Jump to content
MontBlanc

Trudna relacja sąsiedzka - tak się nie da żyć PROSZĘ o pomoc

Recommended Posts

MontBlanc

Długo zastanawiałam się, czy napisać w mojej sprawie, jednak kolejne wydarzenia przechylają szalę, zacznę więc od początku.

W kwietniu 2011 roku wraz z mężem nabyliśmy wymarzone mieszkanie, wprawdzie do kapitalnego remontu, ale za to trzypokojowe a nie dwu - jak wstępnie zakładaliśmy. Dodatkową atrakcją był przynależny do mieszkania ogródek, który, jak się później okazało stał się moim hobby.

Długo remontowaliśmy nasze wspólne gniazdko prawie wszystkie prace wykonując samodzielnie lub z pomocą rodziny, bo fundusze na remont były ograniczone a wymienić trzeba było praktycznie wszystko (mieszkanie znajduje się w kamienicy z 1938 roku).

Efekt naszych działań zadowala nas i jesteśmy z siebie dumni, choć nie wszystko z oczywistych powodów zostało dokończone.

Szczęście nasze nie trwało jednak zbyt długo ...

 

Jak wprowadzaliśmy się w lipcu sąsiad z parteru był w trakcie rozwodu z żoną, która jak twierdził zdradziła go z innym, pokazywał nawet wiadomości wypisywane do niego przez kochanka małżonki - smutne, ale nie wtrącaliśmy się.

Sąsiad i jego jeszcze żona mieli jednak wspólne zobowiązania finansowe których ona nie spłacała, więc on pogrążony w smutku i długach szukał różnych rozwiązań. Nagle okazało się że doszli do jakiegoś porozumienia (z uwagi na dwuletnią wówczas córkę - choć trudno powiedzieć czyje to dziecko, bo on sam przyznał się kiedyś że jest bezpłodny), podpisali rozdzielność majątkową i sąsiad niewierną żonę przygarnął.

Od tego czasu zaczęły się pierwsze nasze nieszczęścia.

 

Najpierw przywieźli skądś małego kotka - nie mam nic przeciwko bo sama mam 2 kociaki - ale oni trzymali tego malucha w starej szopie w brudnym kartonie, do jedzenia dawali mu zupę lub inne dziwactwa nie bardzo jadalne przez koty, stworzonko było wychudzone, brudne, głodne i miało chore uszka.

Dodatkowym nieszczęściem zwierzaczka była córka sąsiadów która robiła z kotem co chciała, ciągnęła go za ogon, za głowę, rzucała stworzonkiem jak broniąc się ją podrapał, ogólnie rzecz ujmując nie miało stworzonko łatwego życia.

Wielokrotnie zwracałam im uwagę, co ich dziecko robi z kotem, dokarmiałam go i zanosiłam wodę lub mleczko aby się stworek nie wykończył, ale oni nie zwracali na to uwagi, wręcz z oburzeniem mówili, że to nie moja sprawa i że to ich kot i będą robić co będą chcieli.

Tak nadeszła zima... kot ukrywał się w piwnicy, gdzie sąsiad ma piec, więc było mu nieco cieplej, wielokrotnie jednak spał też na klatce schodowej gdzie załatwiał swoje potrzeby.

Za każdym razem trzeba było zwrócić sąsiadom uwagę, że ich zwierzątko załatwia się w nieodpowiednich miejscach by łaskawie po pupilu posprzątali. Kilka razy jednak wystarczyło, by na dobre pozbyli się kota - podobno wywieźli go na wieś, mam nadzieję, że ma lepiej niż z nimi.

 

Na wiosnę wpadli na kolejny pomysł - przywieźli sobie psa - husky. Stworzenie niezwykle urocze i wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że załatwiało swoje potrzeby na wspólnym podwórku oraz przeskakiwało przez płot i niszczyło moje roślinki. Tu znów spotkaliśmy się z nieprzychylnością sąsiadów zarówno co do zrozumienia, że ich pies nie powinien samowolnie biegać po moich grzadkach ani ich przekopywać, jak i odnośnie sprzątania po czworonogu podwórza. W niedługim czasie pozbyli się także psa.

 

Sąsiad widocznie nudził się okrótnie, bo zaczął wyszukiwać sobie nowych zajęć.

Bez naszej obopólnej zgody (z uwagi na to że działka jest terenem wspólnym) ściął on dwa piękne drzewa - dwie jabłonie, była to końcówka lata drzewa były jeszcze zielone. Na wionsę jabłonki pięknie kwitły, latem na gałęziach siedziały i śpiewały ptaki, jesienią spadały jabłka - fakt, jedna z nich była już starszym drzewem i nie wszystkie owoce były zdrowe, ale wystarczyło odmłodzić ją poprzez przycięcie części gałęzi a nie ścinać od razu drzewa.

Dodam że sąsiad pali w piecu, więc zapewne pasowało mu to aby nieco zaoszczędzić na opale. Mało tego, miał jeszcze pretensje, że nie pomagamy mu w zbieraniu gałęzi, ba, tu już zaczęły się nawet pojawiać obraźliwe słowa pod naszym adresem.

 

Na posesji stał również drewniany garaż, wg poprzedniego właściciela przynależny do naszego mieszkania.

Fakt, że należało go w niedługim czasie rozebrać, jednakże sąsiad nad nami trzymał w nim od lat swoje autko i mnóstwo narzędzi, których nie miałby gdzie schować.

Aby uniknąć konfliktu urzyczyliśmy sąsiadowi z góry jedną piwnicę aby mógł gdzieś schować swoje skarby, nie chcąc nic w zamian.

W piwnicy tej jednak po poprzednich właścicielach zostały stare zaprawy - głównie kompoty.

Nasz nieobliczalny sąsiad z parteru prawie natychmiast wpadł na pomysł, że zrobi z nich wino, zabierając z naszej piwnicy również butlę do tego celu, oczywiście bez naszego pozwolenia.

Prędzej niż później tak oto garaż został rozebrany a znaczna część drewnianych elementów trafiła do szopy sąsiada z dołu co go oczywiście ucieszyło.

 

Któregoś pięknego popołudnia dziecko sąsiadów jak zwykle biegało samopas, bawiło się kamieniami, po czym zaczęło rysować nimi autko sąsiada z góry, które przez wiele lat stało w tym rozebranym wcześniej garażu i wyglądało wręcz idealnie - wyglądało.

Sąsiad z góry, starszy pan zszedł na dół i prawie zawału dostał jak to zobaczył.

Ojciec nieswornego dziecka oczywiście się nie przejął, powiedział, że pisakiem się zamaluje.

 

Kilka dni później po tym zdarzeniu na naszym samochodzie pojawiły się malunki - tym razem długopisem.

Sąsiad z dołu zlekceważył problem, powiedział nam, że mamy mu udowodnić, że to jego dziecko zrobiło.

Leżący nieopodal wkład od długopisu także go nie przekonał.

 

Jakoś z początkiem jesieni sąsiad z dołu zapytał nas czy może zająć sie częścią terenu przed domem, nie mieliśmy nic przeciwko, i to był błąd jak się później okazało.

Późną nocą wkopał tam zapewne porwaną z lasu małą choinkę i kilka innych niedużych krzaczków, na których zimą - tu już bez naszej zgody i wiedzy zawisły lampki. Oczywiście prąd ciągnął ze wspólnego licznika a walka o wyłączenie lampek przypominała walkę z wiatrakami.

Później zaczęły się problemy z odśnieżaniem, istny horror.

Poprosiłam któregoś dnia myjąc schody na klatce schodowej aby jak nie ma czasu odśnieżyć schodów zewnętrznych na których już pojawił się lód posypał je solą. W odpowiedzi usłyszałam, że sama mam je sobie odśnieżyć lub solą posypać...

 

W tym roku zaczęło się też nieprzyjemnie.

Najpierw sąsiad przyszedł z pytaniem czy zgadzamy się na remont piwnicy - fakt nie wyglądała dobrze, więc się zgodziliśmy - jak się ociepli to zrobimy remont.

Ten nie zwracając uwagi na drugą część naszego zdania zlecił jakiemuś swojemu majstrowi remont piwnicy - a był to początek lutego. Skończyło się tym, że piwnica schła, schła i schła ... i do dziś są widoczne po tym plamy.

 

Na wiosnę sąsiad przywiózł kolejnego psa, tym razem mniejszego niż poprzedni. Zwierzakiem tym bawić się miała jego córka, i bawiła się, choć to zapewne nieodpowiednie słowo.

Kopała psiaka, biła, szarpała, ciągnęła za co tylko się dało, gdy ten zaczął ją gryźć w swojej obronie, robiła mu jeszcze większą krzywdę, nabijając go m.in. na widełki od grilla.

Zwracałam uwagę sąsiadom, ale oni oczywiście lekceważyli problem, mówiąc że to ich pies i ich dziecko i nie mam się wtrącać.

Nie mogłam pogodzić się z krzywdą niewinnego zwierzaczka więc zadzwoniłam do odpowiednich służb, które mogły zainterweniować w tej sprawie.

Po wizycie Pana z Animals zaczął się prawdziwy koszmar.

 

Sąsiedzi z dołu zaczęli mnie wyzywać nie szczędząc w wulgaryzmach, on nawet próbował na mnie rękę podnieść, ale mój mąż mnie zasłonił, ona natomiast się na mnie z łapami rzuciła.

Miałam spręcony palec, który na drugi dzień był cały fioletowy. Chciałam zgłosić sprawę na policję, ale mąż odradził mi, mówiąc, że niewiele to zmieni a może tylko sytuację zaognić. Uwierzyłam mu i posłuchałam.

 

Na początku lata mieliśmy zrobić remont dachu, który w sumie miał zostać zrobiony rok wcześniej, jednak sąsiad z dołu nie był przygotowany finansowo, więc remont został odłożony na ten rok.

Oczywiście jak poruszyliśmy temat znów sąsiad z dołu miał problem, żeby remont dachu w swojej części sfinansować i przełożył go do połowy sierpnia.

Na szczęście jednak sąsiad z góry, wiedząc jaki jest stan dachu interweniował i szczęśliwie doszło do realizaji inwestycji. Problem zaczął się jednak gdy przyszło do płatności za usługę.

Sąsiad z dołu zaczął wyszukiwac najprzeróżniejszych powodów by za remont nie zapłacić.

Na nasze szczęście rozliczamy się z nim za wodę ponieważ mamy wspólny licznik i podliczniki w mieszkaniach, więc zagroziliśmy, że jak on nie ureguluje swojej części należności za dach to my mu będziemy to odciągać od wody, więc zapłacił.

Chodził jednak i szukał dziury w całym, wymyślił, że poda wykonawcę do sądu w sumie nie wiadomo za co, ogólnie rzecz ujmując za to że nie podoba mu się wykonanie dachu, choć ani my ani starszy pan z góry (jako w sumie najbardziej zainteresowany) problemu nie widzimy.

Póki co nic w tej sprawie dalej się nie działo.

 

Minęło kilka tygodni i sąsiad z dołu przyszedł do nas z pytaniem czy w może w dawnych wychodkach zrobić sobie schowek. Mąż w dobrej wierze zgodził się, poprosił jednak, by nie naruszył on konstrukcji budynku.

Ten oczywiście nie posłuchał i rozwalił główny filar twierdząc przy tym że "samo się" rozwaliło.

Następnie bez naszej zgody do byłego wychodka dostawił sobie wiatę twierdząc że to jego altana - osobiście brak mi słów. Wspomnę jedynie, że jest to samowola, ale sąsiad z dołu i tak nic sobie z tego nie robi.

 

Końcówka lata także obfitowała w przygody.

Pewnego dnia zwróciłam uwagę sąsiadowi z dołu aby sprzątał po swoim psie bo nie można spokojnie przejść podwórkiem, on na to, że "nie będę mu mówiła co ma robić" a później, że mam mu pokazać gdzie są odchody jego psa.

Zareagowałam nieco ostrzej, na co on wyskoczył na mnie z wiązanką wulgaryzmów i zaczął grozić, że mnie uderzy - co słyszał nawet siedzący akurat na ogrodzie sąsiad z góry.

 

Wtedy postanowiłam, że tak dalej być nie może, że muszę szukać innego sposobu na tego człowieka, bo normalnym ludzkim podejściem się nie da.

Zaczęłam myśleć o klątwach, aby mu dopiec, zaszkodzić, aby po prostu przestał się panoszyć.

Poszłam do zaprzyjaźnionego Pana u którego czasami nabywam różne kamienie półszlachetne, jednakże ten zaproponował mi położyć lustro lub folię aluminiową na podłogę aby odbijać złe moce, dał mi też białą szałwię bym okadziła całe mieszkanko, dodatkowo namalowałam runę na odpędzenie klątw i uroków na drzwiach wejściowych i posypałam sól pod drzwi. To mnie nawet trochę uspokoiło, czułam się po prostu bezpieczniej.

Jednak w dalszym ciągu nie mogłam pogodzić się z tym, że sąsiedzi nam po prostu dokuczają i przeszukiwałam internet w poszukiwaniu magicznego rozwiązania.

 

Szukałam więc dalej, znalazłam coś co nazwane było jako "3 klęski 100 nieszczęść", gdzie trzeba było zrobić zdjęcie osobie na którą klątwa ma być rzucona, oraz jakąś z zawiązywaniem 3 supełków na sznurku.

Zanim jednak zdecydowałam się na kolejny krok sprawdziłam czy i co mi grozi za zabawę magią, wyczytałam jednak, że jeżeli mam pewność że osoba na którą rzucona ma być klątwa źle mi życzy (a tu mam duuuużą pewność) to klątwa nie wróci.

Tak więc w pełnię księżyca odczytałam w ogródku spisaną klątwę z dodatkowym zdaniem, że klątwa nie wróci, bo sąsiedzi mi źle życzą i spaliłam wraz z wydrukowanym wcześniej zdjęcie.

Zawiązałam też supełki na przygotowanym wcześniej sznurku i oplotłam na starym gwoździu.

Ale czy to coś dało - nie wiem ...

Z upływem czasu widzę, że niekoniecznie (bo cóż ze mnie za czarownik), natomiast pogorszyły się jedynie sąsiedzkie stosunki.

 

Dwa lub trzy tygodnie później o 9 rano w niedzielę sąsiad włączył piłę pod naszymi oknami w sypialni i zaczął sobie piłować przytargane nie wiadomo skąd stare drzwi i jakieś gałęzie.

Nie ukrywam, że zdenerwowałam się i po otworzeniu okna nawyzywałam trochę na niego, a jak skończył umyłam sobie parapety wylewając na nie letnią wodę i przecierając szmatką.

To rozjuszyło sąsiada który skwitował to słowami "to nie było mądre, teraz ja mam brudne okna".

Nie wzruszona zamknęłam okno i poszłam zrobić sobie śniadanie.

Jakież było moje zdziwienie gdy po około godzinie do naszych drzwi zastukała policja - sąsiad się poskarżył że go wyzwałam.

No nic, zostałam pouczona i na tym się skończyła niedzielna niezapowiedziana wizyta.

Na szczęście policja pouczyła także sąsiada, że nie wolno mu w niedzielę hałasujących sprzętów używać.

 

Dwa tygodnie po tym zdarzeniu tym razem w sobotni wieczór sąsiad z dołu ponownie pod naszymi oknami zaczął piłować zdobyte drewno. Poczekałam więc aż skończy i umyłam parapety.

Przyleciał do nas na piętro, zaczął walić w drzwi i wygrażał sądem.

 

Innym razem, jak byliśmy w pracy wpadł na mało genialny pomysł, że zetnie rosnące w pobliżu jego okien dwa piękne bzy, bo mu nagle przeszkadzały.

Wygląda to strasznie, przykro patrzeć na pustą ścianę i wystające z ziemi kikuty.

Mąż zwrócił mu uwagę, powiedział też co myśli o jego panoszeniu się po wspólnym podwórku, o tym, że nie wolno mu bez naszej zgody na wspólnym terenie nic wycinać, ten z dołu znów wyskoczył ze straszeniem nas sądem.

Postanowiliśmy więc, że użyjemy tej samej broni i wycieliśmy rośliny rosnące przed domem, skoro pusto jest z tyłu, to z przodu też może być.

 

Sąsiad z dołu jak to zobaczył, zaczął walić nam pięściami w drzwi, jak mąż je otworzył, rzucił sie na niego z łapami, prawie go pobił, zaczął więc mężowi wygrażać że jak go spotka na ulicy to go pobije, jak otworzyłam drzwi i zwróciłam mu uwagę, żeby nie krzyczał i się nie unosił to jego żona zaczęła mnie wyzywać od różnych, ech ... brak słów.

Jako że są to groźby karalne zadzwoniliśmy na policję, poinformowaliśmy o zdarzeniu i pojechaliśmy złożyć zeznania.

 

dodam, że byłam wtedy w ciąży i takie stresujące sytuacje nie były mi potrzebne

 

tej wiosny sąsiad znów uaktywnił swoją pomysłowość

zaczął przed domem robić zasieki - takie pale - by samochody nie mogły wjechać na trawnik (miejski teren)

po zwróceniu mu uwagi oczywiście nie posłuchał, robi co chce i nie zamierza usunąć owych przeszkód.

 

problem ze sprzątaniem po swoim czworonogu trwa już 3 rok

 

wczoraj wysypałam ptakom chleb na dach (część wspólna)

sąsiad wszedł na ten dach, pozamiatał cały chleb, powiedział że jestem złośliwa i inne niemiłe słowa po czym wrzucił mi chleb do ogródka

 

próbowałam w tym czasie zrobić mu zdjęcia ale aparat zrobił mi chochlika i niestety nie są one widoczne :/

 

Proszę o pomoc, ponieważ wydaje mi się, że klątwy tu nic nie pomogą. Jedynym wyjściem, aby można było tu żyć normalnie, szczęśliwie i aby to co jest dookoła, żyło, rosło i piękniało jest wyprowadzenie się stąd rodziny która mieszka pod nami.

Nie mogę patrzeć jak niszczeje budynek - bo sąsiad nie chce nic robić, ani do niczego się dołożyć.

Nie mogę patrzeć jak wycina wszystko, jak niszczy rośliny, drzewa na których chroniły się ptaki.

Za chwilę nie będzie tu nic.

 

Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, nasza pierwsza pociecha ma już prawie rok, chcemy aby maluszek wychowywał się w zdrowym normalnym środowisku, bez wyzwisk, bez zniszczeń, i bez strachu czy może wyjść na dwór, oraz czy nie wejdzie się w psią kupę.

Przyznam szczerze, że ja sama często się boję wyjść nawet na ogródek bo nie wiem, czy będę mogła sobie tam spokojnie wypoczywać, tym bardziej, że kilka takich przypadków było, że zostałam zbluzgana.

Niczego tak nie potrzebuję jak spokoju, by żyć szczęśliwie.

 

Pamiętam, jak się tutaj wprowadzaliśmy, w swojej naiwności myślałam, że będziemy mogli miło spędzać czas, zrobimy piękny wspólny ogródek, będzie miło i przyjemnie, w końcu mieszkają tu trzy rodziny.

 

Jakież było moje zdziwienie jak w momencie gdy chciałam zająć się niezagospodarowanym, zaniedbanym przez lata ogódkiem zazdrośni sąsiedzi postanowili go podzielić na trzy części - trzy zagrody :(

Staram się stworzyć na swojej części azyl spokoju, ale nie zawsze się to udaje.

Nie wiem, czym sobie zasłużyłam na taką lekcję od życia, ale wiem, że niezgoda nie prowadzi do niczego dobrego - przykładów na to jest wiele.

 

Proszę o wybaczenie, że zabieram tyle czasu na przeczytanie tej wiadomości, jednakże naprawdę nie widzę innego rozwiązania.

Bardzo proszę o pomoc - jeśli to tylko możliwe proszę napisać jak sprawić by sąsiedzi opuścili to mieszkanie i by wprowadził się tu ktoś normalny, świadomy i odpowiedzialny.

Może znajdzie się jakiś magiczny sposób, bo dobrowolnie Ci ludzie wiem, że się stąd nie wyprowadzą.

Mam też świadomość, że to sąsiadka z dołu podburza tego człowieka, bo wielokrotnie miałam na to przykłady.

Dowiedziałam się też niedawno, że lokatorzy, którzy mieszkali tu przed nami wyprowadzili się właśnie z ich powodu, zapewne to nie przypadek.

 

Proszę napisać co można w tej sprawie zrobić, jakie kroki podjąć, jak odzyskać spokój i radość z własnego"m".

 

jestem gotowa podjąć wszelkie kroki by normalnie i szczęśliwie żyć :)

 

Jeśli potrzebne są jeszcze jakieś informacje to postaram się je dopisać

Share this post


Link to post

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
×
×
  • Create New...