Jump to content

duży budynek,ucieczka,cmentarz,synek,jego rozłupana głowa


paulku
 Share

Recommended Posts

zaniepokoiłam się, bo wyczytałam gdzieś, że sny ojca lub matki o synu należy traktować jako odzwierciedlenie rzeczywistości i czytać wprost. sen nie był przyjemny, chociaż też nie przygnębiający. pozostawił po sobie wrażenie, jakby w rezultacie nic poważnego się nie stało i że rokuje dobrze, ale równocześnie wątpliwość, czy nie potraktowałam sprawy zbyt lekko, przechodząc nad nią dość bezstresowo do porządku dziennego.

było tak...

najpierw, nie pamiętam niestety jak, znalazłam się w dużym budynku, bardzo obszernym, rozległym, dużo pomieszczeń, korytarzy, szklanych drzwi, jakby między oddziałami, pawilonami, duże hole... na myśl przyszedł mi szpital, albo dom wczasowy, hotel, w każdym razie jakiś ośrodek. nerwowo przemieszczałam się tymi korytarzami, wpadałam w coraz to inne szklane drzwi, klatki schodowe, przejścia, ewidentnie nie znałam dobrze tego budynku. momentami biegłam, bo cały czas "na ogonie" siedziała mi jakaś kobieta, chcąc mnie dogonić, a ja miałam przeświadczenie, że nie byłoby to miłe spotkanie. była w moim wieku, około 30 lat, nie wiem co ode mnie chciała. przyjęłam, ze względu na charakter budynku, że jest to lekarka, robiłam wszystko, żeby ją zgubić. było w tym coś dziwnie ekscytującego i podniecającego, rodzaj dreszczyku gry komputerowej, albo jakiejś zabawy w chowanego, czy gonitwę. zderzenie uczuć, mieszanka obawy, strachu i rodzaj łechtania, "motyli w brzuchu"... wręcz dzikość jakaś. biegłam, jakbym się chciała od czegoś wyzwolić, zostawić za sobą, tak jakby za progiem, za wyjściem, do którego zmierzałam, czekało coś nowego, co sprawi, że poczuję się wolna. jednocześnie nie bardzo wiedziałam, czy uda mi się do jakiegokolwiek wyjścia dotrzeć, bo gubiłam się w tym budynku, więc dochodziło jeszcze poniekąd wrażenie potrzasku. dopadłam wreszcie szklanych drzwi prowadzących na zewnątrz od tyłu budynku, od strony jakiegoś krytego parkingu... przestała mnie gonić. w drzwiach poczułam przeciąg, powiew świeżego powietrza - wiosenny, dość ciepły, wietrzny dzień, wczesne popołudnie, biegłam chodnikiem jeszcze kawałek, aż dobiegłam do winkla i zza niego wypadłam z cienia budynku prosto w zalany słońcem przedsionek wąwozu, niewielkiego jaru otoczonego skałkami. w tym przedsionku, w tym wejściu do wąwozu znajdował się mały, stary cmentarzyk, jakby zabytkowy na szlaku turystycznym. nie jakiś wojskowy z dużą ilością metalu, tylko taki przyjemny, "przytulny" z drewnianymi krzyżami pod daszkami, niskimi ogrodzonymi nagrobkami, ani zadbany, ani do końca zapuszczony, taki naturalnie komponujący się z krajobrazem. przeszłam przez niego między skałki, a potem nieco film się urywa i jestem już poza wejściem do jaru, na nasłonecznionej płycie skalnej, dokoła już znacznie więcej skał niż zieleni... klęczę tyłem do kierunku, z którego przyszłam, podtrzymuję na rękach głowę mojego dwu i pół letniego syna... pada na niego mój cień, a słońce grzeje mi plecy, choć zanim klęczałam było przede mną... głowa kacperka jest pęknięta, pęknięcie przebiega bardziej bokiem twarzy, nie ma krwi, on żyje, tylko jakby był nieprzytomny. pęknięcie wygląda jak na skale albo naczyniu ceramicznym, wyraźnie było przez kogoś złożone, mimo to jest nieco nierówne, jedna krawędź wystaje troszkę nad drugą. nie ma to nic wspólnego z krwawą raną, jest raczej jak pęknięty wazon, ale kacper jest żywy, miękki w dotyku, blady. jego stan martwi mnie tylko trochę, mam w sobie duży spokój i optymizm, jakby pewność, że wszystko jest w porządku, jednocześnie zarzucam sobie zbytnią beztroskę, którą jednak skutecznie od siebie odpędzam. ktoś nadchodzi z tyłu mówiąc, że jest dobrze, bo zanim go "poskładali" musieli mu założyć twarz na swoje miejsce, w sensie, że taką miał rozpłataną głowę. trochę razi mnie to, że krawędzie "rany" tak się mijają, ale w sumie jestem wdzięczna temu brodatemu mężczyźnie, że zrobił co w jego/w ich mocy. wnioskuję, że musi to być jakiś ratownik/lekarz. właściwie tu sen się kończy, ale pamiętam ten upór z jakim wpatruję się w to pęknięcie na głowie mojego dziecka i tą mieszaninę własnych uczuć, że jest ok, ale... ale właśnie, gdzieś zawaliłam, czegoś nie dopatrzyłam... i niby wolność, ale coś przytłacza, niewoli...

w realu jest tak, że samotnie wychowuję kacperka i jego starszą siostrzyczkę, maluchy ojca nie znają... pewnie ta sytuacja nie pozostaje bez echa w ich i mojej podświadomości/świadomości, ale głównie chodzi mi o to czy mojemu synowi może coś grozić, czy jest to sen przepowiadający?

ot i tyle! teraz niech czyta, kto ma cierpliwość (rita?) :wink: będę wdzięczna za słowo wyjaśnienia :idea:

pozdrawiam

paulku

Link to comment
Share on other sites

bardzo czekałam na tą odpowiedź, a jak na złość cały dzień siedział u mnie internet, ale wreszcie się doczekałam!

moja interpretacja szła w zupełnie innym kierunku, zaczęłam bać się o synka, dopatrywać bezpośredniego zagrożenia dla niego. twoja interpretacja bardzo trafnie określa moją obecną sytuację, faktycznie potrzebuję niezależności, zwłaszcza finansowej, bo ileż można siedzieć na głowie mamie i to z dwójką dzieci?! z sobą samą chyba nigdy nie byłam w zgodzie i stale przede mną uciekam :lol: toteż całkiem możliwe, że we śnie ścigająca i uciekająca, to ta sama ja.

skoro o kacperoskiego nie muszę się bać bardziej niż zwykle, to jestem cała szczęśliwa :mrgreen:

jestem ci bardzo wdzięczna za twoje, z zupełnie innej strony, spojrzenie na ten sen. jeszcze raz dzięki i gorąco pozdrawiam :n2

Link to comment
Share on other sites

Guest
This topic is now closed to further replies.
 Share

×
×
  • Create New...