Jump to content
Guest Vayen

Przypadki nawiedzeń

Recommended Posts

Guest Vayen

,,Zamarznę na śmierć! - pomyślałem, szczękając zębami. Ręce i nogi zdrętwiały mi już z zimna. Nie pomogło już nawet pocieranie rąk. Byłem na siebie zły: James dlaczego nie wpadłeś na to, żeby przed wyjściem z domu założyć płaszcz? Po co w ogóle przyszedłeś do tego przeklętego schowka? Dlaczego musisz być taki ciekawski? Ciekawe czy ktokolwiek inny je widzi? Czego one chcą? Dlaczego nie dadzą mi spokoju?

Zacząłem się trząść już nie z zimna, ale ze strachu. Bałem się, bardzo się bałem.

Tamtej zimnej, listopadowej nocy nie po raz pierwszy ukryłem się w owym schowku na przybory do sprzątania. Chciałem o tym powiedzieć o tym, co widziałem. Nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłem, ale w pewnym sensie była to ,,nasza'' tajemnica i czułem, że jeżeli wyjawiłbym to co widziałem, w jakiś sposób mógłbym zostać skrzywdzony. Nikt poza mną nie widział tego co ja i podejrzewam, że dzieciaki już uważały mnie za kompletnego wariata. Ukrywanie się było moją jedyną ucieczką.

Nagle drzwi do schowka uchyliły się. ,,Co ty tu do cholery robisz? Mogłeś zamarznąć na śmierć.'' - krzyknął brat Martin. ,,Wracaj do internatu i pościel łóżko. Ale szybko!''

Była siódma rano. Musiałem zasnąć pośród mioteł i grabi. Miałem 14 lat i byłem uczniem niższego seminarium duchowego Eymard Catholic Preparatory School. Zamiast pójść do liceum, postanowiłem zostać księdzem.(...) Już w momencie kiedy rodzice przywieźli mnie do Eymard, a była to pierwsza niedziela września 1972 roku, wiedziałem, że coś tam jest nie tak. Kiedy tylko mój wzrok utkwił w fasadzie wykonanej z olbrzymich kamieni, miałem odczucie dławienia się. Nagle usłyszałem przeszywający krzyk jakiejś kobiety. Wtedy zacząłem błagać rodziców:

- Zmieniłem zdanie. Nie chcę tu zostać.

- Zdajesz sobie sprawę, ile poświęciliśmy, żebyś mógł chodzić do tej szkoły? - powiedział mój ojciec. Mama starała się ze wszystkich sił jakoś mnie uspokoić.

- To normalne, że boisz się, kiedy po raz pierwszy opuszczasz dom.

- No dobrze - powiedziałem pełen wątpliwości.

Musiałem jakoś przez to przejść. Wnętrze dworu było nie mniej groźne niż jego wygląd zewnętrzny. Wydawało się, że wyjęto je wprost z horroru Vincenta Price'a, z tą różnicą, że nie był to plan filmowy, tylko miejsce mojego przyszłego zamieszkania. Kiedy przechodziłem przez główne foyer, spostrzegłem witraże rozpięte pomiędzy sufitem, a podłogą, które rzucały kolorowe cienie na intensywnie mahoniową, czarną podłogę. Ściany były obłożone ciemnym drewnem. Ze środka foyer wyłaniały się szerokie , drewniane schody.(...) Bracia wyszli, aby powitać grupę pierwszoroczniaków i zaprowadzić nas do internatu znajdującego się na trzecim piętrze. Kiedy wchodziliśmy po tych potężnych schodach, mogłem obejrzeć sobie ściany, które ozdobiono rzeźbami myśliwych rozcinających skóry swoich świeżo upolowanych zdobyczy. Świetny pomysł. Na pierwszym piętrze umieszczono za to figurkę Najświętszej Maryji Panny. Sprawiała ona wrażenie kompletnie niepasującej do tego koszmarnego domu. Spojrzałem ze schodów na salon poniżej i zobaczyłem trzy cieniste postacie wślizgujące się do sąsiedniego pokoju. Zatrzymałem się na stopniach i nie mogłem oderwać oczu do tamtego widoku.

- Idziemy, James - powiedział brat Joe. Chwycił mnie za rękę i wciągnął po schodach.

- Kim są tamci ludzie? - zapytałem.

- Jacy ludzie?

- Ta pani w szarej sukni i ten chłopiec. Spacerowali w tylnej części salonu.

Brat Joe zaprowadził pozostałych chłopców do części mieszkalnej. Wtedy pochylił się nade mną i powiedział przyciszonym, ale stanowczym głosem:

- To miejsce Boga. Nie pozwalamy tu na żadne głupoty. Dbaj o świętość myśli. A teraz do swojego pokoju.

Wszedłem na piętro, gdzie znajdował się internat. Był tam po prostu korytarz ciągnący się przez całą długość domu, z odchodzącymi od niego kilkoma pokojami i łazienkami. Wyglądało to jak zaadaptowany strych.

- Cześć, jestem James. - przywitałem się z innymi chłopakami. Kiwnęli głowami i odburknęli: - Cześć.

Zauważyłem, że byłem tam najmniejszy. Byłem nieco zażenowany i onieśmielony.(...)

Rozpakowałem się i w niezbyt dobrym humorze usiadłem na łóżku. Ni stąd, ni zowąd poczułem silną potrzebę pójścia na drugi koniec korytarza. W połowie drogi, mijając jeden z pokoi, poczułem się jakoś dziwnie. Zajrzałem tam do środka. W pewnym sensie usłyszałem ten sam przeszywający krzyk, który usłyszałem zaraz po przyjeździe. Tym razem można było rozróżnić poszczególne słowa: Proszę... Pomóż mu... Zabijasz go...

Przestań! Krzyki były tak głośne, że musiałem skulić się i zakryć uszy.

To nie był udany początek szkoły. Przez cały mój pobyt w seminarium byłem bardzo podatny na wpływy innych. Sala mieściła pięć łóżek. Był tam również balkon, z którego wychodziła drabinka pożarowa. Na balkonie umieszczono napis: ,,Nie otwierać pod żadnym pozorem''. Zastanawiałem się, czy zakaz obowiązywał też w czasie pożaru.

Wróciłem na swoje miejsce, aby rozpakować resztę rzeczy. Widziałem, że jestem w dziwnym i niepokojącym miejscu i w głębi duszy wiedziałem też, że to miejsce jest nawiedzone. Jakby tego było mało, miałem jeszcze przeczucie, że ktoś mnie obserwuje, ponieważ ten ktoś wie, że ja go widzę.

Następnego ranka obudziłem się i poczułem jak coś dotyka mojej szyi. ,,Aaaaaaaaa!'' - krzyknąłem. Sięgnąłem do tego czegoś ręką i poczułem coś jakby kosmyki włosów. Nagle cała sala ryknęła śmiechem. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że obok mnie leży włochaty mop. Byłem ofiarą niewybrednego żartu. Ci, którzy mieli zostać kiedyś księżmi zachowywali się jak wychowankowie domu poprawczego. Wtedy mnie oświeciło. To nie byli święci. To byli chłopcy, którzy sprawiali rodzicom problemy wychowawcze, więc ci oddali ich na wychowanie braciom, aby zrobili z nich dobrych katolików.(...)

Kilka tygodni później rozeszła się plotka, że ktoś włamał się do piwnicy z winami i zniszczył butelki z winem. Pewnego dnia podczas porannej mszy, wszyscy słyszeliśmy dźwięk tłuczonego szkła. Kilka księży zerwało się na równe nogi i pobiegło za ołtarz. Msza zakończyła się około pół godziny później i kiedy schodziliśmy do jadalni, usłyszeliśmy dźwięk syreny. Podczas śniadania brat Robert przyszedł powiedzieć nam, że ojciec John, jeden z księży, którzy pobiegli sprawdzić, co to były za hałasy poczuł ból w klatce piersiowej i zabrano go do szpitala. Kiedy zapytaliśmy się co spowodowało ten brzęk, powiedział: ,,Myszy dostały się do wina''. Pomyślałem sobie: ,,To musiały być wyjątkowo silne myszy''. Kiedy ojciec John wrócił ze szpitala, nigdy nie wspominał tego wydarzenia. Patrząc na to z perspektywy czasu i dodać do tego wszystkie dziwne rzeczy, które się tam wówczas działy, dochodzę do wniosku, że ojcowie i bracia wiedzieli, że to miejsce było nawiedzone. Pewnego wieczoru, przechodząc obok jadalni księży, usłyszałem nawet ich sprzeczkę, podczas której jeden ze starszych księży mówił: ,,Mogłyby się już stąd wynieść. To już nie jest ich dom!'' Oczywiście nikt nie mówił o duchach. Dla katolików wierzyć w takie rzeczy to grzech.(...)

W miarę jak miały miejsce kolejne wydarzenia, moje sny stały się bardziej sugestywne. W jednym z takich snów dobiegły mnie odgłosy pojękiwania i kaszlu, wydobywające się z bardziej odległej sypialni. Wszedłem do tej sali i zobaczyłem mężczyznę ubranego w znoszone ogrodniczki i brudną, białą koszulę. Na podłodze leżał chłopiec w wieku około siedmiu lat. Kaszlał i był bardzo blady. Zauważyłem, że mężczyzna trzyma coś w dłoniach. Kiedy na mnie spojrzał zobaczyłem, że trzyma nóż i linę. Zorientowałem się, że przygotowywał stryczek dla chłopca. Kiedy na niego popatrzyłem powiedział do mnie: ,,Wynoś się stąd, to nie twój interes!'' Okno, obok którego stał otworzyło się, a ja obudziłem się zlany potem. Sen był tak realistyczny, że pobiegłem do brata Roberta, aby mu wszystko opowiedzieć. Pogłaskał mnie po głowie i powiedział: ,,To tylko koszmarny sen. Innym chłopcom też śnią się różne koszmary. Jesteś daleko od domu. Wracaj do łóżka. Wszystko jest w porządku. Niestety koszmary nie ustawały i mimo iż były różne,zawsze dotyczyły mężczyzny, chłopca i kobiety. Chłopiec i kobieta zawsze zbiegali po schodach na dół, krzycząc. Większość moich wizji pojawiała się wieczorem, podczas mszy lub przed położeniem spać. Podczas mszy obok księdza, często widziałem ducha innego księdza także odprawiającego mszę. Ów duch ubrany był w szaty liturgiczne z dawnych czasów.(...)

Jeden z takich wieczorów zapadł mi głęboko w pamięć. Była ósma piętnaście. Byłem wtedy na przerwie. Szedłem z sali do nauki własnej, która znajdowała się pod kościołem na piętro powyżej. Za drzwiami wejściowymi kościoła wykonanymi z ciemnego szkła zobaczyłem złoty blask. Otworzyłem drzwi. Moim oczom ukazała się kobieta ubrana w szarą suknię i chłopiec stawiający świecę przed figurką Najświętszej Maryji Panny. Duch kobiety spojrzał na mnie i zaczął krzyczeć: ,,Dorwę cię!''. Wpadłem w panikę i pobiegłem do sali do nauki własnej i opowiedziałem wszystko przebywającemu tam bratu. Pobiegł na górę i chwycił gaśnicę. Myślał, że mówiłem o pożarze kościoła.

Wkrótce inni chłopcy mieli podobne sny jak ja. Pojawiała się w nich krzycząca kobieta, ksiądz, mężczyzna, stryczek i małe dziecko. Pewnego wieczoru, kiedy wracaliśmy do internatu zobaczyliśmy, że Tom z naszej klasy, klęczał w kącie i wołał z płaczem: ,,Nie zabijaj go''. Powiedział, że ,,Tam jest mężczyzna, który próbuje założyć pętlę na szyję małego chłopca. On chce go powiesić. Musimy go zatrzymać.''

To już mi wystarczyło. Tom potwierdził moje podejrzenia, że to miejsce było nawiedzone.

Pewnego popołudnia bracia zaprosili lokalnego historyka, aby przemówił na apelu szkolnym. ,,Na początku XIX wieku, przed pojawieniem się Vanderbiltów, mieszkała tu rodzina Smitherów. Jonathan i Bessie mieli syna Julesa, który chorował na gruźlicę. Prawdopodobnie byli bardzo religijnymi i zabobonnymi ludźmi. Bessie wezwała księdza i powiedziała mu, że jej syn jest opętany. Poprosiła, aby ksiądz dokonał egzorcyzmów nad jej chorym synkiem. Ksiądz robił co mógł modląc się za niego. Jonathan z kolei nie lubił księdza i uważał, że tylko pogorszy sprawę. Kiedy stan dziecka uległ pogorszeniu, jego rodzice załamali się. Bessie przeklinała Boga za to, że dopuścił do choroby jej synka. Natomiast z dnia na dzień ojciec dziecka zachowywał się coraz dziwniej. Przestał wykonywać swoje obowiązki i zaniedbał farmę. Bessie zaczęła podejrzewać, że ksiądz wypędził demona z jej dziecka, ale sprawił, że wstąpił w jej męża. Bliski obłędu Jonathan wymyślił, że pozbędzie się diabła, zabijając synka, a tym samym skracając jego cierpienie. Pewnego dnia przygotował stryczek, założył go na szyję chłopca i powiesił go za oknem. Bessie weszła do pokoju krzycząc: ,,Przestań!''. Błagając, chwyciła za linę. Lina przerwała się, a jej synek zginął powieszony na jej oczach. Jonathan był w tak dużym szoku, że wyskoczył przez okno i również zginął.''

Teraz domyślam się, że Bessie nawiedzała ten dom, ponieważ chciała, aby ojcowie i bracia go opuścili. Obwiniała tamtego księdza i kościół o spowodowanie śmierci jej męża i syna. Po pierwszym roku opuściłem seminarium i z radością wróciłem do publicznej szkoły. Liczba uczniów seminarium spadła z czterdziestu do dziesięciu. Po kilku latach seminarium zamknięto.(...)''

 

 

Źródło: Jan Van Praagh ,,Duchy pośród nas''

Edited by Vayen

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest Vayen

,,Przypadek z seminarium jest doskonałym przykładem nawiedzania przez duchy miejsc, które znają. Możemy nie być świadomi różnych istot wokół nas, ale duchy mogą wędrować wszędzie, gdzie zechcą i nie są ograniczone wymiarem fizycznym. Do przemieszczania się nie potrzebują żadnego środka transportu, ponieważ podróżują w myślach. W rzeczywistości astralnej wszystko nabiera większej ostrości i staje się wyraźniejsze, a wspomnienia duchów ożywają.

Miejsca nawiedzone to miejsca o dużym natężeniu aktywności duchów, utrzymującej się przez dłuższy czas. Tak jak w przypadku seminarium, które było nawiedzane przez byłych mieszkańców, z takim miejscem wiąże się wiele emocji i uczuć, a nawiedzający je duch chce w jakiś sposób ożywić swoje wspomnienia lub też nie może się od nich uwolnić. To wtedy duchy zakłócają energię. Z drugiej strony duchy mogą po prostu chcieć zobaczyć miejsce, w którym egzystowały jako osoby żyjące lub też upewnić się, że nowi mieszkańcy ich domów szanują te miejsca i dbają o nie.''

 

 

Źródło: Jan Van Praagh ,,Duchy pośród nas''

Edited by Vayen

Share this post


Link to post
Share on other sites
siloam
Dla katolików wierzyć w takie rzeczy to grzech.

Ciekawe, kto takie brednie rozpuszcza. Może warto sprawdzić rzetelność źródła.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Szizi
Ciekawe, kto takie brednie rozpuszcza. Może warto sprawdzić rzetelność źródła.

 

I z tego wszystkiego co Ona wpisała tutaj tylko to wyniosłeś? przykre

 

Vayen jak juz wspomnialas, duchy nie są ograniczone, to ważne ;)

bo często my ograniczamy inny wymiar swoim umyslem :)

Share this post


Link to post
Share on other sites
siloam
I z tego wszystkiego co Ona wpisała tutaj tylko to wyniosłeś?

Nie co napisała, a co skopiowała bez podania źródła.

Tak - to wszystko co z tego wyniosłem, bo ktoś kto uczy się w seminarium raczej zna doktrynę katolicką i nie głosi tego typu kłamstw.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Szizi

Dlatego napisałam, że Ona to "wpisała" tak jak "wkleiła"

Fakt, nie podała źródła. Zwróciłam już jej uwagę. Ale jak widzisz temat był inny i ciekawszy ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...