Jump to content

Wojna, pomnik Chrystusa, urodziny koleżanki, zagubienie w podróży, nocowanie, etc.


Czyhir-Much
 Share

Recommended Posts

Śnić zacząłem latem, pojawiając się w lesie. To, że jest lato wywnioskowałem z koloru liści i odczuwanej temperatury - liście były bardzo zielone, natomiast temperatura była wysoka. Nade wszystko przyjemnie świeciło Słońce na nieboskłonie. Wraz ze swoim bratem, Kamilem, znajdowałem się w okolicy jakiegoś drewnianego domku, w którym to domku rzekomo znajdować się miał ktoś, kogo my nie lubimy, bądź ktoś kto nas nie lubi. Jedna opcja bynajmniej nie wyklucza drugiej. Ruszyliśmy krokiem bojowym ku owemu budynkowi. Powiedziałem bratu, że atak jest bez sensu, ze względu na to, iż nie posiadamy praktycznie żadnego uzbrojenia, lecz on uspokoił mnie pokazując jakieś niezwykłe kule wielkości ludzkiej pięści o interesujących właściwościach. Otóż według słów moje brata mogą one, dzięki odpowiedniemu nakierowaniu przez ludzkie myśli, przyjąć postać dowolnego przedmiotu. Postanowił więc, że zamieni je w granaty i wrzuci przez okno, do środka. Przez owo okno widziałem dwie postacie, które mógłbym określić jako złe, oraz wrogie, a także dwie osoby raczej dobre, nie wadzące. Zastanawiałem się przez chwilę, czy przypadkiem nie jest wątpliwym moralnie dokonywać ataku w wyniku którego zginąć mają osoby niewinne, lecz brat mój okazuje się być człowiekiem pozbawionym skrupułów - wrzucił dwie kule do środka czym wywołał efektowną eksplozję. Niestety, jak się okazało nie wszyscy nasi wrogowie znajdowali się wewnątrz i już po chwili uciekałem przed grupą strażników. Udało nam się uciec na drzewo, a raczej do domku na drzewie. Starałem się wciągnąć drabinę, lecz jeden ze strażników wszedł na nią, czym wyraźnie utrudniał mi zadanie. Usunąłem go kopiąc go prosto w twarz. Po tym uderzeniu spadł na ziemię i już się więcej nie podniósł, a drabina została ostatecznie wciągnięta. Na górze znalazłem karabin snajperski SVD Dragunov. Poinformowałem o tym brata i zaproponowałem mu, by zmienił część kul w amunicję. Niestety, okazało się, że ów - w totalnym zamieszaniu - zgubił gdzieś potrzebne do wybawienia przedmioty. Znaleźliśmy się bez szans na przeżycie w domku na drzewie, będąc otoczonym przez masę osób marzących o zabiciu nas. Uratował mnie jednak senny teleport, jeden z wielu, w wyniku którego znalazłem się gdzie indziej.

 

Otóż wylądowałem w nieznanej mi zupełnie miejscowości w województwie wielkopolskim, której nazwa zaczynała się na literę "K". Bez wątpienia nasuwa się tu znajdujący się nie tak daleko ode mnie Kalisz, choć nie ma żadnego potwierdzenia, by było to akurat to. Zarówno obecnie, jak i we śnie, nie miałem zielonego pojęcia co tam robiłem i w jaki sposób się tam znalazłem. Fragment miejscowości, który pamiętam wygląda następująco - jest to niewielkie osiedle, pełne budynków góra dwu-piętrowych, domów jednorodzinnych, pozbawione praktycznie bloków mieszkalnych. Przecina je asfaltowa droga, przy której umieszczony jest przystanek autobusowy niebieskiego koloru, przeszklony. Obok przystanku znaleźć możemy rozkład jazdy, w którym można było wyczytać, że o godzinie 18:55 odjeżdża autobus bezpośrednio do mojej miejscowości. Postanowiłem przejść się trochę, a następnie wrócić i odjechać na miejsce. Udałem się do niewielkiego osiedlowego sklepu samoobsługowego, w którym spotkałem kolegę z czasów podstawówki, Piotra. W trakcie rozmowy z nim uświadomiłem sobie, że w owym sklepie zostawiłem swój plecak. Zdecydowałem więc podjąć wyprawę mającą na celu odzyskanie przedmiotu. Po chwili spotkałem kolejnego kolegę, tym razem z liceum, Michała. Na pytanie o to "co ja tu robię" odpowiedziałem mu, iż jestem tam tylko przejazdem i całkowicie przez przypadek. Wtem następuje kolejny teleport.

 

Jesień, wszechogarniająca szarość, zachmurzone niebo, w oddali widać jedyne zielone obiekty - drzewa liściaste. Znalazłem się na polanie, przeciętej przez polną, strasznie piaszczystą drogę. Szedłem przez nią w kierunku wschodnim, jako forpoczta interesującego zjawiska społecznie-religijnego. Po drodze którą szedłem, a przyznam, że iść było niezwykle trudno, jechała również i żółta ciężarówka wiozącą ważny ładunek. Gdy ją zauważyłem przez chwilę pomyślałem, że jako avant-garde'a całego wydarzenia powinienem powiedzieć o pedofilii co po niektórych, lecz zrezygnowałem z tego niecnego czynu. Po chwili marszu znalazłem się na skrzyżowaniu owej piaszczystej drogi z... inną drogą piaszczystą. Wokół mnie znajdowało się wielu przedstawicieli tzw. "moheru" - zarówno starsze kobiety, jak i starsi panowie. Na środku owego skrzyżowania umieszczono bowiem monument, przedstawiający Trzy Osoby Boskie. Pomnik wykonany był bodajże z marmuru, pamiętam go bardzo dobrze, gdybym miał odpowiednie umiejętności artystyczne zapewne mógłbym go narysować, lecz niestety nie potrafię. Patrzyłem w milczeniu na owo dzieło rąk ludzkich, a następnie zostałem po raz kolejny doświadczony przez cud teleportacji.

 

Tym razem znajdowałem się we Wrocławiu, na ulicy Henryka Sienkiewicza, w podobnych warunkach atmosferycznych - była jesień, było szaro, lecz dodatkowo padał deszcz. Od strony zachodniej zbliżała się do mnie koleżanka imieniem Luiza, bardzo bliska mnie i mojemu sercu, lecz obecnie delikatnie rzecz ujmując - odizolowana ode mnie ze względu na różność miejscowości, w których studiujemy. Szybko dotarła do mnie i nawiązała rozmowę. Po standardowych pytań związanych z samopoczuciem zacząłem opowiadać jej sen, którzy rzekomo miałem niedawno mieć, a który miał być powiązany z jej osobą. Akcja w nim miała się toczyć 8 sierpnia, o godzinie 8:28, bądź 8:18, niestety nie pamiętam już dokładnie. Bardzo ucieszyło to moją koleżankę, gdyż - jak twierdziła - 8 sierpnia jest datą jej urodzin, co jest oczywistą nieprawdą, gdyż urodziła się ona około 3 tygodni przed tą datą. Po skończeniu konwersacji spotkałem również i mojego brata, z którym także zamieniłem kilka słów, a następnie udałem się do domu dokonując przy okazji ciekawego odkrycia dotyczącego mojego ubioru. Otóż byłem przyodziany standardowo, za wyjątkiem stóp - miałem bowiem ubrane klapki typu Kubota, oraz nie miałem założonych skarpet. Trzeba przyznać, że był to dosyć ciekawy ubiór jak na deszczową pogodę. Po odkryciu, chyba za karę, zostałem po raz kolejny teleportowany.

 

Wylądowałem w jednym z wielu pokojów mieszkania w mojej rodzinnej miejscowości. Pokój ten, w rzeczywistości miał ściany koloru pomarańczowego, lecz na potrzeby snu został najwyraźniej przemalowany na kolor biały. W pomieszczeniu owym znalazłem komputer, bądź konsolę, oraz zestaw gier - wszystkie powiązane z wyścigami samochodowymi. Włączyłem jedną z nich, pograłem przez chwilę bez przesadnego entuzjazmu, a następnie znów zostałem teleportowany.

 

Teleport nie był odległy, tylko kilka pokojów na wschód. Znalazłem się bowiem w pokoju, w którym zazwyczaj śpię, gdy nie jestem we Wrocławiu. Ubierałem się właśnie w jakiś garnitur, gdy zauważyłem, że na moim łóżku śpi kobieta, czy raczej jeszcze dziewczyna, będąca jednocześnie moją blond-włosą koleżanką Pauliną, której status bardzo chętnie zamieniłbym na coś więcej niż tylko "koleżanka". Wstała, tj. obudziła się, a następnie odziana tak jak zazwyczaj śpiące kobiety odziane są udała się do głównego pokoju mojego mieszkania. Ja natomiast wciąż się ubierałem, tym razem w marynarkę, patrząc jednocześnie z perspektywy swojego pokoju do największego z dostępnych pomieszczeń. Zauważam, że Paulina rozmawia z moją mamą na temat tego, w co ma się dzisiaj przyodziać. Obie panie żartują między sobą, pojawia się nawet koncepcja ubrania młodszej z nich w dres, co nawet - dla żartu - jest czynione. Trzeba przyznać, że w czarnych spodniach dresowych i czarnej dresowej bluzie z niebieskimi elementami wyglądała ona mało dostojnie. Ostatecznie ubrała się ona jednak w dosyć standardowy ubiór typu spodnie jeansowe + bluzka, nie znam się niestety na modzie, toteż większej ilości szczegółów nie jestem w stanie podać. Wróciła do mojego pokoju, ponownie usiadła na moim łóżku (które - co zauważyłem - w międzyczasie musiało się samo pościelić) i zdjęła buty. Usiadłem obok niej, pieściłem jej stopy (?!) jednocześnie rozmawiając z nią. W czasie rozmowy często padają cytaty z wielkiego kolumbijskiego myśliciela, Nicolasa Gomeza Davili, z czego najbardziej zapamiętałem ten oto: "Cywilizacje są letnim brzęczeniem owadów między dwoma zimami", być może dlatego że na nim nasza rozmowa się skończyła, a Paulina oświadczyła, że musi już iść. Wyszedłem oczywiście za nią, docierając do przedpokoju. Tam ubrała się w płaszcz koloru ciemnoniebieskiego, pocałowała mnie na pożegnanie, a następnie opuściła budynek. Podeszła za to do mnie moja rodzicielka, która pogratulowała mi "znaleziska" i wyraziła pogląd, że dobrze by było gdybyśmy zatrzymali Paulinę tu na dłużej. Teleport.

 

Odnalazłem się na rowerze, na drodze asfaltowej ku miejscowości położonej pięć kilometrów od miejsca wydarzeń z poprzedniego akapitu. Co mnie cieszyło, ponownie było lato i ponownie świeciło jakże potrzebne ciału ludzkiemu Słońce. Wybierałem się tam, ponieważ rzekomo o 15:55 miałem mieć autobus do miejscowości, w której mieszka Paulina. Jest to kompletny nonsens, gdyż nie ma autobusów, które miałyby tam jechać przejeżdżając przez ów cel rowerowej wędrówki nie przejeżdżając przedtem przez mą miejscowość rodzinną. Dojeżdżając do celu zacząłem się zastanawiać co zrobić z rowerem, wszak do autobusu go włożyć nie będę mógł, mimo że przez jakąś chwilę zastanawiałem się nad realizacją tej koncepcji.Zajechałem więc na przystanek autobusowy i popatrzyłem się na znajdujące się na przeciwko domostwo, które - w porównaniu z rzeczywistością - dużo straciło na kolorach stając się budynkiem szarym pokrytym bezbarwną blachą na dachu. Wyszła z niego kobieta z dwoma psami - marki husky, oraz jamnik. Ku swojemu zdziwieniu orientuję się, że trzymam na smyczy swojego psa, mniej szlachetnego, marki kundel. Psy wąchają się, a nie - jak to mają w zwyczaju czynić w moich snach - atakują mnie. Zapytałem ich właścicielkę o możliwość pozostawienia swojego dwukołowca na jej podwórku, a w odpowiedzi dostałem przedostatni już teleport.

 

Roweru widocznie nie zostawiłem u owej sympatycznej pani z pieskami, albowiem z tym samym rowerem znajdowałem się na torze motocrossowym. Początkowo nieznana mi, znajdująca się obok mnie, osoba twierdziła, że to wcale tor motocrossowy nie jest, lecz w jakiś sposób udowodniłem mu to po przejechaniu kilku metrów. Następnie wraz z rowerem przeskoczyłem przez barierkę toru i błotami ruszyłem w górę, zapewne w kierunku mety. Niestety, po drodze zgubiłem rower i na metę dobiegłem pieszo, co wprowadziło w zakłopotanie organizatorów wyścigu. Jeden z nich stwierdził, że zostanę zdyskwalifikowany i nie mam co się cieszyć z zajętej wysokiej pozycji. Co ciekawe, niejako "na ekranie", pojawiły się wyniki zawodów i rzekomo jedno z czołowych miejsc zajęło nazwisko, które skojarzyło mi się z nazwiskiem jakiejś aktorki porno, mimo że w rzeczywistości pierwszy raz je na oczy widziałem. Było bardzo dziwne, gdyż zawierało w sobie rosyjską literę "jo". Ostatni teleport.

 

Miejsce to samo, czas jednak podejrzewam, że zupełnie inny, inne również i realia. Patrząc na północ widziałem bowiem ową górę z torem, lecz na dole był klimat bardziej przypominający elementy stepu, bądź nawet tzw. dzikiego zachodu (choć nie przesadzałbym, albowiem pustynia, czy preria to to nie była). Znajdował się tam oddział szkockich żołnierzy na koniach, w niebieskich mundurach, uzbrojonych w stylu steampunkowym. Czekali oni na sygnał do ataku, czego się po chwili doczekali, gdyż w ich mniemaniu sygnałem miały być strzały na szczycie góry, które również i ja słyszałem. Kawaleria rusza do ataku, co ja obserwuję niejako od przodu, w bardzo filmowym ujęciu (kto oglądał filmy przedstawiające walki konne ten dobrze wie o czym mówię). Obiektem atakowanym okazuje się być angielski pociąg przewożący żołnierzy. Szturm się udał, ba - nawet sam w nim brałem udział, albowiem jakiś gruby Anglik próbował mnie zabić, przez co zmuszony byłem go wepchnąć pod koła pociągu, po czym zresztą ów pociąg zatrzymał się. Szkoci weszli do środka, ja natomiast sprawdziłem czas na zegarku i poczułem, że coś wybitnie się mnie nie podoba. Otóż jak się okazuje atak nastąpił za wcześnie, źle zinterpretowano sygnał, a nade wszystko zaatakowano nie ten skład co trzeba. Wchodzę do środka wagonu (wnętrze jest również utrzymane w klimacie steam-punka), a następnie głośno wyrażam swoje niezadowolenie związane z zachowaniem szkockich kawalerzystów. Znalazłem tam również obiekt nie pasujący do całokształtu kompozycji. Był to mężczyzna, ubrany na czarno, z ciemnymi okularami na nosie i bujnym afro na głowie. Przypominał mi trochę Sidneya Polaka. Zapytałem się go kim jest i jak się tu znalazł, próbował mnie coś wytłumaczyć, lecz na siedząco, więc kazałem mu wstać. Stwierdził, że jest windsurferem, któremu połamała się deska, a teraz nie wie o co chodzi, bo jakaś banda pół-inteligentów atakuje pociąg, którym wraca do domu. Zwyzywałem go na odchodnym, kazałem usiąść i na tym ów sen się skończył.

 

Czy tak długie sny nie są przypadkiem zbyt trudne do interpretacji trzecioosobowej? (ostrzegam - tylko takie mam). Chciałbym jednak mimo wszystko poznać czyjąś opinię na ten temat...

Link to comment
Share on other sites

W sumie to się kiedyś nawet zastanawiałem, czy te sny przypadkiem nie są takie długie, zawiłe, etc., żeby testować moje zdolności pisarskie, ale... No mimo wszystko, że czyta się fajnie to i tak nie wiadomo o co chodzi, coś jak w jakiś filmach surrealistycznych, czy coś :)

Edited by Czyhir-Much
Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share

×
×
  • Create New...