Jump to content
Soleil

Bliźniacze płomienie

Recommended Posts

Soleil

Witam wszystkich :-)

Poruszyłam ten temat, ponieważ przejrzałam forum i nie znalazłam niczego konkretnego, a bardzo chciałabym się dowiedzieć czegoś więcej niż to, co wyszukuje mi Google.

Co myślicie na temat bliźniaczych płomieni (inaczej - bliźniaczych dusz)? Podobno są to 2 połówki tej samej istoty, duszy, rozdzielone "dawno temu". Przybywają w kolejnych inkarnacjach jako 2 odrębne osoby i... No właśnie, i co dalej? Następuje nieuchronne spotkanie i wielka miłość, mają jakąś misję do spełnienia, czy też w ogóle mają problem z odnalezieniem się?

Na tej stronce jest co nieco napisane:

Jeśli ktoś ma jakąś opinię lub konkretne informacje, zapraszam do dyskusji :-)

Edited by zoska1977
link niezgodny z regulaminem

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn

Witaj. :) Z tego, co ja wiem i jeśli chodzi o koncepcję, która mnie osobiście najbardziej przekonuje, wydaje się najsensowniejsza, to każda z dusz ma kilka swoich bratnich dusz. Z tym, ze jedna z nich jest jej główną, bratnią duszą, powiedzmy "przyznaną odgórnie". Najczęściej jest tak, że bratnie dusze często towarzyszą sobie w wielu inkarnacjach w różnych życiowych powiązaniach. Tzn. bratnią duszą może okazać się osoba ukochana, ale niekoniecznie - może być to np. ktoś z rodziny (ojciec, matka, rodzeństwo), może też być najbliższy przyjaciel, a nawet szef, czy współpracownik. W każdym razie często bratnie dusze mają coś razem do przepracowania (wspólną karmę). Oczywiście najpiękniej by było, gdyby bratnią duszą była osoba ukochana w sensie miłości romantycznej, aczkolwiek - wbrew temu, co ludzie często uważają - bratnia dusza, to nie zawsze to samo, co wielka miłość. ;) Aczkolwiek w przypadku bratnich dusz tworzących ze sobą w danej inkarnacji związki, to zawsze, czy prawie zawsze są one piękne, wspaniałe, cudowne i takie tam. ;) Może być też tak, że w danej inkarnacji - czy nawet w kilku, czy kilkunastu inkarnacjach - wcale nie będzie się miało styczności ze swoją bratnią duszą. Z bratnią duszą można się więc znać całe życie, od młodości, poznać ją dopiero w konkretnym wieku, albo w ogóle jej w danej inkarnacji nie spotkać. Może też być tak, że bratnia dusza pojawi się w życiu człowieka w danej inkarnacji na krótko, na moment, etc. Ale np. właśnie taka jest dana lekcja karmiczna, czy też to właśnie ma dusza przeżyć w danej inkarnacji (w końcu dana lekcja duchowa może polegać np. na doświadczeniu samotności itp - wtedy celowo dusza nie będzie miała dane spotkać swojej głównej, bratniej duszy). Także praktycznie może być bardzo wiele możliwości tego, w jakich okolicznościach, w jakich rolach życiowych na jak długo i w jakim celu spotkają się ze sobą swoje bratnie dusze w danym życiu. :) Najczęściej idzie za tym lekcja duchowa (bo też i życie jest jedną wielką lekcją, pod względem wzrostu duchowego).

Warto też wspomnieć, że bratnie dusze są najczęściej na podobnym poziomie rozwoju i razem, wspólnie wzrastają w kolejnych inkarnacjach. Oczywiście uczą się również od siebie wzajemnie (zresztą każdy człowiek, którego spotykamy w życiu może być naszym nauczycielem z i kontaktu oraz doświadczeń z nim możemy wysnuć jakieś wnioski potrzebne do naszego dalszego wzrostu, rozwoju duchowego :) ).

Co do wielkiej miłości, to jeszcze przypomnę, że nawet największa miłość nie znaczy, że masz do czynienia z bratnią duszą (wbrew powszechnej opinii, że bratnią duszą musi być koniecznie druga połówka) - wielka miłość jest tak naprawdę efektem i może służyć jako lekcja duchowa do jakiegoś głębszego, duchowego celu (a Twoją drugą połówką może być równie dobrze jakaś inna, znana Ci z poprzednich inkarnacji, ale niekoniecznie bratnia dusza, albo nawet Twój opiekun duchowy! - różnie to może być ;) ).

 

Moją opinię w dużej mierze wziąłem z książek Michaela Newtona (Wędrówka Dusz, Przeznaczenie Dusz), które uważam za najlepsze tego typu... także jak temat Cię interesuje, to polecam je przeczytać... :)

 

Mam nadzieję, że pomogłem. :)

Edited by arkenas
literówka

Share this post


Link to post
Share on other sites
Soleil

Z publikacjami M. Newtona miałam kiedyś styczność, chyba nawet jeszcze mam jakieś w pdf ;-) Twoja opinia jest jak najbardziej logiczna i możliwe, że słuszna. Ty posługujesz się tutaj nazwą "główna bratnia dusza", a ja (nie wiedzieć czemu) uparcie obstaję przy teorii bliźniactwa dusz. Owszem, można mieć też bratnie dusze, nawet wiele, jak sądzę. Ale jest jedna w całym wszechświecie, która dopasowuje się do naszej jak żadna inna, jak bardzo skomplikowane puzzle :-) Nie chodzi tu bynajmniej o to, że osoba taka jest identyczna, wręcz przeciwnie. Wg mnie działa to na zasadzie przeciwieństw, zaś razem tworzy się całość itd.

Różnych lekcji, oczywiście, można w życiu otrzymać wiele, ze strony wielu ludzi. Ja jednak mam dziwne odczucie, że bliźniactwo dusz to coś, co jest nieco ponad tę całą karmę. Pewnie sporo jej w takich połączeniach występuje (w końcu chyba jest wszędzie), ale ja jednak uważam, że to coś więcej. Nie do końca umiem to określić.

Najłatwiej byłoby stanąć obok i wypytać swoją duszę, skąd się wzięła, z kim jest spokrewniona i po co tu jesteśmy. No ale tak się nie da :P Szkoda.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn

Logiczność według mnie powinna mieć miejsce wszędzie - nie tylko w tym świecie fizycznym, ale również w duchowym. ;) Za to też m.in. lubię książki Michaela Newtona - jest tam w sumie wszystko w logiczny i sensowny sposób wyjaśnione. Ogólnie jego publikacje, to najlepsze mi znane pozycje tego typu - najwięcej chyba można się od nich dowiedzieć w zakresie tematyki m.in. bratnich dusz. :)

 

Dla mnie to, czy nazwiesz ich główną bratnią duszą, czy też bliźniaczą duszą - to właściwie tylko inne nazewnictwo tego samego. ;) W swojej książce M. Newton sporo pisze on o tzw. grupach dusz - czyli dusze dzielą się na grupy z którymi często razem dana dusza inkarnuje w różnych konfiguracjach połaczeń mentalnych podczas życia Ziemi. To generalnie o nie chodzi, jeśli mówimy o "innych" bratnich duszach. Ale tak jedna główna bratnia dusza - czy jak wolisz - bliźniacza dusza, mimo, że również należy zazwyczaj do tej naszej grupy dusz, to jeszcze jest ona jakby najbliższą nam energią. Jest teoria, że bratnie dusze (bliźniacze dusze) są kreowane zawsze wspólnie we dwójkę i towarzyszą sobie praktycznie od początków stworzenia.

 

Czy taka osoba (zakładając, że będzie tą naszą główną bratnią duszą) będzie identyczna. Myślę, że nie, gdyż tak naprawdę każda dusza jest unikalna i ma swoją, niepowtarzalną energię, to raz. A dwa, to fakt, iż poza duchową tożsamością, żyjąc jako dusza inkarnowana na Ziemi w ciele człowieka - dotyczy nas również ziemska osobowość naszego mózgu. A nie zawsze skłonności i cechy osobowości mózgu, człowieka jako istoty fizycznej, są zgodne z tożsamością, cechami danej osoby duszy. Myślę, że charaktery dwóch osób, które są inkarnowanymi bratnimi (bliźniaczymi) duszami są w taki sposób dobrane, aby otrzymać odpowiednie lekcje karmiczne. Osobiście myślę jednak, iż na pewno nigdy bratnie dusze nie powinny stać się wrogami, choć i takie teorie czytałem (tzn. że i tak się dzieje).

 

W jakim sensie rozumiesz, że bliźniactwo dusz jest ponad karmę? Chodzi Ci o to, że jeśli ktoś np. ma złą karmę (dotyczącą np. przeżycia samotności), a jeśli pozna swoją bratnią duszę, to w relacji z nią karma nie będzie jej dotyczyć? Ja sądzę, że karma (czyli prawo przyczyny i skutku, działania i następstwa) jest prawem dosyć nadrzędnym i samo ułożenie życia, czyli to, że dana istota inkarnowała w takim miejscu, wśród takich ludzi, w takiej rodzinie, w takim ciele, zmagając się z takimi, a nie innymi problemami - już jest skutkiem karmy. Istnieje pojęcie karmy indywidualnej (tej najważniejszej), jak również karmy zbiorowej, czy też karmy w relacji z kimś. Myślę, że to nie jest tak, że karma, to jakieś złe, czarne, wredne gremliny (xD), które lubią się mieszać w relacje - karma, to część życia, to skutki naszych działań, myśli, uczuć, pragnień z obecnego lub jednego z poprzednich wcieleń. Karma, to nie jest coś, co można ominąć, czy od czego uciec - gdyż stanowi ona część naszego życia, generalnie można też określić iż stanowi część nas, a właściwie jest przyczyną kreacji tego, że nasze życie wygląda tak, a nie inaczej. To, że ktoś spotka, czy nie - daną bratnią duszę w takiej, a nie innej relacji w danym życiu - myślę, że jest już samo w sobie częścią karmy. :) Jakiekolwiek pragnienie człowieka tworzą karmę - pragnienie obcowania ze swoją bratnią duszą, też właściwie samo w sobie tworzy karmę. :)

Edited by arkenas
dopisek

Share this post


Link to post
Share on other sites
Soleil

Możliwe, że masz rację. Co do karmy, to mnie faktycznie słowo to kojarzy się z czymś negatywnym, bo ogólnie nie lubię rzeczy, nad którymi zupełnie nie mam kontroli ;) Ale mniejsza z tym, to takie moje własne odczucia.

Oczywiście, nie sądzę, żeby bliźniacze dusze miały być identycznymi ludźmi tu na ziemi. Sądzę, że to byłoby nawet troszkę bez sensu.

Mówisz, że te 2 dusze są "kreowane" razem, czyli może stworzone w tym samym czasie, w pewien sposób pasujące do siebie i towarzyszące sobie wzajemnie przez ciąg inkarnacji. Mnie taka teoria osobiście nawet przekonuje. Ale spotkałam się też z różnymi internetowymi publikacjami (niekoniecznie słusznymi) na temat tego, że bliźniacze dusze to w rzeczywistości 1 dusza podzielona dawno dawno temu. I że zazwyczaj jedna taka połówka przebywa gdzieś w niebie (czy jakkolwiek to nazwać) i strzeże tej drugiej, która się inkarnuje na ziemi. Coś jak Anioł Stróż. Czasem też ponoć inkarnują się razem, ale to w wyjątkowych sytuacjach itd.

I która teoria jest prawdziwa? A może w jakiś sposób obie? :-)

Edited by Soleil

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn

Mnie osobiście po prostu najbardziej przekonuje to, co jest napisane w publikacjach M. Newtona. Wydaje mi się to mieć największy sens, logikę, jak również jest zgodne z moim osobistym odczuciem co do tego, jak świat poza materią może wyglądać. Zresztą całe życie poszukiwałem tego, co jest za tym fizycznym światem i jak na razie wizja przedstawiona w jego książkach wydaje mi się mieć największy sens. Czy jest to absolutna prawda? Tego nie wiem. Osobiście nie zajmowałem się głębiej prawdziwością hipnozy regresywnej. (Poza paroma razami, kiedy próbowałem autohipnozy regresywnej do porzednich inkarnacji, lecz nie jestem pewny co do prawdziwości wizji, jakie dzięki nim otrzymałem. :)).

 

Jeśli chodzi o podział duszy, o którym napisałaś, to w książce Newtona jest o tym podziale również. ;] Mówi ona o tym, iż generalnie dusza zawsze inkarnując na Ziemię zostawia jakąś swoją cząstkę w (nazwijmy to) zaświatach, czy też w świecie duchowym, świecie dusz. I w zależności od tego, na jakim stopniu rozwoju jest dana dusza i jak ciężkie lekcje będzie musiała przepracowywać (czyli w efekcie - jak ciężkie, męczące dla duszy będzie dane ziemskie życie), tyle procent "zabiera" ze sobą na Ziemię. ;) Oczywiście dusze na wyższych poziomach oraz takie, których najbliższe życie w sensie inkarnacji będzie lżejsze, łatwiejsze - najczęściej zabierają mniejszą cząstkę siebie na Ziemię. (W książce jest również trochę o tym, że czasem dusze na wyższych poziomach są tak pewne swojej mocy itd, że czasem zabierają zbyt mało swojej istoty ;) ). Oczywiście po śmierci dusza ponownie złącza się ze sobą, gdy powraca do świata duchowego. Mało tego - dusze na wyższych poziomach potrafią inkarnować w więcej, niż jednym miejscu/życiu jednocześnie. Opisywana w książce M. Netwona byłą historia właśnie takie duszy zaawansowanej, która jednocześnie żyła w dwóch miejscach na raz. W sumie trochę trudno jest to sobie wyobrazić tak do końca i trzeba użyć sporej dawki abstrakcji, ale myślę, że taka teoria ma sens. ;) I raczej bym się - osobiście - do takiej właśnie wizji przychylał. Jakoś osobiście wydaje mi się bardziej sensowna i ciekawsza idea bratnich dusz, jako osobnych jednostek, (które pozostają ze oczywiście oczywiście złączone energetycznie itp). Nie przekonuje mnie też teorie tego, iż bratnie dusze to tak naprawdę jedna dusza podzielona, bo jednak taka koncepcja uderza w poczucie indywidualnej świadomości, doświadczeń duszy etc. Także wydaje mi się, że teoria, którą wcześniej przedstawiłem wygląda na sensowniejszą. ;) A dzielenie duszy, to właśnie widziałbym to w sensie, że jedna dusza dzieli się na kilka części, by np. w szybszy sposób rozwijać się, zdobywając lekcje życiowe w różnych miejscach, życiach i warunkach jednocześnie. :) A bratnie dusze - mimo, że zawsze są połączone, to jednak widzę je jako osobne istoty i taka teoria bardziej mnie przekonuje. :) Jak w sumie jest naprawdę, tego nikt nie powie na 100%, gdyż wiedza tego typu opiera się i tak praktycznie głównie na intuicyjnym poznaniu, przekonaniu, wewnętrznym poczuciu sensowności i spójności danej teorii.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest stagnacja
Witaj. :) (w końcu dana lekcja duchowa może polegać np. na doświadczeniu samotności itp - wtedy celowo dusza nie będzie miała dane spotkać swojej głównej, bratniej duszy).

ale jaki jest sens w doswiadczaniu samotności?

przeciez czlowiek to jednostka spoleczna, jakby mial zyc w samotnosci to od poczatku by tak bylo, kazdy mialby jedna planete dla siebie czy cos...no chyba, ze lubi byc samotnikiem to zmienia postac rzeczy ale byc do tego zmuszanym przez los to jest cos nie tak -to jest w sumie to samo co mówią księża odnośnie cierpienia ,że np doświadczanie cierpienia jest potrzebne bo pójdziemy do nieba więc lepiej cierpieć jak najwięcej....

dla mnie logiczne jest to, że jeśli mamy czegoś nie przeżyć nie doswiadczyć bo dusza może sobie tak ustaliła przed urodzeniem czy coś to nie odczuwamy takiej silnej tęsknoty za tą bliźniaczą duszą tylko tak jak sie mówi no fajnie by było przeżyć wielką miłość itd ale jak ktoś nie ma tego zaplanowanego na to zycie to nie odczuwa tęsknoty za tym i po prostu nie cierpi z tego powodu, ze tego nie ma chociaż fajnie by było to mieć prawda...

fajnie by było mieć milion dolarów i każdy człowiek mógłby to mieć bo pieniądze są dla ludzi ale jak ma sie takie a nie inne warunki życia i mozliwosci itp to nie cierpi sie z tego powodu, że tego miliona nie ma a jak ktoś był bogaty a nagle mu ten milion ukradli to odczuwa tęsknote i ciężko mu sie przez całe życie przystosować do tej sytuacji do tego stopnia, że jest sie w stanie zabić bo czuje, ze nie moze bez tego zyc

Edited by stagnacja

Share this post


Link to post
Share on other sites
rokk

Doświadczenie samotności może być bardzo przydatne, a czasem i potrzebne. Na przykład takim duszom, które za bardzo uzależniły się od wpływu i przebywania wśród innych. Zresztą o ile mnie pamięć nie myli, to Newton w jednej ze swoich dwóch pierwszych książek podawał przykład sesji z taką osobą.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Rasphul

W kabale luriańskiej mamy mowę o tym, że iskry duszy pochodzące z jednego korzenia mają między sobą więź sympatii i mogą podróżować do źródła wspólnie sobie pomagając. Pomijając jednak kwestię, że to po prostu filozoficzna geneza istnienia świata i cierpienia, jak jedna z wielu innych, to mimo wszystko nie spodziewałbym się tutaj romantycznych wizji przeznaczonej sobie pary kochanków. To zbyt dziecinne by we Wszechświecie miało miejsce.Dotyczy to duszy - czyli pierwiastka niematerialnego, którego więź wcale nie musi odbijać się w materialnym świecie - bowiem materia jest tylko nic nie znaczącą powłoką.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest stagnacja

no w sumie mowa jest tylko o tym, że energia dwóch istot jest jednakowa a nie o tym jakie uczucia te istoty łączą...

 

a miłość dopada tych którzy od niej uciekają ;)

Edited by stagnacja

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn
ale jaki jest sens w doswiadczaniu samotności?

przeciez czlowiek to jednostka spoleczna, jakby mial zyc w samotnosci to od poczatku by tak bylo, kazdy mialby jedna planete dla siebie czy cos...no chyba, ze lubi byc samotnikiem to zmienia postac rzeczy ale byc do tego zmuszanym przez los to jest cos nie tak -to jest w sumie to samo co mówią księża odnośnie cierpienia ,że np doświadczanie cierpienia jest potrzebne bo pójdziemy do nieba więc lepiej cierpieć jak najwięcej....

dla mnie logiczne jest to, że jeśli mamy czegoś nie przeżyć nie doswiadczyć bo dusza może sobie tak ustaliła przed urodzeniem czy coś to nie odczuwamy takiej silnej tęsknoty za tą bliźniaczą duszą tylko tak jak sie mówi no fajnie by było przeżyć wielką miłość itd ale jak ktoś nie ma tego zaplanowanego na to zycie to nie odczuwa tęsknoty za tym i po prostu nie cierpi z tego powodu, ze tego nie ma chociaż fajnie by było to mieć prawda...

Toteż właśnie ta silna tęsknota za bliźniaczą duszą, te cierpienie powodujące za nią tęsknotę jest częścią tego, co dusza chce doświadczyć. Ilu jest ludzi, którzy całe życie cierpią z powodu samotności, a mimo ich wielkich starań nic się nie zmienia w tym zakresie w ich życiu. Co mają takie osoby powiedzieć? Czasem jest tak, że mimo wielkich starań człowiek pozostaje sam. Czasem właśnie takie przypadki są niezrozumiałe i niewytłumaczalne z punktu widzenia nie tylko logiki, jak też z punktu widzenia ogólnie życia w kontekście świata fizycznego.

Mi się wydaje, że czasem może ciągłe przeżywanie samotności, niepowodzenia w kontaktach międzyludzkich sprawiają, że może w jakiś sposób człowiek/dusza się "uodparnia" na to cierpienie i w końcu staje się na to obojętna? Może po prostu jest to sposób dla duszy na wzniesienie się na wyższy poziom świadomości albo całkowite oderwanie się z fizycznego świata (w końcu nie mając dobrych relacji międzyludzkich, nie mając bratniej duszy przy sobie, miłości znacznie łatwiej człowiekowi nie przywiązywać się do ziemskiego życia... ego danego człowieka nie jest "łechtane" takimi dobrymi relacjami itd).

 

 

fajnie by było mieć milion dolarów i każdy człowiek mógłby to mieć bo pieniądze są dla ludzi ale jak ma sie takie a nie inne warunki życia i mozliwosci itp to nie cierpi sie z tego powodu, że tego miliona nie ma a jak ktoś był bogaty a nagle mu ten milion ukradli to odczuwa tęsknote i ciężko mu sie przez całe życie przystosować do tej sytuacji do tego stopnia, że jest sie w stanie zabić bo czuje, ze nie moze bez tego zyc

No ja tam nie wiem - ja tam często cierpię z tego powodu, że nie mam miliona dolarów i czasem to może zabić! :D

Edited by arkenas

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest stagnacja
Toteż właśnie ta silna tęsknota za bliźniaczą duszą, te cierpienie powodujące za nią tęsknotę jest częścią tego, co dusza chce doświadczyć. Ilu jest ludzi, którzy całe życie cierpią z powodu samotności, a mimo ich wielkich starań nic się nie zmienia w tym zakresie w ich życiu. Co mają takie osoby powiedzieć?

 

a ilu jest ludzi którzy sącałe zycie samotni a jednak nigdy się nie czuli samotni, mają dużo znajomych i przyjaciół i to im wystarcza.... dlatego nie wierze w takie rzeczy, że trzeba doświadczyć samotności bo jeśli się nie chce być samotnym to los powinien umożliwiać poznanie "bratnich dusz" w których towarzystwie dana osoba sie nie czuje samotna a jeśli tego nie robi tzn że coś tu jest nie tak i trzeba szukać rozwiązania problemu a nie akceptacji bo wtedy żyje sie w wiecznej depresji i czuje sie pustke a tak nie powinno być....

 

Nie wiem jak Ty, ale ja często cierpię z tego powodu, że nie mam miliona dolarów i czasem to może zabić. :D

 

no może kiedyś miałeś/aś ten milion tylko teraz tego nie pamiętasz :D

Share this post


Link to post
Share on other sites
Witek D.

Ta tęsknota (za bratnią duszą, czy bliskością samą w sobie) jest zazwyczaj jedną z głównych przyczyn tego że nie udaje się spotkać bratniej duszy lub budować bliskich związków. Umysł czy dusza, zamiast doświadczaniem bliskości, ukojeniu w niej i spełnieniu się, zajmuje się cały czas wspomnieniem, tęsknotą nawet gdy obok czy nawet przed oczami, jest szansa na bliskość, spełnienie. Można powiedzieć, że dla takiej osoby/duszy ważniejszy jest nie bliski kontakt i spotkanie bliskiej istoty (spełnienie w relacji z nią) a samo tęsknienie i wzdychanie. Ze swojego doświadczenia powiem - tak można w nieskończoność :) Na końcu tej drogi jest pragnienie, tęsknota i coś co w jęz. ang. nazywa się "yearning", ale nie ma spełnienia.

Share this post


Link to post
Share on other sites
motylek34

A jak to jest w przypadku gdy w jednej inkarnacji Dusza była mnichem, zakonnikiem i przyjęła śluby czystości i ubóstwa, i w tym wcieleniu za nic nie można ułożyć sobie życia, bo te śluby dalej wiążą?

Czy Dusza wtedy ma tą swoja przeznaczoną Duszę ,ale spotkanie jej odkłada się w czasie? Czy jednak jej nie spotyka ?

Pytam z ciekawości , bo kiedyś coś czytałam na ten temat... i coś czuję, że ja właśnie mogę mieć podobnie... Jak wtedy uwolnić się od działania takich ślubów?

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn
dlatego nie wierze w takie rzeczy, że trzeba doświadczyć samotności bo jeśli się nie chce być samotnym to los powinien umożliwiać poznanie "bratnich dusz" w których towarzystwie dana osoba sie nie czuje samotna a jeśli tego nie robi tzn że coś tu jest nie tak i trzeba szukać rozwiązania problemu a nie akceptacji bo wtedy żyje sie w wiecznej depresji i czuje sie pustke a tak nie powinno być....

no może kiedyś miałeś/aś ten milion tylko teraz tego nie pamiętasz :D

Mam Ci coś do napisania na ten temat na PW.

A co do milionów, to faktycznie - może. :D

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn
A jak to jest w przypadku gdy w jednej inkarnacji Dusza była mnichem, zakonnikiem i przyjęła śluby czystości i ubóstwa, i w tym wcieleniu za nic nie można ułożyć sobie życia, bo te śluby dalej wiążą?

Czy Dusza wtedy ma tą swoja przeznaczoną Duszę ,ale spotkanie jej odkłada się w czasie? Czy jednak jej nie spotyka ?

Pytam z ciekawości , bo kiedyś coś czytałam na ten temat... i coś czuję, że ja właśnie mogę mieć podobnie... Jak wtedy uwolnić się od działania takich ślubów?

Osobiście myślę, że takie śluby mogą mieć moc na tyle silnie wiążącą, że ich oddziaływanie może zostać nawet w kolejnych inkarnacjach.

 

Post pod postem. :]

Share this post


Link to post
Share on other sites
Witek D.

motylek34

Z mojego punktu widzenia, takie śluby gdy były czymś ważnym wtedy, to potrafią jeszcze "obowiązywać" w tym sensie, że na jakimś poziomie nas, nadal uznajemy je za ważne i wartościowe, znaczące. W takim wypadku potrzeba mieć intencję uwolnienia się od tych ślubów, postanowienie i docenić wartość tego, co alternatywne, czego teraz chcemy. Ja myślę że warto zacząć od modlitw o uwolnienie się od wszelkich przysiąg, ślubów, ślubowań i o najlepsze prowadzenie w uwolnieniu się od nich (i o zastąpienie tym co najlepsze). Myślę że po wykonywaniu czegoś takiego przez jakiś czas, powinna się pojawić odpowiednia droga, albo samo się uwolni w trakcie. Takie śluby często paraliżują udane związki, albo seks czy sprawy finansowe.

Share this post


Link to post
Share on other sites
motylek34

Jakiś czas temu podczas medytacji miałam takie przebłyski poprzednich wcieleń... i przypomniało mi się, że jako dziecko też modliłam się do Boga i obiecywałam, że zostanę zakonnicą ...

I raczej nie mam związków, sexu i udanych spraw finansowych ...

modlitwę odmówiłam tydzień temu...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Witek D.

Próbować do skutku i wierzyć w swoje możliwości :) Myślę że z czasem się uda i że da się to zmienić :)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn

Ja podobno w poprzednim wcieleniu stosowałem na sobie magię niszczenia związków. Tak przynajmniej jednej osobie wyszło. To w sumie by wiele tłumaczyło, dlaczego jest jak jest w moim życiu... Chociaż pewności czy akurat to jest temu winne, nie mam. A już chyba wszystkiego próbowałem od oczyszczań, modlitw, po rzeczy, które wykonywały nade mną osoby trzecie. Jak było, jak jest w tym temacie. Cóż.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Witek D.

Jest jeszcze bezwarunkowa miłość i spełnienie po które można sięgnąć :) Jak to nie zadziała, to już chyba Santo Domingo się dzieje :D

Share this post


Link to post
Share on other sites
motylek34

cóż.... czy to coś zmieni w naszym życiu będziemy wiedzieć pewnie pod koniec życia ....

Obecnie inaczej podchodzę do życia.... spokojnej... tęsknota za miłością i bliskością jest ...i myślę, że każdy samotny to odczuwa

tylko mi jest łatwiej bo jestem spełniona jako matka i tu nie mam ciśnienia...

ostatnio gdy zasypiałam, moje dziecko przyszło do łóżka, pocałowało mnie w czoło i powiedziało: mamo jesteś moją bratnią duszą ...

hahha

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn

Ja np. staram się pogodzić z samotnością, a pragnienie za bratnią duszą mam całe życie (co ciekawe zawsze wierzyłem w ten koncept i wydawał mi się on taki naturalny i oczywisty w pewnym sensie). Nie spotkałem jej do tej pory, a trochę jednak żyję na tym świecie (a nawet jak spotkałem, to w okolicznościach nie dających możliwości spełnienia, choć raczej nie spotkałem). Teoretycznie z samotnością można się pogodzić i w sumie chyba do tego lepiej dążyć, niż ciągle na siłę próbować zmienić stan, który nie chce się zmienić. Walenie głową w ścianę chyba nic nie da, coś samo musiałoby się zacząć zmieniać, inicjować jakieś zmiany etc.

Share this post


Link to post
Share on other sites
motylek34

wiesz.... w Wielki Piątek umierała , nagle moja koleżanka , cudem ja uratowano ....

zemdlała w łazience, dzieci znalazły ją zakrwawioną , jej mała córeczka (3 lat ) podała jej telefon... zanim trafiła na stół trochę minęło.... najpierw lekarz rozciął jej podbrzusze bo pękł jej jajnik...cudem włożył rękę od skórę , dalej do otrzewnej. Doznał szoku bo była tak krew.... operowało ją 4 lekarzy, rozcinali jej cały brzuch, narządy pływały na wierzchu , bo pękła jej śledziona, bardzo krwawiła ...

ale lekarze stwierdzili jedno: za każdy razem gdy wkładali do brzucha dłonie to widzieli rozwiązania problemów , jedno po drugim i to cud , że im tak sprawnie poszło...

Więc tak jak za całym życiem...kiedyś zaskoczy i samo się rozwiąże...

Pozostaje nam tylko się modlić...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn

Chyba nic więcej nam nie pozostaje... Albo przeczekać. Może po prostu wszystko na świecie ma swój czas jak i miejsce. Czasem trzeba poczekać, a może czasem trzeba być po prostu w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. W końcu astrologia też mówi o różnych rzeczach, tak samo jak energia konkretnych miejsc itd. Myślę też, że istnieją pewne prawa, do których nie mamy nawet wglądu, co dopiero, jeśli chodzi o możliwości ich zmiany.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest stagnacja

Motylku gdybyś miała takie ślubowania czystości z poprzednich wcieleń to uwierz mi nie miałabyś teraz dziecka bo takie ślubowanie charakteryzuje sie przede wszystkim nie tym, że nie możesz sobie ułożyć życia uczuciowego tylko tym, że np wstydzisz sie mieć chłopaka, masz podświadomy lęk przed np okazywaniem swojej kobiecości np dbaniem o siebie bo masz silne przekoanie ,że tak nie wypada no jednym słowem ubierasz sie jak zakonnica, nienawidzisz kiedy na Ciebie patrzą mężczyźni bo uznajesz w głebi duszy to za coś złego ,uważasz, że każdy patrzy tylko z pożadaniem a Ci sie to nie podoba chociaż nie wiesz dlaczego i gdzieś podświadomie jednak tego chciałabyś bardzo spróbować ale nie chcesz tego ujawnić przed światem wiec udajesz taką zasadniczą, wzbraniałabyś sie przed seksem chociaż w duszy byś tego bardzo chciała, no taka dewotka bys była nawet gdybyś nie miała zainteresowania religią chociaż wtedy takie zainteresowanie sie pojawia samoistnie bo czegoś sie trzeba trzymać nawet jeśli nie pochodzisz z religijnej rodziny, wstydziłabys sie nawet robierać na plaży, w kostiumie kąpielowym chodzić bo to nie wypada itp taka byś była wielka konserwatystka staroświecka mimo, że byś nie była tak wychowana i teraz zanim w ogóle byś sie odważyła na swój pierwszy raz z kimkolwiek to minełyby lata świetlne ,może dopiero po 30-40tce byś sie przemogła bo Twoje hormony by dały znać i już byś nie mogła wytrzymać to byś w końcu jakoś zaryzykowała albo przynajmniej spróbowała z kimkolwiek więc na 100% nie miałaś takich ślubów :) I to nie tak łatwo z tych słubów sie oczyścić bo to są mega silne przekonania, to są ludzie zatwardziali i uparci i zanim w ogóle odzyskają świadomość mija prawie całe ich życie, które najczęściej spędzają jako ekscentryczni pustelnicy i dziwacy albo powtórka z zakonu... no i z tłumienia popędu biorą sie też różne dewiacje na tym tle, które są ukrywane w zaciszu domu lub też w klasztorze i niestety to są bardzo nieszczęśliwi ludzie ale w końcu będą musieli zmierzyć się z tą karmą i może być tak, że któregoś razu urodzą się jako chorzy, ulomni -uzależnieni od innych aby w końcu skupić sie na sobie i rozwoju osobistym tylko wtedy już nie ma tak łatwo chociaż i kiedyś było trudno :/

 

za to jest takie prawdopodobieństwo, że mogłaś stosować magię miłosną oczywiście w złych celach lub po prostu rozkochiwałaś w sobie osoby i je porzucałaś albo masz jakieś negatywne wzorce wyniesione z domu rodzinnego, może mama też miała jakieś negatywne przekonania i nie radziła sobie w związkach więc to po niej odziedziczyłaś i wtedy ma sie trudny aspekt partnerstwa no i po prostu ciężko znaleźć kogoś do nas chociaż troche dopasowanego a bez tego nie ma relacji jako takiej no i ciężko ułożyć sobie to życie prywatne...:/ Trzeba nad sobą ostro pracować żeby konkretnie ustalić z jakim człowiekiem czulibyśmy sie najlepiej, trzeba się nauczyć partnerstwa i współpracy, nauczyć się dostosowywania się i porozumienia, komunikacji w relacjach i jak konkretnie już wiemy czego chcemy to sie to wcześniej czy później w końcu do siebie przyciągnie ;)

 

lub masz zakodowanego "tego jedynego" i sie starasz go odnaleźć a to też jest trudna karma bo możesz w tym życiu nie odnaleźć albo zawsze będziesz zależna od tego żeby szukać tej osoby, która w rzeczywistości nawet mogłaby Ci nie dać spełnienia.... więc lepiej sie skupić na sobie i pracować nad niezależnością przede wszystkim w myśleniu - to daje swobode i poczucie wolności a tym samym prawdziwe spełnienie ale nad tym większość z nas musi popracować dlatego tu jesteśmy ;)

Edited by stagnacja

Share this post


Link to post
Share on other sites
Soleil

Bardzo ciekawe rzeczy tu piszecie :-) Np. o tych ślubach z poprzednich wcieleń. Nigdy wcześniej o tym nie pomyślałam, że różnego rodzaju przysięgi, rytuały z przeszłości mogą się za nami wlec do teraz. Ale faktycznie, to nawet logiczne.

Ale co do tych związków dusz, to co jeśli ktoś nie wmawia sobie tego, bo chce, bo jest zwyczajnie samotny? Jeśli to np. siedzi jak jakiś kod w głowie, dosłownie od dziecka: "Znajdź go, znajdź go...". A jak już znajdujesz, to na początku nic się nie dzieje. Potem człowiek zaczyna to widzieć. Np. ja tak miałam. Zaczęły przychodzić jakiś sny, znaki, cuda niewidy. Dodam, że takich snów to nigdy w życiu nie miałam, jakieś wizje połączenia dusz, wspomnienia śmierci z poprzednich wcieleń. Do tego wchodzi numerologia, znaki zodiaku, no dosłownie wszystko.I wszystko układa się tak (albo podobnie) jak zawsze to sobie wyobrażałam. Nie wiem już jak to nazwać, to działa jak jakaś klątwa. Jeśli to nie połączenie dusz, to ja już nie wiem, co to jest. Mimo, że jestem w stanie uwierzyć w wiele, nie lubię sobie nic wmawiać, zawsze pozostaję trochę sceptyczna. Ale najgorsze, kiedy takie "nienaturalne" rzeczy układają się w logiczną całość. I jeszcze ta pewność, która siedzi w głowie. Nie jestem specem od duszy i nie wiem jak to się dzieje, że pozornie odrębne byty pozostają w jakimś połączeniu. I podejrzewam, że genezy tego nigdy nie odkryję.

Share this post


Link to post
Share on other sites
MagusDraco

Uwazam, ze wszystkie dusze sa ze soba polaczone. Od poczatku do konca wszechswiata. W cialach zyjacych tu i teraz oraz tych minionych, ale i przyszlych.

 

Wszak pochodzimy z jednego zrodla ... kazdy z nas ma w sobie czastke kazdej innej zywej istoty wszechswiata.

 

"Znajdz go, Znajdz go" to zew spoleczenstwa, zew grupy ludzi, ktorzy "chca wiecej od zycia", ktorzy uwazaja, ze jest cos wiecej niz po prostu zycie...ucieczka od tego co jest, naszego tu i teraz...i tak marnujemy czas na szukaniu tego co mamy w sobie.

Nie ma drugiej polowki - nie ma kogos kto idealnie pasuje do nas, bo nie ma takiego idealnego dopasowania. Uczmy sie kochac kogo mamy i doceniac zycie, ktore mamy, doceniac milosc, ktora dostajemy...

 

Nie szukajmy logiki, szukajmy milosci, ona sie logika nie kieruje :) na szczescie

Share this post


Link to post
Share on other sites
Witek D.

Soleil

Wygląda to tak (z mojej perspektywy :) ) - silna relacja karmiczna z przeszłości zawsze znajdzie ujście, gdy są pragnienia związane z niespełnieniem (a które to pragnienia, miała np. taka relacja zaspokoić). Wtedy jest dążenie do odnowienia się relacji - z różnymi skutkami, zależnie od tego jakie ma intencje i cele druga strona. I to tyczy się połączenia karmicznego między dwiema "duszami". W kontekście tego o czym piszesz - np. samotność sprawia że zaczyna się szukać osoby, która gwarantowała brak odczucia samotności w przeszłości (lub względem której miało się takie pragnienie)

 

Jest coś też odrębnego czyli harmonia podobieństw duchowych u dwojga osób - ona sama w sobie nie jest połączeniem, kontaktem między dwiema duszami, ale np. gdy takie dwie osoby się spotkały, wywarło to na nich silne wrażenie, to pojawia się między nimi też połączenie karmiczne, wynikające z pragnienia bycia razem. Może być jednostronne, lub obustronne. I potem pojawia się właśnie dążenie do bycia razem. Niekoniecznie korzystne, bo opiera się właśnie na niespełnieniu, na "dążeniu" do tego by ta relacja się pojawiła. Problemy pojawiają się wtedy gdy te dwie osoby już się zmieniły, albo mają inne cele. Na poziomie pierwotnym być może nadal harmonizują ale na poziomie obecnych celów, cech osobowości (głównie o cele chodzi), dążeń jest różnica która przeszkadza w jakiejkolwiek nawet relacji czasami.

Są też np. związki karmiczne oparte na ślubowaniach (np. śmierć nas nie rozłączy) i też jest dążenie do tego by odnowić ślubowanie i relację (to raczej zdecydowana większość). Niesie to za sobą te same kłopoty, Problemem w takich przypadkach nie jest sama chęć bycia w szczęśliwym związku (bo to jest coś fajnego) ale przywiązanie do tego co było, tak że zaciera to widzenie tego co jest teraz, tego jaka ta osoba jest teraz i jakie ma cele (na ile zbieżne z naszymi). Połączenie takie (a nawet próby budowania związku) pojawiają się również w sytuacjach między "katem" a "ofiarą" z jakiegoś wcielenia. Po prostu silne pragnienie jednego z nich (najczęściej ofiary) związane z traumatycznym przeżyciem sprawia że chcąc nie chcąc, chce się relacji z taką osobą, bo doświadczenie z nią, było na tyle silne, że uzależniło ofiarę od tego kata. Czasem ofiara go znajduje by jeszcze raz przeżyć to co wcześniej, tak by emocje się dopaliły.

 

To jest oczywiście nie o bliźniaczych płomieniach a o powiązaniach karmicznych - które (każde z tych które opisałem) mogą występować między samymi "bliźniaczymi płomieniami". Może być tak też że te bliźniacze płomienie nigdy się nie poznały a może i nie poznają i wtedy nie ma powiązania między nimi, jakkolwiek jest harmonia podobieństwa (którą mogą odczuć).

Share this post


Link to post
Share on other sites
ole1

Ktoś tu powiedział w dyskusji, że bratnia dusza to ta przy której nie odczuwamy samotności.

Bardzo trafnie !

 

Wszystko zależy od rozwoju serca. Możemy poznać kogoś, kto nie jest z nami związany energetycznie, a odczuwamy go jako bratnią duszę. Bo jego wibracja, a co za tym idzie świadomość, miłość bezwarunkowa w nim jest bardzo bliska naszej.

To podobne przyciąga i uświadamia, że jesteśmy Jednością - na ten moment w życiu rozdzieloną.

 

Bratnia dusza to określenie wiązane z duszami ludzi, którzy są powiązani ze sobą energetycznie przez pochodzenie od konkretnej tej samej Istoty duchowej, konkretnego Boga. To jest właśnie pokrewieństwo dusz. Tutaj zdaje się szukamy powiązania.

I słusznie...

 

Lecz gdy kierujemy się miłością bezwarunkową w życiu, wówczas nasza energia rozwija się jak piękny kwiat i wtedy zdarza się nam spotkać ogromne podobieństwo u innej osoby, wcale nie spokrewnionej z nami energetycznie. Która żyje w bardzo podobnej świadomości, bo też kieruje się miłością bezwarunkową.

Wówczas możemy odnieść wrażenie, że mamy przed sobą swoją brakującą część.

Bratnią duszę.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest stagnacja

mogą być zupełnie dwie różne osoby, których z logicznego punktu widzenia nie powinno nic łączyć ze sobą a czują sie w swoim towarzystwie idealnie i to jest najważniejsze ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn

Ktoś tu powiedział w dyskusji, że bratnia dusza to ta przy której nie odczuwamy samotności.

Bardzo trafnie !

To, że przy kimś nie czujemy się samotnie, to od razu jest to bratnia dusza?

A zdaje się raczej, że wystarczą do tego hormony i substancje chemiczne w mózgu w odpowiedniej ilości. ;]

 

 

Wszystko zależy od rozwoju serca. Możemy poznać kogoś, kto nie jest z nami związany energetycznie, a odczuwamy go jako bratnią duszę. Bo jego wibracja, a co za tym idzie świadomość, miłość bezwarunkowa w nim jest bardzo bliska naszej.

To podobne przyciąga i uświadamia, że jesteśmy Jednością - na ten moment w życiu rozdzieloną.

.

Tylko, że relacje międzyludzkie, a szczególnie miłość romantyczna (bo o niej myśli większość osób, mając na myśli bratnią duszę) nie opiera się o miłość bezwarunkową. :] Lubi się, czy kocha za coś, a miłość bezwarunkowa, jak sama nazwa wskazuje jest bez żadnych warunków, więc jest taka sama do wszystkich istot (nawet do osobników, które bardzo skrzywdziły, nawet do, brzydkich, czy o złej naturze, a nie tylko do tych, którzy nam się podobają fizycznie lub których osobowość, czy emocjonalność lubimy etc).

 

Moje ostatnie przemyślenia skłaniają mnie ku poglądowi, że jednak nie istnieje coś takiego jak bratnie dusze (a przynajmniej w rozumieniu powszechnym). Ludzie, z racji swojej natury, uwielbiają idealizować obiekt swoich westchnień, bo jest to część ludzkiej natury. Ale czy faktycznie istnieje coś takiego jak bratnia dusza, skoro dusza w swojej istocie jest czystą świadomością?

 

 

 

Bratnia dusza to określenie wiązane z duszami ludzi, którzy są powiązani ze sobą energetycznie przez pochodzenie od konkretnej tej samej Istoty duchowej, konkretnego Boga. To jest właśnie pokrewieństwo dusz. Tutaj zdaje się szukamy powiązania.

I słusznie...

Wszystkie dusze pochodzą od jednego, głównego Absolutu, Boga, Najwyższej Inteligencji, czy jakkolwiek to nazwać. Co najwyżej są dusze, które inkarnują w różnych światach, wymiarach i mogą ew. inkarnować w innych światach, wymiarach etc, ale takie podziały dokonywane są już później. Samo założenie, że istnieją "konkretni Bogowie", czy "konkretny Bóg" odrzuca ideę abstrakcyjnej dla ludzkiego umysłu absolutności. Coś, co jest wszystkim, wszędzie, jest - jak sama nazwa wskazuje - Absolutem - nie może być czymś, czego jest więcej, niż jeden (czy też mniej, niż nieskończoność zarazem)...

 

 

 

Lecz gdy kierujemy się miłością bezwarunkową w życiu, wówczas nasza energia rozwija się jak piękny kwiat i wtedy zdarza się nam spotkać ogromne podobieństwo u innej osoby, wcale nie spokrewnionej z nami energetycznie. Która żyje w bardzo podobnej świadomości, bo też kieruje się miłością bezwarunkową.

Jedyne osoby zdolne naprawdę w życiu kierować się miłością bezwarunkową byłyby to istoty oświecone. Chyba trochę nadużywasz tego słowa. :] Popatrz na świat - ilu ludzi znasz, którą kieruje się faktycznie w życiu miłością bezwarunkową? Na poziomie czystej świadomości i miłości bezwarunkowej nie ma podziałów, wszyscy są jednością, więc z tego poziomu wszystkie dusze są wzajemnie do siebie bratnie i są tym samym. Już nie wspominając o fakcie, że osoby, które kierują się miłością bezwarunkową (czyli de facto istoty oświecone) nie potrzebują już szukać tzw. bratniej duszy. ;)

Edited by arkenas

Share this post


Link to post
Share on other sites
Witek D.

arkenas

Napisałem jakiś czas temu art. na temat harmonii w kontekście "bratniej duszy" a czystej świadomości :)

Jedność sztuczna i jedność naturalna | Dotyk Duszy - blog duchowy

 

Co do miłości warunkowej a bezwarunkowej - to jest trochę tak, że niektóre osoby - bliskie duchowo, wzbudzają właśnie odczucie miłości bezwarunkowej i to staje się "warunkiem" :) w tym sensie, że jest mi tak fajnie z nim, więc lubię być z nim. To że dana osoba wzbudza odczucie miłości bezwarunkowej, staje się powodem odczuwania sympatii do niej. Technicznie jest to może pewien etap dochodzenia do pełnej miłości bezwarunkowej, ale nie jest to wg. mnie etap ograniczający. Do Boga, swoich czystych cech itp. też można czuć sympatię i ta sympatia może stać się powodem do chęci zbliżania się jeszcze bardziej - a skutkiem tego, jest jeszcze więcej bezwarunkowej miłości.

Wedle moich "badań" na bazie obserwacji siebie, miłość bezwarunkowa może być równa w sensie równej akceptacji wobec innych, ale niekoniecznie odczuwana do tych osób równi (starania w tym względzie, wypaczają uczucia i powodują frustracje) - ja raczej odczuwam to jako akceptację wobec innych, różnych ludzi, nadal jednak są tacy którzy wzbudzają więcej w moim sercu, chociaż to trochę jest w kontekście preferencji ale też zgodności pewnych cech.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn

Witek D. - chcesz zatem powiedzieć, że pewne osoby, które uważasz za bliskie duchowo, wzbudzają w Tobie (wobec tych osób, tej osoby) miłość bezwarunkową? Tyle, że z samej definicji tej miłości wynika, że nie ma ona warunków... Coś, co jest bezwarunkowe nie może być wybiórcze, natomiast miłość, którą obdarza się dane osoby (choćby były one super-hiper-mega bratnimi duszami), jest już z definicji wybiórcze... Coś, co jest warunkowe nie może stać się warunkiem. :)

 

Jeśli jest Ci "fajnie z nimi, więc lubisz być z nimi", to po prostu emocje, uczucia. :) Miłość bezwarunkowa (tak, jak ja ją rozumiem) jest poza emocjami, gdyż należy do świata ducha. Oczywiście świadomość duszy i jej cechy "przebijają się" do ludzkiego umysłu i ego i to w praktycznie każdej dziedzinie życia, gdyż świadomość generalnie miesza się z ludzkim umysłem, ego, etc (w końcu taka jest idea inkarnacji nas w fizycznym świecie, aby nie operować na czystej świadomości, lecz również z brzemieniem ludzkiego umysłu-emocji, ego, ciała fizycznego i potrzeb wyżej wymienionych).

 

Może wyjaśnię dokładniej, co mam na myśli.

Osoby oświecone często mówią, że miłość bezwarunkowa nie ma formy, jest bezforemna... miłość do człowieka jest miłością personalną... miłość do czegokolwiek, co ma formę, jest miłością warunkową.. lubię to, bo dlatego.. bo czuję się dobrze... bo jest tak, bo mogę spełnić to, czy tamto.. bo mogę przeżyć, mieć, doświadczyć, bo będzie fajnie... Natomiast miłość bezwarunkowa powstaje wtedy, kiedy ginie iluzja formy... kiedy ginie iluzja tego, że człowiek, moje "ja" jest uświadomione, jako iluzja... Kiedy "ego" w pewien sposób umiera, gdyż istota dzięki osiągnięciu pewnego poziomu świadomości rozumie, iż to wszystko, czego poszukuje umysł jest tak naprawdę iluzją.. Wtedy wszystko jest całością, jednością. Nie ma relacji Ty - ja. Jest po prostu fakt istnienia czystej świadomości, a każda istota jest ze sobą połączona... Dlatego moim zdaniem prawdziwą miłość bezwarunkową mogą odczuwać osoby, które dokonały transcendencji tego świata - czyli nomen omen doznały oświecenia - wtedy miłość bezwaurnkowa staje się częścią ich natury... A to, że np. ktoś w kimś mocno się zakocha, czy kogoś bardzo lubi, kogoś z rodziny, czy kogokolwiek, kogo darzy różnistymi formami miłości personalnej (nie dość powiedzieć, że spektrum miłości personalnej potrafi być ogromne, zaczynając od zwykłego uczucia sympatii, bo ogromne, wielkie miłości, czy wieczne przyjaźnie)... Oczywiście, ludzie - szczególnie bardziej uduchowieni, wrażliwsi (do których zresztą osobiście się również zaliczam) dopisują sobie często duże znaczenia do odczuwania przez nie miłości.. Jednak czasem można się na takim "dopisywaniu sobie" pojęć, typu np. ta dziewczyna wzbudza we mnie odczucie miłości bezwarunkowej, albo ten przyjaciel budzi we mnie miłość bezwarunkową.. itd... Oczywiście ludzie, szczególnie gdy są bliżej duchowo, mają podobną energetykę, poziom rozwoju, podobną emocjonalność mogą mówić o tym, że wzajemnie wzbudzają sobie miłość bezwarunkową... Aczkolwiek wydaje mi się, że jednak jest to bardziej pragnienie samego człowieka odczuwania tej pełnej jedności, niż faktycznie to, co miłością bezwarunkową jest w istocie...

 

Ważne jest też zauważenie, że miłość warunkowa polega na niekompletności (np. miłość pomiędzy kobietą, czy mężczyzną bierze się z niekompletności form męskiej, czy kobiecej, ich natury... przyjaźń bierze się również z niekompletności - czyli próby odnalezienia w drugiej osobie swojego własnego światła.. jeśli wiesz, co mam na myśli... ogólnie cały myk w miłości, przyciąganiu do drugiej osoby polega na tym pragnieniu osiągnięcia jedności, całkowitości, brakującej części, wypełnienia odczucia braku w samym sobie... to leży właśnie u podstaw atrakcyjności zresztą... a w przypadku przyjaźni, jest to np. poszukiwanie pewnych jakości w drugim człowieku, które rezonują ze swoimi własnymi jakościami, emocjonalnymi częstotliwościami...). Natomiast miłość bezwarunkowa jest kompletna i bierze się z uświadomienia sobie pełni zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz siebie... Także w tym kontekście może być nawet uznana, jako coś wręcz odwrotnego, do miłości, czy afektów personalnych... Czyli miłość personalna = dualizm rzeczywistości; miłość bezwarunkowa = pełnia wywodząca się ze świadomości jedności...

Edited by arkenas

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest stagnacja

a czy słowo miłość samo w sobie już nie oznacza uczucia bezwarunkowego?

może ludzie je po prostu nadużywają bo większość ludzi lubi nadużywać wszystkiego chociaż nie mają tego świadomości....

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn

Słowo miłość samo w sobie oznacza uczucie bezwarunkowe?? O__O

 

Teraz się zaczynam zastanawiać, czy był jakikolwiek sens mojej pisaniny na ten temat...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Witek D.

Nie da się prowadzić swojego rozwoju duchowego bez kontaktu ze swoimi uczuciami - to prowadzi na manowce (wpędza w idee zamiast doświadczania).

 

Warunkowa jest sympatia - czyli afekcja, zaangażowanie, nadanie znaczenia drugiej osobie (że jest czymś fajnym, że chce się z nią być - w jakiś sposóB) ale sam powód tej sympatii może być różnorodny. Gdy przebywa się w obecności kogoś, kto jest pełen miłości bezwarunkowej, przy pewnej dozie otwartości można też zacząć się czuć bardzo miło i przyjemnie - czując miłość bezwarunkową która sobie spontanicznie nachodzi. Lubienie przebywania w obecności takiej osoby, już jest warunkowe - to jest wybór (mniej lub bardziej świadomy) by być blisko takiej osoby. To samo, choć w nieco inny sposób dzieje się gdy spotykają się dwie podobne duchowo osoby - nawet jeśli one same, nie są jakimiś mistrzami duchowymi, osobami pełnymi miłości bezwarunkowej, to przy pewnym poziomie otwartości na nią, poczują ją obie na skutek rezonansu ich podobieństwa. To czy po tym decydują się na związek, relację - to jest już kwestia warunkowa, bo związek nie jest niezbędny w życiu a to pewien wybór który może być wartościowy, nawet jeśli nie w przypadku każdej osoby. W praktyce, żyje w świecie i warunkowości i bezwarunkowości, ale starając się na chama usunąć warunkowość, nie doświadcza się bezwarunkowości tylko doświadcza się odcięcia od tego co uwarunkowane - jest się częścią siebie w tym, a resztą jest staranie by nie mieć z tym kontaktu - staje się walką z warunkowością. Związek jest czymś warunkowym - wynika z tego na co się dwie osoby umawiają, ale i tak może stymulować to co nieuwarunkowane - bo może podnosić świadomośc indywidualną każdej z osób - świadomość siebie, swoich uczuć, kontaktu ze swoją własną naturą. Więc związek może być użyty zarówno do ograniczania siebie jak i do uwalniania się od ograniczeń, zależnie od tego, jak się do niego podejdzie i korzysta z niego.

 

Można też pod innym kątem na to spojrzeć - skoro inni są od nas nieoddzieleni, to wyrażając miłość do nich, można wyrażać miłość wobec samych siebie :) Formą są ich ciała, ale nie dusze. Oni są równie realni, są również czującymi istotami, jak my sami. Na poziomie formy jesteśmy oddzieleni, na poziomie bezformy nie - chociaż nadal unikalni i niezależni. Nie ma kserokopii choć jakość jest ta sama :) Bo w końcu świat różnorodny.

 

Zresztą, najlepiej po prostu pozwolić by wypełniała spontanicznie miłość bezwarunkowa i w tym doświadczeniu obserwować innych ludzi. Doświadczenie zawsze przebija idee na jego temat :)

Edited by Witek D.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn
Nie da się prowadzić swojego rozwoju duchowego bez kontaktu ze swoimi uczuciami - to prowadzi na manowce (wpędza w idee zamiast doświadczania).

Myślę że rozwój duchowy to nie jest coś, co się "prowadzi". :) Prowadzić można samochód, albo śmigłowiec... Rozwój duchowy to coś, co dzieje się ciągle. Może być co najwyżej świadomy rozwój bądź nie. Ateista też może się rozwijać duchowo nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że to się dzieje.

Wszystko może być ważne. Wszystko zależy od indywidualnej duszy, czego teraz akurat potrzebuje, aby iść dalej, że tak powiem... Niektóre lekcje wymagają wielu doświadczeń, inne z kolei wewnętrznej kontemplacji, idei. Dlatego też jedni ludzie mają życie pełne akcji, doświadczeń, przygód, są kimś sławnym, ich żyje jest pełne doświadczań, skandali etc, podczas gdy inni wybierają spokojne życie buddyjskiego mnicha... Dla mnie jest to logiczne, że gdy dusza skompletowała dużo doświadczeń w jednym wcieleniu, być może potrzebuje teraz kolejnego, by "przemielić wewnętrznie", "ustabilizować energetycznie" te doświadczenia... Myślę, że nie ma reguły. Tak samo są wcielenia gdzie należy kierować się uczuciami zapewne, a są takie, gdzie kierowanie się uczuciami jest zwodnicze... i pokazywane jest duszy, że nie wolno się kierować uczuciami, tylko myśleniem... Ja np. mam takie życie, że nigdy nie wychodzę dobrze, jeśli kieruję się uczuciami... Dostałem niejednokrotnie bardzo twardą szkołę, żeby kierować się tylko umysłem, rozsądkiem (i powiedzmy życie niejednokrotnie mocno oblało mnie kubłem zimnej wody, aby dobitnie mi wybić z niej wszelkie iluzje dotyczące tego, że można polegać na uczuciach, czy nadawać im transcendentalnej treści...)... no ale mniejsza...

 

 

Co do reszty tego, co napisałeś... Ja już w sumie wcześniej napisałem, jak ja to widzę...

 

Aczkolwiek może wrzucę linki do tego, co mówi na ten temat Eckhart Tolle, gdyż jest to bardzo bliskie temu, jak ja na to patrzę (4 częściowy filmik). Może on lepiej to wyjaśni, co mam na myśli...

 

https://www.youtube.com/watch?v=_DGrflJ6xS4

https://www.youtube.com/watch?v=GXjvZhSnzas

https://www.youtube.com/watch?v=fLWNqPo7sjU

https://www.youtube.com/watch?v=_4qmwii0si4

 

 

I tak, sądzę, że Eckhart jest osobą oświeconą. :)

Edited by arkenas

Share this post


Link to post
Share on other sites
ole1
To, że przy kimś nie czujemy się samotnie, to od razu jest to bratnia dusza?

A zdaje się raczej, że wystarczą do tego hormony i substancje chemiczne w mózgu w odpowiedniej ilości. ;]

 

A jednak ! Bratnia dusza w moim pojęciu to ktoś o podobnej, bliźniaczej świadomości, z kim nie potrzeba słów by się rozumieć. Moim zdaniem za bardzo kierujemy się w tym temacie w stronę miłości cielesnej, seksualnej. Prochy, hormony...? Nie o to chodzi...

 

Tylko, że relacje międzyludzkie, a szczególnie miłość romantyczna (bo o niej myśli większość osób, mając na myśli bratnią duszę) nie opiera się o miłość bezwarunkową. :] Lubi się, czy kocha za coś, a miłość bezwarunkowa, jak sama nazwa wskazuje jest bez żadnych warunków, więc jest taka sama do wszystkich istot (nawet do osobników, które bardzo skrzywdziły, nawet do, brzydkich, czy o złej naturze, a nie tylko do tych, którzy nam się podobają fizycznie lub których osobowość, czy emocjonalność lubimy etc).

 

Moje ostatnie przemyślenia skłaniają mnie ku poglądowi, że jednak nie istnieje coś takiego jak bratnie dusze (a przynajmniej w rozumieniu powszechnym). Ludzie, z racji swojej natury, uwielbiają idealizować obiekt swoich westchnień, bo jest to część ludzkiej natury. Ale czy faktycznie istnieje coś takiego jak bratnia dusza, skoro dusza w swojej istocie jest czystą świadomością?

 

Wydaje mi się, że patrzysz na temat zbyt restrykcyjnie. Faktycznie nadużyłem pojęcia miłości bezwarunkowej, ona jest przynależna tylko i wyłącznie Absolutowi. Od niego dzieli nas niemalże wieczność...

Ale z naszego niedoskonałego ludzkiego punktu widzenia przejawem miłości bezwarunkowej jest miłość do dziecka. Więc patrzenie na ludzi jak na swoje dziecko jest najwyższą formą miłości - tu odnajduję miłość bezwarunkową, ziemską.

Bratnia dusza to osoba w której widzisz swoje dziecko, brata, siostrę, ojca, matkę.

 

 

Wszystkie dusze pochodzą od jednego, głównego Absolutu, Boga, Najwyższej Inteligencji, czy jakkolwiek to nazwać. Co najwyżej są dusze, które inkarnują w różnych światach, wymiarach i mogą ew. inkarnować w innych światach, wymiarach etc, ale takie podziały dokonywane są już później. Samo założenie, że istnieją "konkretni Bogowie", czy "konkretny Bóg" odrzuca ideę abstrakcyjnej dla ludzkiego umysłu absolutności. Coś, co jest wszystkim, wszędzie, jest - jak sama nazwa wskazuje - Absolutem - nie może być czymś, czego jest więcej, niż jeden (czy też mniej, niż nieskończoność zarazem)...

 

Tak, tylko do Absolutu jest nam piekielnie daleko. A po drodze są bardzo wielkie i piękne energie, które nazwałem Bogami. Których dziećmi jesteśmy. Te energie również starają się dotknąć Absolutu.

 

 

Jedyne osoby zdolne naprawdę w życiu kierować się miłością bezwarunkową byłyby to istoty oświecone. Chyba trochę nadużywasz tego słowa. :] Popatrz na świat - ilu ludzi znasz, którą kieruje się faktycznie w życiu miłością bezwarunkową? Na poziomie czystej świadomości i miłości bezwarunkowej nie ma podziałów, wszyscy są jednością, więc z tego poziomu wszystkie dusze są wzajemnie do siebie bratnie i są tym samym. Już nie wspominając o fakcie, że osoby, które kierują się miłością bezwarunkową (czyli de facto istoty oświecone) nie potrzebują już szukać tzw. bratniej duszy. ;)

 

Tak, przyznaję, że nie znam ludzi żyjących w miłości bezwarunkowej. Choć znam kilka bardzo pięknych osób, z którymi czuję się komfortowo. Z którymi się przyjaźnię.

Lecz moje wnioski z doświadczeń życiowych są takie, że życie tutaj w miłości bezwarunkowej nie jest możliwe i prawidłowe.

Absolut zawiera w sobie wszystko. Miłość warunkową i bezwarunkową, i trzeba umieć się w tym znaleźć.

Zresztą Absolut nie chce od nas byśmy byli warunkowi, czy bezwarunkowi.

Chce tylko byśmy żyli w doświadczeniu, a nie chowali się

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn
A jednak ! Bratnia dusza w moim pojęciu to ktoś o podobnej, bliźniaczej świadomości, z kim nie potrzeba słów by się rozumieć. Moim zdaniem za bardzo kierujemy się w tym temacie w stronę miłości cielesnej, seksualnej. Prochy, hormony...? Nie o to chodzi...

W takim razie, jeśli przyjmiesz za bratnią duszę kogoś o podobnej bliźniaczej świadomości, z kim się rozumiesz "bez słów", to ja bym powiedział, że takich bratnich dusz może być więcej, niż jedna. ;)

Fakt stwierdzenie z hormonami (żadne prochy! nie propagujemy narkomanii, czy uzależnienia od środków i substancji psychoaktywnych!;P) może się kojarzyć głównie z miłością cielesną, seksualną. W sumie mówi się potocznie, że jest z kimś "chemia", że "hormony buzują"... ale nie tylko o to mi akurat chodziło. Ogólnie każda emocja, stan emocjonalny, uczucie, jest wynikiem chemicznych uwarunkowań w mózgu. Oczywiście owe uwarunkowania mogą mieć różne przyczyny - i właściwie do tego tutaj zmierzałem. Na Ziemi nie obcujemy z czystą świadomością ludzi. Owszem - ta świadomość "przebija się", czy też "wyraża się" w różnych aspektach tego, jak działa dany człowiek, jaką energią "promieniu", jak intuicyjnie daną osobę odbierasz. Myk właśnie polega na tym, że owa podobna do Twojej świadomość, czy też - jeśli mówimy o tej głównej bratniej duszy - bliźniacza świadomość - to coś, co jest poza emocjami, uczuciami... nawet poza rozumieniem bez słów... Jest to pewna przestrzeń, coś, czego do końca nie można uchwycić, myślę. Wiesz, znałem niejedną osobę, z którą się rozumiałem bez słów i o której myślałem jako o potencjalnej bratniej duszy, a potem różnie to w życiu się działo.

Pamiętaj, że umysł uwielbia dopisywać sobie wiele rzeczy, a nasz świat jest w pewnym sensie światem iluzji. :)

 

 

Wydaje mi się, że patrzysz na temat zbyt restrykcyjnie.

Dlaczego zbyt restrykcyjnie? Chodzi o zbytnie "oczekiwania" wobec tej prawdziwej, głównej, bratniej duszy?

 

 

Faktycznie nadużyłem pojęcia miłości bezwarunkowej, ona jest przynależna tylko i wyłącznie Absolutowi. Od niego dzieli nas niemalże wieczność...

(...)

Tak, tylko do Absolutu jest nam piekielnie daleko. A po drodze są bardzo wielkie i piękne energie, które nazwałem Bogami. Których dziećmi jesteśmy. Te energie również starają się dotknąć Absolutu.

Wydaje mi się, że trochę nas, ludzi - a raczej naszej świadomości - nie doceniasz. ;)

Owszem, świadomość przeciętnej osoby często bywa daleka do świadomości Boga/Absolutu, aczkolwiek byli ludzie, którzy taką świadomość posiedli. Tzn. dokonali transcendencji i wyszli poza Matrixa ego, umysłu i tego wszystkiego, co dla nas jest tak bardzo realne, ale z punktu czystej świadomości jest iluzją tak naprawdę. Byli to m.in. twórcy wielkich religii, ale teraz również tacy ludzie żyją i po esencji ich nauczania mogę spokojnie nazwać ich oświeconymi. Takim człowiekiem jest Eckhart Tolle moim zdaniem - którego filmiki na ten temat zresztą podlinkowałem wyżej. Jak również niejaki Mooji. Takich ludzi jest więcej, ale nie każdy jest zainteresowany dzieleniem się tym ze światem.

Myślę, że osoba oświecona, czyli taka, której świadomość już dalej nie utożsamia się ze światem wcale nie musi jakoś specjalnie się wyróżniać, robić show'u, czy nie wiadomo czego. Pamiętaj, że fajerwerki, to opium dla umysłu. Dlatego dystans nas wobec Absolutu wyznacza to, ile w sobie tej boskości odkryliśmy... czyli to, na ile nasze dusze odkryły same siebie poprzez dziesiątki, setki, tysiące inkarnacji tu na Ziemi (tudzież w innym świecie fizycznym, albo i niekoniecznie fizycznym).

Dążymy do tego, aby przekroczyć tą iluzję umysłu, ego, prawdziwości swojego świat - to jest nasz cel na Ziemi i właśnie dzięki temu jesteśmy coraz bliżej Absolutu (którego częścią jesteśmy... tyle, że może różni ludzie są na różnych etapach w tej wędrówce...).

 

 

 

Ale z naszego niedoskonałego ludzkiego punktu widzenia przejawem miłości bezwarunkowej jest miłość do dziecka. Więc patrzenie na ludzi jak na swoje dziecko jest najwyższą formą miłości - tu odnajduję miłość bezwarunkową, ziemską.

Miłość rodzica do dziecka nie jest przejawem miłości bezwarunkowej. Wynika ona z głębokiego związku fizyczności, jaki łączy rodziców z dzieckiem. Rodzice kochają dzieci za to, że są ich dziećmi (i to też nie zawsze, bo są różne patologie, czy przypadki "chorej" miłości). Owszem, w porównaniu do np. miłości romantycznej nie trzeba spełniać odpowiednich warunków, bo rzeczywiście z ziemskiego punktu widzenia (jeśli przyjąć materię, jako jedyną rzeczywistość) jest to najbardziej "bezwarunkowa" (w mocnym cudzysłowiu) forma miłości.

Co nie zmienia faktu, że nie jesteśmy przecież swoimi ciałami, umysłami i ego, lecz istotami, których prawdziwy dom nie mieści się na ul. Jakiejśtam 123/12 w Warszawie, ale w zupełnie innym wymiarze... A my jesteśmy tutaj tylko w "podróży", a nasi rodzice, krewni, to istoty, z którymi poza więzami krwi może nas zupełnie nic nie łączyć...

 

 

 

Bratnia dusza to osoba w której widzisz swoje dziecko, brata, siostrę, ojca, matkę.

Tak, bratnią duszę możesz dostrzegać w tych osobach... Jednak nie zawsze ktoś, kto jest Ci bliski w pokrewieństwie, emocjonalnie, etc koniecznie jest Ci bliski pod względem duchowym, świadomości...

 

 

Tak, przyznaję, że nie znam ludzi żyjących w miłości bezwarunkowej.

:]

 

 

Choć znam kilka bardzo pięknych osób, z którymi czuję się komfortowo. Z którymi się przyjaźnię.

OK, ale nikt tutaj nie mówi o tym, że nie ma bardzo pięknych osób, z którymi możemy czuć się komfortowo oraz z którymi możemy się przyjaźnić.

Niestety jednak czasem można się przez to wielkie piękno i wyobrażenia na temat drugiej osoby bardzo rozczarować...

 

 

Lecz moje wnioski z doświadczeń życiowych są takie, że życie tutaj w miłości bezwarunkowej nie jest możliwe i prawidłowe.

Jednak osoby oświecone pokazują co innego... ba, nie tylko pokazują, ale żyją w taki sposób i dobrze się mają...

A może po prostu masz błędne wyobrażenie na temat miłości bezwarunkowej?

 

 

Absolut zawiera w sobie wszystko. Miłość warunkową i bezwarunkową, i trzeba umieć się w tym znaleźć.

Absolut w rozumieniu Absolutnego Boga, jest nieskończonym zbiorem emanacji boskości i wszystkiego, co jest z nią związane.

 

W hinduizmie jest świetnie na ten temat powiedziane: Bóg jest posiadaczem sześciu cech w ich doskonałości: mądrość, moc, piękno, bogactwo, sława oraz wyrzeczenie (inaczej jednak trochę rozumiane), a każdy człowiek ma każdą z tych sześciu cech w zależności od tego jaką ma karmę oraz stopień swojego rozwoju.

 

Co do warunkowości... warunkowość wynika z dualnej rzeczywistości. Świat fizyczny jest dualną rzeczywistością, czyli wszystko co jest fajne ma swoje przeciwieństwo. Bogactwo - bieda; piękno - brzydota; mądrość - głupota; miłość - izolacja; młodość - starość; mężczyzna - kobieta etc... Bóg - czy jak wolisz Absolut - jako taki nie jest źródłem dualności, ale harmonii, czystości. Fizyczne ograniczenia i natura tego świata jest jej źródłem. W świecie duchowym nie ma dualności... To my, z własnej woli, schodzimy na Ziemię, aby doświadczać tej dualności fizyczności oraz własnego umysłu po to tylko, aby uświadomić sobie w końcu, że tego tak naprawdę nie potrzebujemy. ;)

 

 

Zresztą Absolut nie chce od nas byśmy byli warunkowi, czy bezwarunkowi.

Chce tylko byśmy żyli w doświadczeniu, a nie chowali się

Nie rozumiem co masz na myśli przez "abyśmy byli warunkowi, czy bezwarunkowi"?

Jako istoty fizyczne, gatunek homo sapiens, którym jesteśmy - jest on warunkowy, dualny oraz niekompletny. Miłość, która przejawia się z poziomu tego świata jest również taka. Doświadczamy żyjąc na Ziemi. Co nazywasz chowaniem się? Chodzi o życie buddyjskiego mnicha, którego dałem przykład? On także ma doświadczenia. Nie wszystkie doświadczenia są w świecie zewnętrznym. Dusza do pewnego stopnia kompletuje jeden rodzaj doświadczeń, by móc przejawiać się innym razem z kolei w inny sposób.

 

A czego chce Absolut? Myślę, że chce nas i naszego doświadczenia. :D Gdyż ta cała machina, w jakiej uczestniczymy na to wskazuje. Już sam fakt, że zostaliśmy oddzieleni jako jego cząstki, aby kompletować swoje doświadczenia na tym świecie na Ziemi (i nie tylko) na to wskazuje. A patrząc na mnogość doświadczeń, mogą być one tak różne, jak różne mogą być ludzkie losy...

Edited by arkenas

Share this post


Link to post
Share on other sites
ole1
W takim razie, jeśli przyjmiesz za bratnią duszę kogoś o podobnej bliźniaczej świadomości, z kim się rozumiesz "bez słów", to ja bym powiedział, że takich bratnich dusz może być więcej, niż jedna. ;)

 

Zgadza się. I tak jest !

 

Fakt stwierdzenie z hormonami (żadne prochy! nie propagujemy narkomanii, czy uzależnienia od środków i substancji psychoaktywnych!;P) może się kojarzyć głównie z miłością cielesną, seksualną. W sumie mówi się potocznie, że jest z kimś "chemia", że "hormony buzują"... ale nie tylko o to mi akurat chodziło. Ogólnie każda emocja, stan emocjonalny, uczucie, jest wynikiem chemicznych uwarunkowań w mózgu. Oczywiście owe uwarunkowania mogą mieć różne przyczyny - i właściwie do tego tutaj zmierzałem. Na Ziemi nie obcujemy z czystą świadomością ludzi. Owszem - ta świadomość "przebija się", czy też "wyraża się" w różnych aspektach tego, jak działa dany człowiek, jaką energią "promieniu", jak intuicyjnie daną osobę odbierasz. Myk właśnie polega na tym, że owa podobna do Twojej świadomość, czy też - jeśli mówimy o tej głównej bratniej duszy - bliźniacza świadomość - to coś, co jest poza emocjami, uczuciami... nawet poza rozumieniem bez słów... Jest to pewna przestrzeń, coś, czego do końca nie można uchwycić, myślę. Wiesz, znałem niejedną osobę, z którą się rozumiałem bez słów i o której myślałem jako o potencjalnej bratniej duszy, a potem różnie to w życiu się działo.

Pamiętaj, że umysł uwielbia dopisywać sobie wiele rzeczy, a nasz świat jest w pewnym sensie światem iluzji. :)

Wiem już na pewno, z własnych doświadczeń, że ludzie którzy kierują się w życiu miłością mają wzajemnie bardzo bliską świadomość. Podobieństwa bywają zadziwiające, prawie w każdym życiowym doświadczeniu.

I jest mi bardzo trudno to udowodnić, bo to trzeba przeżyć, by zrozumieć.

 

Jest tutaj bardzo ważne do podkreślenia, że podobieństwo świadomości ma swoje potwierdzenie energetyczne. Wokół osób „bliźniaczych”, jest podobne światło. Gdy się wejdzie w zakres działania takiej podobnej energii dochodzi do synchronizacji dwóch pól i wszystkie przepływy energii w organizmie się poprawiają. Zdrowiejemy, czujemy się zrelaksowani.

 

W towarzystwie „bliźniaczej duszy” czujemy się komfortowo i wyczuwamy takie osoby czasem bardzo szybko.

Czakra serca odbiera wysyłane od innych osób uczucia. Gdy się łączy z nami ktoś, kto obdarza nas miłością, wówczas możemy odczuć w okolicach mostka ciepło, nawet gorąc. Energia serca jest rozprowadzana do pozostałych czakr, oczyszcza je, energetyzuje, pobudzane są gruczoły – wówczas cały organizm zdrowieje.

Dlatego, że to po prostu miłość leczy.

Przyjaźń, m.in. w relacjach z „bliźniaczymi duszami”, to bardzo czysta miłość.

 

Jak już wspomniałem powyżej energia każdego z nas stale jest w ruchu wirowym, a w obecności bliskich osób o podobnej wibracji wzmacnia się i wchodzi w zakres pola energii tej drugiej osoby. Wówczas dochodzi do jej wymiany, zatacza ósemki krążąc wokół dwóch osób, pola ich wzajemnie się wzmacniają, zazębiają. Wszystkie czakry od tego mocniej świecą. Ciała świetliste się oczyszczają.

I znowu - rośnie miłość...

 

Ale zawsze istnieją różnice między ludźmi, w ich świadomości. I będą istnieć, bo wszyscy przechodzimy różniące się doświadczenia życiowe, które niosą swoją prawdę, napełniają mądrością.

Dlatego bardzo ważne jest by pracować nad akceptacją.

 

Dlaczego zbyt restrykcyjnie? Chodzi o zbytnie "oczekiwania" wobec tej prawdziwej, głównej, bratniej duszy?

Tutaj mi chodziło o potraktowanie tematu miłości bezwarunkowej, w doświadczeniu ziemskim.

 

 

Wydaje mi się, że trochę nas, ludzi - a raczej naszej świadomości - nie doceniasz. ;)

Owszem, świadomość przeciętnej osoby często bywa daleka do świadomości Boga/Absolutu, aczkolwiek byli ludzie, którzy taką świadomość posiedli. Tzn. dokonali transcendencji i wyszli poza Matrixa ego, umysłu i tego wszystkiego, co dla nas jest tak bardzo realne, ale z punktu czystej świadomości jest iluzją tak naprawdę. Byli to m.in. twórcy wielkich religii, ale teraz również tacy ludzie żyją i po esencji ich nauczania mogę spokojnie nazwać ich oświeconymi. Takim człowiekiem jest Eckhart Tolle moim zdaniem - którego filmiki na ten temat zresztą podlinkowałem wyżej. Jak również niejaki Mooji. Takich ludzi jest więcej, ale nie każdy jest zainteresowany dzieleniem się tym ze światem.

Myślę, że osoba oświecona, czyli taka, której świadomość już dalej nie utożsamia się ze światem wcale nie musi jakoś specjalnie się wyróżniać, robić show'u, czy nie wiadomo czego. Pamiętaj, że fajerwerki, to opium dla umysłu. Dlatego dystans nas wobec Absolutu wyznacza to, ile w sobie tej boskości odkryliśmy... czyli to, na ile nasze dusze odkryły same siebie poprzez dziesiątki, setki, tysiące inkarnacji tu na Ziemi (tudzież w innym świecie fizycznym, albo i niekoniecznie fizycznym).

Dążymy do tego, aby przekroczyć tą iluzję umysłu, ego, prawdziwości swojego świat - to jest nasz cel na Ziemi i właśnie dzięki temu jesteśmy coraz bliżej Absolutu (którego częścią jesteśmy... tyle, że może różni ludzie są na różnych etapach w tej wędrówce...).

 

Oczywiście że żyjemy w Iluzji.

Ale to właśnie jest do zaakceptowania, by nie uciekać, nie chować się za tą wiedzą.

Zrozumieć, że życie to iluzja, a jednocześnie namacalna rzeczywistość, która ma stale nas uczyć poprzez doświadczenie. Nie należy tłumaczyć sobie np. przykrych zdarzeń – no tak, to tylko iluzja. Nie będę się przejmować…

Nie uciekać w ten sposób przed odpowiedzialnością i konsekwencjami życia. Tylko brać za swoje życie w całości odpowiedzialność – śmiać się i płakać.

 

Tak, słuchałem Mooji’go wielokrotnie i bardzo, bardzo mi się podoba. Bardzo bym pragnął z nim się spotkać twarzą w twarz i porozmawiać. A to byłaby długa rozmowa… :)

Mam wiele akceptacji do jego nauk, ale niektóre zjawiska energetyczne inaczej widzę.

Jednak to wspaniały facet, wprowadza światło, na pewno byśmy się zaprzyjaźnili.

 

Lecz, nie wpatruję się bezkrytycznie w tzw. świętych, awatarów. Naprawdę większość z nich nie dałaby sobie tak dobrze radę, gdyby ich umieścić po prostu między nami.

 

W rodzinach z żonami, mężami, dziećmi i w tej ogromnej presji by osiągnąć tzw. sukces. Gdy brakuje do pierwszego, gdy dziecko ciężko chore, gdy ktoś bliski zdradza itd…

Czy np. Mooji podlega takim emocjom ???

Ktoś powie – „nie musi już” I to może być prawda.

Jednak bardzo jestem ciekaw, jak Mooji by się znalazł w skórze zdradzonego męża i ojca któremu dziecko umiera. Najbardziej podziwiam takich właśnie ludzi, którzy nadal okazują wszystkim wkoło serce. Kochają ludzi, choć właśnie zaznają piekła na Ziemi.

Od nich czerpię najwięcej, bo to prawdziwe źródła wiedzy i mądrości.

 

Polecam niezły artykuł we wrześniowym numerze Czwartego Wymiaru, str 40 Mistrzowie z Półki Najwyższej.

O tzw. oświeconych.

 

Miłość rodzica do dziecka nie jest przejawem miłości bezwarunkowej. Wynika ona z głębokiego związku fizyczności, jaki łączy rodziców z dzieckiem. Rodzice kochają dzieci za to, że są ich dziećmi (i to też nie zawsze, bo są różne patologie, czy przypadki "chorej" miłości). Owszem, w porównaniu do np. miłości romantycznej nie trzeba spełniać odpowiednich warunków, bo rzeczywiście z ziemskiego punktu widzenia (jeśli przyjąć materię, jako jedyną rzeczywistość) jest to najbardziej "bezwarunkowa" (w mocnym cudzysłowiu) forma miłości.

Co nie zmienia faktu, że nie jesteśmy przecież swoimi ciałami, umysłami i ego, lecz istotami, których prawdziwy dom nie mieści się na ul. Jakiejśtam 123/12 w Warszawie, ale w zupełnie innym wymiarze... A my jesteśmy tutaj tylko w "podróży", a nasi rodzice, krewni, to istoty, z którymi poza więzami krwi może nas zupełnie nic nie łączyć...

Nie zgodzę się z Tobą. Dzieci są po prostu przepiękne. I dla wielu są jedyną czystą miłością w życiu. A często bywają adoptowane, czyli bez powiązania genowego.

Chyba są najbardziej czystą miłością w życiu.

I to na całe życie. To potężna więź, uczucie, bo na całe życie.

Właśnie w tej chwili w „tvn” pewna znana osoba publiczna z pełnym wzruszeniem powiedziała:

„Dla swojego dziecka wszystko kobieta zrobi, wszystko…”.

 

Ale każde z nas ma swoje własne doświadczenia i absolutnie możesz mieć rację w swoim doświadczeniu.

 

Tak, bratnią duszę możesz dostrzegać w tych osobach... Jednak nie zawsze ktoś, kto jest Ci bliski w pokrewieństwie, emocjonalnie, etc koniecznie jest Ci bliski pod względem duchowym, świadomości...

W poprawnych relacjach rodzinnych najłatwiej jest odnaleźć miłość bezwarunkową, taką gdy kochasz kogoś tylko dlatego że jest.

 

OK, ale nikt tutaj nie mówi o tym, że nie ma bardzo pięknych osób, z którymi możemy czuć się komfortowo oraz z którymi możemy się przyjaźnić.

Niestety jednak czasem można się przez to wielkie piękno i wyobrażenia na temat drugiej osoby bardzo rozczarować...

To prawda. To jest właśnie „tajemnicą życia”. Nikt nie wie co życie przyniesie, ale trzeba żyć odważnie i z wiarą w dobro :)

Wyobrażenia powinno się skonfrontować z życiem. Dlatego zalecam kierować się w życiu sercem i wśród takich poszukiwać przyjaźni. Zresztą oni sami się zjawią.

 

Co nazywasz chowaniem się? Chodzi o życie buddyjskiego mnicha, którego dałem przykład? On także ma doświadczenia. Nie wszystkie doświadczenia są w świecie zewnętrznym. Dusza do pewnego stopnia kompletuje jeden rodzaj doświadczeń, by móc przejawiać się innym razem z kolei w inny sposób.

Zostaliśmy powołani do życia na Ziemi po to, by doświadczać w tej rzeczywistości, a nie uciekać w wielogodzinne modlitwy, medytacje, w których łączymy się przeważnie z jakimiś Bogami, o niewiadomej energii. Tam w „świecie duchowym” są ich po prostu całe zastępy – bo on jest również dualny. Celowo posługuję się tym pojęciem tym momencie.

Wiadomo nie od dzisiaj, że kapłaństwo to dla wielu po prostu schronienie, ucieczka. A po wielu latach życia w ciągłych medytacjach można się nieźle naenergetyzować i wyuczyć nie swoich przekonań, które nijak się mają do rzeczywistości.

 

Absolut w rozumieniu Absolutnego Boga, jest nieskończonym zbiorem emanacji boskości i wszystkiego, co jest z nią związane.

 

W hinduizmie jest świetnie na ten temat powiedziane: Bóg jest posiadaczem sześciu cech w ich doskonałości: mądrość, moc, piękno, bogactwo, sława oraz wyrzeczenie (inaczej jednak trochę rozumiane), a każdy człowiek ma każdą z tych sześciu cech w zależności od tego jaką ma karmę oraz stopień swojego rozwoju.

 

Co do warunkowości... warunkowość wynika z dualnej rzeczywistości. Świat fizyczny jest dualną rzeczywistością, czyli wszystko co jest fajne ma swoje przeciwieństwo. Bogactwo - bieda; piękno - brzydota; mądrość - głupota; miłość - izolacja; młodość - starość; mężczyzna - kobieta etc... Bóg - czy jak wolisz Absolut - jako taki nie jest źródłem dualności, ale harmonii, czystości. Fizyczne ograniczenia i natura tego świata jest jej źródłem. W świecie duchowym nie ma dualności... To my, z własnej woli, schodzimy na Ziemię, aby doświadczać tej dualności fizyczności oraz własnego umysłu po to tylko, aby uświadomić sobie w końcu, że tego tak naprawdę nie potrzebujemy. ;)

 

Nie rozumiem co masz na myśli przez "abyśmy byli warunkowi, czy bezwarunkowi"?

 

Jako istoty fizyczne, gatunek homo sapiens, którym jesteśmy - jest on warunkowy, dualny oraz niekompletny. Miłość, która przejawia się z poziomu tego świata jest również taka. Doświadczamy żyjąc na Ziemi

A czego chce Absolut? Myślę, że chce nas i naszego doświadczenia. :D Gdyż ta cała machina, w jakiej uczestniczymy na to wskazuje. Już sam fakt, że zostaliśmy oddzieleni jako jego cząstki, aby kompletować swoje doświadczenia na tym świecie na Ziemi (i nie tylko) na to wskazuje. A patrząc na mnogość doświadczeń, mogą być one tak różne, jak różne mogą być ludzkie losy...

Uważam że nie ma czegoś takiego jak dualność – to niejako przekręt ezoteryczny. Kiedyś też myślałem, że żyję w dualności, lecz dzisiaj wiem, że wszystko się ze sobą ściśle łączy.

Jesteśmy wielowymiarowi, połączeni stale ze Źródłem. Żyjemy w Jedności.

 

Dualność jest rozdzieleniem.

 

Absolut zawiera w sobie wszystko, każde przeżyte doświadczenie, każdą emocje, każde uczucie. Niczego nie klasyfikuje, nie osądza.

W „świecie duchowym” jest tak samo – dobro i zło. Lecz, być może bywa tam większa akceptacja dla dwóch różnych biegunów, większe zrozumienie.

Jezus ma swojego brata Lucyfera, z którym żyje w przyjaźni. Lucyfer jest również istotą światła, noszącą miłość. Pochodzi z tego samego Źródła. Sprawuje bardzo ważną funkcję w naszym materialnym świecie i w wyższych wymiarach – „duchowych”.

 

Dobro, zło… nie ma czegoś takiego dla Absolutu. Jest doświadczenie.

Moim zdaniem tylko doświadczenie uczy mądrości i pogłębia miłość. Nie nabyta wiedza.

Wiedza przeczytana czy zasłyszana jest w stanie obudzić w nas wspomnienie przeżytego doświadczenia kiedyś w przeszłości, w przeszłym wcieleniu. I wydaje nam się, że oto właśnie czegoś się nauczyliśmy – nie, po prostu ktoś nam przypomniał.

I jeśli faktycznie obudzi się te wspomnienie wówczas wzmacnia się nasza energia, wzbogaca świadomość i rośnie akceptacja, miłość – mądrość.

Wszystko jest potrzebne do prawidłowego rozwoju – i dobro i zło.

 

Zło jest niedobre ? Bo boli… ? A boli ! Czasem tak, że się leży plackiem i jęczy, złorzeczy, a nawet przeklina Boga. Bez cierpienia nie ma rozwoju. Cierpienie też niesie światło, a mądrze przepracowane powiększa mądrość, świadomość – miłość.

Chcesz trafić do nieba, to musisz też poznać piekło...

 

Czym więcej miłości człowiek w sobie nosi, tym łatwiej znosi konsekwencje działania doświadczeń życiowych.

No i wracając do tematu łatwiej rozpoznaje bliźniacze dusze.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn
Wiem już na pewno, z własnych doświadczeń, że ludzie którzy kierują się w życiu miłością mają wzajemnie bardzo bliską świadomość. Podobieństwa bywają zadziwiające, prawie w każdym życiowym doświadczeniu.

I jest mi bardzo trudno to udowodnić, bo to trzeba przeżyć, by zrozumieć.

Chodzi Ci o to, że ludzie, których świadomość duchowa znajduje się na podobnym poziomie - zazwyczaj darzą siebie miłością?

Jeśli tak, to cóż - z pewnością osoby o podobnej świadomości, podobnym poziomie rozwoju będą w stanie stworzyć bliskie związki międzyludzkie - na wszelkich poziomach.

 

 

Jest tutaj bardzo ważne do podkreślenia, że podobieństwo świadomości ma swoje potwierdzenie energetyczne. Wokół osób „bliźniaczych”, jest podobne światło. Gdy się wejdzie w zakres działania takiej podobnej energii dochodzi do synchronizacji dwóch pól i wszystkie przepływy energii w organizmie się poprawiają. Zdrowiejemy, czujemy się zrelaksowani.

Owszem, jest coś takiego. Choć, wydaje mi się, nie zawsze może być dostrzegalne na pierwszy moment.

 

 

Czakra serca odbiera wysyłane od innych osób uczucia. Gdy się łączy z nami ktoś, kto obdarza nas miłością, wówczas możemy odczuć w okolicach mostka ciepło, nawet gorąc. Energia serca jest rozprowadzana do pozostałych czakr, oczyszcza je, energetyzuje, pobudzane są gruczoły – wówczas cały organizm zdrowieje.

Nie tylko czakra serca. Jeszcze w rolę wchodzi czakra sakralna - która odpowiada za sympatię, typu lubię/nie lubię. Czakra serca, to już głębsze uczucia.

 

 

 

Jak już wspomniałem powyżej energia każdego z nas stale jest w ruchu wirowym, a w obecności bliskich osób o podobnej wibracji wzmacnia się i wchodzi w zakres pola energii tej drugiej osoby. Wówczas dochodzi do jej wymiany, zatacza ósemki krążąc wokół dwóch osób, pola ich wzajemnie się wzmacniają, zazębiają. Wszystkie czakry od tego mocniej świecą. Ciała świetliste się oczyszczają.

Owszem, energia wiruje. Aura, to wiry energetyczne, czakry to wiry energetyczne.

 

 

 

Ale to właśnie jest do zaakceptowania, by nie uciekać, nie chować się za tą wiedzą.

Zrozumieć, że życie to iluzja, a jednocześnie namacalna rzeczywistość, która ma stale nas uczyć poprzez doświadczenie. Nie należy tłumaczyć sobie np. przykrych zdarzeń – no tak, to tylko iluzja. Nie będę się przejmować…

Nie uciekać w ten sposób przed odpowiedzialnością i konsekwencjami życia. Tylko brać za swoje życie w całości odpowiedzialność – śmiać się i płakać.

Oczywiście nikt nie każe nikomu zamykać się z tą wiedzą, czy chować przed światem.

Niemniej jednak są osoby, które czują taką wewnętrzną potrzebę ("ucieczki" od świata). Sam czasem odczuwam taką potrzebę i nie jest to podyktowane emocjami, czy chęcią ucieczki. To znacznie głębsze do wytłumaczenia. Jednak jeśli ktoś ma rzeczywistą potrzebę "ucieczki" od świata, wyścigu szczurów i reszty "owoców" cywilizacji itp - nie powinno się takiej osobie tego zabraniać.

 

Nie wiem czy znasz historię Buddhy. Miał on wszystko: był hinduskim księciem, miał największe bogactwa, do dyspozycji pałace, służących, kobiety, jakie tylko sobie wymarzył, etc itd itp. Jednak porzucił to wszystko (mimo, że miał rodzinę), gdyż w pewnym momencie miał taką wewnętrzną potrzebę. Jak się potem okazuje - wyszło mu to w efekcie na dobre. :)

 

 

 

Tak, słuchałem Mooji’go wielokrotnie i bardzo, bardzo mi się podoba. Bardzo bym pragnął z nim się spotkać twarzą w twarz i porozmawiać. A to byłaby długa rozmowa… :)

To jest nas dwóch. W takim razie kiedy jedziemy na satsang? :D

W 2011 był w Krakowie. Nie wiem kiedy będzie teraz w Polsce.

 

 

 

Mam wiele akceptacji do jego nauk, ale niektóre zjawiska energetyczne inaczej widzę.

Jednak to wspaniały facet, wprowadza światło, na pewno byśmy się zaprzyjaźnili.

Ja się generalnie ze wszystkim zgadzam, co on mówi. Podobnie zresztą, jak Eckhart.

Również myślę, że z Mooji'm można by się było zaprzyjaźnić. :) Z Eckhartem również.

 

 

 

Lecz, nie wpatruję się bezkrytycznie w tzw. świętych, awatarów. Naprawdę większość z nich nie dałaby sobie tak dobrze radę, gdyby ich umieścić po prostu między nami.

I bardzo słusznie.

 

Wszakże jak powiedział sam Buddha:

"Sam jesteś swoim jedynym mistrzem. Któż jeszcze mógłby nim być?"

 

 

 

W rodzinach z żonami, mężami, dziećmi i w tej ogromnej presji by osiągnąć tzw. sukces. Gdy brakuje do pierwszego, gdy dziecko ciężko chore, gdy ktoś bliski zdradza itd…

Czy np. Mooji podlega takim emocjom ???

Ktoś powie – „nie musi już” I to może być prawda.

Jednak bardzo jestem ciekaw, jak Mooji by się znalazł w skórze zdradzonego męża i ojca któremu dziecko umiera. Najbardziej podziwiam takich właśnie ludzi, którzy nadal okazują wszystkim wkoło serce. Kochają ludzi, choć właśnie zaznają piekła na Ziemi.

Od nich czerpię najwięcej, bo to prawdziwe źródła wiedzy i mądrości.

Jestem dosyć przekonany, co do oświecenia Mooji'ego i sądzę, że nie podlega on takim emocjom.

Nie znam tak dobrze życia Mooji'ego. Wiem, iż urodził się w Jamajce. Gdy miał 15 lat umarł jego ojciec. Następnie wyemigrował do Londynu (podobnie trochę do Eckharta). Przez wiele lat był artystą - zajmował się malarstwem.

Natomiast wiem, że np. Eckhart Tolle, zanim doznał oświecenia miał przeogromne problemy w swoim życiu: cierpiał na skrajną formę depresji, miał myśli samobójcze, brak chęci do życia etc. I to właśnie dzięki temu cierpieniu pewnego dnia doznał olśnienia, gdy jego prawdziwa tożsamość "odłączyła się" od tego całego cierpienia, które generuje umysł.

 

Zdecydowana większość cierpienia, jakie człowiek doświadcza jest generowana przez umysł. Osoby oświecone natomiast nie identyfikują się dalej ze swoim umysłem, nie utożsamiają ze swoim ego. Dlatego też niezależnie od warunków zewnętrznych ich wewnętrzny spokój oraz pokój nie może zostać naruszony. To tak, jak np. powiem Ci o osobie, której nie znasz i jej problemach - nie naruszy to Twojego wewnętrznego spokoju, gdyż nie jesteś tą osobą, nie identyfikujesz się z nią. I właśnie tym jest oświecenie, na ile ja to pojmuję. Właśnie "stanem bez ego", poza utożsamianiem się z nim. Jak to ładnie powiedział Eckhart: "Bądź wdzięczny, że Twoje cierpienie doprowadziło cię do uświadomienia sobie: nie potrzebuję już więcej cierpieć.". :)

 

 

 

Polecam niezły artykuł we wrześniowym numerze Czwartego Wymiaru, str 40 Mistrzowie z Półki Najwyższej.

O tzw. oświeconych.

Niestety, czasopism papierowych nie kupuję od paru ładnych lat, chociaż zajrzę - może publikują na swojej stronce.

Natomiast oczywiście nie każdy, kto podaje się za oświeconego - od razu jest oświeconą osobą.

 

Jakiś czas temu oglądałem na YT wykładu pewnego hindusa (bardzo ciekawe swoją drogą - przemawiał na polskim Woodstocku) i mówił on o Sai Babie i o tym, dlaczego jest zwykłym hoksztaplerem i dlaczego zrobił karierę poza Indiami, ale nie w samych Indiach. :) (Mogę dać link, jeśli jesteś zainteresowany.)

 

 

 

Nie zgodzę się z Tobą. Dzieci są po prostu przepiękne. I dla wielu są jedyną czystą miłością w życiu. A często bywają adoptowane, czyli bez powiązania genowego.

Chyba są najbardziej czystą miłością w życiu.

I to na całe życie. To potężna więź, uczucie, bo na całe życie.

Właśnie w tej chwili w „tvn” pewna znana osoba publiczna z pełnym wzruszeniem powiedziała:

„Dla swojego dziecka wszystko kobieta zrobi, wszystko…”.

Cóż, nie każdy może nawet lubić dzieci. A już na pewno nie każdy może w nich dostrzegać, to, o czym piszesz.

To, iż wielu ludzi widzi w dzieciach to o czym piszesz, nie zmienia faktu, iż dalej jest to doświadczenie w pełni subiektywne.

 

 

W poprawnych relacjach rodzinnych najłatwiej jest odnaleźć miłość bezwarunkową, taką gdy kochasz kogoś tylko dlatego że jest.

Jak pisałem, jest to miłość bardziej zbliżona do miłości bezwarunkowej, niż np. miłość romantyczna, jednak dalej nią nie jest. Warunkiem jest bliska relacja rodzinna.

Co nie zmienia faktu, że w rodzinie mogą być istoty bardzo bliskie sobie, które celowo wybrały inkarnacje, jako bliscy członkowie rodziny, by np. być ze sobą razem, przepracować wspólnie jakąś karmę etc.

 

 

To prawda. To jest właśnie „tajemnicą życia”. Nikt nie wie co życie przyniesie, ale trzeba żyć odważnie i z wiarą w dobro :)

Wyobrażenia powinno się skonfrontować z życiem. Dlatego zalecam kierować się w życiu sercem i wśród takich poszukiwać przyjaźni. Zresztą oni sami się zjawią.

Jak najbardziej! :okok:

 

 

 

Zostaliśmy powołani do życia na Ziemi po to, by doświadczać w tej rzeczywistości, a nie uciekać w wielogodzinne modlitwy, medytacje, w których łączymy się przeważnie z jakimiś Bogami, o niewiadomej energii. Tam w „świecie duchowym” są ich po prostu całe zastępy – bo on jest również dualny. Celowo posługuję się tym pojęciem tym momencie.

Wiadomo nie od dzisiaj, że kapłaństwo to dla wielu po prostu schronienie, ucieczka. A po wielu latach życia w ciągłych medytacjach można się nieźle naenergetyzować i wyuczyć nie swoich przekonań, które nijak się mają do rzeczywistości.

Na to w sumie odpowiedziałem w miejscu, gdzie podałem za przykład z życie Buddhy. Jeśli ktoś czuje faktyczną, wewnętrzną potrzebę - nikt nie powinno zabraniać tej osobie odsunięcia się ze świata.

Natomiast jeśli piszesz o kapłaństwie jako schronienu - rozumiem, że masz na myśli kapłaństwo w znaczeniu religii katolickiej? Cóż, to już trochę inny temat, bo wkraczamy na rejony dyskusji na temat umysłu przepełnionego dogmatami i niekoniecznie zawsze do końca otwartego światopoglądu... Aczkolwiek dodam, iż różnica między "ucieczką do klasztoru w sensie ucieczki od życia" jeśli nie czuje się faktycznie takiej prawdziwej wewnętrznej potrzeby, a w pełni świadomym realizowaniem swoich duchowych potrzeb - często jest znaczna...

 

 

Dualność jest rozdzieleniem.

W pewnym sensie tak. :)

 

 

W „świecie duchowym” jest tak samo – dobro i zło. Lecz, być może bywa tam większa akceptacja dla dwóch różnych biegunów, większe zrozumienie.

Tutaj się z Tobą nie zgodzę. Nie widzę żadnych przesłanek, dla których można by uznać, iż w świecie duchowym istniałoby zło. Zło (w znaczeniu relatywnym, gdyż z punktu widzenia Absolutu nie istnieje dobro i zło jako takie - istnieje doświadczenia) wynika z ludzkiej natury, a dokładniej z nieświadomości.

Poza tym sama rzeczywistość bywa często zła sama w sobie. Jeden z najważniejszych dewów w hinduizmie - Śiva (pisany też: Shiva) - symbolizujący unicestwiający oraz odnawiający aspekt boskości - w swojej symbolice zawsze trzyma trójząb. Trójząb ów symolizuje trzy niszczące aspekty fizycznego świata: 1. inni ludzie oraz istoty (zwierzęta, rośliny, istoty niematerialne), 2. Twój własny umysł, Twoje własne ego, niszczące emocje, własne niszczące skłonności, 3. wypadki, przypadki, niszczące siły natury. Sam trójząb jest symbolem niszczenia iluzji (którą jest ten materialny świat), a więc pokonania tym samym tego, fizycznego świata (mającym atrybuty trzech "niszczących" zębów), czyli innymi słowy: oświecenia. Są to cechy występujące tylko w fizycznym świecie (oraz światach niematerialnych przypisanych fizyczności: jak plan astralny, plan eteryczny). Dualność - czyli niszczenie i odnawianie. Raz jest dobrze, raz jest źle, raz jesteśmy szczęśliwy, a drugi raz jedna z niszczących sił, które symbolizuje trójząb Śivy daje nam znać, kłując nas, abyśmy nie zapomnieli, gdzie jesteśmy i gdzie nasze miejsce. :P W świecie duchowym natomiast owe siły ciągłego "niszczenia nas", że tak to ujmę, nie występują.

 

 

 

Jezus ma swojego brata Lucyfera, z którym żyje w przyjaźni. Lucyfer jest również istotą światła, noszącą miłość. Pochodzi z tego samego Źródła. Sprawuje bardzo ważną funkcję w naszym materialnym świecie i w wyższych wymiarach – „duchowych”.

Od kiedy to Lucyfer jest istotą światła? Lucyfer, to jeden z upadłych aniołów, innymi słowy jest to demon (istota negatywna, zdecydowanie nienależąca do świata).

Owszem, łacińskie znaczenie imienia Lucyfer faktycznie znaczy "niosący światło", niemniej wedle filozofii chrześcijańskiej jest to upadła istota.

 

Choć oczywiście zależy jak rozumiesz pojęcie "istota światła".. Dla mnie istotą światła jest to istota znajdująca się w planach "powyżej" ziemskiego, fizycznego, czyli w wymiarach duchowych (czyli powyżej planu mentalnego: plan przyczynowy i wyższe). Istotami światła, są chrześcijańskie anioły, archaniołowie, święci (ci faktycznie oświeceni), sam Jezus, czy hinduskie dewy (w pierwotnie dewa oznacza: "świetlisty", "jaśniejący", "oświecony"), w buddyzmie jest mowa o różnego rodzaju Buddach (budda również znaczy "oświecony", "przebudzony"). W każdym razie, jak zwał tak zwał - chodzi o istoty, będące - z naszej perspektywy - oświecone, będące emanacjami boskości, różniące się pewnymi subtelnościami, czy rodzajami emanacji konkretnych energii, jakie niesie za sobą Absolut.

 

Demony natomiast przebywają w wymiarach niższych, niż nasz (tzw. niższy astral, tożsamy w pewnym sensie z chrześcijańskim piekłem). Słowo demon w hinduizmie (a dokładnie w sanskrycie) znaczy "poślubiony umysłowi" De - "poślubić, ślubować", mon - "umysł". Demony stanowią jakoby odwrotny biegun, czyli to wszystko, co jest odwrotnością tego, do czego dążyć chce i do czego chce coraz bardziej zbliżać się dana istota w jej dążeniu do oświecenia (czyli "zerwaniem" ze swoim umysłem). "Wolność", "oświecenie", "świętość" - jest to stan wyjścia poza swój umysł, a więc "pokonanie demonów" będących aspektami przywiązań do umysłu.

 

 

I jeśli faktycznie obudzi się te wspomnienie wówczas wzmacnia się nasza energia, wzbogaca świadomość i rośnie akceptacja, miłość – mądrość.

Cóż, mi parę doświadczeń z poprzednich żyć udało się "wydobyć" (nie będę już wnikać jakie metody stosowałem). Nie wiem na ile przyczyniło się to do mojego rozwoju duchowego, natomiast jedno jest pewne - to miłe uczucie, zobaczyć siebie, jako inną osobowość, inną osobę, w innych warunkach, a jednak ze świadomością "wow, to przecież jestem ja". :) Tym bardziej, gdy przywoła się jakieś miłe doświadczenie. :) Niemniej jednak na dłuższą metę nie zrobiły one na mnie większego wrażenia, aczkolwiek na pewno na jakiś czas sprawiły trochę radości. :)

 

 

 

Zło jest niedobre ? Bo boli… ? A boli ! Czasem tak, że się leży plackiem i jęczy, złorzeczy, a nawet przeklina Boga. Bez cierpienia nie ma rozwoju. Cierpienie też niesie światło, a mądrze przepracowane powiększa mądrość, świadomość – miłość.

Chcesz trafić do nieba, to musisz też poznać piekło...

Tak, niestety, albo i stety - aby doznać oświecenia dusza musi poznać i dogłębnie doświadczyć wszelkich aspektów siebie, a więc nie tylko tych dobrych zdarzeń w życiu, jak także i tego cierpienia. Zresztą zasada jest taka, że doświadczając dobra - wcześniej czy później doświadczymy jego odwrotności. Mówi o tym karma oraz zasada dualności rzeczywistości fizycznej - którą osobiście uznaję. :)

 

 

Czym więcej miłości człowiek w sobie nosi, tym łatwiej znosi konsekwencje działania doświadczeń życiowych.

Cóż, z pewnością tak jest.

 

 

No i wracając do tematu łatwiej rozpoznaje bliźniacze dusze.

Myślę, że otwarcie się intuicyjne, kierowanie się intuicją, przeczuciami, tzw. pierwszymi myślami - na pewno jest pomocne. Z kolei emocje, czy kierowanie się nadzieją (wobec danej relacji, mimo, że intuicja podpowiada, że coś do końca nie jest tak) nie są dobrymi doradcami.

Edited by arkenas

Share this post


Link to post
Share on other sites
Auegamma

Witam,

 

pierwszą myślą po sprawdzeniu tego wątku było "o kuuuuuuuu... error404 miał rację...", po czym szybko zamknąłem wątek, to jest druga próba odpowiedzenia w tym temacie...

 

Chodzi Ci o to, że ludzie, których świadomość duchowa znajduje się na podobnym poziomie - zazwyczaj darzą siebie miłością?

Jeśli tak, to cóż - z pewnością osoby o podobnej świadomości, podobnym poziomie rozwoju będą w stanie stworzyć bliskie związki międzyludzkie - na wszelkich poziomach.

 

Nie, nie jest tak na wszelkich poziomach, istnieje przynajmniej jeden na którym tak się nie dzieje.

 

Nie tylko czakra serca. Jeszcze w rolę wchodzi czakra sakralna - która odpowiada za sympatię, typu lubię/nie lubię. Czakra serca, to już głębsze uczucia.

[...]

Owszem, energia wiruje. Aura, to wiry energetyczne, czakry to wiry energetyczne.

 

Więc czakry w ogóle istnieją? Czy przyjmujesz że istnieją na podstawie wygodnych "dowodów"?

 

Oczywiście nikt nie każe nikomu zamykać się z tą wiedzą, czy chować przed światem.

Niemniej jednak są osoby, które czują taką wewnętrzną potrzebę ("ucieczki" od świata). Sam czasem odczuwam taką potrzebę i nie jest to podyktowane emocjami, czy chęcią ucieczki. To znacznie głębsze do wytłumaczenia. Jednak jeśli ktoś ma rzeczywistą potrzebę "ucieczki" od świata, wyścigu szczurów i reszty "owoców" cywilizacji itp - nie powinno się takiej osobie tego zabraniać.

 

Biblijny Poncjuszem Piłat też umył ręce od krzywdy.

 

Nie wiem czy znasz historię Buddhy. Miał on wszystko: był hinduskim księciem, miał największe bogactwa, do dyspozycji pałace, służących, kobiety, jakie tylko sobie wymarzył, etc itd itp. Jednak porzucił to wszystko (mimo, że miał rodzinę), gdyż w pewnym momencie miał taką wewnętrzną potrzebę. Jak się potem okazuje - wyszło mu to w efekcie na dobre. :)

 

To jest odrobinę bardziej skomplikowane... Maslov o tym wspomniał, a przykładowo Gabriel D. Amen to rozwija, na swój sposób.

 

Wszakże jak powiedział sam Buddha:

"Sam jesteś swoim jedynym mistrzem. Któż jeszcze mógłby nim być?"

 

Skoro go bezkrytycznie "cytujesz"... Buddha.

 

Jestem dosyć przekonany, co do oświecenia Mooji'ego i sądzę, że nie podlega on takim emocjom.

Nie znam tak dobrze życia Mooji'ego. Wiem, iż urodził się w Jamajce. Gdy miał 15 lat umarł jego ojciec. Następnie wyemigrował do Londynu (podobnie trochę do Eckharta). Przez wiele lat był artystą - zajmował się malarstwem.

Natomiast wiem, że np. Eckhart Tolle, zanim doznał oświecenia miał przeogromne problemy w swoim życiu: cierpiał na skrajną formę depresji, miał myśli samobójcze, brak chęci do życia etc. I to właśnie dzięki temu cierpieniu pewnego dnia doznał olśnienia, gdy jego prawdziwa tożsamość "odłączyła się" od tego całego cierpienia, które generuje umysł.

 

Zdecydowana większość cierpienia, jakie człowiek doświadcza jest generowana przez umysł. Osoby oświecone natomiast nie identyfikują się dalej ze swoim umysłem, nie utożsamiają ze swoim ego. Dlatego też niezależnie od warunków zewnętrznych ich wewnętrzny spokój oraz pokój nie może zostać naruszony. To tak, jak np. powiem Ci o osobie, której nie znasz i jej problemach - nie naruszy to Twojego wewnętrznego spokoju, gdyż nie jesteś tą osobą, nie identyfikujesz się z nią. I właśnie tym jest oświecenie, na ile ja to pojmuję. Właśnie "stanem bez ego", poza utożsamianiem się z nim. Jak to ładnie powiedział Eckhart: "Bądź wdzięczny, że Twoje cierpienie doprowadziło cię do uświadomienia sobie: nie potrzebuję już więcej cierpieć.". :)

 

To jest zdecydowanie bardziej skomplikowane, Freud, Maslov, Jung, Zimbardo czy Amen zahaczyli na swój sposób o tematy psychologii traumy, rozwoju człowieka, warunkowania, "borderline psychology" czy neurologii, to co wiadomo to to że ludzie poddani pewnym wyjątkowym czynnikom zewnętrznym mogą rozwinąć "niecodzienne", a ewolucyjnie poprawne, cechy, graniczące z szaleństwem uznawanym przez ludzi "normalnych" za "geniusz". Wystarczy sobie przypomnieć religijnych wieszczy którzy swoim słowem poruszyli tłumy ku zbrodni, krzywdzie, morderstwu czy samobójstwie, ale nie tylko o religię to zahacza, wystarczy sobie przypomnieć jak Hitler poruszał tłumy swoimi przemówieniami, czym się różni Twój idol Tolle od tych mówców? Nie myśl w kategoriach słów, ale w szerszych kategoriach cech.

 

Jak pisałem, jest to miłość bardziej zbliżona do miłości bezwarunkowej, niż np. miłość romantyczna, jednak dalej nią nie jest. Warunkiem jest bliska relacja rodzinna.

Co nie zmienia faktu, że w rodzinie mogą być istoty bardzo bliskie sobie, które celowo wybrały inkarnacje, jako bliscy członkowie rodziny, by np. być ze sobą razem, przepracować wspólnie jakąś karmę etc.

 

Więc inkarnacja i reinkarnacja podlega tym samym zasadom co czakry i aura, typowe... Podpowiem, psychologia ewolucyjna, neurologia, mechanizm przetrwania.

 

Tutaj się z Tobą nie zgodzę. Nie widzę żadnych przesłanek, dla których można by uznać, iż w świecie duchowym istniałoby zło. Zło (w znaczeniu relatywnym, gdyż z punktu widzenia Absolutu nie istnieje dobro i zło jako takie - istnieje doświadczenia) wynika z ludzkiej natury, a dokładniej z nieświadomości.

Poza tym sama rzeczywistość bywa często zła sama w sobie. Jeden z najważniejszych dewów w hinduizmie - Śiva (pisany też: Shiva) - symbolizujący unicestwiający oraz odnawiający aspekt boskości - w swojej symbolice zawsze trzyma trójząb. Trójząb ów symolizuje trzy niszczące aspekty fizycznego świata: 1. inni ludzie oraz istoty (zwierzęta, rośliny, istoty niematerialne), 2. Twój własny umysł, Twoje własne ego, niszczące emocje, własne niszczące skłonności, 3. wypadki, przypadki, niszczące siły natury. Sam trójząb jest symbolem niszczenia iluzji (którą jest ten materialny świat), a więc pokonania tym samym tego, fizycznego świata (mającym atrybuty trzech "niszczących" zębów), czyli innymi słowy: oświecenia. Są to cechy występujące tylko w fizycznym świecie (oraz światach niematerialnych przypisanych fizyczności: jak plan astralny, plan eteryczny). Dualność - czyli niszczenie i odnawianie. Raz jest dobrze, raz jest źle, raz jesteśmy szczęśliwy, a drugi raz jedna z niszczących sił, które symbolizuje trójząb Śivy daje nam znać, kłując nas, abyśmy nie zapomnieli, gdzie jesteśmy i gdzie nasze miejsce. :P W świecie duchowym natomiast owe siły ciągłego "niszczenia nas", że tak to ujmę, nie występują.

 

To z tym złem i nieświadomością brzmi jak jakiś fragment kazania z KK, istnieje coś takiego jak "inteligencja zła", jawne i ignorowane zło, uzasadnianie lub usprawiedliwianie zła. Poza tym dzięki za wykład z filozofii historii religii jak by był wykładem jak wypełniać pustą przestrzeń pustym słowem.

 

Od kiedy to Lucyfer jest istotą światła? Lucyfer, to jeden z upadłych aniołów, innymi słowy jest to demon (istota negatywna, zdecydowanie nienależąca do świata).

Owszem, łacińskie znaczenie imienia Lucyfer faktycznie znaczy "niosący światło", niemniej wedle filozofii chrześcijańskiej jest to upadła istota.

 

Istnieje swojego rodzaju niewygodna teoria odnośnie powodów dla których Lucyfer stał się kim się stał, była o tym wzmianka w księdze Hioba, może znajdziesz odpowiednie tłumaczenie.

 

Choć oczywiście zależy jak rozumiesz pojęcie "istota światła".. Dla mnie istotą światła jest to istota znajdująca się w planach "powyżej" ziemskiego, fizycznego, czyli w wymiarach duchowych (czyli powyżej planu mentalnego: plan przyczynowy i wyższe). Istotami światła, są chrześcijańskie anioły, archaniołowie, święci (ci faktycznie oświeceni), sam Jezus, czy hinduskie dewy (w pierwotnie dewa oznacza: "świetlisty", "jaśniejący", "oświecony"), w buddyzmie jest mowa o różnego rodzaju Buddach (budda również znaczy "oświecony", "przebudzony"). W każdym razie, jak zwał tak zwał - chodzi o istoty, będące - z naszej perspektywy - oświecone, będące emanacjami boskości, różniące się pewnymi subtelnościami, czy rodzajami emanacji konkretnych energii, jakie niesie za sobą Absolut.

 

Więc świat duchowy jest "powyżej" ziemskiego? Istnieją jeszcze jakieś "plany przyczynowe i wyższe"? Może ktoś udał się tam na wakacje i ma jakieś zdjęcia lub upominki dla turystów?

 

Demony natomiast przebywają w wymiarach niższych, niż nasz (tzw. niższy astral, tożsamy w pewnym sensie z chrześcijańskim piekłem). Słowo demon w hinduizmie (a dokładnie w sanskrycie) znaczy "poślubiony umysłowi" De - "poślubić, ślubować", mon - "umysł". Demony stanowią jakoby odwrotny biegun, czyli to wszystko, co jest odwrotnością tego, do czego dążyć chce i do czego chce coraz bardziej zbliżać się dana istota w jej dążeniu do oświecenia (czyli "zerwaniem" ze swoim umysłem). "Wolność", "oświecenie", "świętość" - jest to stan wyjścia poza swój umysł, a więc "pokonanie demonów" będących aspektami przywiązań do umysłu.

 

Piekło z Biblii opisywało slumsy obok Jerozolimy, zlookaj National Geographic aniżeli Telewizję Trwam. Poza tym, nadal ignorujesz drugą stronę medalu... Może to ogarniesz jak przeczytasz księgę Hioba.

 

Cóż, mi parę doświadczeń z poprzednich żyć udało się "wydobyć" (nie będę już wnikać jakie metody stosowałem). Nie wiem na ile przyczyniło się to do mojego rozwoju duchowego, natomiast jedno jest pewne - to miłe uczucie, zobaczyć siebie, jako inną osobowość, inną osobę, w innych warunkach, a jednak ze świadomością "wow, to przecież jestem ja". :) Tym bardziej, gdy przywoła się jakieś miłe doświadczenie. :) Niemniej jednak na dłuższą metę nie zrobiły one na mnie większego wrażenia, aczkolwiek na pewno na jakiś czas sprawiły trochę radości. :)

 

Aura, czakry, reinkarnacja, Absolut, plany przyczynowe i wyższe, demony, anioły, poprzednie wcielenia... Ogarnij się i zrób sobie rachunek sumienia ile prawdy, ile pseudo prawdy, ile wygodnej ignorancji a ile jawnej ignorancji przejawiasz.

 

Tak, niestety, albo i stety - aby doznać oświecenia dusza musi poznać i dogłębnie doświadczyć wszelkich aspektów siebie, a więc nie tylko tych dobrych zdarzeń w życiu, jak także i tego cierpienia. Zresztą zasada jest taka, że doświadczając dobra - wcześniej czy później doświadczymy jego odwrotności. Mówi o tym karma oraz zasada dualności rzeczywistości fizycznej - którą osobiście uznaję. :)

 

Do puli dochodzi teraz dusza... Człowieku, naprawdę nie potrafisz czytać między wierszami tekstów religijnych? Coś tam wiesz z KK, Hinduizmu i Buddyzmu, ale nawet po tym jak przeczytasz księgę Hioba pewnie będziesz musiał doświadczyć psychonautyki aby zrobić kilka kroków do tyłu i ogarnąć wszystkie te tematy, poznaj sens dla którego to co się dzieje się dzieje, bo ani teksty z Hinduizmu, ani Biblia ani teksty Buddhy nie pomogą Tobie w oświeceniu jeżeli nie potrafisz czytać ze zrozumieniem i czytać między wierszami. Chyba że wystarczy Tobie taki popularny obraz oświecenia które prezentuje Osho czy Tolle.

 

Istnieje pewna anegdota, gdzie to młody łowca trenuje łucznictwo, taki gorliwy by nauczyć się jak strzelać z łuku aby móc polować, aby móc stać się członkiem elitarnej grupy łowców, aby stać się osobą wyjątkową, jednak jego trening przebiega dokładnie tak samo jak u wszystkich innych, ma łuk, ale nie ma strzał... Zadaniem jest strzelanie z łuku bez strzał od świtu do zmierzchu, cały czas robiąc to z powietrzem, po kilku dniach lub tygodniach gorliwość opada, po miesiącach niektórzy odpadają zniechęceni, inni bezmyślnie wykonują te ruchy dzień po dniu przez lata... W tej anegdocie, łowcą zostaje ta osoba która zaakceptowała swoją pozycję i która odłożyła strzały na bok kiedy je w końcu dostała, trenując bez strzał, zabierając strzały dopiero na polowanie.

 

Teraz czas na zakończenie, arkenas - wystarczy tyle. - Cornelia.

 

Pozdrawiam,

Auegamma

Edited by Czarownica
ogarnijcie się.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn
Aura, czakry, reinkarnacja, Absolut, plany przyczynowe i wyższe, demony, anioły, poprzednie wcielenia... Ogarnij się i zrób sobie rachunek sumienia ile prawdy, ile pseudo prawdy, ile wygodnej ignorancji a ile jawnej ignorancji przejawiasz.

(...)

Więc świat duchowy jest "powyżej" ziemskiego? Istnieją jeszcze jakieś "plany przyczynowe i wyższe"? Może ktoś udał się tam na wakacje i ma jakieś zdjęcia lub upominki dla turystów?

(...)

Więc czakry w ogóle istnieją? Czy przyjmujesz że istnieją na podstawie wygodnych "dowodów"?

Auegamma, skoro jesteś takim zaciętym racjonalistą i nie wierzysz w istnienie czakr, reinkarnacji, aniołów, demonów, Boga, czy innych planów istnienia, niż materialny, to co robisz na forum ezoterycznym?

Wyśmiewasz się z rzeczy, negujesz rzeczy, które stanowią kilka osobnych działów na tym forum. Co jest z tobą nie tak? Jak widać wyraźnie, to Ty masz ewidentny problem z ogarem. ^^

 

Osoby, które się tutaj wypowiadają wierzą w tego typu rzeczy. Do tego nie wiem co z Tobą nie tak, skoro nie widzisz, iż inni o tym samym piszą, a postanowiłeś sobie zrobić ze mnie "wielki cel", to Twój problem.

Edited by Czarownica
ogarnijcie się obydwoje, bo to ja później muszę czytać te przydługawe posty w raportach.
  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
ole1

Od kiedy to Lucyfer jest istotą światła? Lucyfer, to jeden z upadłych aniołów, innymi słowy jest to demon (istota negatywna, zdecydowanie nienależąca do świata).

Owszem, łacińskie znaczenie imienia Lucyfer faktycznie znaczy "niosący światło", niemniej wedle filozofii chrześcijańskiej jest to upadła istota.

 

Choć oczywiście zależy jak rozumiesz pojęcie "istota światła".. Dla mnie istotą światła jest to istota znajdująca się w planach "powyżej" ziemskiego, fizycznego, czyli w wymiarach duchowych (czyli powyżej planu mentalnego: plan przyczynowy i wyższe). Istotami światła, są chrześcijańskie anioły, archaniołowie, święci (ci faktycznie oświeceni), sam Jezus, czy hinduskie dewy (w pierwotnie dewa oznacza: "świetlisty", "jaśniejący", "oświecony"), w buddyzmie jest mowa o różnego rodzaju Buddach (budda również znaczy "oświecony", "przebudzony"). W każdym razie, jak zwał tak zwał - chodzi o istoty, będące - z naszej perspektywy - oświecone, będące emanacjami boskości, różniące się pewnymi subtelnościami, czy rodzajami emanacji konkretnych energii, jakie niesie za sobą Absolut.

 

Demony natomiast przebywają w wymiarach niższych, niż nasz (tzw. niższy astral, tożsamy w pewnym sensie z chrześcijańskim piekłem). Słowo demon w hinduizmie (a dokładnie w sanskrycie) znaczy "poślubiony umysłowi" De - "poślubić, ślubować", mon - "umysł". Demony stanowią jakoby odwrotny biegun, czyli to wszystko, co jest odwrotnością tego, do czego dążyć chce i do czego chce coraz bardziej zbliżać się dana istota w jej dążeniu do oświecenia (czyli "zerwaniem" ze swoim umysłem). "Wolność", "oświecenie", "świętość" - jest to stan wyjścia poza swój umysł, a więc "pokonanie demonów" będących aspektami przywiązań do umysłu.

 

 

Na razie ustosunkuję się do postaci Lucyfera.

Wiem, że jest istotą niepopularną, a nawet przeklętą przez wielu.

Lecz nie bez powodu Lucyfer to Niosący Światło.

 

Otóż wszyscy kochamy Jezusa, Buddę. Wiadomo, łagodzą nasze cierpienie, leczą serca.

Tymczasem Lucyfer jest Mistrzem zła. To on uczestniczy w naszych doświadczeniach cierpienia. On jest ich głównym konstruktorem.

Jest w każdym wymiarze, tak samo jak Jezus. I poprzez cierpienie uczestniczy w rozwoju wszelkich cywilizacji, nie tylko na Ziemi. W całym wielowymiarowym Wszechświecie i jeszcze dalej…

A bez cierpienia, nie ma oświecenia…

Budda jako syn króla żył w ziemskim raju i dopiero gdy z niego uciekł zaczął dostrzegać wielobarwność życia. Dojrzał, odczuł cierpienie i to go uwolniło.

Ekchart Tolle również żył w cierpieniu.

Bez cierpienia nie ma oświecenia…

 

A kto im w tym pomógł – Lucyfer i istoty z nim związane. Cała armia.

 

Wiem, że taki pogląd może być kontrowersyjny, ale nie wierzę, że osoby oświecone pogardzają Lucyferem. To jest Istota Światła, powołana przez tę samą Energię, która powołała Jezusa.

Został potępiony przez ziemskie religie, bo poniekąd musiało tak być.

Jako cywilizacja nie dorośliśmy do tego, by uznać jego zasługi w oświecaniu nas. Walczymy z cierpieniem czyli walczymy z Lucyferem i istotami mu podległymi – choćby przez odrzucanie ich. To są nasi wrogowie. I nikt nie chce przyznać, że ten wróg jest prawdopodobnie przyjacielem i spełnia tylko swoje zadanie duchowe, do którego został powołany. Bardzo gorliwie.

Bez niego nie byłoby nauki, rozwoju, oświecenia. Patrz Budda.

 

PS

Chętnie bym pojechał na Mooji’go ;)

Sorki za off top ale te wszystkie tematy łączą się ze sobą, tak jak nasze życie materialne z duchowym są ze sobą zespolone – bo nie ma dualności. Wszystko jest połączone – jest Jednym.

Pozdrawiam

:)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn

Właściwie określenie "potępienie" jest stosowane przez religię chrześcijańską i z tej właśnie tradycji zresztą wywodzi się Lucyfer. Natomiast tekst o Lucyferze jako o bracie Jezusa wywodzi się z antropozofii. Wedle chrześcijaństwa natomiast - to po prostu jeden z upadłych aniołów.

 

Faktycznie - jest kontrowersyjny. :]

 

Myślę, że inaczej stosujemy termin "istota światła". Ja stosuję termin "istota światła" w odniesieniu do istot, które reprezentują światło Boga, Absolutu (czy bogów, aniołów, dewów).

 

 

Jasne, aby się oświecić potrzebne jest również cierpienie. Oczywiście nie tylko cierpienie jest do tego potrzebne. :) Ale właśnie doświadczanie dualności świata fizycznego. Radości przeplatają się z cierpieniem, up'sy, z down'ami, pros'y z cons'ami etc.

 

 

PS: A na spotkanie z Mooji'm z chęcią się wybiorę. :) I fakt - łączą się.

 

Pozdrawiam również. :)

Edited by arkenas

Share this post


Link to post
Share on other sites
Widja
Witam wszystkich :-)

Poruszyłam ten temat, ponieważ przejrzałam forum i nie znalazłam niczego konkretnego, a bardzo chciałabym się dowiedzieć czegoś więcej niż to, co wyszukuje mi Google.

Co myślicie na temat bliźniaczych płomieni (inaczej - bliźniaczych dusz)? Podobno są to 2 połówki tej samej istoty, duszy, rozdzielone "dawno temu". Przybywają w kolejnych inkarnacjach jako 2 odrębne osoby i... No właśnie, i co dalej? Następuje nieuchronne spotkanie i wielka miłość, mają jakąś misję do spełnienia, czy też w ogóle mają problem z odnalezieniem się?

Na tej stronce jest co nieco napisane:

Jeśli ktoś ma jakąś opinię lub konkretne informacje, zapraszam do dyskusji :-)

 

Dla mnie bzdura jeśli chodzi o "2 połówki tej samej istoty, duszy, rozdzielone dawno temu". Dusza jest nierozdzielna, jak sobie wyobrażasz duszę "przerąbaną na pół"? Rozdzielenie, jedyne jakie istniej, to te od Jedności, ale w żadnej tradycji nie ma, że indywidualna już dusza dalej się dzieli, to nie drożdże.

 

PS. coś o tym było na numerologii chyba.

Edited by Widja

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...