cię".

 

- Panie - rzekł anioł, kładąc Boga rękę na ramieniu - połóż się spać.

Jutro te jest dzień

 

- Nie mogę odparł Bóg a zresztą już prawie skończyłem.

 

Udało mi się osiągnąć to, że sama zdrowieje, jeśli jest chora,

że potrafi przygotować sobotnio-niedzielny obiad

na sześć osób z pół kilograma mielonego misa

oraz jest w stanie utrzyma pod prysznicem dziewięcioletniego chłopca.

 

Anioł powoli obszedł ze wszystkich stron model matki,

przyglądając mu się uważnie, a potem westchnął:

 

- Jest zbyt delikatna.

 

- Ale za to jaka odporna! - rzekł z zapałem Pan.

 

- Zupełnie nie masz pojęcia o tym,

co potrafi osiągnąć lub wytrzymać taka jedna mama.

 

- Czy umie myśleć?

 

- Nie tylko. Potrafi także zrobić najlepszy użytek z szarych komórek

oraz dochodzić do kompromisów.

 

Anioł pokiwał głową,

podszedł do modelu matki przesunął palcem po jego policzku.

 

- Tutaj coś przecieka - stwierdził.

 

- Nic tutaj nie przecieka - uciął krótko Pan. - To łza.

 

- A do czego to służy?

 

- Wyraża radość, smutek, rozczarowanie, ból, samotność i dumę.

 

- Jesteś genialny! - zawołał anioł.

- Prawdę mówiąc, to nie ja umieściłem tutaj tę łzę

- melancholijnie westchnął Bóg.

 

To nie Bóg stworzył łzy. Dlaczego zatem my mielibyśmy to czynić?

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

dwie bajeczki na dzień dobry

 

W kadłubie pewnego olbrzymiego statku znajdowała się mała śrubka. Malutka i

niezauważalna, która tak samo jak wiele innych, równie mało ważnych śrubek,

łączyła ze sobą olbrzymie metalowe płyty.

 

Podczas długiej podróży przez Ocean Indyjski, mała śrubka stwierdziła, że ma

już dosyć swojej szarej i przez nikogo nie zauważanej egzystencji (przez

wiele lat nie znalazł się nikt, kto by za to wszystko, co robiła, powiedział

chociażby małe <<dziękuję>>). Stwierdziła wówczas: <<Mam tego dość!

Odchodzę!>>.

 

<<Jeśli ty odejdziesz, odejdziemy również my!>>, powiedziały pozostałe

śruby.

 

Rzeczywiście, zaledwie tylko mała śrubka zaczęła tańczyć po swoim niewielkim

mieszkanku, również pozostałym przyszła ochota odkręcenia się. W tym

uwolnieniu pomagała im każda przepływająca fala.

 

Wówczas wszystkie gwoździe, które łączyły ze sobą kadłub statku

protestowały: <<W ten sposób również i my będziemy zmuszeni, aby porzucić

swoje zajęcie...>>.

 

<<Na miłość boską, opamiętajcie się!>>, krzyknęły do śrub metalowe płyty.

<<Jeśli nie będzie nikogo, kto spowoduje, że będziemy się razem trzymały,

nie uda nam się przeżyć!>>.

 

Bunt małej śrubki, która zaczęła odmawiać swojego obowiązku, zaraził w

mgnieniu oka pozostałe części gigantycznego statku.

 

Dziób statku, który wcześniej z odwagą przecinał potężne fale oceanu, zaczął

nagle żałośnie skrzypieć i drżeć.

 

Wtedy to wszystkie płyty, więzy, listwy, śrubki, a nawet malutkie gwoździe,

skierowały swą odezwę do zbuntowanej śrubki, błagając ją, aby zechciała

zaniechać swojego zamiaru:

 

<<Cały statek roztrzaska się, zatonie i nikt z nas nie zobaczy już więcej

ojczyzny>>.

 

Dopiero wówczas mała śrubka poczuła się wreszcie zauważona, zrozumiała

nagle, że jest kimś o wiele ważniejszym, niż myślała. Postanowiła oznajmić

wszystkim, że zdecydowała się pozostać na swoim miejscu.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

„Było to daleko stąd na pewnej farmie.

Któregoś dnia osioł farmera wpadł do głębokiej studni.

Zwierzę krzyczało żałośnie godzinami, nikt nie przyszedł mu z pomocą. A właściciel? Farmer zastanawiał się, co zrobić.

Zdecydował. Zwierzę było stare, a studnię i tak trzeba było zasypać.

Nie warto było wyciągać z niej osła. Zwołał wszystkich swoich sąsiadów do pomocy...

 

Wzięli łopaty i zaczęli zasypywać studnię śmieciami i ziemią.

Z początku osioł zorientował się, co się dzieje i zaczął krzyczeć przerażony. Nagle, ku zdumieniu wszystkich, osioł uspokoił się.

Kilka łopat później farmer zajrzał do studni. Zdumiał się tym, co zobaczył.

Za każdym razem, gdy kolejna porcja śmieci spadała na ośli grzbiet, otrząsnął się i wspinał o krok ku górze.

W miarę, jak sąsiedzi farmera sypali śmieci i ziemię na zwierzę, ono otrzepywało się i wspinało o kolejny krok.

Niebawem wszyscy ze zdumieniem zobaczyli, jak osioł przeskakuje krawędź studni i szczęśliwy, oddala się truchtem!

 

Życie będzie zasypywać Cię śmieciami, każdym rodzajem brudów.

Sposób, aby wydostać się z dołka, to otrząsnąć się i zrobić krok w górę.

Każdy z naszych kłopotów to jeden stopień ku wolności"

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

i w porze obiadowej też coś dostaniecie, a co!

Gdy Józef i Maryja wędrowali do Betlejem, jeden z Aniołów zebrał wszystkie zwierzęta, aby wybrać najbardziej przydatne do niesienia pomocy Świętej Rodzinie w stajence.

 

Jako pierwszy naturalnie zgłosił się lew:

- Jedynie król zwierząt jest godny służyć królowi świata – zaryczał. Stanę u wejścia i rozszarpię każdego, kto się zbliży do stajenki !

- Jesteś zbyt gwałtowny – powiedział Anioł.

 

Zaraz potem zbliżył się lis. Z miną chytrą powiedział:

- Jestem najodpowiedniejszy. Dla Syna Bożego codziennie będę kraśc najlepszy miód i przynosił śliczną kurkę.

- Jesteś zbyt nieuczciwy – powiedział Anioł.

 

Nadszedł paw, dumny i wspaniały.

- Przekształcę tę biedną stajenkę w pałac królewski, piękniejszy od pałacu Salomona.

- Jesteś zbyt pyszny – powiedział Anioł.

 

Wiele zwierząt przeszło przed Aniołem, każde chwaliło swój dar. Na próżno. Anioł nie mógł znaleźć odpowiedniego. Zobaczył jednak, że osiołek i wół nadal pracowały ze spuszczoną głową na polu wieśniaka, w pobliżu groty. Anioł przywołał ich.

 

- A wy nic nie macie do zaoferowania Dzieciątku ?

- Nie – odpowiedział odpowiedział smutno osiołek. Nie nauczyliśmy się niczego po za cierpliwością.

Ale wół nieśmiało, nie podnosząc nawet oczu, powiedział:

- Moglibyśmy jednak od czasu do czasu odpędzić muchy naszymi ogonami.

Anioł uśmiechnął się wreszcie i powiedział.

- Właśnie wy nadajecie się do żłóbka!

 

ps. pokora jednak popłaca:)

 

***

 

"...Pewnego dnia, pewien stary profesor zostal zaangazowany aby

przeprowadzic

kurs dla grupy dwunastu szefow wielkich koncernow amerykanskich, na temat

skutecznego planowania czasu.

Kurs ten był jednym z pieciu modułow przewidzianych na dzien szkolenia.

Stary profesor miał wiec do dyspozycji tylko jedna godzine by wyłozyc

swoj przedmiot.

Stojac przed ta elitarna grupa (ktora byla gotowa zanotowac wszystko,

czego ekspert bedzie nauczał), stary profesor popatrzyl powoli na kazdego

z osobna, nastepnie powiedzial: "Przeprowadzimy doswiadczenie".

Z pod biurka, ktore go oddzielalo od studentow, stary profesor wyjal

wielki dzban (o pojemności 4 litrów), ktory postawił delikatnie przed

soba.

Nastepnie wyjał okolo dwunastu kamieni, wielkości pilki do tenisa, i

delikatnie włozył je kolejno do dzbana.

Gdy dzban był wypełniony po brzegi i niemożliwym było dorzucenie jeszcze

jednego kamienia, podniosl wzrok na swoich studentow i zapytal ich:

"Czy dzban jest pelen?"

Wszyscy odpowiedzieli: "Tak"

Poczekal kilka sekund i dodał: "Na pewno?".

Nastepnie pochylil się znowu i wyjal spod biurka naczynie wypelnione

zwirem.

Delikatnie wysypal zwir na kamienie po czym potrzasnal lekko dzbanem.

Zwir zajal miejsce miedzy kamieniami... az do dna dzbana.

Stary profesor znow podniosl wzrok na audytorium i znow zapytal:

"Czy dzban jest pelen?"

Tym razem studenci zaczeli rozumiec.

Jeden z nich odpowiedzial: "Prawdopodobie nie"

"Dobrze" odpowiedzial stary profesor.

Pochylil się jeszcze raz i wyjal spod biurka naczynie z piaskiem.

Z uwaga wsypal piasek do dzbana. Piasek zajal wolna przestrzen miedzy

kamieniami i zwirem.

Jeszcze raz zapytal: "Czy dzban jest pelen?"

Tym razem, bez zajaknienia, studenci odpowiedzieli chorem:

"Nie"

"Dobrze" odpowiedzial stary profesor.

I tak, jak się spodziewali, wziął butelke wody, ktora stala na biurku

i wypełnił dzban az po brzegi .

Stary profesor podniosl wzrok na grupe studentow i zapytal ich:

"Jaka wielka prawde ukazuje nam to doswiadczenie?"

Niegłupi, najbardziej odwazny z uczniow, biorac pod uwage przedmiot kursu,

odpowiedzial: "To pokazuje, że nawet jesli nasz kalendarz jest calkiem

zapelniony, jesli naprawde chcemy, mozemy dorzucic wiecej spotkan, wiecej

rzeczy do zrobienia".

"Nie" odpowiedzial stary profesor, "To nie o to chodzlło".

"Wielka prawda, ktora przedstawia to doswiadczenie jest nastepujaca:

jesli nie włozymy kamieni, jako pierwszych do dzbana, pozniej nie bedzie

to mozliwe".

Zapanowalo głębokie milczenie, kazdy uswiadomil sobie oczywistosc tego

stwierdzenia.

Stary profesor zapytal ich:

"Co stanowi kamienie w waszym zyciu?" "Wasze zdrowie?" "Wasza rodzina?"

"Przyjaciele?" "Zrealizowanie marzen?" "Robienie tego, co jest Wasza

pasja?" "Uczyc sie?" "Odpoczywac?" "Dac sobie czas...?" "Albo jeszcze cos

innego?"

"Nalezy zapamietac, że najważniejsze jest włozyc swoje KAMIENIE jako

pierwsze do zycia, w przeciwnym wypadku ryzykujemy przegranie własnego

życie .Jesli damy pierwszenstwo drobiazgom (zwir, piasek), wypełnimy życie

drobiazgami i nie bedziemy miec wystarczajaco duzo cennego czasu, by

poswiecic go na

wazne elementy zycia. Zatem nie zapomnijcie zadac sobie pytania:

"Co stanowi kamienie w moim życiu?"

Następnie, włozcie je na poczatku do waszego dzbana (życia)"

Przyjacielskim gestem dloni, stary profesor pozdrowil audytorium

i powoli opuścił salę."

 

P.S nie ważne jak pełne jest Twoje życie, zawsze znajdzie się miejsce na jedno piwo :)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

dwie bajeczki dla lili

 

"Z dwu braci młodszy był żonaty i miał dzieci, starszy nie miał żony i żył samotnie.

Wspólnie uprawiali duże pole, siejąc na nim pszenicę. Gdy nastał czas zbiorów, zżęli zboże i układali snopki w dwie sterty, dla każdego z braci jedną.

Starszy brat obudził się w środku nocy i powiedział do

siebie:

- Mój brat musi troszczyć się o utrzymanie żony i dzieci; właściwie nie powienien brać tak wiele snopków.

Po czym wstał i dołożył część snopków do sterty brata. Wkrótce potem obudził sę młodszy brat i pomyślał sobie w duchu:

- Mój brat nie ma dzieci; kto się o niego zatroszczy, gdy będzie

stary? Właściwie powinienem był wziąć mniej snopków.

I także on podniósł się i dołożył część snopków do sterty brata. Następnego ranka bracia zauważyli, że licza ich snopków nie zmieniła się.

Zdziwili się tym, ale nic do siebie nie powiedzieli. Gdy nastał wieczór każdy z braci postanowił uczynić to samo, co ubiegłej nocy. Los sprawił, że spotkali się w chwili,

gdy jeden drugiemu chciał podrzucić swe snopki.

Poruszeni tak wielką wzajemną życzliwością, objęli się serdecznie.

Zaś Bóg spoglądał na nich z nieba i rzekł: "Święte to miejsce, które stało się świadkiem tak głębokiej braterskiej miłości."

 

***

 

"Po wypełnieniu prostego i pogodnego życia zmarła pewna kobieta i znalazla się natychmiast w długiej i uporządkowanej procesji osób, które przesuwały się powoli w stronę Najwyższego Sędziego.

Przesunąwszy sie do połowy kolejki coraz bardziej przysłuchiwała sie słowom Boga. Słyszala, jak Bóg mówił do kogoś:

- Ty, co mi pomogłeś, kiedy miałem wypadek na drodze i zawiozłeś mnie do szpitala, wstąp do mojego Raju.

Potem mówił do kogoś innego:

- Ty, co bez żadnego zysku pożyczyłeś wdowie pieniądze, wstąp, aby otrzymać wieczną nagrodę.

A potem znów:

- Ty, który wykonywałeś bezpłatnie bardzo skomplikowane operacje

chirurgiczne, pomagając mi przynosić wielu ludziom nadzieję, wstąp do mego Królestwa.

I tak dalej.

Uboga kobieta przeraziła się bardzo, bowiem - choć wysilała się, jak tylko mogła - nie była w stanie przypomnieć sobie żadnego szczególnego dokonania, czy czynu w swoim życiu.

Przepuściła nawet kolejkę, by mieć trochę więcej czasu na penetrowanie swojej pamięci, ale nie wymyśliła niczego ważnego.

Pewien uśmiechnięty, ale stanowczy anioł nie pozwolił jej ponownie

przepuścić długiej kolejki. Z bijącym mocno sercem i z wielkim strachem dotarła przed oblicze Boga. Ogarnął ją natychmiast swoim uśmiechem.

- Ty, która prasowałaś wszystkie moje koszule... Dziel się moją Radością."

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Pewien bardzo bogaty mężczyzna miał wielu dłużników. Będąc już bardzo stary, poprosił pewnego dnia do siebie kilku z nich i powiedział:

- Jeśli nie możecie mi oddać pieniędzy, które mi jesteście winni, a

przysięgniecie mi uroczyście, że oddacie mi je w waszym przyszłym życiu, spalę jeszcze dzisiaj wszystkie weksle, które mi podpisaliscie.

Pierwszy z dłużnikow winien był małą sumę. Przysiągł mu, że w przyszłym życiu będzie koniem swego pożyczkodawcy i że będzie go dźwigał na swoim grzbiecie wszędzie tam, dokąd ten tylko zechce.

Starzec zgodził się na jego propozycję i spalił wszystkie dokumenty świadczące o długu.

Drugi z nich, który był mu winien większą sumę, powiedział:

- Obiecuję ci, że w przyszłym życiu będę twoim wołem. Spłacę

wszystkie moje długi, ciągnac twoje wozy z sianem i pług, który będzie orał twe pole.

Starzec zgodził się na tę propozycję i też spalił weksle

drugiego dłużnika.

W końcu przyszła kolej na dłużnika, który zaciagnął największy dług.

- By zwrócić ci mój dług - powiedział - w przyszłym życiu będę dla ciebie ojcem.

Starzec oburzył się, ze złości złapał kij i już miał go nim

okładać, kiedy ten powstrzymał go, mówiąc:

- Zanim mnie zaczniesz bić, pozwól, że ci to wyjaśnię. Mój dług jest tak wielki, że nie zdołam ci go oddać, stając się

jedynie twoim koniem lub wołem. Dopiero kiedy będę twoim ojcem, będę mógł dla ciebie pracować przez wszystkie dni i noce. Będę cię ochraniał, kiedy będziesz niemowlęciem, i czuwał nad tobą, gdy już będziesz dorosły. Będę się dla ciebie poświęcał w każdej sprawie, będę ryzykował swoje życie po to, by ci niczego nie brakowało, a w dniu mojej śmierci pozostawię ci wszystkie moje bogactwa, które zdołam zgromadzić. Czy to nie więcej niż być dla ciebie koniem lub wołem? Czy to nie jedyny sposób, bym ci splacił wszystkie swoje

długi?"

 

***

 

"Codziennie w południe pewien młody człowiek zjawiał się przy drzwiach kościoła i po kilku minutach odchodził. Nosił kraciastą koszulę i podarte dżinsy, tak jak wszyscy chłopcy w jego wieku. Miał w ręku papierową torebkę z bułkami na obiad.

Proboszcz, trochę nieufny zapytał go kiedyś, po co tu przychodzi. Wiadomo, że w obecnych czasach istnieją ludzie, którzy okradają również kościoły.

- Przychodzę pomodlić się - odpowiedział chłopak.

- Pomodlić się... Jak możesz modlić się tak szybko?

- Och... codziennie zjawiam się w tym kościele w południe i mówię tylko: "Jezu, przyszedł Jim", potem odchodzę. To maleńka modlitwa, ale jestem pewien, że On słucha.

 

W kilka dni później, w wyniku wypadku przy pracy, chłopak został przewieziony do szpitala z bardzo bolesnymi złamaniami. Umieszczono go w pokoju razem z innymi chorymi. Jego przybycie zmieniło oddział. Po kilku dniach, jego pokój stał się miejscem spotkań pacjentów z tego samego korytarza. Młodzi i starzy spotykali się przy jego łóżku, a on miał uśmiech i słowo otuchy dla każdego. Przyszedł odwiedzić go również proboszcz i w towarzystwie pielęgniarki stanął przy łóżku chłopaka.

 

- Powiedziano mi, że jesteś cały pokiereszowany, ale że pomimo to wszystkim dodajesz otuchy. Jak to robisz?

- To dzięki Komuś, Kto przychodzi odwiedzić mnie w południe.

Pielęgniarka przerwała mu:

- Tu nikt nie przychodzi w południe...

- O, tak! Przychodzi tu codziennie i stając w drzwiach mówi:

"Jim, to Ja, Jezus"- i odchodzi."

Bruno Ferrrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

O misiach Pocz :)

 

Przed kilku laty była sobie fabryka, która produkowała misie. Każdy z nich był inny, ale każdy tak

samo śliczny i milutki. Małe dzieci uwielbiały te misie, rodzice kupowali im je na urodziny, imieniny

i Gwiazdkę. Każde dziecko od razu umiało pokochać swojego misia i uważało go za swojego

największego przyjaciela.

Tylko jeden misio był nieudany. Został uszyty z samych resztek materiału. Miał jedno uszko

różowe, drugie zielone, tułów w kwiatki, nóżki w kratkę. Nosek zamiast czarnego wyszedł niebieski,

a oczy, robione już z ostatnich skrawków, były żółte. Misio ten był bardzo miły w dotyku. Cieplutki i

aksamitny, ale nikt tego nie widział, bo nikt nawet nie brał go do ręki.

Biedny Brzydki Misio widział, jak jego koledzy szybko opuszczają sklepowe półki i trafiają do

wesołych, uśmiechniętych dzieci, które bardzo je kochają. Sam stał samotny, już troszkę zakurzony

i myślał sobie: To nic, że mnie nikt nie chce. Najważniejsze, że moi koledzy trafiają w dobre ręce.

Minęła kolejna Gwiazdka i misia nadal nikt nie kupował, aż pewnego dnia do sklepu weszła mała,

może sześcioletnia dziewczynka. Miała na nosie ciemne okulary, chociaż tego dnia wcale nie było

słońca, a w rączce białą, plastikową laseczkę, chociaż wcale nie była staruszką. Weszła do sklepu

ze swoją mamą. Poprosiły o misie. Dziewczynka była niewidoma. Nic nie widziała. Nie znała ani

kolorów, ani nigdy nie widziała tęczy, nie umiała sobie wyobrazić lecących w powietrzu ptaków, ale

za to wszystko umiała zobaczyć rączkami.

Wzięła do rączki najpierw bielusieńkiego misia. Najładniejszego ze wszystkich. Pomacała jego

odstające uszka, dotknęła łebka ; I wzięła następnego, szarego. Ten też nie przypadł jej do gustu,

bo miał troszkę ostre zakończenia łapek. Na samym końcu ekspedientka położyła Brzydkiego Misia,

bo i tak nie liczyła, że kiedyś ktoś go kupi.

- To ten mamusiu! - krzyknęła głośno dziewczynka - To jest mój misio. Mój piękny kochany

misiaczek - i z całej siły go przytuliła, a potem pocałowała w brzydki, niebieski nosek.

Od tej pory dziewczynka i misio nie rozstawali się nigdy. Na leżakowaniu spali pod jedną kołderką,

u dentysty dziewczynka ściskała jego łapki, a kiedy trudno jej było coś zrobić, zawsze pytała o

radę swojego przyjaciela.

Inne dzieci śmiały się, kiedy widziały, jakiego brzydala ze sobą nosi. Ale dziewczynka każdemu

proponowała, żeby wziął misia do ręki. I wtedy działo się coś dziwnego. Przestawał wydawać się

brzydki. Wszystkie dzieci zazdrościły dziewczynce. Pytały ją często skąd wiedziała, że ten misio

jest taki cudowny, tak kochany. Przecież nie mogła tego zobaczyć, bo jest niewidoma. A ona

zawsze im odpowiadała:

- Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

 

***

 

Pewien człowiek wybrał się do lasu, aby znaleźć ptaka, którego chciał wziąć do domu. Znalazł młodego orła, przyniósł go i wsadził do ptasiej zagrody między kury, kaczki i indyki. Dawał mu kurze jedzenie, chociaż był to orzeł, król ptaków.

 

Po 5 latach odwiedził raz tego człowieka pewien przyrodnik. Gdy szli razem przez dziedziniec, zawołał:

"Ten ptak nie jest przecież kurą, to orzeł!"

"Tak - powiedział właściciel - to się zgadza. Ale ja wychowałem go na kurę. On nie jest już orłem, ale kurą, chociaż jego skrzydła mają 3 metry szerokości."

"Nie, powiedział tamten, on jest jednak orłem, gdyż ma serce orła, które każe mu pofrunąć w górę, w przestrzeń."

"Nie, nie, powiedział ów człowiek, on jest teraz prawdziwą kurą i nigdy nie będzie latał jak orzeł."

 

Postanowili jednak zrobić próbę. Przyrodnik wziął orła, uniósł go w górę i powiedział z naciskiem:

"Ty, który jesteś orłem, który należysz do nieba, a nie tylko do tej ziemi, rozwiń swoje skrzydła i pofruń!"

Orzeł siedział na wyciągniętej dłoni i oglądał się. Za sobą zobaczył kury dziobiące ziarna i zeskoczył do nich.

Człowiek powiedział: "Mówiłem ci, że to jest kura."

"Nie, powiedział drugi, on jest orłem. Spróbuję jutro drugi raz."

Następnego dnia wszedł z orłem na dach domu, uniósł go i zawołał: "Orle, który jesteś orłem, rozpostrzyj swoje skrzydła i pofruń!"

Ale orzeł znów obejrzał się na grzebiące w ziemi kury, zeskoczył do nich i grzebał razem z nimi.

Wtedy tamten człowiek powiedział: "Mówiłem ci, że to jest kura!"

"Nic, powiedział drugi, on jest orłem i ma ciągle jeszcze serce orła. Pozwól mi jeszcze jeden jedyny raz spróbować; jutro zachęcę go do latania."

 

Następnego dnia wstał wcześnie rano, wziął orła i wyniósł go z miasta, daleko od domów, do stóp wysokiej góry. Słońce właśnie wschodziło i ozłacalo szczyt góry; wszystkie wierzchołki rozpromieniły się radością uroczego poranka.

Przyrodnik wzniósł orła wysoko i powiedział do niego:

"Orle, ty jesteś orłem. Ty należysz do nieba, a nie tylko do tej ziemi. Rozwiń swoje skrzydła i pofruń!"

Orzeł rozejrzał się, zadrżał cały, jakby weszło w niego nowe życie - ale nie odfrunął. Wtedy przyrodnik odwrócił go tak, że patrzył prosto w słońce. I nagle orzeł rozpostarł swoje potężne skrzydła, wzniósł się z okrzykiem orła, frunął wyżej i wyżej i nie powrócił już nigdy. Był orłem, chociaż został wychowany jak kura i oswojony!

 

Jesteśmy stworzeni na obraz Boga, ale ludzie nauczyli nas myśleć jak kury i często sądzimy, że jesteśmy naprawdę kurami, chociaż jesteśmy orłami. Rozwińmy skrzydła i pofruńmy! I nie dajmy się nigdy zadowolić rzucanymi nam ziarnami.

 

James Aggrey

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Zegar nad informacją na Stacji Centralnej w Nowym Jorku pokazywał godzinę za sześć szóstą.

Wysoki, młody oficer uniósł swoją opaloną twarz i zmrużył oczy, aby sprawdzić dokładny czas.

Serce waliło mu jak młotem, odbierając oddech. Za sześć minut zobaczy kobietę, która przez ostatnie 18 miesięcy zajmowała szczególne miejsce w jego życiu.

Nigdy jej nie widział, a jednak jej słowa bezustannie dodawały mu otuchy. Sierżant Blandford pamiętał szczególnie jeden dzień, najgorszą potyczkę, kiedy jego samolot znalazł się w środku samolotów wroga.

W jednym ze swych listów przyznał się jej, że często czuje lęk. Na kilka dni przed bitwą dostał od niej odpowiedź: "Oczywiście, że się boisz... jak wszyscy odważni mężczyźni.

Następnym razem, gdy zaczniesz w siebie wątpić, chcę byś wyobraził sobie mój głos mówiący: "Choć idę doliną ciemną, zła się nie ulęknę bo Ty jesteś ze mną".

Przypomniał to sobie wtedy i odzyskał siły.

 

Teraz naprawdę miał usłyszeć jej głos. Za cztery minuty. Jakaś dziewczyna przeszła obok niego i odwrócił się za nią.

Miała ze sobą kwiat, ale nie była to czerwona róża, na którą się umówili. Poza tym dziewczyna miała dopiero osiemnaście lat, a Hollis Maynel powiedziała, że ma trzydzieści.

"I co z tego? odpowiedział jej. "Ja mam 32". Choć tak naprawdę miał 29.

 

Poszybował pamięcią do książki, którą czytał na obozie terningowym. "O więziach międzyludzkich" - brzmiał tytuł.

W całej książce znajdowały się notatki pisane kobiecą ręką. Nigdy nie sądził, że jakaś kobieta potrafi zajrzeć w męskie serce tak głęboko i z takim zrozumieniem.

Jej nazwisko znajdowało się na ekslibrisie: Hollis Maynel. Zajrzał do książki telefonicznej miasta Nowy Jork i znalazł jej adres. Napisał. Odpisała.

Następnego dnia został zaokrętowany, ale nie przestali do siebie pisywać. Odpowiadała na jego listy przez 13 miesięcy.

Pisała nawet wtedy, gdy jego listy do niej nie docierały. Żołnierz czuł, że jest w niej zakochany, a ona kochała jego.

 

Jednak odmawiała jego wszystkim prośbom, aby przysłać mu swoją fotografię.

Wyjaśniała: "Jeśli twoje uczucia do mnie nie mają rzeczywistych podstaw, mój wygląd nie ma znaczenia. Może jestem ładna. A jeśli tak, to wykorzystasz to i będziesz chciał się zaangażować.

Taki rodzaj miłości jednak mnie nie zadowala. Przypuśćmy, że jestem zwyczajna (musisz przyznać, że to bardziej prawdopodobne).

Wtedy zaczęłabym podejrzewać, że nie przestajesz do mnie pisać tylko dlatego, że jesteś samotny i nie masz nikogo innego.

Nie, nie proś mnie o zdjęcie. Kiedy przyjedziesz do Nowego Jorku, zobaczysz mnie, a wtedy będziesz mógł podjąć decyzję".

 

Minuta do szóstej. Przekartkował książkę, którą trzymał w ręce. Nagle serce sierżanta Blandforda podskoczyło.

Szła ku niemu młoda kobieta. Była szczupła i wysoka. Miała długie kręcone jasne włosy. Oczy błękitne jak niezapominajki, wargi i podbródek zdradzały siłę woli.

W jasnozielonym kostiumie wyglądała jak wiosna w ludzkiej postaci.

 

Ruszył ku niej, nie chcąc zauważyć, że ona nie ma ze sobą róży, a wtedy na jej ustach pojawił się nikły prowokujący uśmiech. "Idziesz w moją stronę żołnierzu?", wyszeptała.

Zrobił jeszcze jeden krok. I wtedy zobaczył Hollis Maynel. Stała tuż za tą dziewczyną, kobieta po czterdziestce, siwiejące włosy wystawały jej spod zniszczonego kapelusza.

Była tęga. Jej stopy o spuchniętych kostkach tkwiły w wydeptanych butach bez obcasów.

Ale przy swoim zniszczonym płaszczu miała przypiętą czerwoną różę. Dziewczyna w zielonym kostiumie szybko odeszła.

 

Blandford poczuł, jakby miał rozszczepić się na dwoje. Pragnął iść za dziewczyną, równie głęboko tęsknił za kobietą, której duch towarzyszył mu i podtrzymywał w trudnych chwilach.

I oto stała tu. Widział jej bladą twarz, łagodną i wrażliwą, szare oczy z ciepłymi iskierkami.

 

Sierżant Blandford nie wahał się. Jego palce zacisnęły się na egzemplarzu zniszczonej książki, który miał być dla niej znakiem rozpoznawczym.

Może nie będzie to miłość, ale na pewno coś szczególnego, przyjaźń, za którą był i musi być jej wdzięczny.

 

Wyprostował ramiona, zasalutował i wyciągnął książkę ku kobiecie, choć w środku czuł gorycz rozczarowania.

 

- Jestem sierżant Blandford, a pani jest panią Maynel. Bardzo się cieszę, że mogliśmy się spotkać. Czy wolno mi... czy wolno mi zabrać panią na obiad?

Twarz kobiety poszerzyła się w wyrozumiałym uśmiechu.

- Synu, nie wiem o co chodzi - odezwała się - ale ta młoda dama w zielonym kostiumie prosiła, abym przypięła sobie tę różę do płaszcza.

Powiedziała, że jeśli zaprosi mnie pan na obiad, to mam panu przekazać, że ona czeka w tej restauracji po drugiej stronie ulicy.

Powiedziała, że był to rodzaj próby."

 

S.I. Kishor

 

***

 

"Ubogi Żyd, właściciel sklepiku, wyznał zmartwiony rabinowi swoje obawy i kłopoty.

Oto dokładnie naprzeciwko jego "interesu" powstał wielki supermarket, czyli potężna konkurencja, której nie wytrzyma mały sklepik.

Od lat należy ten kantorek do naszej rodziny - tłumaczył i jeżeli stracę klientów, oznacza to dla mnie kompletną ruinę, gdyż do niczego innego się nie nadaje.

Rabin słuchał uważnie, a potem odezwał się z namaszczeniem:

- Jeżeli boisz się właściciela supermarketu, będzie go nienawidził. I właśnie nienawiść stanie się twoją ruiną!

- Co mam więc robić? - zapytał zrozpaczony sklepikarz.

- Każdego ranka wychodź na chodnik - odpowiedział mistrz i błogosław swemu "interesowi", aby dobrze prosperował. Potem odwróć się i błogosław tak samo sklep naprzeciwko!

- Co?! - nie wytrzymał kupiec - mam błogosławić swego konkurenta i niszczyciela?

- Każde błogosławieństwo - tłumaczył uczony mąż - jakie dzięki tobie stanie się jego udziałem, powróci do ciebie. Ale i wszelkie zło, jakie ściągniesz na niego, wróci do ciebie i zniszczy cię doszczętnie.

 

Za pół roku zjawił się ten sam sklepikarz, aby rabinowi donieść, że rzeczywiście jak przewidywał musiał zwinąć swój "interes", ale teraz jest dyrektorem supermarketu i powodzi mu się lepiej niż przedtem!"

 

"Musimy nauczyć się żyć jak bracia,

jeśli nie chcemy zginąć razem jak szaleńcy." (Martin Luther King)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

Dzień dobry :)

 

"Pewien młodzieniec chwalił się że ma najpiękniejsze serce w dolinie.

Chwalił się nim na rynku i zebrał się ogromny tłum by je podziwiać bowiem było w swym kształcie perfekcyjne. Nie miało żadnej skazy, było przepiękne, gładkie i błyszczące.

Biło bardzo żywo. Chłopak krzyczał na cały głos że nikt nie ma piękniejszego serca od niego i wszyscy mu potakiwali bowiem jego serce było idealne.

Jednak w pewnym momencie jakiś strzec z tłumu krzyknął:

- Dlaczego twierdzisz że twoje serce jest najpiękniejsze skoro moje jest o wiele piękniejsze od twojego.

Młodzieniec bardzo się zdziwił słysząc te słowa a potem spojrzał na serce starca i się zaśmiał.

Serce starca biło bardzo żywo, być może nawet żywiej od serca młodzieńca ale było to serce poorane rozlicznymi bruzdami, serce w którym było wiele brakujących kawałków.

Wiele tez w nim było kawałków które do tegoż serca nie pasowały. Było to serce brzydkie które w żaden sposób nie mogło się równać z nieskazitelnym sercem młodzieńca.

Chłopak zapytał się dlaczego starzec uważa że jego serce jest piękniejsze skoro wszyscy widzą, że nie jest ono nawet w części tak piękne jak jego własne serce.

Wtedy starzec rzekł, że w życiu nie zamieniłby tego serca na serce młodzieńca. Powiedział też aby młodzieniec spojrzał na jego serce i wskazując na blizny rzekł:

- Widzisz te blizny i brakujące kawałki.

Nie ma ich tu dlatego, że ofiarowałem je z miłości dla wielu osób a niesie to ryzyko bo często się zdarza, że sami ofiarowujemy uczucie dla innych , ale oni nie dają nam nic w zamian.

Stąd te blizny bo choć dałem im cześć swojego serca, oni nie dali mi nic. Jeśli natomiast spojrzysz uważnie dostrzeżesz, że wiele kawałków do mojego serca niezupełnie pasuje.

Są to kawałki serca innych, które oni mi ofiarowali i które znalazły stałe miejsce w moim sercu.

Dlatego moje serce jest piękniejsze od twojego. Natomiast te bruzdy, które widzisz zrobili ludzie nieczuli, ludzie, którzy mnie zranili.

Wtedy młodzieniec spojrzał na starca, zrozumiał i zapłakał. Potem wziął kawałek swojego przepięknego serca i ofiarował go starcowi, a starzec zrobił to samo.

Padli sobie w ramiona i rozpłakali się po czym odeszli razem w wielkiej przyjaźni.

Młodzieniec włożył część serca starca do swojego serca w miejsce brakującego kawałka który dał starcowi.

Ten nowy kawałek pasował tam, choć nie idealnie, co zmąciło doskonałą harmonię serca młodzieńca.

Nigdy jednak wcześniej serce młodzieńca nie było tak piękne jak w tym momencie i młodzieniec dopiero teraz to zrozumiał."

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Piekło było już prawie całkiem zapełnione, a przed jego bramą oczekiwało jeszcze na wejście wiele osób.

Diabeł nie miał innego rozwiązania sytuacji jak tylko zablokować drzwi przed nowymi kandydatami.

- Pozostało tylko jedno miejsce, i jak się rozumie, może je zając tylko ktoś z was, kto był największym grzesznikiem, powiedział.

- Czy jest wśród zgromadzonych jakiś zawodowy morderca? zapytał.

Ale nie słysząc pozytywnej odpowiedzi, zmuszony był przystąpić do egzaminowania wszystkich stojących w kolejce grzeszników.

W pewnym momencie swój wzrok skierował na jednego z nich, który umknął wcześniej jego uwadze.

- A ty, co zrobiłeś? zapytał go.

- Nic. Jestem uczciwym człowiekiem a znalazłem się tutaj jedynie przez przypadek.

- Niemożliwe. Musiałeś jednak coś zawinić.

- Tak. To prawda, powiedział zmartwiony człowiek - starałem się być zawsze jak najdalej od grzechu. Widziałem jak jedni krzywdzili drugich ale sam nie brałem w tym udziału. Widziałem dzieci umierające z głodu i sprzedawane a najsłabsze z nich traktowano jak śmieci. Byłem świadkiem, jak ludzie czynili sobie wzajemne świństwa i oskarżali się. Jedynie ja wolny byłem od pokus i nic nie czyniłem. Nigdy.

- Naprawdę nigdy? zapytał z niedowierzaniem diabeł

- Czy to rzeczywiście prawda, że widziałeś to wszystko na swoje własne oczy?

- Jak najbardziej!

- I naprawdę nic nie zrobiłeś, powtórzył jeszcze raz diabeł.

- Absolutnie nic!

Diabeł zaśmiał się ze zdziwienia: - Wejdź, mój przyjacielu. Ostatnie wolne miejsce należy do ciebie!

 

Pewien święty, przechodząc kiedyś przez miasto, spotkał dziewczynkę w podartym ubranku, który prosiła o jałmużnę. Zwrócił się wtedy do Boga:

- Panie, dlaczego pozwalasz na coś takiego? Proszę Cię, zrób coś.

Wieczorem w dzienniku telewizyjnym zobaczył mordujących się ludzi, oczy konających dzieci i ich biedne wycieńczone ciała. I znów zwrócił się do Boga: - Panie, zobacz ile biedy. Zrób coś!

Nocą, święty człowiek usłyszał głos Pana, który mówił:

- Zrobiłem już coś: stworzyłem ciebie!"

Share this post


Link to post
Share on other sites
lioness

Arkad-świetny wątek!

W wolnej chwili,jeżeli pozwolisz sie tu wcisnąć,to wkleję "swoją" bajkę.Bajka,nie bajka,ale w każdej bajce jest ziarnko prawdy...a może wiele ziarenek? Kto wie...

Pozdrawiam :)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Był raz starzec, który miał syna jedynaka i konia. Pewnego dnia koń wyrwał się z zagrody i uciekł na wzgórza.

- Uciekł ci koń? A to pech! - mówili sąsiedzi.

- Czemu tak mówicie? - pytał stary. - Skąd wiecie, że to pech?

I rzeczywiście, następnej nocy koń wrócił do zagrody, gdzie go zawsze karmiono i pojono, prowadząc ze sobą tuzin dzikich koni. Syn gospodarza zobaczył je, wymknął się bocznym wyjściem i zamknął bramę. Nagle mieli teraz trzynaście koni zamiast żadnego. Sąsiedzi usłyszeli dobrą wieść i pobiegli do gospodarza.

- Trzynaście koni! Ale ty masz szczęście! On zaś odparł:

- Skąd wiecie, czy to szczęście?

Parę dni potem jego syn próbował ujeżdżać jednego z dzikich koni; został zrzucony i złamał nogę. Sąsiedzi znów przyszli wygłosić kolejny pochopny sąd:

- Twój syn złamał nogę. To ci pech! Mądry gospodarz znów odrzekł:

- Skąd wiecie, czy to pech?

I rzeczywiście, niedługo potem w okolicy pojawił się dowódca wojskowy i zorganizowano pobór. Wszyscy sprawni młodzieńcy zostali wzięci do armii i wysłani na wojnę, z której nigdy nie wrócili. Zaś syn gospodarza ocalał, bo miał złamaną nogę."

 

***

 

"Żył sobie kiedyś pewien król, który nosił szlachetne imię Henryk Mądry. Posiadał trzy córki, o imionach: Alba, Bettina i Szarlota. W skrytości król najbardziej uwielbiał Szarlotę. Będąc zmuszony do tego, aby zdecydować o tym, która z nich będzie następczynią tronu, wezwał je wszystkie do siebie i zapytał: "Moje kochane córki, jak bardzo mnie kochacie?".

Najstarsza odpowiedziała mu: "Ojcze, kocham cię jak światło dnia, jak słońce, które obdarowuje drzewa swoim ciepłem. Ty jesteś moim światłem!".

Szczęśliwy król, kazał usiąść Albie przy swojej prawicy, po czym zawołał drugą córkę. Bettina powiedziała mu: "Ojcze, kocham cię jak największy skarb świata, twoja mądrość jest o wiele cenniejsza od złota i drogocennych kamieni. Ty jesteś moim bogactwem!".

Pocieszony i uszczęśliwiony wyznaniem córki ojciec, kazał jej usiąść po swojej lewicy. Potem zawołał Szarlotę. "A ty, moja malutka, jak bardzo mnie kochasz?" - zapytał ją z czułością. Dziewczyna spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała bez żadnego wahania: "Ojcze, kocham cię tak bardzo jak sól kuchenną!".

Król zaniemówił: "Co powiedziałaś?"

"Ojcze, kocham cię jak sól kuchenną?".

Król nie zdołał powstrzymać swego gniewu i krzyknął ze złością: "Niewdzięcznico! Jak śmiesz traktować mnie w ten sposób ty, która byłaś jasnością moich oczu. Precz ode mnie! Pozbawiam się mojego ojcostwa i każę ci się wynieść!".

Biedna Szarlota, nie mogąc powstrzymać się od płaczu, musiała opuścić dwór i królestwo swego ojca. Zaczęła więc pracować w kuchni ościennego króla. A że była piękna, dobra i umiała wspaniale gotować, już w niedługim czasie została główną kuchmistrzynią króla.

Pewnego dnia przybył z wizytą do pałacu król Henryk. Wszyscy mówili o nim, że był bardzo smutny i samotny. Miał trzy córki, ale pierwsza z nich uciekła z pewnym kalifornijskim gitarzystą. Druga wyjechała do Australii, aby hodować kangury, a najmłodsza z nich została wygnana przez samego króla.

Szarlota natychmiast rozpoznała swojego ojca. Poszła zaraz do kuchni i zaczęła przygotowywać najwspanialsze potrawy. Jednak zamiast dodawać do nich soli dosypywała cukier.

Podczas całego obiadu wszyscy kręcili nosami i robili miny: każdy próbował jakieś danie i w chwilę po tym w nieprzyzwoity sposób wypluwał je w serwetkę.

Rozwścieczony król nakazał przywołać do siebie kucharkę.

Wezwana Szarlota powiedziała wtedy spokojnie: "Kiedyś mój ojciec wygnał mnie z domu za to, że powiedziałam mu, iż kocham go jak sól kuchenną, która nadaje smaku wszystkim potrawom. Właśnie dlatego nie chcąc mu robić kolejnej przykrości dodałam do wszystkich potraw cukier".

Król Henryk podniósł się ze łzami w oczach: "To sól mądrości przemawia przez twoje słowa, moja córko. Przebacz mi i przyjmij moją koronę".

Zarządzono wielkie przyjęcie, a wszyscy zaproszeni płakali z radości: ówczesne królewskie kroniki zaświadczają, że wszystkie ich łzy były słone."

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Kiedy ludzie zgrzeszyli i Bóg postanowił ich ukarać, zsyłając na ziemię potop, wszystkie zwierzęta zgromadziły się wokół arki Noego.

Noe był sprawiedliwym człowiekiem i Bóg powiedział mu, jak ma uratować siebie i swoją rodzinę. Ma zbudować arkę, która będzie unosić się na powierzchni wód i chronić ich podczas potopu.

Rozeszła się pogłoska, że Noe weźmie ze sobą na arkę tylko najlepsze z żyjących zwierząt. Przyszły więc i zaczęły rywalizować między sobą, przechwalając się i w miarę możności umniejszając zalety innych.

Lew zaryczał:

- Jestem najsilniejszy ze wszystkich zwierząt, więc muszę być ocalony!

Słoń zatrąbił:

- Ja jestem największy! Mam najdłuższą trąbę, największe uszy i najcięższą stopę.

- Wielkość i ciężar to jeszcze nie wszystko – zaszczekał lis. – Ja, lis jestem z was wszystkich najmądrzejszy.

- A ja? Zapomniałeś o mnie? – zarżał osioł. – Myślałem, że to ja jestem najmądrzejszy!

- To już chyba każdy jest mądry! – zajazgotał skunks. – Ja natomiast mam najpiękniejszy zapach, słynny na całym świecie.

- Wy wszyscy chodzicie po ziemi, a tylko ja potrafię wspinać się na drzewa! – wrzasnęła małpa.

- Dobre sobie! – zagrzmiał basem niedźwiedź. – A ja to co?

- A o mnie zapomnieliście? – zaskrzeczała wiewiórka.

- Ja należę do rodziny tygrysów – zamruczał kot.

- A ja jestem kuzynem słonia – zapiszczała mysz.

- Jestem silny jak lew – warknął tygrys. – I mam najpiękniejsze futro.

- Ale moje cętki są ładniejsze od twoich czarnych pasów! – miauknął natychmiast lampart.

- Ja jestem najlepszym przyjacielem człowieka! – zaszczekał pies.

- Też mi przyjaciel! – zawył wilk. – Łasisz się i merdasz ogonem. Trzeba mieć swoją godność, tak jak ja. Jestem samotnym wilkiem i do nikogo się nie łaszę.

- Beeee! – zabeczała owca. – I dlatego wciąż jesteś głodny. Nic mu nie dajesz, więc nic nie dostajesz. Ja daję człowiekowi wełnę, więc się o mnie troszczy.

- Dajesz człowiekowi wełnę, ale ja daję mu słodki miód! – zabrzęczała pszczoła. – A prócz tego mam żądło z jadem, które chroni mnie przed wrogami.

- Ty to nazywasz jadem? – zagrzechotał wąż. Ja to mam jad! I jestem najbliżej Matki Ziemi z was wszystkich.

- Nie tak blisko jak ja – zaprotestowała dżdżownica, wystawiając główkę z ziemi.

- Ja znoszę jajka! – zagdakała kura.

- Ja daję mleko! – zamruczała krowa.

- Ja pomagam człowiekowi orać ziemię! – zaryczał wół.

- Ja noszę człowieka na grzbiecie! – zarżał koń. – I mam z was wszystkich największe oczy.

- Może i największe, ale masz ich tylko dwoje, a ja mam ich mnóstwo! – bzyknęła mu prosto w ucho mucha.

- W porównaniu ze mną wszyscy jesteście karzełkami – doleciał gdzieś z góry głos żyrafy, która obgryzała liście z wierzchołka drzewa.

- Wzrostem prawie ci dorównuję – prychnął wielbłąd. – I mogę wędrować całymi dniami po pustyni, nie jedząc i nie pijąc.

- Wzrost to jeszcze nie wszystko! – ryknął hipopotam. – Trzeba mieć tuszę. I jestem pewny, że tak wielkiej paszczy nie ma żadne z was.

- Nie bądź taki pewny! – kłapnął krokodyl i ziewnął.

- A ja potrafię mówić jak człowiek! – zaskrzeczała papuga.

- Wcale nie mówisz, tylko przedrzeźniasz i nic z tego nie rozumiesz! – zapiał kogut. – Ja znam tylko jedno słowo: „Kukurykuuu!”, ale to moje własne słowo.

- Widzę uszami, latam, kierując się słuchem! – pisnął nietoperz.

- Śpiewam skrzydłami! – zacykał świerszcz.

Było jeszcze więcej zwierząt, które chciały pochwalić się swoimi zaletami, ale Noe zauważył gołębicę, która siedziała samotnie na gałęzi i nie próbowała zabrać głosu.

- Czemu nic nie mówisz? – zapytał ją Noe. – Nie masz się czym pochwalić?

- Nie uważam, żebym była lepsza, mądrzejsza lub ładniejsza od innych zwierząt – zagruchała gołębica. Każde z nas ma coś, czego nie ma inne, a to coś dał każdemu Bóg, który nas stworzył.

- Gołębica ma rację – rzekł Noe. I wcale nie musicie przechwalać się i rywalizować między sobą. Bóg nakazał mi zabrać na arkę wszystkie gatunki swoich stworzeń, bydło i dzikie zwierzęta, ptaki i owady.

Kiedy zwierzęta to usłyszały, ucieszyły się i zapomniały o swoich przechwałkach.

Zanim Noe otworzył bramę arki, powiedział:

- Kocham was wszystkie, ale okazało się, że to gołębica jest z was wszystkich najskromniejsza, więc ją wybiorę na posłańca.

Noe dotrzymał słowa. Kiedy deszcz ustał, posłał gołębicę, by obleciała świat i zobaczyła, jak się rzeczy mają. W końcu wróciła z gałązką oliwną w dziobku i Noe poznał, że wody opadają. A kiedy dopłynęli do suchego lądu, opuścił arkę ze swoją rodziną i wszystkimi zwierzętami.

Po potopie Bóg obiecał ludziom, że już nigdy nie zniszczy ziemi z powodu ich grzechów. Odtąd będzie na przemian czas siania i czas zbierania, chłód i upał, lato i zima, dzień i noc.

Trzeba wam wiedzieć, że na świecie jest więcej gołębi niż tygrysów, lampartów, wilków, sępów i innych dzikich bestii. Gołąb żyje szczęśliwie, nie walcząc z innymi. To ptak pokoju."

 

Isaac Bashevis Singer

 

***

 

"Świadomy, iż trzeba iść z duchem czasu, Szatan postanowił urządzić wyprzedaż sporej części pokus. Zamieścił ogłoszenie w gazecie i cały następny dzień uwijał się, obsługując klientów w swoim sklepie. Na sprzedaż wystawione były różne niesamowite przedmioty: kamienie, na których mogą się potknąć cnotliwi, lustra zwiekszające poczucie własnej wartości oraz okulary pomniejszające znaczenie innych. Na ścianie wisiało też kilka innych cennych przedmiotów, takich jak: sztylet o zakrzywionym ostrzu służący do dźgania ludzi w plecy oraz sprzęt nagrywający wyłącznie plotki i kłamstwa. -Nie przejmuj się ceną!- wykrzykiwał stary Szatan do wszystkich potencjalnych klientów. -Dzisiaj już bierz ze sobą to, co chcesz, a zapłacisz mi, kiedy będziesz mógł. Jeden z kupujących zauważył dwa bardzo zużyte narzędzia zepchniete do kąta. Nie wyglądały one jakoś nadzwyczajnie, ale były bardzo drogie. Zaciekawiony tym spytał o nie Szatana: -Te narzędzia są juz bardzo zużyte, ponieważ korzystam z nich najczęściej- odrzekł Szatan ze śmiechem. -Nie chciałbym, żeby zbytnio rzucały się w oczy, ponieważ wówczas ludzie wiedzieliby, jak się przed nimi chronić. Ale obydwa są warte swojej ceny: pierwszym jest Wątpliwość, a drugim Poczucie Niższości. Kiedy wszystkie inne zawiodą, te działają zawsze..."

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"SŁONIE

 

Kiedy byłam mała, uwielbiałam cyrk, a najbardziej w cyrku podobały mi się zwierzęta. Moją uwagę przyciągał zwłaszcza słoń. Podczas przedstawienia to ogromne zwierzę paradowało, prezentując swój niesamowity ciężar, rozmiar i siłę... Ale po przedstawieniu i krótko przed wejściem na scenę słoń zawsze siedział uwiązany jedną nogą do kołka wbitego w ziemię.

 

Jednakże kołek był tylko małym kawałkiem drewna, który tkwił w ziemi zaledwie kilka centymetrów. I chociaż łańcuch był mocny i gruby, było oczywiste, że zwierze, które jest zdolne wyrwać drzewo z korzeniami, może z łatwością uwolnić się z kołka i uciec.

 

To oczywista tajemnica.

Co go trzyma w takim razie?

Czemu nie ucieka?

 

Kiedy miałam pięć czy sześć lat, wierzyłam jeszcze w mądrość dorosłych. Zapytałam więc ich o tajemnicę słonia. Któryś z nich odpowiedział mi, że słoń nie ucieka, bo jest tresowany. Wtedy zadałam oczywiste pytanie: "skoro jest tresowany, to po co go przywiązują?"

 

Nie pamiętam, abym otrzymała jakąś logiczną odpowiedź. Z czasem zapomniałam o tajemnicy słonia i jego kołka, a wspomnienie o tym powraca jedynie wtedy, kiedy spotykam innych, którzy też kiedyś zadali sobie podobne pytanie. Wiele lat temu odkryłam (na moje szczęście!), że był ktoś wystarczająco mądry, by znaleźć odpowiedź.

 

SŁOŃ NIE UCIEKAŁ Z CYRKU, GDYŻ OD NAJMŁODSZYCH LAT BYŁ PRZYWIĄZYWANY DO RÓŻNYCH KOŁKÓW.

 

Ujrzałam w wyobraźni dopiero co narodzonego i bezbronnego słonia, przywiązanego do kołka. Jestem przekonana, że słonik ciągnął, pchał i pocił się, próbując się uwolnić. I mino, że użył wszystkich swoich sił, nie udało mu się, ponieważ wtedy kołek był dla niego za solidny.

 

Wyobraziłam sobie, jak zasypiał ze zmęczenia i że następnego dnia próbował znowu, i kolejnego dnia też. Aż nadszedł dzień, który odbił się strasznie na historii słonia, dzień, w którym zwierzę zaakceptowało swoją niemoc. Ten potężny i silny słoń, którego widzimy w cyrku, nie ucieka, ponieważ biedaczysko nie wierzy, że może. Ma w sobie utrwalone wspomnienie niemocy, którą przeżył krótko po przyjściu na świat. I najgorsze jest to, że nigdy więcej nie zakwestionował poważnie tego wspomnienia. Nigdy, nigdy więcej nie starał się ponownie wypróbować swoich sił...

 

Wszyscy przypominamy trochę słonia z cyrku - idziemy przez życie przywiązani do różnych kołków, które odbierają nam wolność. Setki kołków! Żyjemy w przekonaniu, że "nie możemy" wykonać wielu rzeczy, jedynie dlatego, że pewnego razu, dawno temu, kiedy byliśmy mali, podjęliśmy próbę, która skończyła się niepowodzeniem. Wówczas zrobiliśmy to samo, co słoń i zarejestrowaliśmy w naszej pamięci następującą wiadomość:

 

NIE MOGĘ... NIE MOGĘ I NIGDY NIE BĘDĘ MÓGŁ.

 

Czasem, gdy słyszymy kajdany i dźwięczymy łańcuchami, spoglądamy z ukosa na kołek i myślimy:

 

NIE MOGĘ I NIGDY NIE BĘDĘ MÓGŁ!!!

 

Żyjemy uwarunkowani wspomnieniami jakiegoś siebie, który nie mógł i który już nie istnieje. Jedynym sposobem na to, aby dowiedzieć się czy możesz to osiągnąć, jest spróbowanie od nowa, w co musisz włożyć całe Twoje serce."

 

***

 

Pewien człowiek złapał kiedyś ptaka w pułapkę. Ptak powiedział: - Panie, zjadłeś już wiele krów i świń w swoim życiu i jesteś wciąż głodny. Drobne kawałki mięsa na moich kościach nie zadowolą cię bardziej. Jeśli pozwolisz mi odejść, przekażę ci trzy mądrości. Jedną powiem ci stojąc na twojej dłoni. Kolejną na dachu. A trzecią wypowiem z konaru tego drzewa.Człowiek był ciekaw. Uwolnił ptaka i pozwolił mu stanąć na swojej dłoni. - Po pierwsze: Nie wierz w niedorzeczność, bez znaczenia kto ją wypowiada.Ptak podfrunął i stanął na dachu domostwa człowieka. - Po drugie: Nie zasmucaj się niczym, co przeminęło. To jest skończone. Nigdy nie żałuj tego co się wydarzyło i tylko myśl jaką możesz mieć z tego naukę na przyszłość.- A przy okazji - kontynuował ptak - wewnątrz mojego ciała jest olbrzymia perła ważąca tak wiele jak dziesięć miedzianych monet. Gdybyś ją miał wystarczyłaby na dostatnie życie dla ciebie i twoich dzieci, lecz teraz straciłeś to. Mogłeś być właścicielem największej perły jaka istniała, lecz ewidentnie nie miało tak być.Człowiek zaczął lamentować jak kobieta podczas porodu. Ptak zapytał: - Czyż nie mówiłem ci nie smuć się nad tym co przeminęło? A także: nie wierz w nonsensy? Po pierwsze już mnie nie masz, a po drugie moje całe ciało nie waży tak wiele co dziesięć monet. Jakże mógłbym mieć perłę tej wagi wewnątrz siebie?Człowiek powrócił do zmysłów. - W porządku. Rzeczywiście... Powiedz mi Numer Trzy.- Po co, skoro uczyniłeś taki dobry użytek z tych pierwszych dwóch! - odparł ptak i odleciał a człowiek nigdy nie dowiedział się, jaka była ta trzecia mądrość.Jeżeli ktoś ci oferuje swoją mądrość przyjmij ją tylko wtedy, jeżeli naprawdę chcesz z niej skorzystać...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

Mój przyjaciel otworzył szufladę w stoliku nocnym swojej żony i wyciągnął pakuneczek owinięty w biały papier. Odwinął papier i zobaczył piękny jedwabny komplet bielizny. „Kupiła go, gdy byliśmy pierwszy raz w Nowym Yorku, jakieś 8 albo 9 lat temu… Nigdy tego nie założyła.” „Przechowywała to na specjalną okazję…” „Dobrze. Myślę, że teraz będzie odpowiednia okazja.” Zbliżył się do łóżka i położył tę bieliznę obok rzeczy, w które miała zostać ubrana jego żona na pogrzeb. Kilka dni wcześniej umarła… Odwrócił się do mnie i powiedział: „Nigdy nie przechowuj niczego na specjalne okazje, każdy dzień twojego życia jest specjalną okazją.”

Nigdy nie zapomnę jak te słowa zmieniły moje życie.

Teraz częściej czytam książki. Siaduję na tarasie i podziwiam panoramę ogrodu. Nie marnuję czasu na wyszukiwanie chwastów. Poświęcam więcej czasu rodzinie i przyjaciołom. Nie jestem pracoholikiem. Zrozumiałem, że życie daje nam doświadczenia nie po to, aby je przeżyć, ale po to by z nich korzystać i cieszyć się... Nie przechowuję niczego.Codziennie używam najlepszej zastawy stołowej. Gdy tylko zapragnę, ubieram nowy garnitur, żeby iść w nim do supermarketu. Już nie przygotowuję wyjątkowych potraw jedynie na ‘wielkie uroczystości’ – robię to, kiedy tylko mam na to ochotę. Sformułowania „kiedyś to zrobię”, „pewnego dnia” i „następnym razem” wykreśliłem ze swojego słownika. Jeżeli nie zaszkodzi robić pewne rzeczy teraz… …to po co czekać?

Nie wiem co zrobiłaby żona mojego przyjaciela, gdyby wiedziała, że następnego dnia już jej nie będzie. Myślę, że zadzwoniłaby do członków swojej rodziny i najbliższych przyjaciół, a może także i do dawnych znajomych. Zadzwoniłaby, aby przeprosić za stare kłótnie i przykrości. Chciałbym myśleć, że poszłaby do restauracji chińskiej… Jej ulubionej.

Są takie małe, niezrobione rzeczy, które by mi dokuczały, gdybym miał świadomość, że zostało mi niewiele godzin. Dokuczliwe, bo nie zobaczyłbym już moich przyjaciół, których zamierzałem odwiedzić „pewnego dnia”… Dokuczliwe przez to, że nie napisałbym listów, które chciałem napisać „któregoś dnia”… Dokuczliwe i smutne, bo nie zdążyłbym powiedzieć mojemu rodzeństwu i moim dzieciom jak bardzo ich kocham…

Teraz postanowiłem nie przechowywać na ‘specjalne okazje’ niczego, co dopełniałoby nasze życie radością i szczęściem. Każdego dnia mówię sobie, że ów dzień jest wyjątkowy. Każdy dzień, każda godzina, każda minuta jest wyjątkowa…

 

WSKAZÓWKI NA ŻYCIE:

Jedz dużo ryżu i z chętnie pomagaj innym ludziom.

Ucz się na pamięć twoich ulubionych wierszy i nie wierz

we wszystko, co widzisz.

Nie wydawaj wszystkiego, co posiadasz i śpij krócej niż by ci się chciało.

Mów „kocham cię” tylko wtedy, gdy jest to prawda.

Gdy mówisz „przykro mi”, patrz drugiej osobie w oczy.

Niech okres twojego narzeczeństwa trwa przynajmniej 6 miesięcy.

Wierz w miłość od pierwszego wejrzenia i nigdy nie śmiej się z cudzych marzeń.

Kochaj głęboko i namiętnie…

Możesz czasem odnosić porażki, ale bez ryzyka nigdy nie będziesz żył pełnią życia…

Mów powoli i myśl szybko.

Pamiętaj, że ogromna miłość, jak wszystkie wielkie sukcesy wymaga dużego ryzyka.

Gdy przegrasz, wyciągnij z tego wniosek i pamiętaj o 3 złotych zasadach:

Szacunek do siebie. Szacunek do innych. Odpowiedzialność za swoje czyny.

Nie pozwól, aby mały problem zniszczył wielką przyjaźń.

Gdy wiesz, że popełniłeś błąd, natychmiast go napraw.

Uśmiechaj się, gdy odbierasz telefon. Ten kto dzwoni, usłyszy to w twoim głosie.

Weź ślub z osobą, z którą ci się wspaniale rozmawia…

…gdy nadejdzie starość, ta umiejętność będzie znacznie ważniejsza od wszystkich innych.

Spędzaj trochę czasu w samotności, otwieraj się na zmiany, ale nigdy nie porzucaj swoich wartości.

Pamiętaj, że czasami cisza jest najlepszą odpowiedzią.

Czytaj więcej książek i oglądaj mniej telewizji.

Żyj dobrze i uczciwie: gdy już będziesz stary i wspomnisz przeszłość, będziesz mógł się cieszyć swoim życiem po raz drugi.

Ufaj Bogu, ale zamykaj dobrze dom po wyjściu…(przezornego Pan Bóg strzeże).

Bardzo ważne jest, by w domu panowało środowisko pełne miłości:

Rób wszystko, by stworzyć spokojny i harmonijny klimat.

Czytaj między wierszami. Dziel się swoimi umiejętnościami – to jest sposób by być nieśmiertelnym.

Żyj w zgodzie z planetą.

Nie przerywaj komuś, gdy ci okazuje czułość.

Pilnuj swoich interesów - nie wtrącaj się do spraw innych.

Nie ufaj temu, kto nie zamyka oczu podczas pocałunku.

Raz w roku odwiedź jakieś miejsce, w którym jeszcze nigdy nie byłeś.

Jeżeli zarabiasz dużo pieniędzy, pomóż tym, którzy potrzebują środków na przetrwanie.

Pomagając kosztujesz największego bogactwa pieniędzy.

Pamiętaj, że czasem nie otrzymanie czegoś czego się pragnie, jest szczęściem.

Naucz się wszystkich reguł, a potem złam którąś z nich.

Pamiętaj, że najlepszy związek to taki, w którym miłość pomiędzy dwoma osobami jest większa niż chęć dominacji jednej ze stron.

Oceniaj wagę twojego sukcesu po ilości wyrzeczeń, jakie musiałeś podjąć, aby go osiągnąć."

 

Indyjska tantra

 

***

 

"Pewien mądry Hindus miał przyjaciela, który mieszkał w Mediolanie. Poznali się w Indiach, dokąd Włoch udał się z rodziną na wycieczkę. Hindus był przewodnikiem włoskich turystów i pokazał im najbardziej charakterystyczne zakątki swej ojczyzny.

Zaprzyjaźniony Mediolańczyk wdzięczny za to, zaprosił Hindusa do swego miasta. Hindus długo nie mógł zdecydować się na wyjazd, ale w końcu uległ namowom przyjaciela i pewnego pięknego dnia wysiadł na lotnisku Malpensa pod Mediolanem.

Następnego dnia mieszkaniec Mediolanu i Hindus spacerowali w centrum miasta. Hindus o czekoladowej twarzy, z czarną brodą i w żółtym turbanie przyciągał spojrzenia przechodniów. Mediolańczyk był ogromnie dumny z egzotycznego przyjaciela.

W pewnym momencie, na placu San Babila, Hindus zatrzymał się i spytał:

- Czy słyszysz również i ty to, co ja słyszę?

Mieszkaniec Mediolanu, trochę zaskoczony, natężył słuch, ale przyznał, że słyszy jedynie wielki hałas wywołany ruchem miejskim.

- Tu w pobliżu znajduje się śpiewający świerszcz – stwierdził Hindus.

- Mylisz się – powiedział mieszkaniec Mediolanu. – Ja słyszę jedynie zgiełk miejski. A zresztą tutaj nie ma świerszczy.

- Nie mylę się. Słyszę śpiew świerszcza – upierał się Hindus i zaczął poszukiwania wśród liści kilku nędznych drzewek. Po chwili pokazał przyjacielowi, który sceptycznie obserwował go, małego owada. Wspaniały świerszcz niezadowolony, starał się ukryć przed osobami zakłócającymi jego koncert.

- Widzisz świerszcza? – spytał Hindus.

- Rzeczywiście – przyznał Mediolańczyk. – Wy Hindusi macie słuch bardziej wyostrzony od białych...

- Tym razem ty się mylisz – uśmiechnął się mądry Hindus. – Zobacz tylko...

Hindus wyciągnął z kieszeni małą monetę i rzucił ją na chodnik. Natychmiast cztery, czy pięć osób odwróciło się i spojrzało.

- Widziałeś? – spytał Hindus. – Ten pieniążek zadźwięczał o wiele słabiej od śpiewu świerszcza. A jednak tylu białych usłyszało go."

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

Wędrowiec dochodząc już do miasteczka napotkał starca siedzącego w cieniu ogromnego, stojącego wielbłąda. Zapytał o godzinę. Wtedy starzec wziął laskę i łagodnym, ale zdecydowanym ruchem pacnął wielbłąda w jądra. I po chwili odpowiedział - dochodzi wpół do pierwszej. Wędrowiec był tak zaskoczony, że obiecał starcowi oddać cały zapas wody (który przecież będzie uzupełniony w miasteczku) w zamian za zdradzenie tajemnicy. Na to starzec, przesuwając laskę pod wielbłądem, odpowiada: - tam na wieży jest zegar, wielbłąd mi go akurat przyrodzeniem zasłaniał.

 

***

 

Żyło sobie zwyczajne małżeństwo. Mąż miał na imię Jan, a żona Helena. Mąż po pracy siadał w fotelu i oglądał telewizor lub czytał gazetę. Żona jego, Helena, przygotowywała kolację. Podając mężowi kolację, ciągle burczała, że on w domu nic pożytecznego nie robi, pieniędzy mało zarabia... Jana denerwowało burczenie żony. Ale nie odpowiadał jej obraźliwie, tylko w myślach sam do siebie mówił: "Sama – leń i flejtuch, a jeszcze innych poucza. Kiedy braliśmy ślub, była całkiem inna – piękna i czuła".

 

Pewnego razu, wracając do domu, w myślach zwrócił się do Boga: – Boże mój, Boże mój! Nie układa się to moje życie. Czy całe wieki będę się męczył z taką zrzędliwą i brzydką żoną? To męczarnia, a nie życie.

I nagle usłyszał Jan cichy głos Boga:

– Mój synu, twojemu nieszczęściu mógłbym zaradzić i dać ci piękną Boginię za żonę, lecz jeśli sąsiedzi zobaczą nagłą odmianę twego losu, to w wielkie zdumienie wpadną. Zróbmy tak: ja twoją żonę stopniowo będę zmieniał, wcielając w nią ducha Bogini i poprawiając jej wygląd zewnętrzny.

Ale zapamiętaj również to, że gdy z Boginią chcesz żyć, to i twoje życie godne Bogini winno być.

– Dziękuję Ci, Boże. Dla Bogini to każdy mężczyzna swoje życie zmieni. Powiedz mi tylko: kiedy zmiany w mojej żonie zaczniesz robić?

– Nieznacznie zmienię ją już teraz. I z każdą chwilą będę dokonywał zmian na lepsze.

 

Jan wszedł do domu i usiadł w fotelu, z gazetą przed telewizorem. Lecz jakoś mu nie idzie czytanie ani oglądanie. Niecierpliwi się, by spojrzeć – czy chociaż ciut, ciut się zmienia jego żona?

Wstał, otworzył drzwi do kuchni, ramieniem oparł się o futrynę i uważnie zaczął się jej przyglądać.

Stała odwrócona plecami i zmywała naczynia po kolacji. Helena poczuła wzrok na sobie i odwróciła się do drzwi. Ich oczy się spotkały. Jan, patrząc na żonę, myślał: "Nie, żadne zmiany w mojej żonie nie zaszły".

Helena, widząc niezwykłe zainteresowanie męża i nic nie rozumiejąc, odruchowo poprawiła swoje włosy. Rumieńcem oblały się jej policzki, gdy zapytała:

– Co ty, Janie, tak mi się przypatrujesz?

Nie wymyśliwszy nic lepszego, Jan odrzekł zmieszany

– Może pomóc ci naczynia zmywać? Tak mi jakoś przyszło do głowy...

– Naczynia? Pomóc mi? – cicho pytaniem na pytanie odpowiedziała zdziwiona żona, zdejmując upaćkany fartuch. – Już je właśnie umyłam.

"No tak, dosłownie w oczach zachodzą u niej zmiany – pomyślał Jan – raptem piękniejsza się zrobiła". I sam zaczął wycierać naczynia.

 

Na drugi dzień z niecierpliwością spieszył Jan po pracy do domu. Bardzo chciał popatrzeć, jak się przemienia jego zrzędliwa żona.

"Może dużo już jest w niej z Bogini? A ja wciąż taki sam jak dawniej. Na wszelki wypadek kupię kwiaty." Otworzył drzwi do domu i osłupiał z wrażenia.

 

Przed nim stała Helena w wyjściowej sukni, tej samej, którą kupił jej rok temu. Elegancko uczesana, ze wstążką w włosach. Zmieszany, niezdarnie podał kwiaty, nie odrywając wzroku od Heleny.

A ona wzięła kwiaty, wydała cichy okrzyk zaskoczenia i opuszczając rzęsy, oblała się rumieńcem.

"Ach, jakie przepiękne rzęsy mają Boginie! Jakie są wrażliwe! Jakie niezwykłe jest ich wewnętrzne piękno i zewnętrzny wygląd!"

I Jan z kolei wykrzyknął z zaskoczenia, widząc na stole zastawę od, serwisu, dwie zapalone świece i dwa kielichy do wina oraz dania kuszące boskim aromatem.

 

Kiedy oboje siedli za stołem, Helena nagle poderwała się, mówiąc:

– Zapomniałam włączyć telewizor, gazety masz tutaj.

– Nie trzeba – odpowiedział Jan szczerze. – Lepiej powiedz, jak chciałabyś spędzić jutrzejszy dzień?

– A ty? – zapytała zdumiona Helena.

– Przez przypadek kupiłem dwa bilety do teatru. Ale w dzień może zechcesz się przejść po sklepach. Trzeba by najpierw pójść do sklepu i kupić ci odpowiedni strój. (O mały włos nie powiedział: "strój godny Bogini")

Zmieszał się, spojrzał na żonę i aż krzyknął z zachwytu.

 

Przed nim za stołem, z tajemniczym, nieco pytającym uśmiechem,

z promieniującą szczęściem twarzą i blaskiem w oczach

siedziała Bogini.

 

(W.Megre)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Pewnego dnia jeden z najsławniejszych profesorów uniwersytetu, kandydat do nagrody Nobla, dotarł nad brzeg jeziora. Poprosił przewoźnika, by go wziął do swej łodzi na przejażdżkę po jeziorze. Dobry człowiek zgodził się. Gdy byli już daleko od brzegu, profesor zaczął go wypytywać.

- Znasz historię ?

- Nie!

- A więc jedna czwarta twego życia stracona. Znasz astronomię ?

- Nie.

- A więc dwie czwarte twego życia poszły na marne. Znasz filozofię ?

- Nie.

- A więc trzy czwarte twego życia są stracone.

 

Nagle niespodziewanie zaczęła szaleć okropna burza. Łódka na środku jeziora kołysała się jak mała łupinka orzecha. Przewoźnik przekrzykując ryk wiatru zapytał profesora:

- Umie pan pływać ?

- Nie - odpowiedział profesor.

- A zatem całe pana życie jest stracone..."

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Głos kasztelańskiego herolda, który odczytywał na placu obwieszczenie, obudził wieś położoną u podnóża zamku.

„Nasz umiłowany pan zaprasza wszystkich swoich dobrych i wiernych poddanych do udziału w przyjęciu, wydanym z okazji swych urodzin. Każdy otrzyma miłą niespodziankę. Pan prosi jednak wszystkich o małą przysługę: osoby, które wezmą udział w przyjęciu, niech przyniosą ze sobą trochę wody, aby uzupełnić kończące się rezerwy zamkowe...”

Herold powtórzył kilkakrotnie to obwieszczenie, potem odwrócił się i pod eskortą straży powrócił do zamku.

We wsi w przeróżny sposób komentowano zaproszenie.

- Oh! To zawsze ten sam tyran! Ma wystarczająco wiele służących, by uzupełnić zbiornik... Ja zaniosę szklankę wody i to wystarczy.

- Ależ nie! Był zawsze dobry i szczodry! Ja przyniosę baryłkę!

- A ja... naparstek wody!

- Ja beczkę!

Rano, w dniu przyjęcia, można było zobaczyć dziwny orszak zdążający do zamku. Niektórzy pchali z wysiłkiem potężne beczki lub nieśli, sapiąc, wielkie wiadra pełne wody. Inni, wyśmiewając się z towarzyszy drogi, nieśli małe karafki albo szklanki na tacy. Orszak ten wszedł na podwórzec zamkowy. Każdy opróżniał swój pojemnik w dużym basenie, ustawiał go w kącie i podążał do sali bankietowej.

Pieczyste dania i napoje, tańce i śpiewy przeplatały się bez przerwy. Wreszcie, pod wieczór pan zamku podziękował wszystkim w uprzejmych słowach za przybycie i powrócił do swych apartamentów.

- A przyrzeczona niespodzianka? – szemrali niektórzy niezadowoleni i rozczarowani.

Innych przepełniała radość.

- Nasz pan zorganizował dla nas wspaniałą uroczystość! – mówili.

Każdy przed powrotem do domu udał się po swój pojemnik. Dały słyszeć się krzyki, które gwałtownie się nasilały. Były to okrzyki radości i złości.

Pojemniki zostały napełnione aż po brzegi złotymi monetami!

„Ach! Gdybym przyniósł więcej wody...”"

 

Dawajcie, a będzie wam dane: miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie (Łk 6, 38)

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Adaś (trzy lata):

- Opowiedz mi bajkę o złym wilku.

Kasia (dziesięć lat):

- Ależ nie ma złych wilków, są tylko wilki nieszczęśliwe.

 

Nie ma złych ludzi..."

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Pewnemu chłopcu śniło się, że wszedł do ogromnego sklepu, w którym za ladą stał anioł.

- Co tutaj sprzedajecie? – zapytał chłopiec.

- Wszystko, czego pan sobie zażyczy – odparł uprzejmie anioł.

Chłopiec zaczął więc wymieniać:

- Chciałbym zakończenia wszystkich wojen na całym świecie, więcej sprawiedliwości dla wykorzystywanych, tolerancji i życzliwości dla obcych, więcej miłości w rodzinie, pracy dla bezrobotnych, głębszego poczucia wspólnoty w Kościele i... i...

Anioł przerwał:

- Przykro mi proszę pana, ale widocznie źle mnie pan zrozumiał. My nie sprzedajemy owoców, lecz jedynie nasiona."

 

Jedna z przypowieści Jezusa zaczyna się tak: „Królestwo niebieskie jest podobne do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli...”

Ziarno zawsze jest początkiem. Małym, często trudnym do zauważenia, początkiem. Sam Bóg zstąpił na ziemię jak ziarno, zaczyn, malutki młody pęd.

Ziarno to cud. Nawet największe, najpotężniejsze drzewo bierze swój początek z małego nasionka. Twoja dusza jest ogrodem, w którym zostały zasiane ogromne dzieła i najważniejsze wartości.

Czy pozwolisz im wyrosnąć?

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

Uwaga długie:

 

"Bajka o Ćwierćlandzie

 

Państwo to jest okrągłe jak naleśnik, a ponieważ składa się z czterech krajów nosi nazwę „Ćwierćlandia”.

W pierwszym kraju wszystko jest zielone: domy, ulice, samochody, dorośli, a także dzieci.

W drugim kraju wszystko jest czerwone: drzewa, wanny, lizaki, dorośli, a także dzieci.

W trzecim kraju wszystko jest żółte: miotły, szpitale, kwiaty, rusztowania na budowie, dorośli, a także dzieci.

W czwartym kraju wszystko jest niebieskie: lampy na skrzyżowaniach, meble, mosty, szczoteczki do zębów, dorośli, a także dzieci.

Dzieci w dniu narodzin są kolorowe. Tak jest w całym Ćwierrćladzie. Lecz dorośli patrzą na nie swoimi zielonymi, czerwonymi, żółtymi, bądź niebieskimi oczami, głaszcząc je swoimi zielonymi, czerwonymi, żółtymi, czy też niebieskimi rękami dotąd, aż staną się jednokolorowe. Najczęściej dzieje się to bardzo szybko.

Pewnego razu w kraju zielonym przyszedł na świat chłopiec o imieniu Groszek. Gdy skończył rok, to był jeszcze trochę kolorowy. Było to niepokojące, lecz w końcu nabrał zielonej barwy tak jak trzeba.

W „Ćwierćlandzie” dzieci nie muszą chodzić do szkoły. Uczą się tylko rzeczy najistotniejszej: w kraju zielonym, że liczy się tylko kolor zielony, w czerwonym, że czerwony, w żółtym, że żółty, a w niebieskim, że niebieski. Tak więc w kraju czerwonym nocą i dniem fruwają transparenty. „Kolor zielony, żółty i niebieski to oszustwo” – można na nich przeczytać. „Tylko czerwień jest prawdziwa”. Rozlega się piosenka truskawkowa – hymn narodowy kraju czerwonego.

W niebieskim kraju wszędzie wiszą plakaty z napisem: „Niebieski, niebieski, niebieski!” I za każdym razem, gdy dzieci wpatrują się swoimi niebieskimi oczami w napis na plakatach, dostają swędzenia w niebieskich piętach i natychmiast tańczą śliwkowe tango.

W żółtym kraju krzyczy megafon: „Kolor niebieski, czerwony i zielony są do kitu. Żółty - to jest to!” Potem dzieciaki zdejmują żółte czapeczki z głów i tańczą cytrynowego bluesa.

A w kraju zielonym stoi w parku mówiący robot. „Bądźcie zieloni” – woła, „jeśli usłyszycie czerwony, niebieski, żółty, to nie dawajcie wiary”. Raz Groszek wetknął robotowi do buzi kawałek zielonego sera i robot przez trzy dni mówił tylko „pi-per-la-pop”. Dzieciarnia uznała, że jest to wspaniałe.

„Żółtego dnia” – pozdrawiają się dzieci w kraju żółtym, bo przecież żółty jest najlepszy. Potem jeżdżą na melonowych wrotkach i wypuszczają z klatek żółte kanarki. Czasem siadają i marzą. Oczywiście marzenia mają żółtą barwę, bo przecież o innych kolorach nie wiedzą. Marzą o lwim zębie, o słomkowym kapeluszu, o galaretce brzoskwiniowej, o żółtym samochodzie pocztowym, o robaczku świętojańskim. I gdy otwierają po jakimś czasie swoje żółte oczy, to są troszeczkę niezadowolone. Lecz nie umieją powiedzieć, dlaczego.

W kraju czerwonym dzieci mają wielką czerwoną zabawę: rzucają pomidorami w zachodzące słońce, a słońce te pomidory połyka. Potem, gdy zapada zmrok i w domach zapalą się czerwone lampy, dzieci siadają i patrząc w dal wzdychają. A wszystkie ich westchnienia mają oczywiście kolor czerwony. Czasem czują się tak, jak gdyby im czegoś brakowało, ale ni mówią o tym.

W niebieskiej krainie dzieci mają taką zabawę: „Niebo” – mówi któreś, a inne odpowiadają: „Niebieskie”. „Dym – niebieski, atrament – niebieski, papużka – niebieska, niezapominajka – niebieska”. I tak nieustannie, aż do zmęczenia. Potem łapią się za ręce i wymyślają różne rzeczy. Wymyślają niebieskie mandarynki, niebieski śnieg, niebieską muzykę, niebieskie konie. Czasem któreś dziecko boli ząb. Ból jest wtedy niebieski.

W kraju zielonym największą radość sprawia skakanie przez kaktusy. Jeśli któreś z dzieci nie skacze dość wysoko, to wbija mu się do pupy kaktusowy kolec. Fajna jest też zabawa w skaczące żabki. Natomiast liczenie trawy jest nudne. Gdy się w to bawią, to zaczynają ziewać. Siadają na zielony parkany i wymyślają sobie zielone prezenty, na przykład: zielony likier z mięty, sałatę z porem, pięć metrów węża do podlewania ogrodu i inne. Tylko Groszek pewnego razu zażyczył sobie czerwoną kropkę. Taką maleńką, maciupeńką. Całe szczęście, że policja o tym nie wie.

Zadaniem policjantów w każdym kraju jest odnawianie każdego ranka o godzinie szóstej kredowych granic. Najpierw czeszą oni swoje czerwone, niebieskie, żółte i zielone włosy czerwonymi, niebieskimi, żółtymi i zielonymi grzebieniami, a następnie idą do pracy. Potem jak inni dorośli wracają do domu i odmawiają modlitwę przed wieczerzą. „Kochany, żółty Panie Boże” – modlą się w kraju żółtym. „Dziękujemy Ci za to, że jesteśmy żółci. Chroń nas Boże”. A w krajach pozostałych rozbrzmiewa modlitwa do niebieskiego, zielonego i czerwonego Boga. I wszyscy modlą się tylko za siebie.

W „Ćwierćlandzie” oczywiście nie jest tak, że kraje są od siebie całkowicie odcięte. Można telefonować. Na przykład z kraju niebieskiego do zielonego lub czerwonego. Z kraju żółtego można wykręcić numer do kraju niebieskiego. Ponieważ jednak kable telefoniczne są przecięte, to telefony są głuche. Dzieci doskonale o tym wiedzą i nawet nie próbują dzwonić.

 

Pewnego dnia zdarzyło się coś zdumiewającego. W środku zielonego kraju wyrosła żółta róża. Była to piękna róża! Lecz dorośli przechodząc obok niej wykrzywiali twarze, jak gdyby przechodzili obok gnojówki. Nie trwało to długo. Na miejsce przybyło 35 policjantów i 35 szpadlami wgniotło różę w ziemię. To było tego dnia, kiedy Groszek upuścił swoją łyżkę do talerza ze szpinakiem. Szpinak rozprysnął dookoła. Ale nic się nie stało, bo pokój tak czy tak był przecież zielony. Rodzice Groszka także. Jedynie pękł talerz. Potem nie zdarzyło się już nic więcej. W każdym razie nie było widać, ani słychać nic szczególnego. Jednakże wszystkie dzieci w „Ćwierćlandzie” zaczęły odczuwać niepokój. Od momentu, kiedy pękł talerz.

I nagle wszystkie dzieci z kraju czerwonego pobiegły do miejsca, gdzie graniczą ze sobą wszystkie kraje. Dzieci z kraju niebieskiego też tam pobiegły, z żółtego i zielonego także. Gdy już wszystkie znalazły się na granicy, zaczęły przypatrywać się sobie nawzajem, nie mówiąc ani jednego słowa. Aż Groszek zrobił coś, co inne dzieci w mig pochwyciły. Po prostu splunął na kredową granicę. Potem roztarł ślinę nogą. Kreda zniknęła. Inne dzieci zrobiły to samo. Spluwały i tarły kredę, aż nie zostało ani śladu z granic. Wtedy dzieci wybuchnęły śmiechem, zaczęły się obejmować bardzo ostrożnie nawzajem: zielone – żółte, żółte – niebieskie, niebieskie – czerwone, czerwone – zielone i wciąż dalej, aż każdy objął każdego. Najpierw niczego nie dostrzegały. Zaczęły się bawić nie pamiętając, co mówił robot w parku, megafon i transparenty. Powoli dzieci przestały być jednokolorowe. Na zielonych pojawiły się czerwone, niebieskie i żółte plamki, na niebieskich – zielone, czerwone, żółte, na czerwonych i żółtych zaczęło dziać się to samo.

A gdy już wszystkie dzieci miały kolory „Ćwierćlandu” na sobie, to ich myśli, marzenia, odczucia i życzenia stały się kolorowe. Każde dziecko zaczęło rozumieć drugie i zawładnęły całym „Ćwierćlandem”. Nigdy wcześniej nie było tak radośnie – śpiewają razem cytrynowego bluesa, skaczą przez kaktusy, wymyślają niebieski śnieg, rzucają pomidory w zachód słońca.

Dorośli robią okrągłe oczy ze zdumienia, ale są bezsilni, bo nie ma już jednokolorowych dzieci. Niektórzy rodzice także chcą być kolorowi. Bardzo się starają i nawet pojawiają się na nich kolorowe nieśmiałe plamki, na przykład na rodzicach Groszka.

Lecz naprawdę kolorowe są tylko dzieci..."

 

Na motywach bajki Giny Ruck-Pauqet

 

***

 

"Na pokładzie pewnego statku płynącego do Stanów Zjednoczonych wracał pewien misjonarz, który spędził wiele lat w Chinach oraz znany śpiewak, który był tam tylko dwa tygodnie. Kiedy dopłynęli do Nowego Jorku, misjonarz ujrzał wielki tłum wielbicieli oczekujących powrotu śpiewaka.

- Panie, nie pojmuję tego – mruknął rozgoryczony nieco. – Poświęciłem Chinom czterdzieści dwa lata mojego życia, a on tam był tylko przez dwa tygodnie i jego witają serdecznie w domu tysiące ludzi, a na mnie nie czeka absolutnie nikt.

Pan odpowiedział: - Synu, skąd ta gorycz? Przecież nie jesteś jeszcze w domu."

 

Któregoś dnia turysta odwiedził słynnego rabina.

Zdziwił go niesłychanie widok domu rabina, wszystkie pokoje wypełniały jedynie książki, zaś całe umeblowanie stanowił stół i krzesło.

- Rabbi, gdzie są twoje meble? – spytał turysta.

- A gdzie są twoje? – zareplikował rabin.

- Moje? Ależ ja jestem tutaj jedynie przejazdem!

- Ja także – odparł rabin.

 

Bruno Frerrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Z kuchni, jak zwykle, dobiegł głos kobiety:

- Obiad gotowy!

Mąż, który czytał gazetę i dwaj synowie oglądający telewizję i słuchający muzyki z hałasem zasiedli do stołu i niecierpliwie przekładali sztućce.

Weszła kobieta.

Lecz zamiast zwykłych, pachnących dań, postawiła na środku talerz, na którym znajdowała się spora kupka siana.

- Ależ... co to jest? – zawołali trzej mężczyźni.

- Czyś ty oszalała?

Kobieta spojrzała na nich i odparła z anielskim spokojem.

- No tak, jak mogłam się spodziewać, że to zauważycie? Gotuję wam od dwudziestu lat i przez cały ten czas nie usłyszałam od was ani jednego słowa, które dałoby mi do zrozumienie, że nie przeżuwacie siana."

 

Aby uczcić dziesiątą rocznicę ślubu pewna kobieta zwróciła się z prośbą do redakcji czasopisma czytanego regularnie przez jej męża, aby zechciało zamieścić jej list tej treści: „Dziękuję, dziękuję Ci mój drogi, ponieważ jeśli jestem dzisiaj szczęśliwą żoną i matką, zawdzięczam to Tobie. Dziękuję za to, że zawsze i wszędzie dawałeś mi do zrozumienia, że jestem dla Ciebie jedyną kobietą na świecie. Dziękuję za to, że czuję się piękna. Dziękuję za to, że czuję się ważna. Dziękuję za wszystkie Twoje pełne miłości spojrzenia, gdy byliśmy wśród innych ludzi. Dziękuję za Twoje „kocham cię” wypowiadane wtedy i tam, gdzie najmniej się tego spodziewałam. Dziękuję za to, że jesteś. Dziękuję za te wspaniałe lata miłości.”

 

Wszyscy posiadamy wielką moc: moc decydowania o szczęściu lub nieszczęściu ludzi, którzy żyją obok nas. Zwykle wystarczy słowo „dziękuję” wypowiadane często lub zapominane.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

Pewnego dnia wilk chciał zmienić coś w swoim jadłospisie - postanowił spróbować ryb, poszedł nad strumyk, ale nie umiał złapać żadnej ryby, po krótkiej chwili zobaczył 2 wydry łowiące ryby, postanowił się im poprzyglądać w nadziei że czegoś sie nauczy, w pewnym momencie obie wydry złapały jedną rybę, zaczęły sie kłócić która ma wziąć połowę z głową a która z ogonem, zauważyły wilka który przyglądał sie całej sytuacji, poprosiły go o rozwiązanie sporu. Wilk oderwał samą głowę i podał jednej wydrze i sam ogon i dał drugiej wydrze resztę [czyli praktycznie całą rybę] wziął sobie mówiąc że ta część się jemu należy za rozwiązanie sporu.

 

:)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

Dzień dobry.

 

"Pewna młoda para weszła do największego sklepu z zabawkami w całym mieście. Mężczyzna i kobieta długo oglądali kolorowe zabawki ułożone na półkach, uczepione pod sufitem, radośnie rozłożone na krzesłach. Były tam płaczące i śmiejące się lalki, gry elektroniczne, małe kuchenki, w których można było upiec pizzę i ciasto.

Klienci jednak nie potrafili się zdecydować i poprosili o radę uprzejmą sprzedawczynię.

- Widzi pani – rzekła kobieta – mamy małą córeczkę, lecz bardzo często przebywamy poza domem, zarówno w dzień, jak i wieczorem.

- Zauważyliśmy, że dziewczynka rzadko się uśmiecha – dodał mężczyzna.

- Chcielibyśmy kupić coś, co uczyniłoby ją szczęśliwą – podjęła kobieta – nawet wtedy, gdy nie ma nas w domu... Coś, co sprawiałoby jej radość, kiedy jest sama.

- Przykro mi – uśmiechnęła się grzecznie sprzedawczyni – ale my nie sprzedajemy rodziców."

 

Wraz z poczęciem dziecka zaciągamy wobec niego dług większy, niż to jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Wszystkie maluchy przychodzą do nas z biletem wstępu do życia i mówią nam:

- Przywołałeś mnie tutaj, jestem więc. Co mi dasz?

W większości tak rozpoczyna się każde zadanie wychowawcze.

Pewien piętnastolatek napisał na ten temat wiersz:

 

Pragnąłem mleka

A dostałem butelkę ze smoczkiem,

 

Pragnąłem rodziców

A dostałem zabawkę,

 

Pragnąłem rozmowy

A dostałem telewizor,

 

Pragnąłem się uczyć

A dostawałem świadectwa szkolne,

 

Pragnąłem myśleć

A dostałem wiedzieć,

 

Pragnąłem być wolny

A dostałem dyscyplinę,

 

Pragnąłem miłości

A dostałem normalność,

 

Pragnąłem zawodu

A dostałem posadę,

 

Pragnąłem szczęścia

A dostałem pieniądze,

 

Pragnąłem wolności

A dostałem samochód,

 

Pragnąłem sensu

A dostałem karierę,

 

Pragnąłem nadziei

A dostałem strach,

 

Pragnąłem zmieniać świat

A dostałem litość,

 

Pragnąłem żyć...

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Pewien młody student, który gorąco pragnął poświęcić się służbie ludzkości, przyszedł do św. Franciszka Salezego i zapytał:

- Co powinienem robić, by na świecie zapanował pokój?

Święty odpowiedział z uśmiechem:

- Nie trzaskaj tak głośno drzwiami..."

 

Zwykle małe, nieważne sprzeczki przeradzają się w ogromne spory. Wiele rozwodów zaczyna się od pozostawianych pod łóżkiem kapci i rozrzuconych po kątach skarpetek. Lecz także i na wielką miłość składają się drobne, błahe z pozoru sprawy.

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

P.S to wyzej jest swietne, czemu nikt nie lajkuje? ;p

 

"Trzy ciekawskie żaby wyszły pewnego dnia ze stawu, w którym zawsze mieszkały i wybrały się na podbój świata. W pobliżu znajdowało się okazałe gospodarstwo rolne. Żaby rozpoczęły swoje odkrywanie świata od ogrodzonego podwórza gospodarstwa. Lecz natychmiast dostrzegły je dwie gęsi , które zadowolone z możliwości odmienienia jadłospisu poczuły ślinkę w dziobach i sycząc rzuciły się w stronę żab.

Jednak trzy żaby były zręczne i dzielne – udało im się uciec. Właśnie w tej chwili gospodarz postawił przed drzwiami obory wiadro mleka. Dwa wspaniałe susy i żaby znalazły się w wiadrze. Początkowo pływanie w mleku niesłychanie im się spodobało, lecz wkrótce zaczęły się martwić. Musiały jak najprędzej stąd wyjść! Zdenerwowany gospodarz mógł się z pewnością okazać groźniejszy niż gęsi...

Próbowały wiele razy, lecz na próżno – metalowe ścianki wiadra były gładkie i śliskie.

Pierwsza żaba była fatalistką. Po kilku nieudanych próbach rzekła:

- Nigdy się stąd nie wydostaniemy. To już koniec. – Poddała się i utopiła.

Druga żaba przedstawiała typ intelektualistki i miała ogromną teoretyczną wiedzę na temat cieczy, skoków i obowiązujących praw fizycznych. Błyskawicznie dokonała wszelkich obliczeń dotyczących odległości od krawędzi wiadra, jego średnicy, koniecznej siły skoku, paraboli, masy ciała, siły przyciągania ziemskiego, przyspieszenia. Znalazła rozwiązanie i wyskoczyła bardzo energicznie. Lecz... w swoich obliczeniach nie wzięła pod uwagę uchwytu wiadra. Uderzyła się w głowę, straciła przytomność i skończyła marnie na dnie wiadra.

Trzecia żaba nawet na chwilę nie przestała pływać i ze wszystkich swych sił starała się nie poddawać. Pod wpływem jej energicznych ruchów mleko zamieniło się w masło, śliskie wprawdzie, lecz dosyć twarde i żabie łatwo udało się wyskoczyć na zewnątrz."

 

Afrykańskie przysłowie mówi:

„Każdego ranka w Afryce budzi się lew.

Wie, że musi biec szybciej niż gazela

aby ją złapać i zabić, albo też zdechnie z głodu.

Każdego ranka w Afryce budzi się gazela.

Wie, że musi biec szybciej niż lew

Albo też postrada życie.

Każdego ranka, kiedy się budzisz,

nie zastanawiaj się, czy jesteś lwem, czy gazelą,

lecz zaczynaj biec.”

 

Nigdy nie trać nadziei, bez względu na sytuację w jakiej się znalazłeś. Nie poddawaj się, lecz spróbuj znaleźć jakieś wyjście.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

Oto kolejna bajka, którą poznałem dzięki wspomnianej już pani psycholog:

 

ZACZNIJ OD SIEBIE

 

Na płycie nagrobnej anglikańskiego biskupa widnieją następujące słowa:

 

Kiedy byłem młody i wolny, a moja wyobraźnia nie znała granic, marzyłem, by zmienić świat. Gdy wzrosłem w latach i mądrości, odkryłem, że świata nie da się zmienić, więc przykróciłem nieco swe zamiary i postanowiłem zmienić jedynie swój kraj.

 

Lecz on także zdał się niewzruszony.

 

Gdy dożyłem swego zmierzchu, w ostatnim, rozpaczliwym zrywie zdecydowałem zmienić choć swoją rodzinę, lecz – niestety! – na nic się to zdało!

 

Teraz, gdy spoczywam na łożu śmierci, nagle zdałem sobie sprawę, że jeślibym zmienił najpierw tylko siebie, swym przykładem zmieniłbym i swą rodzinę.

Przy ich inspiracji i wsparciu byłbym w stanie naprawić swój kraj, i, kto wie, może zmieniłbym wówczas cały świat!

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Dwaj wędrowcy podążali trudną do przebycia górską drogą; chłostał ich lodowaty wiatr. Zaczynała się burza śnieżna. Wśród skał pogwizdywały smagane wichurą odłamki lodu. Mężczyźni z trudem posuwali się naprzód. Doskonale wiedzieli, że jeśli na czas nie dotrą do schroniska, zginą w śnieżnej zadymce.

Gdy tak wędrowali zmęczeni; oślepiani przez sypiący gęsto śnieg, nad samym skrajem przepaści usłyszeli jęk. Jakiś człowiek wpadł pewnie do głębokiego wąwozu i nie mogąc się stamtąd wydostać, wzywał teraz pomocy.

Jeden z wędrowców stwierdził:

- To przeznaczenie. Ten człowiek jest skazany na śmierć. Przyspieszmy lepiej kroku, byśmy sami tu nie zginęli.

I podążył naprzód skulony, aby łatwiej mu było iść.

Natomiast drugi ulitował się nad nieszczęśnikiem i zaczął schodzić krętymi ścieżkami. Po jakimś czasie znalazł rannego mężczyznę, ułożył go sobie na ramionach i z trudem rozpoczął dalszą wędrówkę.

Powoli zapadał zmrok. Widoczność była coraz gorsza. Wędrowiec dźwigający rannego był spocony, słaniał się na nogach i już całkiem opadał z sił, gdy z oddali ujrzał światła schroniska. To dodało mu otuchy i pocieszając jak umiał dźwiganego rannego, ruszył do celu. Nagle potknął się o coś, co leżało w poprzek drogi. Spojrzał w dół i z trudem zapanował nad ogarniającym go przerażeniem: u jego stóp spoczywało ciało niedawnego towarzysza podróży. Zabił go mróz.

On sam uniknął tego losu, ponieważ utrudził się bardzo, dźwigając na ramionach rannego, którego wydostał z wąwozu. Ciało uratowanego człowieka oraz ogromny wysiłek przyczyniły się do zachowania odpowiedniej ilości ciepła, co go ocaliło."

 

Monika była dziś w złym humorze. Nic się jej nie układało tak, jak powinno, wszystko ją denerwowało. Zbyt wiele zadano do domu, zbyt wiele było klasówek, zbyt wiele wszystkiego! A jeszcze matka powtarzało to samo codzienne kazanie z tysiącem argumentów, wyjaśnień i poleceń.

Zasępiła się. Potem spojrzała matce prosto w oczy i głośno powiedziała:

- Mamo, męczą mnie twoje kazania, mam ich dosyć. Dlaczego zamiast tyle mówić nie obejmiesz mnie i nie przytulisz do siebie? Żadne rady nigdy nie przyniosą mi tyle korzyści i szczęścia!

Matka zaniemówiła. Oczy córki wprost błagały o przytulenie jej. Starając się powstrzymać napływające łzy, niewyraźnie powiedziała:

- Chcesz... chcesz, żebym cię objęła? Wiesz, że ja też... ja też mam na to wielką ochotę?

Chwyciła córkę w otwarte szeroko ramiona i przytuliła ją do siebie, jakby była nadal małą dziewczynką.

Każdy, bez względu na wiek (nawet osiemdziesięciolatek), potrzebuje pociechy, jaką daje przytulenie się do bliskiej osoby, poczucie jej obecności, jednoznaczne wyrażenie miłości. Często stajemy się zbyt powściągliwi, zbyt nieśmiali w okazywaniu naszych prawdziwych uczuć. Ukrywamy je pod maską chłodu i surowości, z obawy, że ujawnimy ukochanym osobom własną bezbronność.

A przecież jedynie ludzkie ciepło może nas ochronić przed wielkim chłodem naszej epoki.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

Pewien człowiek wędrował ze swym koniem i psem. Zaskoczyła ich burza i schronili się pod ogromnym drzewem, w które uderzył piorun i wszyscy zginęli. Jednak człowiek ów nie zorientował się, że opuścił już ten świat, i podjął na nowo wędrówkę ze swymi towarzyszami. Czasami umarli potrzebują trochę czasu, by uświadomić sobie nową sytuację.

 

Człowiek, koń i pies wspinali się mozolnie po zboczu góry. Byli zlani potem i umierali z pragnienia, bo słońce grzało niemiłosiernie.

 

Na zakręcie dostrzegli wspaniałą bramę, całą z marmuru, prowadzącą na wyłożony bryłami złota plac, gdzie biło źródło krystalicznie czystej wody. Wędrowiec zwrócił się do strażnika pilnującego wejścia:

"Witaj!".

"Witaj, wędrowcze!".

"Powiedz mi, cóż to za piękne miejsce?".

"To niebo".

"Jakie to szczęście, że trafiliśmy do nieba! Jesteśmy bardzo spragnieni".

"Możesz wejść i napić się do woli" - odrzekł strażnik, wskazując źródło.

"Mój koń i pies także są spragnieni". "Bardzo mi przykro, ale tutaj zwierzęta nie mają prawa wstępu".

Wędrowcowi bardzo chciało się pić, ale nie za-mierzał opuszczać w biedzie swoich przyjaciół. Z żalem podziękował strażnikowi i ruszyli w dalszą drogę.

 

Wspinali się jeszcze bardzo długo i całkowicie już wyczerpani dotarli do starych, zniszczonych wrót prowadzących ku polnej drodze wysadzanej drzewami. W cieniu nieopodal leżał człowiek z głową przykrytą kapeluszem. "Witaj!" - odezwał się wędrowiec. Wyrwany ze snu mężczyzna skinął tylko głową. "Umieramy z pragnienia, ja, mój koń i mój pies". "Pośród tych skał znajdziecie źródło. Możecie tam pić do woli".

 

Kiedy już wszyscy ugasili pragnienie, wędrowiec podziękował nieznajomemu.

"Wracajcie tu, kiedy tylko przyjdzie wam na to ochota".

"Powiedz mi, jak nazywa się to miejsce?".

"Niebo".

"Niebo? Przecież strażnik marmurowej bramy powiedział, że niebo jest tam!".

"Tam nie było nieba, tylko piekło". Wędrowiec poczuł się zbity z tropu. "Nic z tego nie rozumiem. Jak mogą piekło nazywać niebem? Pewnie niejeden człowiek dał się oszukać!".

"Tak naprawdę to oddają nam wielką przysługę, bo tam zostają wszyscy, którzy są zdolni porzucić w biedzie swoich najlepszych przyjaciół...".

 

(Paulo Coelho)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Pewien mężczyzna poszedł, jak co miesiąc, do fryzjera. Zaczęli rozmawiać o różnych sprawach. Ni z tego, ni z owego, wywiązała się rozmowa o Bogu. Fryzjer powiedział:

- Wie pan, ja nie wierzę, że Bóg istnieje.

- Dlaczego pan tak uważa? – zapytał klient.

- Cóż, to bardzo proste. Wystarczy tylko wyjść na ulicę, żeby się przekonać, że Bóg nie istnieje. Gdyby Bóg istniał, myśli pan, że istniałoby tyle osób chorych? Istniałyby opuszczone dzieci? Gdyby istniał Bóg, nie byłoby bólu, nie byłoby cierpienia... Po prostu nie mogę sobie wyobrazić Boga, który na to wszystko pozwala.

Klient pomyślał chwilę, chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Nie chciał wywoływać niepotrzebnej dyskusji. Gdy fryzjer skończył, klient zapłacił i wyszedł. I w tym momencie zobaczył na ulicy człowieka z długą zaniedbaną brodą i włosami. Wyglądało na to, że już od dłuższego czasu jego włosy i broda nie widziały fryzjera. Był zaniedbany i brudny.

Wtedy klient wrócił i powiedział:

- Wie pan co? Fryzjerzy nie istnieją!

- Bardzo śmieszne! Jak to nie istnieją? – zapytał fryzjer – Ja jestem jednym z nich!

- Nie – odparł klient – Fryzjerzy nie istnieją, bo gdyby istnieli, nie byłoby ludzi z długimi włosami i brodą, jak ten człowiek na ulicy.

- A nie, fryzjerzy istnieją, to tylko ludzie nie poszukują nas z własnej woli.

- No właśnie – powiedział klient. – Dokładnie tak. Bóg istnieje, to tylko ludzie Go nie szukają i robią to z własnej woli, dlatego jest tyle cierpienia i bólu na świecie."

 

Bóg nie obiecywał dni bez bólu, radości, bez cierpienia, słońca bez deszczu.

Obiecał siły na każdy dzień, pociechę wśród łez i światło na drodze...

 

Autor nieznany

 

***

 

"Pewnego dnia człowiek postanowił: „Chcę wiedzieć wszystko i jeśli okaże się to konieczne, objadę cały świat.” Jak powiedział, tak też uczynił. Udał się w podróż dokoła świata.

Od największych profesorów nauczył się geografii, historii i wszelkiej możliwej wiedzy. Odkrył technikę, zafascynowała go matematyka, zainteresował się informatyką.

Nagrał na wideo, na dyskietki i na płyty kompaktowe wszystko, czego się nauczył i co odkrył. Powrócił do domu zadowolony i szczęśliwy.

Mówił: „Teraz wiem wszystko.”

Kilka dni później odwiedził bardzo znaną osobistość, znaną na całym świecie ze swojej nadzwyczajnej mądrości. Chciał porównać swoją wiedzę z wiedzą mędrca.

Ciągnęli losy o to, który z nich dwóch będzie zadawał pytanie jako pierwszy. Los naznaczył mędrca, który zwrócił się do człowieka z pytaniem: „Co wiesz o miłości?”

Człowiek wyruszył w drogę bez jednego słowa.

Do tej pory przemierza świat."

 

Miłość jest największym wyzwaniem dla wszystkich istot żywych. Najsilniejszym. Dającym największą radość. Powiedz do tego, kogo kochasz: „Chciałbym, żebyś wiedział, jak ważny jesteś dla mnie i że mógłbyś stworzyć ze mnie osobę, jaką naprawdę jestem – jeśli zechcesz. Ty jeden potrafisz obalić mur, za jakim w strachu się chronię. Ty jeden potrafisz ujrzeć mnie pod moją maską. Tylko ty możesz wyzwolić mnie z mojego ciemnego świata pełnego strachu, niepewności i samotności. Proszę cię zatem, nie omijaj mnie. Wiem, że nie będzie to dla ciebie łatwe. Przekonanie o braku własnej wartości wznosi mury nie do przebycia. Im bliżej do mnie podejdziesz, w tym bardziej nieprzewidziany sposób być może zareaguję. Zobacz, wygląda na to, że walczę z tym, czego najmocniej pragnę.

Powiedziano mi, że miłość jest silniejsza od wszelkich barier i na tym opieram moją nadzieję. Dlatego zburz ten mur twoimi silnymi, lecz delikatnymi rękoma, ponieważ to, co jest we mnie niedojrzałe, jest bardzo wrażliwe i nie może wzrastać w zamknięciu. Nie pozostawaj w ukryciu. Potrzebuję cię.”

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Do betlejemskiej groty przybyły dwa osiołki, zmęczone i wyczerpane. Ich grzbiety były wyliniałe i wygięte pod ciężkimi pakunkami, które młynarz, ich właściciel, ładował na nie codziennie oraz od uderzeń kija, których im nie szczędził.

Pozostały chwilę, aby podziwiać Dziecię. Oddały Mu cześć i modliły się jak wszyscy. Przy wyjściu oczekiwał na nie niemiłosierny młynarz.

Oba osiołki wyruszyły ze spuszczonymi głowami, z ciężkimi ładunkami na grzbietach.

- To wszystko na nic – odezwał się pierwszy. – Prosiłem Mesjasza, żeby zdjął ze mnie ten ciężar i nie uczynił tego.

- Ja natomiast – odezwał się drugi, który poruszał się z widoczną energią – prosiłem Go, aby mi dodał sił do jego noszenia."

 

Jeśli ktoś ci mówi: „Życie jest twarde”, spytaj go: „W porównaniu do czego?”

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Jubiler siedział przy biurku i patrzył w roztargnieniu na ulicę przez witrynę swojego eleganckiego sklepu.

Jakaś dziewczynka podeszła do sklepu i przycisnęła nosek do wystawy.

Jej oczy w kolorze nieba zabłysły, gdy dostrzegła jeden z wystawionych przedmiotów.

Weszła zdecydowanym krokiem i wskazała palcem w kierunku wspaniałego naszyjnika z błękitnych turkusów.

- To dla mojej siostry. Może pan ładnie zapakować, bo to prezent?

Właściciel sklepu zmierzył małą klientkę wzrokiem pełnym niedowierzania i zapytał:

- Ile masz pieniędzy?

Dziewczynka bez zakłopotania, wspinając się na palce, położyła na ladzie metalowe pudełeczko, otworzyła je i opróżniła. Wyleciał z niego bilecik, garść monet, kilka muszli i kilka figurek.

- Wystarczy? – spytała z dumą – Chcę zrobić prezent dla mojej starszej siostry. Od kiedy nie ma już naszej mamy, ona ją zastępuje i nie ma nawet wolnej chwili dla siebie. Dzisiaj są jej urodziny i jestem pewna, że ten prezent uczyni ją szczęśliwą. Te kamienie mają taki sam kolor jak jej oczy.

Jubiler poszedł na zaplecze sklepu, wyniósł stamtąd wspaniały papier pakunkowy, czerwony i złoty i owinął nim troskliwie szkatułkę.

- Weź go – powiedział do dziewczynki. – Nieś ostrożnie.

Dziewczynka ruszyła, dumnie trzymając w ręku paczuszkę jak trofeum.

Godzinę później weszła do sklepu piękna dziewczyna z czupryną w kolorze miodu i przecudnymi, błękitnymi oczami. Położyła stanowczo na ladzie paczuszkę, którą jubiler z taką starannością pakował i spytała:

- Ten naszyjnik został kupiony tutaj?

- Tak, panienko.

- I ile kosztował?

- Ceny wystawione przez mój sklep są poufne: przeznaczone dla klienta i dla mnie.

- Ale moja siostra miała zaledwie kilka drobnych. Nie mogłaby nigdy zapłacić za naszyjnik taki jak ten!

Jubiler wziął szkatułkę, zamknął ją wraz z jej zawartością, na nowo starannie zapakował i oddał dziewczynie.

- Twoja siostra zapłaciła. Zapłaciła cenę wyższą, niż ktokolwiek inny: oddała wszystko, co posiadała."

 

„Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16).

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Rekruci codziennie wychodzili biegać. Zaczynali rozgrzewkę przed świtem, jak tylko wyskoczyli z prycz. Rozpoczęli służbę w specjalnym wojskowym korpusie antyterrorystycznym, zatem byli przygotowani na wysiłek, a nawet na wycieńczenie fizyczne. Ale tym razem było inaczej. Te ćwiczenia nie miały nic wspólnego z dotychczasowym, codziennym bieganiem w koszulkach i rytmicznym śpiewem.

Tym razem biegli w bojowych mundurach. Jak zwykle rozkaz brzmiał: „Wyruszacie razem, biegniecie razem, pracujecie jako jedna drużyna i wracacie razem. Jeśli nie uda wam się wszystkim powrócić, nie powracajcie wcale!”

Podczas drogi ból, pragnienie, wysiłek zaczęły otępiać umysły i w biegnącej formacji zaczęło się dziać coś niepokojącego.

W piątym rzędzie, w centrum plutonu, jeden z młodzieńców nie nadążał: nogi poruszały się, ale nie utrzymywał rytmu całej grupy. Był to Sandri, chudy chłopak o czerwonych włosach. Głowa kiwała mu się na boki. Chłopak przeżywał trudne chwile: zaczynał ustawać.

Nie tracąc rytmu, rekrut po jego prawej stronie przesunął się i wziął od niego ciężki karabin. Chłopak o czerwonych włosach na jakiś czas odzyskał siły, ale wkrótce potem oczy zaszły mu mgłą i z trudem poruszał nogami. Znowu głowa zaczęła mu się kiwać.

Tym razem przysunął się rekrut z jego lewej strony, wziął od niego hełm i kontynuując bieg, wsunął go sobie pod ramię. Teraz Sandri znów mógł biec.

Buty uderzały ciężko w jednym rytmie w kurz drogi. Tup, tup, tup, tup.

Sandri czuł się źle, bardzo źle: chwiał się i potykał, ale utrzymał się na nogach. Dwaj żołnierze z tyłu uchwycili plecak, każdy za jeden pasek. Sandri skoncentrował resztki sił, jakie mu pozostały, wyprostował się i pluton kontynuował bieg – aż do zachodu słońca."

 

Lepiej jest dwom niż jednemu,

gdyż mają dobry zysk ze swej pracy.

Bo gdy upadną, jeden podniesie drugiego.

Lecz samotnemu biada, gdy upadnie,

a nie ma drugiego, który by go podniósł.

Również gdy dwóch śpi razem,

nawzajem się grzeją;

jeden natomiast jakże się zagrzeje?

A jeśli napadnie ich jeden,

to dwóch przeciwko niemu stanie;

a powróz potrójny niełatwo się zerwie.

(Koh 4, 9-12)

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Świętowali 50-lecie małżeństwa. Byli szczęśliwi, otoczeni dziećmi i wnukami.

Ktoś zadał mężowi pytanie, jaka jest recepta na tak trwałe małżeństwo. Starszy pan przymknął na chwilę powieki, a następnie, jakby wyławiając z pamięci dalekie wspomnienia, zaczął opowiadać.

- Łucja, moja żona, była jedyną dziewczyną, z którą kiedykolwiek się umówiłem. Dorastałem w sierocińcu i od początku ciężko pracowałem, aby nieć choć to niewiele, co posiadałem. Nie miałem nigdy czasu, aby umawiać się z dziewczynami, dopóki Łucja mnie nie zdobyła. Zanim jeszcze zdałem sobie sprawę z tego, co się dzieje, poprosiłem ją, aby została moją żoną.

Oboje byliśmy tacy młodzi. W dniu ślubu, po ceremonii kościelnej, ojciec Łucji wziął mnie na bok i włożył mi do ręki pakuneczek. Powiedział: „Dzięki temu prezentowi twoje małżeństwo będzie szczęśliwe i nic więcej nie będzie do tego potrzebne.”

Byłem podekscytowany i szarpałem się z papierem i tasiemką, nim udało mi się rozerwać paczuszkę. W pudełeczku znajdował się duży, złoty zegarek. Wyjąłem go ostrożnie. Gdy go oglądałem z bliska, zauważyłem tekst, wygrawerowany na tarczy. Była to bardzo mądra wskazówka i widziałem ją, ilekroć sprawdzałem, która godzina.

Starszy pan uśmiechnął się i pokazał swój stary zegarek. Znajdowały się tam na tarczy zamazane już nieco, ale dające się przeczytać słowa. Te słowa skrywały w sobie tajemnicę szczęśliwego małżeństwa. Brzmiały następująco: „Powiedz coś miłego Łucji.”"

 

Powiedz coś miłego osobie, którą kochasz. Teraz.

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

Wnuczek powala na kolana :)

 

"Lekarz pochylił w zakłopotaniu głowę. Stan jego pacjenta nie wykazywał żadnej poprawy. Od dziesięciu już dni starzec przestał reagować na leczenie. Nie podnosił się ze szpitalnego łóżka i zdawało się, że nie ma już ochoty dłużej walczyć o życie – zmęczony i zrezygnowany.

Następnego dnia lekarz znowu czuł się zakłopotany. Tym razem z zaskoczenia. Cała energia starca powróciła. Siedział oparty o poduszki i odzyskał kolory.

- Co się wydarzyło? – zapytał lekarz. – Dopiero co wczoraj rozpaczaliśmy nad pana zdrowiem. Dzisiaj zaś wszystko cudownie funkcjonuje! Można wiedzieć, co się panu przydarzyło?

Staruszek uśmiechnął się. Przytaknął ze spokojem i powiedział:

- Ma pan rację. Coś się wczoraj wydarzyło. Wczoraj przyszedł do mnie mój wnuczek i powiedział mi: - Dziadku, musisz wrócić natychmiast do domu: mój rower się zepsuł!

 

W Domu Spokojnej Jesieni mówiono, że starsza pani był trochę wariatką. Miała bardzo dziwne przyzwyczajenie. Każdego wieczoru obejmowała i całowała telewizor. Asystent zapytał ją, dlaczego to robi.

- Ten prezenter jest jedyną osobą na świecie, która pozdrawia mnie i uśmiecha się.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

Pewien nasz przyjaciel o zachodzie słońca wybrał się zwyczajowo na swój codzienny spacer opustoszałym brzegiem morza. Idąc tak w zamyśleniu, spostrzegł nagle w oddali sylwetkę jakiegoś mężczyzny. Kiedy podszedł bliżej, przekonał się, że to ktoś miejscowy, jakiś Meksykanin. Mężczyzna bezustannie schylał się, podnosił coś i ciskał do morza.

 

Gdy nasz przyjaciel zbliżył się jeszcze bardziej, dostrzegł, że Meksykanin zbiera tak rozgwiazdy, które fale oceanu wyrzuciły na plażę. Wielce zaintrygowany podszedł do mężczyzny i powiedział:

 

- Dobry wieczór, amigo. Przechodziłem właśnie tędy i zastanawiałem się, co robisz.

- Wrzucam te rozgwiazdy z powrotem do wody. Widzi pan, mamy odpływ i wszystkie je wyniosło na brzeg. Jeśli nie wrócę ich morzu, umrą z braku tlenu.

- Rozumiem... – odparł nasz przyjaciel. – Lecz takich rozgwiazd muszą być pewnie na tej plaży tysiące i w żaden sposób nie uda ci się uratować wszystkich... Jest ich po prostu zbyt wiele. Poza tym zdajesz sobie chyba sprawę – tłumaczył – że na tym tylko wybrzeżu podobnych plaż są setki i na każdej z nich morze wyrzuciło pełno rozgwiazd. Nie sądzisz więc, przyjacielu, że to, co robisz, nie ma większego znaczenia?

 

Meksykanin uśmiechnął się, a potem pochylił, podniósł kolejną rozgwiazdę i wrzucając ją do wody, odrzekł:

 

- Ma znaczenie dla tej!

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Dawno temu, w odległej ziemi, w wykwintnym domu żyła pewna dziewczynka.

Dom otaczał wielki i wspaniały ogród. Ogród był olbrzymi i dziewczynka, której było na imię Anna, bardzo go kochała.

Któregoś dnia pewien stary mędrzec, biorąc ją za rękę, powiedział:

- Posłuchaj, Anno, kiedy się narodziłaś, obiecałem twojej matce, że spełnię twoje życzenie Dlatego powiedz mi, czego pragniesz? Mogę cię uczynić bogatą albo piękną, mogę zmienić cię w księżniczkę, nawet w wiedźmę, jeśli tego pragniesz. O cokolwiek poprosisz, mogę to spełnić, ale pamiętaj: możesz wyrazić tylko jedno życzenie.

Anna pomyślała o wszystkich rzeczach, które zaproponował jej mędrzec, ale żadna z nich nie zwiastowała szczęścia, a ona była zadowolona ze swojego dotychczasowego życia. W końcu powiedziała:

- Spraw, abym mogła mieszkać przez całe życie w tym pięknym ogrodzie. Starzec zmarszczył czoło. – To wszystko?

Anna przytaknęła. – To wszystko. Jestem szczęśliwa tutaj i nie pragnę niczego więcej.

Mijały lata. Anna wyrosła na bardzo piękną pannę. Wielu mężczyzn, którzy przyjeżdżali do niej w odwiedziny, zakochiwało się w tej wesołej i szczęśliwej dziewczynie. Prosili, aby została ich żoną, ale ona odrzucała jednego po drugim. Należała do swojego ogrodu i nie opuściłaby go nigdy.

Ale pewnego ranka, podczas spaceru, znalazła się naprzeciwko młodzieńca, którego nigdy przedtem nie widziała. Był wysoki i piękny; zaledwie Anna go ujrzała, zakochała się w nim.

On wziął ją za rękę i powiedział uprzejmie:

- Nazywam się Hansi, jestem księciem z odległej krainy. Chcesz wyjść za mnie i pojechać ze mną?

Tłumiąc płacz, odpowiedziała: - Jeśli... jeśli potrafię, pojadę z tobą. Ale może się zdarzyć, że będzie to dla mnie niemożliwe. Jakiś czas temu pewien mędrzec obiecał spełnić pewne moje życzenie, a ja wybrałam życie tutaj, w tym ogrodzie.

Jednak poślubiła księcia tego samego dnia i razem odjechali konno do jego kraju. Po wielu tygodniach podróży dotarli do kraju Hansiego.

Pałac był przepiękny, z wysokimi wieżami i ścianami z marmuru. Ale wokół rozciągała się pustynia – olbrzymia, wypełniona złotym piaskiem. Nie było ani odrobinę zieleni, nic tam nie rosło. Tej nocy Anna płakała, myśląc o strasznym miejscu, do którego przywiodła ją miłość. Jednak następnego ranka Hansi zbudził ją i zaprowadził do okna.

- Popatrz! – wykrzyknął – Stary mędrzec naprawdę umiał czarować, popatrz!

Anna przylgnęła do okna i wstrzymała oddech. Ależ – to był jej ogród! Cały jej przepiękny, zielony park był tam, wokół pałacu i rozciągał się, jak okiem sięgnąć.

- Widziałaś? – spytał książę. – Do jakiegokolwiek miejsca się udasz, twój ogród podąży za tobą."

 

Uprawiaj w swoim wnętrzu ogród: będzie ci towarzyszył, dokądkolwiek się udasz. I będzie twoją podporą w życiu.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Młodzieniec oświadczył dumnie mistrzowi:

- Wreszcie osiągnąłem doskonałość. Stałem się całkowicie panem samego siebie. W sposób idealny. Potrafię z łatwością panować nad nerwami i mściwością, usunąłem z mego serca wszelką chciwość, chęć wywyższania się, pożądanie władzy i pieniędzy, a nawet najmniejsze pragnienie seksualne, zatem...

Mistrz przerwał mu:

- Jaka szkoda! Właśnie kilka dni temu pewna piękna dziewczyna dała mi do zrozumienia, że gdyby się nadarzyła okazja, chętnie wśliznęłaby się do twojego łóżka...

Młodzieniec (przysuwając się): - Ach tak? Kto to? Znam ją...?"

 

Pewien bogaty młodzieniec udał się pewnego dnia do cnotliwego przeora, aby prosić go o pozwolenie pozostania w jego zakonie.

Przeor pragnął poznać jego zwyczaje i nawyki – kandydat podniósł z pychą głowę:

- Ubieram się zawsze na biało, piję tylko wodę, zimą tarzam się nago po śniegu. Aby lepiej się umartwić, umieściłem ostre gwoździe w moich butach i każe mojemu giermkowi wymierzać mi czterdzieści batów dziennie...

W tej samej chwili podjechał ciężki wóz, z trudem ciągnięty przez białego konia. Woźnica wyprzągł konia, zwierzę napiło się z poidła i wytarzało się dla odświeżenia po śniegu.

- Widzisz – rzekł przeor – to stworzenie jest białe, pije wyłącznie wodę, tarza się po śniegu, gwoździe drażnią jego nogi, otrzymuje więcej niż czterdzieści batów na dzień. A jednak nie jest niczym więcej, jak tylko koniem...

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Pola były wysuszone i spękane z braku deszczu. Liście wyblakłe i pożółkłe, zwisały ciężko z gałęzi. Trawa znikła z łąk. Ludzie spięci i nerwowi, spoglądali w niebo, przypominające im kobaltowobłękitny kryształ.

Kolejne tygodnie były coraz gorętsze. Od miesięcy nie spadła kropla deszczu.

Wiejski proboszcz zorganizował specjalne modlitwy na placu przed kościołem, dla wyproszenia łaski deszczu.

O ustalonej godzinie plac był wypełniony zniecierpliwionymi, ale pełnymi nadziei ludźmi. Wielu przyniosło ze sobą przedmioty, które miały świadczyć o ich wierze. Proboszcz oglądał z podziwem Biblie, krzyże, różańce. Nie potrafił jednak oderwać oczu od dziewczynki, siedzącej z godnością w pierwszym rzędzie.

Na kolanach trzymała czerwony parasol."

 

Modlić się, to wołać o deszcz, wierzyć – to przynieść parasol.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Młodzieniec siedział sam w autobusie. Wzrok miał nieprzerwanie skierowany za okno. Wyglądał na niewiele ponad dwadzieścia lat; był piękny, z twarzą o delikatnych rysach.

Pewna kobieta usiadła obok niego. Po zamienieniu kilku słów o pogodzie – ciepłej, wiosennej – młodzieniec niespodziewanie rzekł:

- Byłem w więzieniu przez dwa lata. Wyszedłem dzisiejszego ranka i wracam do domu.

Słowa wypływały z niego jak rwąca rzeka, kiedy opowiadał, jak dorastał w biednej, uczciwej rodzinie i jak jego przestępcza działalność przysporzyła rodzinie bólu i wstydu.

Przez te dwa lata nie miał od nich wieści. Widział, że rodzice byli zbyt biedni, aby pozwolić sobie na podróż do więzienia i zbyt prości, aby pisać listy. On sam przestał do nich pisywać, ponieważ nie odpowiadali. Trzy tygodnie przed zakończeniem kary uczynił ostatni, desperacki krok, który miał mu pozwolić na powrót do ojca i matki. Przeprosił ich za zawód, jaki im sprawił i poprosił o wybaczenie.

Po wyjściu na wolność wsiadł do autobusu, który miał go zawieźć do jego miasta i którego trasa wiodła obok ogrodu i domu, gdzie dorastał i gdzie nadal mieszkali jego rodzice.

W liście napisał, że rozumie ich zachowanie. Dla ułatwienia sprawy poprosił, aby dali mu znak, który mógłby zobaczyć z przejeżdżającego autobusu. Jeśliby mu przebaczyli i chcieliby go przyjąć, mieli przyczepić białą wstęgę do starej jabłoni w ogrodzie. Gdyby znaku nie było, młodzieniec nie wysiadłby z autobusu i opuściłby miasto, odchodząc na zawsze z życia rodziny.

W miarę jak autobus przybliżał się do celu, młodzieniec stawał się coraz bardziej nerwowy, do tego stopnia, że bał się spoglądać przez okno, pewien że nie zobaczy żadnej wstęgi.

Po wysłuchaniu jego opowiadania kobieta ograniczyła się tylko do prośby:

- Zamień się ze mną. Ja będę wyglądała przez okno.

Autobus jechał dalej, mijając jeszcze kilka domów i w pewnej chwili kobieta zobaczyła drzewo. Dotknęła delikatnie ramienia młodzieńca i powstrzymując łzy, wyszeptała:

- Spójrz! Spójrz! Obwiesili całe drzewo białymi wstążkami!"

 

Jesteśmy bardzo podobni do bestii, gdy zabijamy.

Jesteśmy bardzo podobni do ludzi, gdy osądzamy.

Jesteśmy bardzo podobni do Boga, gdy przebaczamy.

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Któregoś dnia pewna kobieta przyszła z synkiem do Mahatmy Gandhiego i poprosiła:

- Mahatma, powiedz mu, żeby nie jadł więcej słodyczy.

- Bądź tak miła i wróć za trzy dni – odpowiedział Gandhi.

Za trzy dni kobieta wróciła z dzieckiem i Gandhi powiedział do niego:

- Nie jedz więcej słodyczy!

Kobieta spytała:

- Dlaczego kazałeś nam czekać trzy dni tylko po to, aby to powiedzieć?

Mahatma odpowiedział:

- Ponieważ trzy dni temu ja sam jadłem jeszcze słodycze.

 

Gdyby ci wszyscy, którzy dowodzą, nauczają, komenderują, wykrzykują, zachęcają – zdecydowali się przestrzegać tego, czego żądają od innych, ten świat byłby rajem.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Nazywała się Liu – „Piękna jak zorza”; żyła spokojnie w małej wiosce rybackiej na brzegu Błękitnej Rzeki i poprosił o jej rękę najbogatszy z rzecznych rybaków.

Pierwsze lata pary młodych były prawdziwie szczęśliwe i beztroskie. Jednak całe to szczęście przeszkadzało i irytowało coraz bardziej teściową Liu, która szybko straciła miejsce w sercu syna, rodziny i służących na rzecz pięknej synowej. Dlatego zaczęła gnębić ją na wszelkie sposoby, opowiadać najgorsze rzeczy na jej temat. Piękna Liu, zrozpaczona, postanowiła się zemścić, zabijając teściową. Owładnięta tym głębokim pragnieniem, udała się do czarownika, aby zdobyć magiczny napój śmierci.

Czarownik wysłuchał jej uważnie i dał jej buteleczkę zawierającą różowy płyn, który miała codziennie dolewać do herbaty teściowej. Następnie zaproponował, aby dla odsunięcia od siebie wszelkich podejrzeń codziennie robiła teściowej przyjemny, rozluźniający masaż ramion, karku i pleców.

- W ten sposób umrze powoli w ciągu sześciu miesięcy.

Liu cierpliwie, wytrwale i systematycznie wlewała miesiącami różowe krople do herbaty teściowej i z tą samą cierpliwością robiła jej codziennie przyjemny, rozluźniający masaż.

Codzienny masaż tworzył pomiędzy dwoma kobietami nową więź, aż zostały przyjaciółkami. Ich serca się odmieniły. Teściowa zauważyła, że synowa jest nie tylko piękna, ale też miła i uprzejma. Liu poznawała coraz lepiej matczyne serce teściowej.

Po kilku miesiącach Liu zdążyła zapomnieć o przyczynie codziennych wizyt u teściowej, różowych kropli w jej herbacie i masażu: wszystko to stało się kojącym i miłym zwyczajem, czasem spędzanym na długich rozmowach, wypełnionym wzajemną przyjaźnią i czułością.

Któregoś dnia nieoczekiwanie przypomniała sobie. Teściowa niewinnie rzekła:

- Tak nam razem dobrze. Szkoda, że będę musiała umrzeć dużo wcześniej od ciebie...

Liu podniosła się i pobiegła do czarownika po antidotum na truciznę z buteleczki. Upadła na kolana i prosiła, opowiadając o wydarzeniach, jakie miały miejsce i o tym, jak odmieniło się jej serce.

Czarownik uśmiechnął się:

- Podnieś się, moja piękna córko. Płyn, który ci dałem jest wyłącznie sokiem z płatków róż. Prawdziwym antidotum na truciznę nienawiści, którą w rzeczywistości miałaś wewnątrz siebie, był ten codzienny masaż. Jeśli patrzysz w oczy drugiej osoby, jesteś przy niej, rozmawiasz z nią – nie potrafisz już dłużej jej nienawidzić."

 

Jeśli patrzysz na drugą osobę podczas jej snu,

nie potrafisz dłużej jej nienawidzić.

Człowiek rodzi się miękki i kruchy,

umiera twardy i silny.

Wszystkie istoty rodzą się miękkie i delikatne –

umierają zasuszone i twarde.

Dlatego wszystko, co twarde i mocne,

wiąże się ze śmiercią;

to, co jest delikatne i kruche,

kojarzy się z życiem.

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Żył pewnego razu król, który całe życie spędził na prowadzeniu wojen i powiększaniu swojego królestwa. W wieku sześćdziesięciu lat zdał sobie sprawę, że niewiele do tej pory się dowiedział o sensie istnienia. Zwołał wszystkich swoich ministrów i doradców i rozkazał:

- Zabierzcie wszystkie pieniądze z moich skarbców i idźcie na cztery strony świata w poszukiwaniu ksiąg mądrości; chciałbym w końcu poznać prawdziwą mądrość życia.

Doradcy zabrali worki z pieniędzmi i tłumnie ruszyli we wszystkie strony świata. Powrócili po siedmiu latach, prowadząc czterdzieści wielbłądów, obładowanych wszelkiego rodzaju książkami, dużymi i małymi. Cała góra mądrych książek. Król, widząc je, wykrzyknął:

- Mam sześćdziesiąt siedem lat! Nigdy nie starczy mi czasu na przeczytanie tych wszystkich książek. Zróbcie mi streszczenie całości!

Zwołano najlepszych literatów świata: wzięli się do pracy i po siedmiu latach oddali doskonałe streszczenie całego tego skarbca mądrości. Ale tym streszczeniem wciąż można było obładować siedem wielbłądów.

- Skończyłem siedemdziesiąt cztery lata – powiedział król. – Nie mam czasu, aby przeczytać to wszystko. Streszczajcie ponownie!

Zrobiono streszczenie streszczenia. Pod koniec kolejnych siedmiu lat mędrcy załadowali swoje dzieło na jednego wielbłąda.

- Przekroczyłem osiemdziesiątkę – rzekł król, coraz słabszy. – Moje oczy są bardzo zmęczone. Nie mógłbym nigdy przeczytać tych książek. Streszczajcie dalej!

Mędrcy znów siedem lat pracowali dzień i noc. W efekcie powstała jedna książka – zawierająca całą mądrość ziemi.

W tym momencie przybył do mędrców goniec:

- Szybko, zanieście książkę królowi. Umiera.

Król miał już osiemdziesiąt osiem lat i konał na swoim łożu. Największy spośród mędrców zbliżył twarz do twarzy króla, który wymamrotał mu do ucha:

- Proszę, ujmij mi w jednym zdaniu całą wiedzę, całą mądrość świata…

- Oto ona, panie: „Żyj chwilą obecną.”"

 

Większość z nas nie przeżyje nic wielkiego w życiu. Nieliczni stają się milionerami; jednostki zostają prezenterami Festiwalu w San Remo, są wybierane na prezydentów, otrzymują nagrody Nobla.

Ale wszyscy możemy przeżywać małe radości życia.

Pieszczotliwe dotknięcie dłoni. Pocałunek w policzek. Pełnię księżyca. Wolne miejsce na parkingu. Piękno płonącego ognia. Zachód słońca.

Ciesz się drobnymi słodyczami życia.

Każdy z nas może korzystać z nich w obfitości.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Wielki król otrzymał w darze dwa malutkie sokoły i powierzył je zwierzchnikowi sokolników, aby je wyszkolił. Po kilku miesiącach nauczyciel ten zakomunikował, że jeden z dwóch sokołów jest już wyszkolony.

- A drugi? – zapytał król.

- Przykro mi, panie, ale drugi sokół zachowuje się dziwnie: może cierpi na rzadko spotykaną chorobę, której nie potrafimy wyleczyć. Nikt nie potrafi usunąć go z gałęzi drzewa, na której został umieszczony pierwszego dnia. Każdego dnia jeden ze służących musi wdrapywać się tam, by zanieść mu pokarm.

Król zawezwał weterynarzy i wszelkiego typu uzdrowicieli, ale nikt nie potrafił zmusić sokoła do lotu.

Władca zlecił to zadanie członkom swego dworu, generałom i najmędrszym doradcom, ale nikomu nie udało się usunąć sokoła z jego gałęzi.

Z okna swego apartamentu monarcha mógł obserwować sokoła, który przez całe dnie i noce siedział nieruchomo na gałęzi. W końcu pewnego dnia król zwrócił się do poddanych z apelem, by pomogli mu w rozwiązaniu tego problemu.

Następnego dnia król otworzył okno i nagle ze zdumieniem zobaczył, że sokół fruwa wspaniale pośród drzew ogrodu.

- Przyprowadźcie mi sprawcę tego cudu! – rozkazał.

Wkrótce przedstawiono mu młodego wieśniaka.

- To ty sprawiłeś, że sokół fruwa? Jak to zrobiłeś? Czy jesteś czarodziejem? – spytał król.

Onieśmielony, ale szczęśliwy chłopak odpowiedział:

- To nie było trudne, królu. Ja po prostu ściąłem gałąź. Sokół zdał sobie sprawę, że posiada skrzydła i zaczął fruwać."

 

Czasami Bóg pozwala komuś uciąć gałąź, do której jesteśmy silnie przywiązani, byśmy mogli sobie uświadomić, że posiadamy skrzydła.

 

Gołębica została stworzona dopiero niedawno, ale ciągle się skarżyła. Dobry Bóg przyjął ją w swym wspaniałym ogrodzie.

- Panie wszechświata, jakiś kot ciągle mnie śledzi i chce mnie zabić i pożreć. Dlatego ja spędzam dni na rozpaczliwej ucieczce, posługując się nic nie wartymi nóżkami, które mi dałeś!

Stworzyciel ulitował się nad gołębicą i podarował jej piękne, silne skrzydła. Po kilku dniach wróciła ona jednak do dobrego Boga, płacząc:

- Panie wszechświata, kot nadal mnie prześladuje, a teraz, z tymi skrzydłami na plecach, jest mi jeszcze trudniej uciekać. Są ciężkie i przeszkadzają, a z moimi krótkimi i słabymi nóżkami jest coraz gorzej!

Stworzyciel uśmiechnął się i powiedział:

- Moja gołębico, nie po to dałem ci skrzydła, abyś nosiła je na plecach, ale po to, aby one uniosły cię do nieba!

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Żyła kiedyś pewna rodzina spokojna i pogodna. Mieszkała w małym domku na przedmieściach miasta. Pewnego wieczoru jej członkowie siedzieli przy kolacji, gdy nagle usłyszeli pukanie do drzwi. Ojciec poszedł i otworzył je. Na progu stanął starzec w zniszczonej odzieży i obdartych spodniach. Niósł kosz pełen warzyw. Spytał domowników, czy nie kupiliby ich trochę. Oni rzeczywiście coś wzięli, gdyż chcieli się go pozbyć.

Z czasem rodzina ta zaprzyjaźniła się ze starcem, który co tydzień przynosił im warzywa. Okryli, że ten starzec, biedny człowiek miał kataraktę i był prawie niewidomy. Ale zawsze zachowywał się w sposób niezwykle uprzejmy, więc cała rodzina oczekiwała na jego przyjście, gdyż ceniła sobie jego towarzystwo.

Pewnego dnia starzec, jak zwykle, przyniósł tym ludziom warzywa, a potem powiedział:

- Wczoraj otrzymałem wielki prezent! Przy moim domku znalazłem kosz z odzieżą, którą ktoś zostawił dla mnie.

Wszyscy wiedzieli, jak bardzo potrzebował ubrań, dlatego powiedzieli:

- To wspaniale!

Niewidomy staruszek jednak dodał:

- Ale jest rzecz jeszcze wspanialsza: znalazłem rodzinę, która rzeczywiście potrzebowała tej odzieży!"

 

Radość płynąca z dawania jest silniejsza od życia. Rzeczywistym biedakiem jest ten, kto nigdy jej nie doświadcza.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Właśnie stwierdzono, że dziecko skłamało. Ojciec wyrozumiały i nowoczesny, wiedział że to kłamstwo nie było ważne, ale ważne było moralne pojęcie kłamstwa.

Przerwał swoją pracę i usiadł z synem, by wytłumaczyć mu w prostych słowach, dlaczego musi zawsze mówić prawdę, bez względu na to, jakie będą tego konsekwencje.

Zadzwonił telefon.

Syn, który starał się zjednać sobie ojca, powiedział:

- Ja pójdę odebrać!

Pobiegł do telefonu.

Po chwili powrócił:

- To agent ubezpieczeniowy, tatusiu.

- Właśnie teraz? Powiedz mu, że nie ma mnie w domu."

 

Jakże łatwo jest dać fałszywe świadectwo!

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Nad brzegiem strumyka zasnęła maleńka muszka. Z głębi lasu dał się słyszeć głuchy i potężny ryk. Biedna muszka ogromnie się przestraszyła. Wielki, tłusty lew ryczał z całych sił, szukając kolacji dla siebie. Muszka zawołała oburzona:

- Hej, ty tam! Może zamilkniesz! Co ma znaczyć cały ten hałas? Czy nie możesz pozwolić spać spokojnie porządnym osobnikom? Jakie masz prawo do przebywania tutaj?

Lew ryknął:

- Jakie prawo? Moje prawo! Jestem królem puszczy. Robię to, co mi się podoba, jem to, co lubię, idę tam, gdzie chcę! Jestem bowiem królem puszczy!

- A kto powiedział, że jesteś królem? – spytała spokojnie muszka.

- Kto powiedział? – zaryczał lew. – Ja to mówię, gdyż jestem najsilniejszy i wszyscy się mnie boją!

- Ale ja, na przykład, nie boję się ciebie, a więc ty nie jesteś królem.

- Nie jestem królem? Powtórz to, jeśli masz odwagę!

- Naturalnie, że powtórzę. Nie będziesz królem, jeśli nie zwyciężysz w walce ze mną!

- Walczyć z tobą? – warknął lew nieco zafrasowany. – Kto słyszał coś podobnego? Lew przeciwko muszce? Ty mały, nieznośny drobiazgu! Jednym dmuchnięciem poślę cię na koniec świata!

Ale nie posłał nigdzie nikogo. Dmuchał i wysilał się z całych sił. Uzyskał jedynie to, że muszka, która huśtała się na źdźble trawy, wołała:

- Jestem silniejsza od ciebie! Ja jestem królową!

Wówczas lew stracił definitywnie poczucie proporcji i z rozwartą paszczą rzucił się, by połknąć muszkę, ale połknął jedynie kawałek trawy.

A gdzie była chytra muszka?

Właśnie w nozdrzu lwa, tam zaczęła łechtać go i kłuć.

Lew uderzał głową o drzewa, drapał się pazurami, wrzeszczał, ryczał…

- Och, mój nos! Mój biedny nos! Litości! Wyjdź stamtąd. Ty jesteś królową puszczy, jesteś wszystkim tym, czym chcesz być… Ale wyjdź z mego nosa! – popłakiwał lew.

Wtedy muszka wyfrunęła z nosa lwa, który upokorzony i udręczony, zniknął w głębi puszczy. Muszka zaczęła tańczyć z radości i wołać:

- Jestem królową, królową! Pokonałam lwa! Zmusiłam go do ucieczki! Jestem silniejsza i przebieglejsza od niego!

Skacząc radośnie tu i tam, muszka nie zauważyła, że zaplątała się w coś cienkiego, lekkiego, silnego… w białe długie nici, prawie niewidoczne wśród drzew, które okręciły się wokół owada, krępując jego nóżki i skrzydła. Pająk zjawił się ze swymi ośmioma nóżkami, mrucząc:

- Cóż za wspaniała zakąska na kolację…"

 

Wielcy, czy mali, pyszni zawsze są niemądrzy.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Na probostwo zapukał chłopak, brudny i nędznie odziany. Był to dostawca narkotyków, poszukiwany przez policję i przez bandę okrutnych rywali. Nie wiedział, gdzie ma się ukryć. Wiekowy ksiądz, który otworzył drzwi, był zakłopotany tą wizytą.

- Proszę mnie wpuścić, ojcze. Jestem zrozpaczony.

- Dobrze, tej nocy możesz tu pozostać, ale jedynie przez jedną noc. Jutro rano musisz odejść.

Tej nocy staruszek ksiądz umarł. Dotarł do nieba. Jezus przyjął go uprzejmie i powiedział:

- Zaprawdę ilekroć zrobiłeś coś dla najmniejszego z moich braci, uczyniłeś to dla mnie!

Kapłana uradowały te słowa. Ale Jezus ciągnął dalej:

- Chodź, wejdź do Raju. Przez tę noc możesz tu zostać, ale tylko przez jedną noc. Jutro rano musisz stąd odejść!"

 

Jezus nie mówi <<na niby>>.

<<Nie każdy, który Mi mówi: <<Panie, Panie!<<, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: <<Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego Imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twojego imienia i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?>>. Wtedy oświadczę im: Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości>>. (Mt 7, 21-23)

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

Pewien ogrodnik miał ogród pełen pięknych kwiatów. Kochał je i codziennie pielęgnował. Aż pewnego wieczoru, na środku ogrodu, wyrosła śliczna orchidea. Ogrodnik popatrzył na nią z zachwytem. Odtąd tylko nią się opiekował. Inne kwiaty przyglądały się jak ogrodnik dba o orchideę, jak ją pielęgnuje, podlewa, zaniedbując pozostałę roślinki. Główki kwiatów coraz bardziej się pochylały. Kwiaty więdły, chyliły się ku ziemi.

Aż pewnego wieczoru schwycił mróz. Orchidea zmarzła. Ogrodnik, widząc to, ogromnie się zmartwił. Rozejrzał się po swoim ogrodzie. Popatrzył na inne kwiaty. Zobaczył, że one też zwiędły, tyle że nie przez mróz, ale wskutek zaniedbania. Zapłakał ogrodnik nad ich i swoim nieszczęściem.

Morał: kochając nie wyrządzajmy krzywdy tym, których kochaliśmy.

 

***

 

"Trzy osoby znalazły się pewnego dnia na brzegu rzeki o wodach spienionych i groźnych. Osoby te musiały przeprawić się na drugi brzeg. Była to dla nich sprawa bardzo ważna. Pierwszy mężczyzna, przebiegły kupiec i wielki kombinator, który potrafił kierować ludźmi i sprawami, ukląkł i zwrócił się do Boga:

- Panie, spraw, bym odważył się rzucić w te groźne wody i przeprawić się przez rzekę. Po drugiej stronie czekają mnie ważne sprawy. Podwoję moje zyski, ale muszę się spieszyć…

Wstał i po chwili wahania rzucił się do wody. Ale rzeka porwała go ze sobą.

Drugi był żołnierzem, znanym z prawości i mocy ducha. Stanął na baczność i tak się modlił:

- Panie, obdarz mnie siłą, bym mógł przezwyciężyć tę przeszkodę. Ja zwyciężę rzekę, gdyż walka o zwycięstwo jest moją dewizą.

Rzucił się bez wahania, ale prąd był silniejszy od niego i porwał go ze sobą.

Trzecią osobą była pewna kobieta. W domu czekali na nią mąż i dzieci. Również ona uklękła i pomodliła się:

- Panie, pomóż mi, obdarz mnie radą i mądrością, abym mogła przeprawić się przez tę groźną rzekę.

Wstała i zauważyła w pobliżu pasterza, który pilnował swego stada na pastwisku.

- Czy jest tu jakaś możliwość przeprawienia się przez rzekę? – spytała.

- Dziesięć minut drogi stąd, za tą wydmą, znajduje się most – odpowiedział pasterz."

 

Czasem wystarcza odrobina pokory. I ktoś, kto daje odpowiednią wskazówkę.

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Żyła kiedyś dziewczynka o imieniu Cecylia. Jej rodzice pracowali bardzo dużo. Była to dobra, szczęśliwa rodzina. Brakowało tylko jednego, ale dopiero w pewnym momencie zauważyła to Cecylia. Pewnego dnia, gdy Cecylia miała 9 lat, po raz pierwszy nocowała w domu swej przyjaciółki Adeli. Gdy nadeszła pora spoczynku, mamusia Adeli odsunęła trochę ich kołderki i każdą pocałowała na dobranoc.

- Kocham cię – powiedziała mamusia do Adeli.

- Ja też cię kocham – szepnęła dziewczynka.

Cecylia była wytrącona z równowagi i nie mogła zasnąć. Nikt nigdy nie całował jej na dobranoc, ani nie powiedział jej, że ją kocha. Przez całą noc nie spała, rozmyślając i zastanawiając się nad tym. <<A przecież tak powinno być>>.

Gdy wróciła do domu, nie przywitała się z rodzicami i pobiegła do swego pokoju. Dlaczego nigdy mnie nie pocałowali? Dlaczego nie uściskali jej i nie powiedzieli, że ją kochają?

Cecylia płakała długo, wreszcie usnęła. Przez wiele dni była zagniewana. W końcu postanowiła uciec z domu. Przygotowała swój plecak, ale nie wiedziała, gdzie ma się udać. Rodzice wydali się jej zimni i najgorsi na świecie. Nagle znalazła rozwiązanie.

Poszła do swej mamusi i pocałowała ją w policzek, mówiąc:

- Kocham cię!

- Potem pobiegła do ojca i uściskała go.

- Dobranoc tatusiu – powiedziała. – Kocham cię!

Potem położyła się do łóżka, pozostawiając oniemiałych rodziców w kuchni.

Następnego ranka, gdy przyszła na śniadanie, pocałowała mamusię i tatusia. Na przystanku autobusowym wspięła się na palce i jeszcze raz pocałowała mamusię ze słowami:

- Cześć mamusiu, kocham cię.

Cecylia postępowała tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. Czasami rodzice odsuwali się, sztywni i zakłopotani. Albo śmiali się z tego. Pewnego wieczoru zapomniała pocałować mamusię przed udaniem się na spoczynek. Po chwili drzwi do jej pokoju uchyliły się i weszła matka.

- A gdzie jest mój buziak? – spytała udając zagniewanie.

Cecylia usiadła na łóżku i powiedziała:

- Och, zapomniałam! – ucałowała matkę i powiedziała: Kocham cię mamusiu!

Potem położyła się i zamknęła oczy. Ale mamusia pozostała przy niej i w końcu powiedziała:

- Ja też cię bardzo kocham!

Potem nachyliła się i pocałowała Cecylię w policzek. Dodała też z udaną surowością:

- I nie zapominaj pocałować mnie zawsze na dobranoc.

Cecylia uśmiechnęła się i powiedziała:

- To nie zdarzy się nigdy więcej!"

 

Dzisiaj też może ktoś oczekuje na <<swój>> pocałunek. Od ciebie.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Drogą wędrowała mamusia z dzieckiem. Dziecko miało w ręku ciastko. Przechodzili obok biednej kobiety, która wyciągnęła rękę do przechodniów. Obok niej siedział skulony, brudny chłopczyk, w nędznej odzieży, zbyt dużej dla niego. Dziecko trzymając rękę mamusi, zatrzymało się przy chłopcu i przyglądało mu się przerażone. Potem spojrzało na trzymane w ręce ciastko i na matkę, jakby prosząc ją o pozwolenie. Matka wyraziła zgodę lekkim ruchem głowy. Dziecko wyciągnęło rączkę do cyganiątka i dało mu ciastko, a potem szybko oddaliło się z mamusią.

Jakiś przechodzień, który widział tę scenę, powiedział do matki:

- Teraz pewnie kupi pani synowi inne ciastko, może większe?

- Nie, dlaczego? Ten, kto daje, musi przecież odmówić sobie."

 

Ziarnko zboża ukryło się w spichlerzu.

Nie chciało być zasiane.

Nie chciało umrzeć.

Nie chciało być zmarnowane.

Chciało zachować własne życie.

Nie chciało zostać chlebem.

Nie chciało być zaniesione na stół.

Ani poświęcone i podzielone.

Nigdy nie chciało oddać życia.

Nigdy też nie dało radości.

Pewnego dnia przyszedł wieśniak

i razem ze śmieciami

wyrzucił również ziarenko zboża.

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Pewnego dnia wielki Nauczyciel zebrał wszystkich uczniów, by wybrać swego asystenta.

- Przedstawię wam problem – powiedział Mistrz. – Ten, kto go rozwiąże, zostanie moją prawą ręką.

Powiedziawszy to, ustawił stolik na środku sali, a na nim postawił cenny porcelanowy wazon, ozdobiony delikatnymi, złotymi różami.

- Oto problem. Rozwiążcie go!

Zakłopotani uczniowie zastanawiali się nad <<problemem>>. Był to wspaniały porcelanowy wazon: podziwiali jego niezwykłe ozdoby i elegancję róż.

<<Co on przedstawia? Jaka jest jego zagadka? Co należało zrobić?>> - pytali siebie.

Czas mijał i nikt nie ośmielił się zrobić czegokolwiek, poza kontemplowaniem <<problemu>>.

W pewnym momencie jeden z uczniów wstał, spojrzał na Nauczyciela i na kolegów, a potem zdecydowanym krokiem ruszył ku wazonowi i zrzucił go na ziemię, rozbijając na drobne kawałki.

- Wreszcie ktoś to zrobił! – Zawołał wielki Nauczyciel. – Zacząłem wątpić w formację, jaką starałem się wam przekazać przez wszystkie lata.

Potem zwrócił się do młodzieńca:

- Ty będziesz moim asystentem!

Podczas gdy młodzieniec wracał na swoje miejsce, Nauczyciel wytłumaczył:

- Wyraziłem się jasno. Powiedziałem, że to jest <<problem>>. Nieważne, jaki może być piękny, czy pociągający, problem musi zostać wyeliminowany!"

 

Istnieje tylko jeden sposób na rozwiązanie problemu: trzeba się z nim zmierzyć.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Ojciec nauczył się, że wiele konfliktów z dziećmi udawało mu się rozwiązać w pizzerii. Przez kilka lat zawoził tam, od czasu do czasu, swoją najstarszą córkę, na pewnego rodzaju spotkania ojca z córką. Postanowił tak samo postępować z młodszą córeczką. Na pierwsze takie spotkanie zawiózł ją na kolację do pizzerii blisko domu.

Gdy podano im pizzę, zdecydował, że jest to właściwy moment, by powiedzieć dziewczynce, jak bardzo ją kocha i jak ogromnie ją ceni.

- Julio – powiedział – chcę byś wiedziała, że cię kocham i że dla mnie i dla mamusi jesteś naprawdę wspaniała. Modlimy się zawsze wieczorem za ciebie i teraz, gdy dorastasz i każdego dnia stajesz się wspaniałą dziewczyną, możemy być tylko dumni z ciebie!

Gdy skończył wymawiać te słowa, zamilkł i wziął widelec, by zacząć jeść, ale nie mógł go podnieść do ust.

Dziewczynka wyciągnęła rękę, kładąc na ręce ojca. Jego oczy spotkały się z jej oczami, a ona ze wzruszeniem powiedziała:

- Zaczekaj tatusiu, zaczekaj.

Ojciec odłożył widelec i znów tłumaczył córce, dlaczego on i matka kochają ją i szanują. Potem znów chwycił za widelec. Ale po raz drugi, a potem po raz trzeci i czwarty był zatrzymywany tymi samymi słowami: <<Zaczekaj tatusiu, zaczekaj>>.

Tego wieczoru ojciec niewiele zjadł, ale dziewczynka po powrocie do domu pobiegła do mamusi i powiedziała:

- Jestem rzeczywiście wspaniałą córką, mamusiu. Tatuś mi to powiedział!"

 

Wczoraj wieczorem byłem rzeczywiście zadowolony. Po raz pierwszy wyszedłem z moim ojcem. Przedstawił mnie swoim kolegom i powiedział im, że jestem dobrym synem.

(Andrea, lat 17)

 

Kochać kogoś, to bardzo piękne. Ważne jednak, aby jemu o tym tylko powiedzieć.

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

"Pewnego dnia szatan postanowił powiększyć wartość swoich złych działań. Zgromadził naczelników departamentu i główny sztab dywizji piekielnej propagandy i reklamy, aby wymyślić nowe kampanie pokus i pułapek dla ludzi, a także nowe sposoby, by zniszczyć sens ich życia.

- Powiedz im, że Bóg nie istnieje – zaproponował jeden diabeł.

Szatan warknął:

- Chciałbym coś mniej oczywistego!

- Powiedz im, że żadne z ich działań nie ma konsekwencji – powiedział inny.

Szatan pokiwał głową i rzekł:

- Już sami tak myślą.

Trzeci zasugerował:

- Powiedz im, że tak bardzo oddalili się od drogi prawa, że nigdy więcej nie uda im się na nią powrócić, gdyż ludzie nie potrafią się zmienić.

Szatan warknął:

- Już tego próbowałem.

Najstarszy i najbardziej chytry z diabłów poprosił o głos:

- Niech po prostu wierzą, że mają jeszcze wiele, wiele czasu…

Szatan uśmiechnął się zadowolony:

- To jest rzeczywiście dobry pomysł!"

 

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz, patrzyłabym na ciebie, jak zasypiasz. Okryłabym cię lepiej kołdrą, podziękowałabym Panu za twoje cenne życie. Patrzyłabym trochę, jak śpisz.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz, towarzyszyłabym ci aż do drzwi, gdy wychodzisz, pocałowałabym cię, uściskałabym cię i poprosiłabym, byś wrócił, abym jeszcze raz mogła cię pocałować.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz, słuchałabym twego głosu, zgasiłabym telewizor, odłożyłabym gazetę i poświęciłabym tobie całą uwagę. Zapamiętałabym dźwięk twego głosu i światło twoich oczu.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz, słuchałabym twego śpiewu, śpiewałabym razem z tobą i poprosiłabym cię, byś zaśpiewał jeszcze raz.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz jestem z tobą, nadawałabym wielką wartość tej chwili. Nie martwiłabym się o talerze, o podwórze, nawet o rachunki.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz, pragnęłabym być z tobą na zawsze.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz jesteśmy razem, chciałabym widzieć cię szczęśliwym. Ugotowałabym ci twoje ulubione potrawy, zagrałabym z tobą w twoją ulubioną grę. Wzięłabym jeden dzień wolnego, aby być z tobą. Nie dbałabym tak bardzo o uporządkowanie zabawek i pościelenie łóżek. Przypomniałabym ci, jak bardzo jesteś ważny dla mnie. Powiedziałabym ci, jak bardzo pragnę, byś poszedł do Raju. Powiedziałabym ci, byś był silny. Powiedziałabym, że cię kocham i śmiejąc się, dzielilibyśmy się naszymi ulubionymi wspomnieniami.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz, czytałabym razem z tobą Pismo św. I pomodlilibyśmy się razem do Boga. Podziękowałabym Panu za to, że się spotkaliśmy i że opiekowałeś się nami w sposób tak wspaniały.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz jesteśmy razem, płakałabym , gdyż chciałabym spędzić więcej czasu z tobą.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz…

Zupełnie nie wiem, kiedy nadejdzie ten ostatni raz. Pomóż mi, Panie, ukazać moją miłość wszystkim osobom, które miały wpływ na moje życie. To może być ostatni raz, gdy jesteśmy razem.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Pobrali się przed pięćdziesięcioma laty. Pewnego dnia na stacji kolejowej usiedli na ławce w oczekiwaniu na pociąg. Na ławce naprzeciwko siedziało dwoje zakochanych.

Staruszkowie obserwowali w milczeniu młodą parę. Chłopak obejmował dziewczynę i całował ją w uniesieniu.

Kobieta o błyszczących oczach, ręką dotknęła męża i wyszeptała:

- Ty także mógłbyś to zrobić!

Mężczyzna spojrzał na nią oburzony:

- Co? Przecież nie znam jej zupełnie!"

 

Ogromny, straszny smutek tkwi w słowach:

<<Nie całuje mnie więcej…>>.

 

Mieszkając i rosnąc razem z moimi rodzicami, sądziłem, że ich miłość nie umrze nigdy. Wyobrażałem sobie, że jest ona jak wielkie drzewo, gotowe stawić czoło każdej burzy, a przede wszystkim czasowi. Tymczasem zauważyłem, że tak nie jest, gdyż wielkie drzewo też może tracić powoli swe gałęzie i uschnąć.

Opowiadano mi, że wielka miłość, tak jak drzewo, nie umiera pod wpływem jednego uderzenia wiatru albo z powodu zbyt małej ilości wody.

Umiera, gdy sprawiasz, iż miłość umiera wewnątrz. Tak jak przydarzyło się to mojemu ojcu i mojej matce.

(Dwunastoletnia dziewczynka)

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

Bardzo dawno temu, w pewnej odległej krainie był las. Zamieszkiwały go tylko elfy. Były to najpiękniejsze istoty na ziemi. Opiekowały się przyrodą, a w zamian Matka Natura dbała o nie. Żyły tak od wieków.

Elfy były bardzo różne. Te, które zamieszkiwały las, zwano elfami puszczy. Biegały wesoło pośród drzew śpiewając piosenki i pilnie pracując. Zdarzało się jednak, że niektóre z nich przychodziły na świat ze skrzydłami. Dla większości były wyjątkowe, inni uważali je za wybryk natury. Ona była jednym z takich skrzydlatych elfów.

Urodziła się w najnormalniejszej w świecie rodzinie, w której nigdy nikt nie miał skrzydeł. Wszyscy byli bardzo porządni i pilnie wykonywali swoją pracę. Gdy przyszła na świat, początkowo nikt niczego nie zauważył, jednak z upływem lat wszyscy zaczęli dostrzegać jej piękne, jasnobłękitne skrzydła. Jej normalna elficka rodzina starała się bardzo, by zapomniała o tym, że je ma. Może by im się to nawet udało, gdyby nie to, iż odkąd zauważyła, że ma skrzydła, miała tylko jedno marzenie. Chciała latać.

Kilka razy stawała już na skraju urwiska i rozpościerała skrzydła. Kiedy już miała skoczyć i polecieć, jakiś członek jej normalnej rodziny chwytał ją z tyłu za ramię, powstrzymując przed krokiem w próżnię. Gdy zrobili to po raz pierwszy, zapytała:

- Dlaczego?

- To, że masz skrzydła, nie oznacza że umiesz latać- tłumaczyli.- Możesz przecież spaść i zginąć.

Ona jednak była pewna, że potrafi latać. Właśnie dlatego tak wiele razy stawała nad urwiskiem. Zawsze ktoś ją jednak powstrzymywał. Z czasem sama zaczęła się zastanawiać, czy naprawdę umie latać. W końcu przestała próbować. Jej normalna rodzina była z tego bardzo zadowolona. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że z każdym dniem skrzydlata elfka stawała się coraz smutniejsza.

Przystawała nad urwiskiem i myślała. Już nie próbowała latać. Wprost przeciwnie, chociaż miała skrzydła, trzymała się kurczowo ziemi. Bała się zrobić ten ostatni krok.

Pewnego razu nad urwiskiem przelatywał inny skrzydlaty elf. Gdy ją zauważył, sfrunął do niej. Zaczęli rozmawiać. Po jakimś czasie zaproponował:

- Poleć ze mną. Będziemy się świetnie bawić.

- Nie mogę.

- Dlaczego?- spytał zaskoczony, bo większość skrzydlatych elfów robiła tylko to, na co miała ochotę.

- Nie umiem latać- powiedziała cichutko.

- Masz skrzydła, więc musisz umieć. Spróbuj- zachęcał.

- Nie potrafię...- wyszeptała.- Boję się.

Elf miał dosyć namawiania. Zdecydował się ją zostawić. Rozpostarł skrzydła i wzniósł się w powietrze. Nie mógł zrozumieć tego, że ona boi się latać. Dla niego było to bardzo dziwne. On latał odkąd pamiętał. Tylko, że jemu nikt tego nie zabraniał. W jego rodzinie uważano skrzydła za coś wyjątkowego, niemal błogosławieństwo. Właśnie dlatego nie potrafił jej zrozumieć. Zwłaszcza, że on kochał latać.

Odleciał, zostawiwszy ją nad urwiskiem. Spoglądała na niego z zazdrością. Nikt poza nią samą nie wiedział, jak bardzo pragnęła latać. Powoli zaczynała o sobie myśleć, jako o wybryku natury. Zastanawiała się dlaczego Matka Natura dała jej skrzydła, nie nauczywszy latać.

Któregoś dnia, kiedy wpadła już w taki smutek, że nie potrafiła myśleć o niczym innym, od strony lasu nadszedł elf, śpiewając piosenkę. Był to zwyczajny elf puszczy, taki, jakich było bardzo wiele. Przystanął i uśmiechnął się do niej.

- Dlaczego jesteś smutna, skrzydlata elfko?- zapytał wesoło.

- Smucę się, bo nie potrafię latać- powiedziała.

- Jak to, przecież wszystkie skrzydlate elfy to umieją?- zdziwił się.

- Ja nie. Boję się. Nikt mnie tego nigdy nie uczył.

- To ja cię nauczę- zaproponował.

- Przecież ty nie masz skrzydeł- roześmiała się.

- Mam, ale takie, których nie widać.

Zaciekawiona podeszła z nim do brzegu urwiska. Spojrzała w dół i nagle zakręciło jej się w głowie. Gdyby spadła, rzeczywiście mogłaby zginąć.

Nagle powiał wiatr. Jej skrzydła same się rozłożyły, jakby od dawna były gotowe do lotu.

- Co mam zrobić?- zapytała.

- Zamknij oczy- polecił.- A teraz zrób krok naprzód.

- Nie mogę.

- Możesz. Pomyśl o tym, że gdzieś do góry czeka na ciebie coś wspaniałego.

- Nie potrafię, ja tylko...

Chciała podejść bliżej do niego, żeby mu to wyjaśnić, ale się poślizgnęła. Straciła grunt pod nogami i była pewna, że za chwilę zginie. Zacisnęła mocniej powieki. Wtedy usłyszała bardzo blisko siebie krzyk elfa. Otworzyła oczy i ze zdumieniem zauważyła, że unosi się w powietrzu. Okazało się, iż gdy tylko jej stopy straciły oparcie, skrzydła same zaczęły się poruszać

- Ja latam!- zawołała szczęśliwa.

Uniosła się wysoko, ponad las i chmury ciesząc się, że spełniło się jej największe marzenie. Gdy sfrunęła z powrotem na dół, zauważyła, że elf odchodzi. Podleciała do niego.

- Nie odchodź. Nie zostawiaj mnie!- zawołała.- Przecież to ty nauczyłeś mnie latać. Nie poradzę sobie bez ciebie!

Wzruszyło to elfa i z nią został. Mimo iż tłumaczył jej, że powinna znaleźć sobie kogoś tak wyjątkowego jak ona, nie chciała go słuchać.Wiedziała już, że dla niej to on jest najbardziej wyjątkowy na świecie. Przecież tylko jemu jednemu udało się nauczyć ją latać.

 

***

 

Raj i piekło

 

Pewnego razu, wielki, nie grzeszący inteligencją samuraj, przyszedł do niewielkiego, lecz słynącego z mądrości mnicha.

- Mnichu - poprosił - naucz mnie, czym jest piekło i raj!

 

Mnich uniósł oczy, by spojrzeć na potężnego wojownika i odparł pogardliwie:

 

- Mam nauczyć cię, czym są piekło i raj? Nie mógłbym cię niczego nauczyć. Jesteś brudny i cuchniesz, a twoja brzytwa już dawno zardzewiała. Stanowisz hańbę, policzek dla kasty samurajów. Zejdź mi z oczu, nie znoszę cię!

 

Sauraja ogarnęła wściekłość. Zaczął trząść się ze złości, twarz mu poczerwieniała, nie mógł wykrztusić ani słowa. Wyciągnął miecz i uniósł go do góry, chcąc zabić mnicha.

 

- To jest piekło - szepnął mnich.

 

Samuraj był zgnębiony. Ileż współczucia i oddania było w tym człowieku, który ofiarował własne życie, by nauczyć go czym jest piekło. Powoli opuścił miecz. Poczuł wdzięczność i wielki spokój.

 

- A to jest raj - wyszeptał mnich.

 

Bruno Ferrero

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

Działo się to dawno a może nie dawno, nie jest to istotne. Pewien Bogaty Człowiek, postanowił odebrać sobie życie, ponieważ stwierdził, że już dłużej nie może tak szybko żyć. Wiecznie tylko praca, praca, praca w domu stał się Gościem. Ale z drugiej strony nie potrafił się z tej matni wyzwolić. Ten stan spowodował, że nie widział innej możliwości jak tylko wysiąść z tego pociągu, jakim jest życie.

Jak postanowił tak też szukał okazji do zrealizowania swego pomysłu. Tak się jednak złożyło, że spotkał swego Znajomego z wojska. Bardzo się ucieszył na to spotkanie. W czasie rozmowy nasz Bohater zwierzył się ze swego postanowienia. Wtedy to Znajomy z wojska zaprosił Go do siebie. Z początkowymi oporami, ale jednak nasz Bogaty Człowiek zdecydował się ze Znajomym udać do jego domu.

 

Było dla Niego wielkim zaskoczeniem, że ów Znajomy to Zakonnik a Domem jego jest Klasztor. Wtedy przypomniał sobie, że już dawno nie był w Kościele, już dawno się nie modli bo zawsze mówił nie mam czasu. Zakonnik zaprowadził Bogatego Człowieka do celi powiedział mu, że może być tu tak długo jak zechce i aby swe postanowienie jeszcze raz przemyślał. Bogaty Człowiek spytał się czy może wykonać jeszcze parę telefonów do swoich firm na co Zakonnik mu odparł: Przecież chcesz się zabić to po co się jeszcze martwisz o firmę zostaw to. I odszedł.

 

Bogaty Człowiek usiadł na łóżku w swojej celi i zaczął wzrokiem wodzić po skromnym wystroju. I rozmyślał. Rozmyślał o życiu, o czasie, o Rodzinie, o Przyjaciołach, o Śmierci, o Bogu, o Radości, o Szczęściu, o Miłości, o...

 

Minęły cztery tygodnie Ubogi Człowiek, ale Radosny przychodzi do Zakonnika i mówi Mu: dziękuję Ci, żeś mnie tu przyprowadził to był piękny czas. Czas zatrzymania, czas, w którym odkryłem, że jestem Człowiekiem ale, że nie zawsze potrafiłem zachować się jak Człowiek. Był to czas, który pozwolił mi zrozumieć, że nie wszystko zależy ode mnie i nie ja o wszystkim decyduję. Czas, w który zrozumiałem, że jedno, o co w życiu chodzi to MIŁOŚĆ. A ja o tym zapomniałem i to zapomnienie kosztowałoby mnie Wieczne Zapomnienie.

 

A czy Ty nie myślisz się zatrzymać i na nowo zobaczyć, że najważniejsza jest MIŁOŚĆ.

 

***

 

Cztery świece

 

Cztery świece spokojnie płonęły. Było tak cicho, że słychać było jak ze sobą rozmawiały.

Pierwsza powiedziała: - Ja jestem POKÓJ. Niestety, ludzie nie potrafią mnie chronić. Myślę, że nie pozostaje mi nic innego jak tylko zgasnąć.

 

I płomień tej świecy zgasł.

 

Druga: Ja jestem WIARA. Niestety nie jestem nikomu potrzebna. Ludzie nie chcą o mnie wiedzieć, nie ma sensu, żebym dalej płonęła.

 

Ledwie to powiedziała, lekki powiew wiatru zgasił ją.

 

Trzecia: Ja jestem MIŁOŚĆ. Nie mam już siły płonąć. Ludziom nie zależy na mnie i nie chcą mnie rozumieć. Nienawidzą najbardziej tych, których kochają - swoich bliskich.

 

I nie czekając długo i ta świeca zgasła.

 

Nagle do pokoju weszło dziecko i zobaczyło trzy zgasłe świece. Przestraszone zawołało: Co robicie? Musicie płonąć! Boję się ciemności!

 

I zapłakało.

 

Wzruszona czwarta świeca powiedziała: Nie bój się! Dopóki ja płonę zawsze możemy zapalić tamte świece. Ja jestem NADZIEJA.

 

Z błyszczącymi i pełnymi łez oczyma, dziecko wzięło świecę i zapaliło pozostałe świece.

 

Niech nigdy w naszych sercach nie gaśnie Nadzieja i każdy z nas jak to dziecko, niech będzie narzędziem, gotowym swoją Nadzieją zawsze rozpalić Wiarę, Pokój i Miłość.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

Pewnej kobiecie przyśniło się, że za ladą w jej ulubionym sklepiku stał Pan Bóg.

"To Ty, Panie Boże!" - zakrzyknęła uradowana.

 

"Tak to ja" - odpowiedział Bóg.

 

"A co u Ciebie można kupić?" - zapytała kobieta.

 

"U mnie można kupić wszystko" - padła odpowiedź.

 

"W takim razie poproszę o dużo zdrowia, szczęścia, miłości, powodzenia i pieniędzy".

 

Pan Bóg uśmiechnął się życzliwie i oddalił na zaplecze, aby przynieść zamówiony towar. Po dłuższej chwili wrócił z malutką, papierową torebeczką.

 

"To wszystko?!" - wykrzyknęła zdziwiona i rozczarowana kobieta.

 

"Tak, to wszystko" - odpowiedział Bóg i dodał:

 

"Czyżbyś nie wiedziała, że w moim sklepie sprzedaje się tylko nasiona?"

 

Bruno Ferrero

 

***

 

W dalekim kraju wśród pięknych ośnieżonych górskich szczytów mieszkał pewien człowiek. Dawno temu opuścił miasto, w którym pracował jako profesor na uniwersytecie. Był przez wszystkich szanowany i doceniany jako fachowiec, mimo to nie czuł się szczęśliwy. Po jakimś czasie postanowił zostawić swoją pracę, sprzedał dom, w który mieszkał i udał się w góry, abym tam z dala od cywilizacji podziwiać piękno przyrody i pisać wiersze. Pisanie sprawiało mu wielką radość. Z dala od zgiełku ulic i dymiących kominów czuł, że jest bliżej natury i bliżej Boga. Tam odnalazł swoje szczęście. Wreszcie rozbił to, o czym marzył.

Do jego chaty rzadko zaglądali ludzie, czasem tylko jacyś zabłąkani turyści, którzy zboczyli z górskiego szlaku, prosili go o nocleg. Jednak rano skoro tylko pierwsze promienie słońca wyjrzały zza górskich szczytów - udawali się w dalszą drogę.

 

Po kilku latach takiego mieszkania w odosobnieniu, mężczyzna odczuł głęboko potrzebę udania się do miasta. Długo walczył z tymi myślami, w końcu postanowił się tam udać. Wyjął z komody resztki pieniędzy, który pozostały mu jeszcze z czasów, gdy był profesorem na uczelni i poszedł do miasta. Tam na jednym ze straganów kupił sobie lustro, chciał bowiem wiedzieć jak wygląda, a w chacie, w górach nie posiadał tego przedmiotu. W mieście zabawił zaledwie kilka godzin i pośpiesznie wrócił w góry.

 

Od ostatniej wędrówki do miasta codziennie rano bohater przeglądał się w lustrze, chcą wiedzieć jak wygląda.

 

Minęło kilka miesięcy i mężczyzna znów poczuł ochotę na to, by udać się do miasta. Ruszył więc ponownie w drogę, którą pokonywał wcześniej.

 

Tym razem nie robił zakupów. Przechodząc ulicą spotkał jednego ze swoich kolegów, który też był profesorem na uniwersytecie. Opowiedział mu o tym, że kilka miesięcy temu kupił lustro, aby wiedzieć jak wygląda. Znajomy profesor popatrzył na niego i rzekł:

 

- Jeśli chcesz wiedzieć naprawdę kim jesteś, nie patrz w lustro, ono pokaże tylko twoje ciało. Patrz na wyraz twarzy człowieka, który z tobą rozmawia. Wtedy ujrzysz swoje wnętrze, i to kim naprawdę jesteś.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest arkad

Starszy nazywał się Frank i miał 20 lat. Młodszy Ted miał 18 lat. Wiele czasu spędzali razem, ich przyjaźń sięgała czasów szkoły podstawowej. Razem postanowili zaciągnąć się do wojska. Przed wyjazdem przyrzekli sobie u rodzinom, że będą wzajemnie uważać na siebie.

Szczęście im sprzyjało i znaleźli się w tym samym batalionie. Batalion ich został wysłany na wojnę. Było to straszliwa wojna, pośród rozpalonych piasków pustyni. Przez pewien czas Frank i Ted przebywali o obozie, chronionym przez lotnictwo. Lecz któregoś dnia pod wieczór przyszedł rozkaz by wkroczyć na terytorium nieprzyjaciela. Żołnierze pod piekielnym ogniem wroga dotarli do pewnej wsi. Ale nie było Teda. Frank szukał go wszędzie. Znalazł jego nazwisko w spisie zaginionych. Zgłosił się u komendanta z prośbą o pozwolenie na poszukiwanie jego przyjaciela.

 

- To jest zbyt niebezpieczne - odpowiedział komendant. - Straciłem już twego przyjaciela, straciłbym również ciebie. Tam ostro strzelają.

 

Frank mimo wszystko poszedł. Po kilku godzinach znalazł Teda śmiertelnie rannego. Ostrożnie wziął go na ramiona. Nagle dosięgnął go pocisk. Nadludzkim wysiłkiem udało mu się donieść przyjaciela do obozu.

 

- Czy warto było umierać, by ratować umarłego? - spytał komendant.

 

- Tak - wyszeptał Frank, gdyż przed śmiercią Ted powiedział: - Wiedziałem, że przyjdziesz.

 

***

 

Pewien król p