Jump to content

"Zagubiony wędrowiec"


Tenebris et splendorum

Recommended Posts

Witam wszystkich. W oparciu o sen jaki przyśnił mi się kilka dni temu opisałem to opowiadanie.

Jeżeli ktoś by mógł to zinterpretować to bym był wdzięczny. Siebie tutaj jako "wędrowca"(tak go nazwałem) opisałem w trzeciej osobie.

 

 

sen/opowiadanie : "Zagubiony wędrowiec"

 

Szedł długim wiszącym mostem.Po jego drugiej stronie było zbiorowisko ludzi, wesołych , uśmiechniętych. Młode dziewczyny i młodzi mężczyźni rozebrani do połowy leżeli opalając się. On się zatrzymał spojrzał na nich, jednak mimo może dwóch,lub trzech oczu zwróconych w jego stronę nikt się nie obejrzał ani nie zainteresował jego osobą.

Stojąc tak pomyślał "co ja tutaj robię? I po cóż tyle trudu było aby dotrzeć tutaj?" Postanowił już tak naprawdę zanim jeszcze doszedł do celu."Wracam!!" Ta myśl topornie eksplodowała pod jego czaszką.

Zawrócił z drogi którą szedł przez jakiś długi czas, jednak nie potrafił określić jaki to był czas. Gdy skończył się już długi most, taki podobny do tego na Manhattanie ,lekko skoczył na zbocze w prawą stronę , hm a może w lewo? Sam nie wiedział. Kroczył teraz między filarami jakichś wiaduktów ,pod którymi było chyba trochę mokro, bo już martensy miał całe oblepione błotem, a niebo teraz zaczęło się robić barwy błotnistej,jakieś takie podwieczorno-późno-sierpniowe. Spostrzegł że nie idzie sam a wokół niego co najmniej kilkanaście osób.

- Chodźcie ! Szybciej! Szybciej! - wołał jakiś około 25o letni mężczyzna ubrany w dresy do swoich kolegów i koleżanek.

Przemierzał ulice tego niezidentyfikowanego miasta, które było chyba Warszawą, albo przynajmniej ją imitowało, jednak idąc tam skąd przyszedł szedł obcą droga , której ku swemu przerażeniu wcale nie poznawał.

Wreszcie dotarł do jakiegoś wielkiego placu , na którego końcu mieścił się stary budynek, jakby zbudowany jeszcze za czasów Cara. Wszedł do środka gdyż wydawało się że jest to jedyna droga do przejścia tego odcinka wędrówki. W środku było czuć stęchlizną , ściany były bardzo brudne,korytarz ogólnie sprawiał wrażenie bardzo nieprzyjemnego, na jego zakończeniu znajdowało się jakieś jakby wartownicze pomieszczenie. Zatrzymał się. Pod jedną ścianą siedział podstarzały już około 60 lat ochroniarz.Miał naciągniętą na twarz czapkę z daszkiem i sweter polarowy z napisem na prawym ramieniu "ochrona". Twarz miał zarośniętą, tak jakby z dwutygodniowym zarostem.

Mężczyzna ten sprawiał wrażenie bardziej jakiegoś dozorcy , niezwykle znużonego i bardzo zaniedbanego, który świetnie pasował do owego miejsca.

Ku swojemu zdumieniu spostrzegł on że ów agent ochrony, a może raczej "stróż" był oświetlony światłem które wydobywało się z lampy naftowej która była postawiona na zimie po jego prawej stronie.

- Jak mam iść dalej ? - zapytał wędrowiec

- Dalej? - odpowiedział pytaniem sędziwy ochroniarz tak że ledwo dało się go usłyszeć.

- Tak proszę Pana, chciałbym móc iść dalej - odparł.

- No to prosto za te dębowe drzwi trzeba wyjść dalej, ale nie gwarantuję chłopie że gdzieś dojdziesz.

- Jak to? - zapytał zdziwiony tą dziwaczną odpowiedzią.

- Nie wiem.- odrzekł stróż

- Jak to Pan nie wie? Nie rozumiem.

- Nie wiem. Ja tylko tu siedzę i pilnuję korytarza, a gdzie on prowadzi, to ja nie wiem.Nic mnie to nie obchodzi młody kolego.

Rozmawiając stróż nawet jeden raz nie podniósł wzroku na zagubionego wędrowca.

Otworzył dębowe drzwi ociekające jakimś śluzem. Po przejściu dwóch, lub może trzech kroków zdał sobie sprawę że dębowych drzwi mogło równie dobrze nie być, jak też mogło równie dobrze nie być żadnej rozmowy ze stróżem.

 

Droga przed nim był spowita półmrokiem, otoczona z obydwu stron gęsto porośniętymi drzewami. Posuwał się naprzód , chociaż za chwilę spostrzegł iż skręcił jakby w lewo i w tył i zobaczył że wszędzie wokół trawa jest brązowego, zgniłego koloru, porastała ona lekko pagórkowatą dolinę w której się znalazł. Z jego prawej strony znajdował się budynek "wartowni" a na wprost wzgórze, wyboiste i pełne kamieni wystających z mokrej zgniłej trawy.

Wdrapywał się na wzgórze z dużym wysiłkiem, mając nieodparta nadzieję że już już, tam dotrze., ale "gdzie'? Tego nie wiedział.

Za wzgórzem nie było nic. Jednak nic to nie jest dobre słowo, gdyż widok jaki ujrzał był jednak czymś. Przestrzeń, a może otchłań spowita burą mgłą aż po horyzont.

- Tam nic niema ! Ha Ha!Ha! - rozległ się z tyłu głos jakieś bardzo starej wiedźmy, wyjętej jak by rodem z prasłowiańskich legend.

Gdy schodził lekko się potknął , ale nie upadł. Nieoczekiwanie zobaczył nieco po prawej stronie wiadukt. już jął się udać w jego stronę, ale nagle naszła mu myśl aby wrócić do budynku. Wszedł do środka,ale starego stróża już tam nie było. Natomiast z drugiej strony stał oparty o ścianę jakiś około 20sto letni wysoki ochroniarz i palił papierosa. Wędrowiec spojrzał się tylko i zawrócił z powrotem.

Widział kilku podstarzałych i bardzo zapuszczonych ludzi szwędających się po zgniłych skarpach, będących jednak w pewnej odległości, takiej że rozmowa z nimi była by za trudna.

*****

Nie widział jak ale znalazł się już jakby w zupełnie innym świecie a zarazem znajomo - takim samym. Lecz teraz nie był już wędrowcem,

miał na sobie mundur w kolorze feldgrau , na pagonie jedną gwiazdkę typu niemieckiego, taką kwadratową. Jaki to stopień się zastanowił? hm, chyba Oberschütze czy coś takiego. Wokoło stało jeszcze kilkunastu żołnierzy, a przed nami chodził jakiś młodociany

Oberleutnant i mówił;

- Musicie być gotowi , już czas! Już czas! - mówił to głośno i dobitnie ,echo odbijało się o ściany jakiejś hali zbudowanej z czerwonej cegły , stał nie więcej niż kilka kroków od żołnierza a jednak było go słabo słychać, tak jakby był z innego świata.

Leżał teraz na dachu jakiegoś wagonu, w środku czegoś jakby niemiecki dworzec kolejowy, tyle że opuszczony. Rozejrzał się i zobaczył kilku kolegów ukrytych na swoich pozycjach. Ściskał swojego mauser'a 98 K, ręce mu się pociły, czekał na coś. na co? Wiedział i zarazem nie wiedział. Ktoś krzyknął w oddali :

- Ja wohl Herr Oberleutnant!

...a może nikt nic nie krzyczał, może to mu się tylko wydawało.

Był już nowy dzień, teraz siedzieli jakby w wagonie tramwajowym, wszystkie miejsca są zajęte, każdy w mundurze. Wszyscy uśmiechnięci , weseli i on też poczuł się wesoły. Pierwszy raz odkąd wędrował.Opowiadano jakieś dowcipy, pito alkohol w małych ilościach. Na chwilę wstał by zapytać o coś motorniczego. Zobaczył że motorniczy to około czterdziestki dosyć gruby pan z wąsami też umundurowany.Na ramieniu miał jedną belkę pod skosem.

- O to Pan Gefreiter - powiedział "żołnierz - wędrowiec".

- A tak ha ha! Przed wojną byłem kiedyś w armii to mi dali starszego.! Ha! Jaki tam ze mnie wojak kolego! - zaśmiał się rubasznie starszy szeregowiec maszynista.

Motorniczy w prawej dłoni trzymał puszkę piwa, ale równie dobrze mógł trzymać coś innego.

Żołnierz usiadł na swoim miejscu, za oknem była ładna słoneczna pogoda, z pewnością było gorąco, lipiec albo sierpień i środek dnia, zielono, jakieś miasto ludzie spacerowali .Pomysłał "Hm czy mam strzelać do Polaków czy do kogo? " I nie wiedział . Nawet nie wiedział dlaczego przeszło mu to przez głowę.

Wysiadali. Jest to jakaś szeroka ulica, dosyć szeroka. Może to puławska w Warszawie??? Może, a może aleje jerozolimskie? Może.Toruńska?? Może.Tak jakby gdzieś z oddali doszły ledwo słyszalne odgłosy eksplozji, dwa razy, albo nawet trzy, ale zupełnie nikt się tym nie przejmował.On też nie.

Szli szeregiem wzdłuż jakiegoś pasa zieleni znajdującego się po środku jezdni.z naprzeciwka szedł szereg ludzi w piaskowych koszulach. Mijając pozdrowili się nawzajem.

- Powodzenia koledzy szturmowcy - krzyczał do nich jeden z jego kolegów.

*****

Zatrzymał się , nie był już w szeregu , nie było już jakby szeregu i było już jakoś później, ale nadal był gorący dzień. Wokoło chodzili bezładnie żołnierze i cywile.

Idąc w nieznanym kierunku zatrzymał się obok wysokiego żołnierza , jakiegoś podoficera.

- Gdzie idziesz kolego? - zapytał podoficer

- Właśnie nie wiem! szukam ! Szukam jakichś rozkazów i co to w ogóle jest ? A jaka ja mam rangę? - zapytał z przejęciem wędrowiec.

- No , masz tutaj na ramieniu naszywkę , zobacz O! - i dotknął palcem "kwadraciaka" na pagonie.

- Ładny masz uniform her Feldfebel! - powiedział z uznaniem żołnierz.

- Mniejsza z tym! - odparł z lekceważeniem starszy rangą. I dalej dodał:

- Zawracaj , tam już biją naszych.

- Kto?? - zapytał z ciekawością wędrowiec.

- No wszyscy, jacyś cywile, jacyś metalowcy i cholera wie kto jeszcze.

- Metalowcy??? - to słowo wydało mu się w tym kontekście tak dziwne, aż wręcz niezrozumiałe, tak iż nie mógł nawet go wymówić.

-Tak, ogólnie wszyscy.

- Ja znałem tutejszych ludzi, może się nimi dogadamy ? - powiedział pytająco Obersoldat - wędrowiec.

- Niema takiej potrzeby, dawaj! Spieprzajmy stąd i tyle. Będziemy w kontakcie!

 

Wędrowcowi w pewnym momencie się wydawało iż podoficer z którym przed chwilą rozmawiał to jakiś w istocie członek jakiegoś zgrupowania historycznego,a może nie? Już nie wiedział, czy to był ktoś z grupy rekonstrukcyjnej czy jakiś żołnierz i sam też już nie wiedział kim i gdzie jest. Wszedł na jakiś chodnik wspinając się po porośniętym zieloną trawą jakimś ziemnym wale na którym był chodnik z betonowych płyt,takich jakie kładli za komuny. Odwrócił się w stronę z której przed chwilą przyszedł. Myślał nad czymś, ale nie wiedział nad czym. I może kogoś wypatrywał? Lecz kogo???

................I nie było już nic.

31.12.2010/02.10.2011.

Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...