Jump to content

Wypadek helikoptera i zamieszanie z numerem ratunkowym


karokina
 Share

Recommended Posts

Witajcie!

Już bardzo długo nie prosiłam Was o interpretację snu, ale ostatnio przyśniło mi się coś tak dziwnego i pełnego tak wielu symboli, że po prostu muszę się z Wami skonsultować.

 

Otóż, śniło mi się, że byłam z koleżanką na spacerze. Tzn, wiedziałam, że to jest ta moja konkretna koleżanka, sylwetkę, ubiór i fryzurę miała takie same, jak w rzeczywistości, lecz za każdym razem, gdy patrzyłam na nią - widziałam zupełnie nieznaną mi twarz. Koleżanka ta jadła jakieś jabłko. Przechodziłyśmy obok bardzo dużej kamienicy (właściwie ciągu kilku kamienic), przy której był jakiś wypadek samochodowy, czy coś takiego, jednak nie zajęło nas to bardzo i okrążyłyśmy tę kamienicę. Od strony podwórek była bardzo ładna alejka ze schodkami prowadzącymi w dół i drzewami po obu stronach. Szłyśmy po schodkach od szczytu w dół. Gdy zeszłyśmy na sam dół, w prześwicie między kamienicami zobaczyłam mały niebieski helikopter ze złamanym ogonem, z którego unosił się jasnoszary dym i który wyraźnie próbował wylądować na podwórku. W końcu rozbił się u podstawy schodów. Krzyknęłam do mojej koleżanki, żeby zadzwoniła na pogotowie i podbiegłyśmy do tego helikoptera. Wyszedł z niego mężczyzna (ubrany jak żołnierz), który zaczął coś do nas krzyczeć w dziwnym języku. W końcu "przestawił się" na język angielski i zrozumiałam, że pytał mnie, gdzie jest droga, którą może uciec. Wskazałam mu ją i zaraz tego pożałowałam, bo sobie pomyślałam, że może ściga go policja albo coś takiego. W każdym razie on nie uciekł za daleko, bo miał dość poważną ranę na nodze. Upadł i zawył z bólu. W tym czasie, pies który wyskoczył za nim z helikoptera, próbował uciec wskazaną przeze mnie drogą, jednak nie wiadomo skąd pojawiły się trzy ogromne psy obronne, uwiązane na łańcuchach, wystawiły zęby i zaczęły szczekać na tego biednego kundla. Okrążyły go i nie miał jak uciec, byly jednak uwiązane, więc nie mogły go dosięgnąć. Odwróciłam się do koleżanki z pytaniem, czy już zadzwoniła po pomoc, stała przerażona i tylko pokręciła głową, że nie. Postanowiłam więc sama zadzwonić. Jednak na tym podwórku było strasznie głośno - psy szczekały, kundel ujadał, ten wąsaty żołnierz coś krzyczał, helikopter dymił - weszłam więc po schodkach do takiego ładnego drewnianego domu, w którym była jakaś instytucja. Wykręciłam numer 911 i odezwała się kobieta z biura spisu ludności czy czegoś takiego. Nie mogłam się z nią dogadać. W końcu, po wejściu do pierwszego pokoju (pełnego młodych chłopaków), zaczęłam do niej krzyczeć, żeby mi dała numer do interwencji kryzysowej, to oni mi na pewno pomogą. W tym momencie Ci mężczyźni zaczęli wypinać dumnie pierś i zadzierać głowy, bo właśnie oni pracowali w interwencji kryzysowej. Skończyłam tę jałową dyskusję z kobietą z 911 i zapytałam chłopaków, czy wiedzą, że pod ich oknem rozbił się helikopter. Gdy nie uwierzyli - sama podeszłam do okna i się okazało, że wokół żołnierza zebrał się już całkiem spory tłumek. Mało tego - podjechał autokar z wycieczką, wystawili temu żołnierzowi jakieś skrzynki z owocami, jakieś napoje i zrobili sobie piknik. Wyszłam więc na podwórko, a w drzwiach minęłam się z uzbrojonymi i ubranymi w kamizelki kuloodporne i hełmy ochroniarzami, którzy przynieśli chłopakom jakieś jedzenie (!) Znalazłam moją koleżankę obok jakiegoś chłopca - brudnego i obdrpanego. Okazało się, że jest synem pilota helikoptera. Był zastraszony i niechętnie odpowiadał na pytania. Powiedział, że są z Izraela i musieli uciekać. Miał na imię Jakub, a jego ojciec Aaron. Gdy się o tym dowiedziałam, pomyślałam - zadzwonię jeszcze raz po pogotowie, usłyszą, że Żyd potrzebuje pomocy, szybciej przyjadą. W tym celu poszłam z powrotem do helikoptera, a tam, wokół półleżącego pilota - zabawa trwała w najlepsze, jacyś księża siedzieli wokół niego. Znów dzwoniłam pod numer 911 i znów przeprowadzałam jałową dyskusję z panią od spisu ludności. W jej trakcie weszłam na górę po schodkach, po których szłam na początku snu. Skończyłam rozmowę na szczycie i zaczęłam schodzić z powrotem w dół. Nie odwracając się, czułam, że ktoś mnie goni. Zaczęłam biec i krzyczeć, żeby wyrzucić z siebie silne emocje. I właśnie, jak tak krzyczałam - obudził mnie mój własny jęk. Serce waliło mi, jak młotem i bardzo długo nie mogłam się uspokoić. Pierwszy raz zdarzyła mi się tak silna reakcja fizjologiczna na własny sen. I jestem bardzo ciekawa, w jaki sposób można go interpretować.

 

Aha, akcja snu działa się w mieście, w którym mieszkam, choć nigdy nie spotkałam tu takich schodów i alejki. Dzieje się w chwili obecnej (mam 24 lata i jestem rok po studiach). A z koleżanką, z którą byłam na spacerze, łączą mnie relacje zawodowe i towarzyskie.

 

Z góry dziękuję za wszelkie wyjaśnienia.

karokina

Edited by karokina
Link to comment
Share on other sites

Guest
This topic is now closed to further replies.
 Share

×
×
  • Create New...