Jump to content

Miłość, miłość, MiŁoŚć???


Buddha
 Share

Recommended Posts

ja czytając niektóre posty (np w temacie: reiki drugi stopień - oddanie się demonowi) czuję się zmuszony uznać że mam niedostatki w jakiejś tajemniczej, mistycznej.... miłości - oh - przepraszam - Miłości

i tak się zastanawiam czy wciąż mówimy o emocji?? czy jakiejś "boskiej" energii? Jakimś mistycznym przeżyciu a la satori? samadhi?

bo normalnie miłość którą mamy do kogoś - nieważne czy do przyjaciela, dziewczyny, rodziny czy guru - to tylko wypadkowa różnych emocji, pragnień i popędów a także hormonów, być może również jakiejś duchowej/energetycznej zgodności... przecież nie ma czystych emocji?

Natomiast Wy mówicie tu zupełnie o czymś innym? o kochaniu wszystkich.. jak to w ogóle możliwe? nie da się kochać kogoś kogo się nie zna, z kim nie ma się relacji...

 

tylko Miłość… jest tą siłą sprawczą dającą człowiekowi wzrost duchowy

a mnie się zawsze, że gdzieś tam jest potrzeba "czegoś więcej", potrzeba religijności, sensu życia i magiczności życia (no nie liczą presji foru... społecznej żeby się duchowo rozwijać :P)

 

a moze dla Was "Miłość" = Bóg odczuwany w nas??? jakaś jedność z Bogiem? (tak wiem - Bóg jest Miłością... blahblah zabawne że bóg ma się wyrażać emocją) czyli tak naprawdę - Nieświadomość, Wyższe Ja, Tajemnica?

I to pewnie nie z Bogiem jako bogiem chrześcijańskim, Allahem, Odynem itd... zdarzało mi się czuć obecność Boga - i to bardziej spokój, ekscytacja względnie błogość niż miłość

więc albo nazwa jest myląca, albo macie nie po kolei w głowach albo ja mam :P

 

zresztą czy miłość to takie wspaniałe uczucie? samo w sobie? tak jest przyjemne... czy uważacie że sama ta emocja wystarczy do rozwoju, do funkcjonowania społeczeństwa...

 

Zróbcie proszę jakiś słowniczek z definicjami dla ludzi jak ja, plizzzz :P

 

P.S. Czy wasze czakry serca nie są odrobinę rozchwiane? czy nie są też odrobinę niedorozwinięte? czy "pełny człowiek" nie powinien nie tylko znać ale być otwarty na wszelkie emocje?

Czy koncentrując na miłości nie spychamy w nieświadomość gniewu, zazdrości, pożądania itd.? Czy to zdrowe? czy jesteśmy w ten sposób uświadomić sobie swój "cień", swoją "ciemną" stronę? Przecież to że zaczniemy wyrażać i nawet "czuć" miłość do wszystkich nie sprawi, że przestaniemy "gdzieś tam" wkurzać się na głośnych sąsiadów, pożądać itd. Powstanie przecież taki mechanizm - coś się dzieje - powstaje w nas określona "nie-miłość" np. gniew - zauważamy ją i "poprawiamy się" okazując miłość - no a gniew ląduje w podświadomości... aż którego pięknego dnia... no własnie?

 

P.P.S. Czy ludzie nie zabijają czasem z miłości? nie krzywdzą innych? czy nie o miłości powiedziano że szybko wiedzie do nienawiści? czy nieodwzajemniona miłość nie prowadzi do cierpienia?

tak wiem że rozmawiamy o idealnej miłości... ale co to jest? jak to się je?

Link to comment
Share on other sites

może powinniśmy zacząć od tego, że w języku polskim jest tylko jedno słowo MIŁOŚĆ, które obejmuje te wszystkie "komplikacje uczuć".

Prawidłowo są trzy formy miłości: Eros, Filos, Agape. I tak jest to duże uogólnienie :)

Link to comment
Share on other sites

jeśli mówisz o słowach w grace koine tłumaczonych jako "miłość" - to są agape, philia, eros, storge...

i dużym uproszczeniem byłoby wskazywać na agape - jako na "prawdziwą miłość" skoro agape to również miłość do przywódcy, do członków tej samej organizacji, a nawet żołnierze takim słowem opisywali swoje "uczucie" do tarczy która ratowała im życie...

 

Siloami -pozwolisz że pominę kwestie co chrześcijaństwo/ Biblia/ kościół mówi o Miłości... chcę żeby parę osób tutaj odpowiedziało na moje pytania od siebie a nie cytując Biblię czy zbiorki aforyzmów

pytam o słowo miłość nagminnie używane przez wszelkiej maści ezoteryków, magów i innych "nawiedzonych" :P

Link to comment
Share on other sites

Natomiast Wy mówicie tu zupełnie o czymś innym? o kochaniu wszystkich.. jak to w ogóle możliwe? nie da się kochać kogoś kogo się nie zna, z kim nie ma się relacji...

Wg mnie chodzi o miłość do całego świata, taką która wręcz niszczy Cię, ale przez to stajesz się silniejszy. Myślę że nie chodzi tylko o miłość do wszystkich ludzi, ale do każdego najmniejszego atomu na całym świecie. Wg mnie ściśle wiąże się to też z "sensem życia". Ale to tylko moje skromne zdanie xD czekam na wypowiedzi innych :)

Link to comment
Share on other sites

Guest Mafciek

Według mnie miłość to swego rodzaju stan, w którym wszystko wydaje się nam piękniejsze, świat bardziej kolorowy a ludzie lepsi niż są w rzeczywistości. Miłość uważana jest za tak ważną gdyż buduje, pomaga nam przetrwać trudne chwile, poprawia humor.

Przypadki gdzie miłość jest powodem destrukcji nazwałbym chorą miłością - we wszystkim trzeba zachować umiar.

Link to comment
Share on other sites

"Miłość, miłość, MiŁoŚć" - dobre i pod kazdym tym slowem kryje sie cos innego.

Wszyscy jestesmy rozni, dlatego tez te slowa beda posiadaly inne znaczenia dla ludzii.

Mowiac 'Ona Ma Pieniadze' jeden moze pomyslec ze ktos dostal dzisiaj wyplate, a drugi pomysli ze ktos jest milionerem..

Takze slowa same w sobie maja rozna wartosc dla Nas, jako ze nie jestesmy dokladnie tacy sami. (Choc kazdy dostaje po tyle samo :usmiech_na: )

Milosc - uczucie, Zakochanie - czyli emocja, ktora moze byc wieksza lub mniejsza tak jak gniew, zreszta ktory moze sie w sekunde przemienic z 'milosci' blednie uwazanej za uczucie, moze stad powiedzonko "milosc jest slepa", ale jak cos prawdzwiego moze byc slepe? uczucie jest prawdziwe, to emocje sa slepe, a to dlatego ze, Milosc jest uczuciem, czyms co jest albo nie ma, tak jak z zaufaniem, albo jest albo go nie ma.

Gdy komus dajemy na przechowanie jakas cenna rzecz, zalozmy ze mamy do wyboru 2 osoby, jedna zaufana a druga bardziej zaufana, a wiec komu ja damy? Pewnie powierzymy ta rzecz osobie bardziej zaufanej...

Czyli tak naprawde osoba pierwsza nie byla zaufana, choc tak ja nazywalismy.

Zaufanie, Prawda czy Milosc jest to cos w 100%, pewna calosc, niepodzielna, cos czego sie nie nabywa ani nie dostaje np. wtedy gdy spelnimy czyjes oczekiwania, poprostu mozemy to miec jedynie jak sie ja dostrzeze lub innym slowem odkryjemy.

Edited by stm
Link to comment
Share on other sites

Buddha, ja się może tylko powiem, jak ja widzę parę drobnych kwestii, które poruszyłeś.

 

czy "pełny człowiek" nie powinien nie tylko znać ale być otwarty na wszelkie emocje?

Czy koncentrując na miłości nie spychamy w nieświadomość gniewu, zazdrości, pożądania itd.?

Czy gniew, zazdrość i pożądanie sprawiają, że czujesz się szczęśliwy? Czy kiedy gniewasz się, czujesz, że jesteś pełen szczęścia? Czy zazdrość to sprawia? A czy pożądanie czegoś, czego nie możesz mieć, albo musisz na to czekać sprawia, że czujesz się lepiej?

Odpowiedzenie sobie na te pytania przesądza sprawę o wartości tych uczuć i tego, czy warto je mieć - albo inaczej, bo one zawsze się pojawiają, czy warto na nie zwracać uwagę?. Robią z mózgu toksyczny śmietnik, przez który nie można racjonalnie myśleć (kto myśli logicznie podczas napadu wściekłości?). Na dodatek robią się od nich zmarszczki - nawet ciało ich nie lubi.

 

Po za tym ja myślę, że miłości (jako emocji) nie można mylić z przyzwalaniem na wszystko. Przecież można kochać wszystkich, ale nie musimy tolerować każdego głupiego zachowania. To jak z naszymi rodzicami - kochają nas, ale potrafią też wymagać i karać w ramach potrzeby. I co? I mimo to ich wielka, bezgraniczna miłość nie gaśnie. Więc jak sąsiad jest głośny, to po prostu wystarczy go poprosić, żeby był ciszej.

Po za tym, lubię tę myśl (wyczytana w jakiejś buddyjskiej książce): powinniśmy kochać wszystkich, ale na szczęście nie ze wszystkimi musimy spędzać czas.

 

Generalnie, jeśli mamy się tylko na kogoś wściekać, to w zasadzie nic się nie zmienia, po za tym, że my się wściekamy. Lepiej chyba zrobić coś, żeby zmienić sytuację (czyli opcja racjonalna), albo zignorować (wtedy przynajmniej nie ponoszą nas nerwy) albo iść sobie. Ludzie często zapominają (no, ja też) zapytać się samych siebie czy czyjeś zachowanie rzeczywiście im tak bardzo przeszkadza? Można sobie nie chcieć pewnych rzeczy, ale czy przeszkadzają nam one w robieniu swojego? W codziennym życiu mało zdarza się sytuacji, żeby ktoś nam utrudniał pracę i życie, spora część to nasze widzimisię, bo coś lubimy, a czegoś nie.

 

A Bóg? Nie wiem o czym mówisz ;)

Edited by Reina
Link to comment
Share on other sites

Robią z mózgu toksyczny śmietnik, przez który nie można racjonalnie myśleć (kto myśli logicznie podczas napadu wściekłości?). Na dodatek robią się od nich zmarszczki - nawet ciało ich nie lubi.
no nie wiem - zakochani też nie myśla zbyt racjonalnie :)

a zmarszczki? uśmiech też powoduje zmarszczki

ktoś kiedyś powiedział "Uśmiech jest jedyną zmarszczką której nie należy usuwać"

 

zgadzam się ze gniew nie sprawia że jesteśmy szczęśliwsi - ale jest naturalną częścią nas...

Częścią naszego życia jest nie tylko szczęście - ale też cierpienie, pragnienia, potrzeby

 

a co do poczucia szczęścia - to jest to średnie kryterium odróżniające - różne rzeczy przynoszą różnym ludziom szczęście

moze nawet niektórzy poczują się szczęśliwsi kiedy ich wróg (w końcu!) zacznie z ich ręki gryźć piach...

Link to comment
Share on other sites

jest też tak, że musimy poczuć negatywne emocje, żeby potem kierować się powiedzmy tymi dobrymi, tak samo jak musimy najpierw cierpieć, żeby potem docenić wszystko co dobre.

Link to comment
Share on other sites

.

 

 

 

 

 

 

 

 

Wydaje mi się, że potocznie słowo "miłość" obecnie robi za coś w stylu "wash & go" - substytut czegoś niż wartość samą w sobie.

 

bo normalnie miłość którą mamy do kogoś - nieważne czy do przyjaciela, dziewczyny, rodziny czy guru - to tylko wypadkowa różnych emocji, pragnień i popędów a także hormonów, być może również jakiejś duchowej/energetycznej zgodności... przecież nie ma czystych emocji?

Natomiast Wy mówicie tu zupełnie o czymś innym? o kochaniu wszystkich.. jak to w ogóle możliwe? nie da się kochać kogoś kogo się nie zna, z kim nie ma się relacji...

 

Mi się wydaje, że tu cały czas mówisz o zupełnie innej "miłości" - o takiej w sensie emocjonalnym, nie duchowym.

O miłości na zasadzie "coś otrzymuję w zamian" (a tak masz wobec osób, które znasz, po których wiesz czego się spodziewać = wiesz że na rzeczoną miłość "zasługują").

 

A nie: tego "co sam daję" - czyli bez oczekiwań zwrotnych.

Bo w zasadzie tylko taka opcja może istnieć, gdy chce się mówić o "miłości" wobec osób i kompletnie nieznanych; "niezasłużonych".

 

W chrześcijaństwie by na to powiedziano - miłosierdzie.

 

I się tak zastanawiając głębiej, to właśnie "bez" tej wartości wynikają te wszystkie "złe" emocje w stylu gniew, zazdrość czy reszta, którą wymieniasz.

Przez nastawienie na coś co "ma być" (oczekiwanie efektu "na który zasługujemy" lub zaspokojenia jakiejś potrzeby) - przy jednoczesnym poczuciu niesprawiedliwości że tego "brak", że się tego nie dostało.

Przez niespełnienie oczekiwań.

 

Czy koncentrując na miłości nie spychamy w nieświadomość gniewu, zazdrości, pożądania itd.? Czy to zdrowe? czy jesteśmy w ten sposób uświadomić sobie swój "cień", swoją "ciemną" stronę? Przecież to że zaczniemy wyrażać i nawet "czuć" miłość do wszystkich nie sprawi, że przestaniemy "gdzieś tam" wkurzać się na głośnych sąsiadów, pożądać itd. Powstanie przecież taki mechanizm - coś się dzieje - powstaje w nas określona "nie-miłość" np. gniew - zauważamy ją i "poprawiamy się" okazując miłość - no a gniew ląduje w podświadomości... aż którego pięknego dnia... no własnie?

 

Nie, nie spychamy w nieświadomość gniewu, pożądania itp - jeśli miłości nie traktujemy jako zamiennika.

Na zasadzie - albo zrobię dobrze, albo zrobię źle i obie opcje są równoznaczne.

 

Dla mnie "przepracowanie czegoś" nie oznacza, ze "robię dobrze" mimo że w środku mam dalej żal.

W tym wypadku, to nie "miłość" tylko "powinność".

Tak trzeba i tyle.

 

Jeśli w środku czujesz, że odpuścisz, bo to po prostu pomoże temu drugiemu człowiekowi... Że ten człowiek inaczej nie potrafił, dlatego zrobił jak zrobił i dlatego spowodował Twoje cierpienie. I że ten Twój żal/gniew/słabość do niczego nie jest potrzebne i tak naprawdę niczego nie zmieni, kiedy wobec tego człowieka nie ograniczasz się urazą - wtedy dla mnie zaczyna się taka miłość duchowa.

I wtedy taka miłość uzdrawia i Ciebie. Przemienia.

 

Ktoś mądry kiedyś powiedział: "KOMPLEKS = ZRANIENIE + PYCHA".

Przy wyeliminowaniu i zranienia, i pychy (a więc, "jak zasługiwałem by ze mną postąpiono"), wyeliminuje się w końcu "kompleks", czyli ograniczenie.

Człowiek się wyzwala.

 

Kiedyś w czyjejś stopce w Internecie trafiłam na taki cytat, niestety bez podanego źródła:

 

"Jeśli coś dotyka Cię - znaczy: dotyczy Cię.

Gdyby nie dotyczyło Ciebie - nie dotykałoby Cię, nie kłuło, nie raniło.

Jeśli bronisz się, znaczy - czujesz się atakowany.

Jeśli czujesz się atakowany, znaczy - jesteś celnie trafiony.

Miej to na uwadze..."

 

zdarzało mi się czuć obecność Boga - i to bardziej spokój, ekscytacja względnie błogość niż miłość

więc albo nazwa jest myląca, albo macie nie po kolei w głowach albo ja mam :P

 

A ja, przekornie, najbardziej Jego obecność czułam w okresie, gdy się na mnie "gniewał". Gdy "uczył", "karcił" jak krnąbrne dziecko.

I mówiąc szczerze nawet w tej oschłości - było więcej miłości niż dosłownie we wszystkim, co sama wcześniej zdążyłam zaznać w swoim życiu. Ale dopiero po czasie mi się na to oczy otworzyły.

I wiem, ze to brzmi strasznie nawiedzenie. ;) Ale to nie było moim celem.

 

Zdecydowanie inaczej odbieram taką bliskość.

 

czy "pełny człowiek" nie powinien nie tylko znać ale być otwarty na wszelkie emocje?

 

Ale nauka zachodzi również poprzez doświadczenie.

Próbujesz czegoś i wiesz, ze Ci to nie pasuje.

I zaczynasz unikać okazji do tego, co Ci szkodzi.

 

Moim zdaniem człowiek "otwarty na wszystko", bez zastosowania schematów dobra i zła które sam wypracował, tak naprawdę stawia się w pozycji człowieka, który nie ma własnego zdania. Który nie ruszył z miejsca, niczego nie zaznał.

"Stapia się" ze wszystkim, nic nie tworzy na własną modłę, ze swojej kreacji.

Jest bierny.

 

A po co człowiek musiałby najpierw zaznać zła? Jeśli nie znał "zła", nie umiałby pewnie rozpoznać i dobra.

Link to comment
Share on other sites

Guest Dharma

a może miłość to umiejętność wzięcia czyjegoś życia na swoje barki :) w sensie.. opieka, akceptacja, dawanie poczucie bezpieczeństwa, radości, pragnienia, marzenia bleble.. kompromisy..

dawanie,ale tez branie w koncu druga osoba też chce dla Ciebie tych rzeczy ... hmm .

tworzy się taka plastyczną całość.

Link to comment
Share on other sites

@ kaffka

gratuluję napisałaś posta którego w 40% nie rozumiem :P dziękuję oczywiście za wypowiedź :) chociaż do mnie to trzeba raczej bardziej łopatologicznie :P Przynajmniej na takim poziomie abstrakcji :D

 

Mi się wydaje, że tu cały czas mówisz o zupełnie innej "miłości" - o takiej w sensie emocjonalnym, nie duchowym.

może dlatego że tej "duchowej" jeszcze nie spotkałem... może dlatego że nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę?

 

Moim zdaniem człowiek "otwarty na wszystko", bez zastosowania schematów dobra i zła które sam wypracował, tak naprawdę stawia się w pozycji człowieka, który nie ma własnego zdania. Który nie ruszył z miejsca, niczego nie zaznał.

"Stapia się" ze wszystkim, nic nie tworzy na własną modłę, ze swojej kreacji.

Jest bierny.

A skąd wiesz że musisz coś "osiągnąć"? Coś stworzyć? Czy "Stopienie" za wszystkim nie jest czasem ideałem w "pewnych" filozofiach/praktykach?

Czy posiadanie własnego zdania nie sprawia przypadkiem że bywamy fanatyczni? Że marnujemy czas i energię na obronę naszych etykietek? Naszych "czajniczków", świętych prawd i astralnych bytów?

 

Może o to właśnie chodzi w tym koanie "Czy pies ma naturę buddy" - przecież jeśli wdamy się w rozważania czy ma czy nie ma, czym jest natura buddy nie doprowadzi nas to do niczego - pies będzie psem, my tylko stracimy czas i energię na coś co nie jest istotne

Jeśli odpowiem "tak, ma naturę Buddy" co to zmieni?, jeśli nie - czy coś osiągnę? Ni mówiąc już o szczegółowych uzasadnieniach, cytatach, sofistyce i unikach

Może trzeba własnie powstrzymać się od posiadania, a przynajmniej wyrażania poglądów i po prostu być.... "Mu"...

 

system failure, system failure, system failure!!!

Link to comment
Share on other sites

Guest Dharma
Czy ja wiem :)

Za kogoś żyć raczej się nie da... Raczej dać pomoc, by sam dalej potrafił. :)

no nie da się, nawet tego nie stwierdziłam powyżej (chociaż te barki to moga się tak kojarzyć- przepraszam:)) chodzi mi o ten moment kiedy nie czerpiemy korzyści z uczucia jakie ktos do nas żywi i nie patrzymy na kogoś tylko jak na odrębna osobę która nas kocha i my ją która w nas budzi pewne emocja a my w niej.. tak jak to bywa w pierwszej fazie - zauroczeniu .. tylko moment kiedy zaczynamy tworzyć "całość" w sensie metaforycznym :D
opieka, akceptacja, dawanie poczucie bezpieczeństwa, radości,
z myślą o tym drugim człowieku.. angazujemy w to cos co tworzymy wspolnie nie tylko emocje, zauroczenie (bo to kiedyś minie bezlitośnie) ale całego siebie

 

no ale to tylko takie refleksje.

pozdrawiam:)

Link to comment
Share on other sites

Moim zdaniem człowiek "otwarty na wszystko", bez zastosowania schematów dobra i zła które sam wypracował, tak naprawdę stawia się w pozycji człowieka, który nie ma własnego zdania. Który nie ruszył z miejsca, niczego nie zaznał.

"Stapia się" ze wszystkim, nic nie tworzy na własną modłę, ze swojej kreacji.

Jest bierny.

A skąd wiesz że musisz coś "osiągnąć"? Coś stworzyć? Czy "Stopienie" za wszystkim nie jest czasem ideałem w "pewnych" filozofiach/praktykach?

Czy posiadanie własnego zdania nie sprawia przypadkiem że bywamy fanatyczni? Że marnujemy czas i energię na obronę naszych etykietek? Naszych "czajniczków", świętych prawd i astralnych bytów?

 

Znaczy, zależy od punktu siedzenia.

Dla mnie ideałem nie jest stopienie się. "Zniknięcie".

To są systemy z gruntu ateistyczne a ja wierzę w osobowego Boga; osobową relację Bóg - człowiek.

 

Zresztą, nawet w tych filozofiach/religiach nie zakłada się "otwarcia" na wszystko - co raczej postawę "to mnie nie dotyka".

"To we mnie nie rezonuje" - a więc nie mam w środku czegoś, co się sprzęga z tym sygnałem. Nie wzmacnia.

Usuwam te sygnały, które są we mnie "złe".

To przecież też rozwój na zasadzie "różnicującej".

Osiągasz taki stan, w którym opróżniasz się z tego, co jest uważane jako "ograniczające".

 

Poza wszystkim, w chrześcijaństwie też korzysta się z analogii do pustego naczynia, "ubóstwa duchowego": "jedynie puste naczynie wypełnia się szlachetnym winem".

 

A czy posiadanie własnego zdania sprawia, ze stajemy się fanatyczni?

Hmm. Nie. Ja fanatyka rozumiem jako osobę zaślepioną.

Własne zdanie, o ile jest realną, trzeźwą oceną, otwiera na świat.

Zamyka na świat tylko niepewność swojego zdania.

 

Czy marnujemy czas na obronę naszych etykietek i wypracowanych systemów?

"Złoto w ogniu się oczyszcza". :)

Takie dyskusje pozwalają na odrzucenie reszty niepotrzebnych naleciałości, które przysłaniają prawdziwe wartości. :)

 

Może o to właśnie chodzi w tym koanie "Czy pies ma naturę buddy" - przecież jeśli wdamy się w rozważania czy ma czy nie ma, czym jest natura buddy nie doprowadzi nas to do niczego - pies będzie psem, my tylko stracimy czas i energię na coś co nie jest istotne

Jeśli odpowiem "tak, ma naturę Buddy" co to zmieni?, jeśli nie - czy coś osiągnę? Ni mówiąc już o szczegółowych uzasadnieniach, cytatach, sofistyce i unikach

 

Nie znam się na tym. :)

Wiem tylko, ze istnieją interpretacje, jakoby odpowiedz "Mu!" ("nie!") tutaj nie miała oznaczać zanegowania stwierdzenia że "pies ma naturę Buddy", co bardziej zanegowanie samego sposobu myślenia - który tworzy podziały - podziału istot i oddzielenia "natury buddy" od wszystkiego, od innych elementów świata; próbę potraktowania go jako "wartości odrębnej", którą nie jest.

 

Może trzeba własnie powstrzymać się od posiadania, a przynajmniej wyrażania poglądów i po prostu być.... "Mu"...

 

:)

 

Słowa nie dają pojęcia o rzeczywistości,

W pismach nie znajdziesz tego, co najważniejsze.

Kto lgnie do słów, jest stracony,

Kto upiera się przy pismach, grzęźnie w niewiedzy.” [Mumon Ekai]

 

Coś takiego istnieje i wobec chrześcijan: "strzeżcie się kwasu saduceuszów i faryzeuszów". Linijki w linijkę, na pokaz; zagubienia faktycznych wartości.

 

o nie da się, nawet tego nie stwierdziłam powyżej (chociaż te barki to moga się tak kojarzyć- przepraszam:)) chodzi mi o ten moment kiedy nie czerpiemy korzyści z uczucia jakie ktos do nas żywi i nie patrzymy na kogoś tylko jak na odrębna osobę która nas kocha i my ją która w nas budzi pewne emocja a my w niej..

 

Przykładem takiej miłości może być miłość matki do dziecka. :)

Link to comment
Share on other sites

@Kaffka - dziękuję za uwagi z punktu widzenia chrześcijaństwa:) miałem przyznam nadzieję że ktoś kto stosuje ten pogląd "ezoterycznie", na zmianę z pojęciami??? "energia", "reiki", "świadomośc", "wyższe ja" się wypowie :D

Może jeszcze jakiś twardogłowy ezoteryk/mag/szaman/wiedźma się wypowie i oświeci Buddhę??? :D

 

Znaczy, zależy od punktu siedzenia.

Dla mnie ideałem nie jest stopienie się. "Zniknięcie".

w sumie ja też nie chcę "zniknąć", ale może taka jest droga do "oświecenia" - trzeba ego przynajmniej uczynić płynnym

 

A czy posiadanie własnego zdania sprawia, ze stajemy się fanatyczni?

Hmm. Nie. Ja fanatyka rozumiem jako osobę zaślepioną.

Własne zdanie, o ile jest realną, trzeźwą oceną, otwiera na świat.

Zamyka na świat tylko niepewność swojego zdania.

 

Czy marnujemy czas na obronę naszych etykietek i wypracowanych systemów?

"Złoto w ogniu się oczyszcza". :)

Takie dyskusje pozwalają na odrzucenie reszty niepotrzebnych naleciałości, które przysłaniają prawdziwe wartości. :)

 

ja uważam (chyba? :P), że to takie współcześnie narzucony obowiązek "posiadania własnego zdania" i "przymusu dania odpowiedzi". Zauważ że obecnie się uważa że człowiek mądry i wykształcony ma wyrobione zdanie na: istnienie kosmitów, Partię Palikota, narkotyki, aborcję, rozwody, wolny seks, eutanazję,przemoc a gry komputerowe, całą masę teorii spiskowych itd. itp. Rzadko w "towarzystwie" - ktoś odpowie "nie wiem" lub "nie zastanawiam się". Zauważ że nawet jeśli postawione pytanie brzmi: "Wpływ deszczów monsunowych na rozwój kolarstwa w Chinach"- w prawie każdym z nas jest przymus udzielenia odpowiedzi.

 

A przecież dyskusja bardzo rzadko odsłania "prawdziwe wartości" - choćby dlatego że rozmawiamy na tematy społeczne. Gdybyśmy dyskutowali nad kwestiami nauk ścisłych co do zasady z naszej dyskusji, badań, doświadczeń -wynikałaby jakaś obiektywna prawda/uporządkowanie itd. Tymczasem kiedy rozmawiamy na tematy społeczne- religijne, ezoteryczne, polityczne - tak naprawdę tylko obrzucamy się lepszymi lub gorszymi argumentami - ale dowodów brak. To że nawet ktoś uzna się za pokonanego nie znaczy że nie miał "racji" - o ile w tych tematach ktoś może mieć racje.

I obawiam sie że dyskusja religijna co do zasady prowadzi do "okopania się" w swoich poglądach, naprodukowania masy pozornych argumentów... no i niestety czasem obrażenia wszystkich dookoła i obrażenia się na tych wszystkich...

 

Oczywiście nie znaczy że nie powinno się dyskutować :D Miałem po prostu wczoraj dziwny wieczór i koan wlazł mi do głowy i zaczął krążyć i krążyć i krążyć... :P

Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share

×
×
  • Create New...