Jump to content

Twarda ścieżka - czyli neoszamanizm w praktyce.


Neozorro
 Share

Recommended Posts

"Twarda ścieżka" jest to zbiór praktyk, które za pomocą oddziaływania na ciało, działają na nasz umysł. W większości są one zdobyczami tradycyjnego szamanizmu i mogą być stosowane przez ludzi nie wtajemniczonych w szamanizm.

Zwykle polegają one na ekstremalności lub monotonizacji działań.

Przykładem ekstremalności może być przejście po ścieżce ognia a monotonizacji podróże przy bębnie.

Celem ich jest poszerzenie swojej świadomości, popatrzenie na cały świat (ludzi i przyrodę) trochę z innego punktu widzenia, przełamanie nieświadomych lęków, oczyszczenie duchowe czy też nabranie energii.

 

 

P.S. praktyki "twardej ścieżki" są moją pasją od kilku lat.

Edited by beneton123
brak odnośnika do Ezoforum
Link to comment
Share on other sites

Praktykę "pogrzebu wojownika" rozpowszechnił Victor Sanchez.

Poniżej opis z "Gwiazdy mówią" autorstwa Wojtka Jóźwiaka.

 

DO PIACHU!

czyli o zbawiennych skutkach zakopywania się w ziemi

 

Zdjęcia z warsztatów szamańskich Wojciecha Jóźwiaka.

Natura stworzyła nas jako zwierzęta naziemne: nie latamy ani nie skaczemy wysoko. W wielu językach słowa "człowiek" i "ziemia" brzmią podobnie: po łacinie homo i humus, po litewsku żmuo i żeme. Mówimy o przywiązaniu do ziemi ojców, a nawet o "zakorzenieniu" lub "wrośnięciu w ziemię". Tymczasem jakże często daleko jesteśmy od ziemi. Mieszkamy w wieżowcach, stąpamy po podłodze albo po chodnikach, które nas od niej izolują. Podobnie jak koła samochodów, buty i wysokie obcasy.

 

Jesteśmy oderwani od ziemi. Tymczasem aby odczuć jej moc i pobrać z niej energię, trzeba do niej wrócić. Nasi przodkowie intuicyjnie stosowali zabiegi pozwalające na łączność z żywiołem Ziemi. Słowianie, na przykład, modlili się, leżąc: kładli się na plecach na gołej ziemi, mając w ten sposób zjednoczone z nią ciało, a twarz skierowaną ku niebu w całej jego okazałości. To była pozycja, w której człowiek najpełniej wpasowywał się w wielką budowlę wszechświata!

Czasem nieświadomie robimy to samo, przede wszystkim latem, kiedy leżymy na plaży. Ale to za mało. Żeby w pełni poczuć moc ziemi, trzeba ją akceptować nie tylko wtedy, kiedy jest rozgrzana słońcem, ale także wtedy, kiedy jest chłodna, wilgotna i kiedy brudzi żyzną próchnicą.

Z dzieciństwa pamiętam taką sytuację: mój dziadek, właściciel niecałych dwóch hektarów, orał swoje pole. Do pługa zdejmował buty! Orał, idąc boso za koniem, nie zważając, że jest marzec, zimno i że grozi mu reumatyzm. Nigdy nikt mi nie wyjaśnił, dlaczego to robił, ale dziś, kiedy ten obraz staje mi przed oczami, widzę w nim mistykę: dziadek zdejmował buty na świętym miejscu, tak jak to uczynił Mojżesz przed płonącym krzewem.

 

Najpierw pogrzeb, potem zmartwychwstanie

Najefektywniejszą praktyką korzystania z uzdrawiającej mocy ziemi jest zakopywanie się w niej. Wielu ludziom natychmiast kojarzy się to z grobem, śmiercią, pogrzebem... Wywołuje u nich reakcję niechęci lub wręcz przerażenia. Słynny amerykański szaman, Victor Sanchez, który jako pierwszy wprowadził tę praktykę do swoich warsztatów, nazwał ją "pogrzebem wojownika". To rzeczywiście jest pogrzeb, ale taki, po którym następuje zmartwychwstanie.

Grzebiąc się, oddajesz ziemi swoje troski, żale, napięcia, choroby, wszystko, co złe w Twoim ciele, duszy i karmie. Ziemia to wszystko wchłonie - ma nieskończoną zdolność pochłaniania i neutralizowania wszelkiego zła. W zamian obdarzy Cię nową mocą - jeśli tylko zechcesz tę moc przyjąć.

Wchodzimy do "grobu" z określoną intencją. Na przykład po to, żeby pozostawić w nim swoje troski i urazy psychiczne. Aby nabrać sił koniecznych do wyzdrowienia. Aby zmienić swoje życie, skierować je na inny tor. Aby pogodzić się z samym sobą. Aby uzyskać jasność w dręczącej sprawie (podczas leżenia pod ziemią niesamowicie wyostrza się intuicja).

 

W "grobie" rodzą się wizje

"Pogrzeb wojownika" jest potężną praktyką inicjacyjną. Inicjacje u dawnych ludów polegały na przeżyciu własnej śmierci i odrodzeniu się jako nowy człowiek. Zakopywanie się w ziemi spełnia te kryteria. Jama, do której wchodzimy, wyobraża grób i zarazem łono matki (Matki-Ziemi!). Wyjście z grobu, które następuje zwykle o poranku, gdy rodzi się nowy dzień, kojarzy się z narodzinami i zmartwychwstaniem. Nasza podświadomość jest niezwykle czuła na tego typu bodźce i pełniej, mocniej przeżyje to doświadczenie niż nasz świadomy, krytyczny i ograniczony umysł.

Podobną inicjacyjną praktyką u Indian jest poszukiwanie wizji. W tym celu udają się na kilka dni w odludne miejsca, gdzie nie śpią, nie jedzą i nie piją, modląc się do swoich świętych mocy i czekając na pojawienie się wizji. Dziś, kiedy na zachodzie Ameryki trudno znaleźć bezludzie, w plemieniu Lakota zaczęto praktykować poszukiwanie wizji pod ziemią, to znaczy w uprzednio wykopanym dole.

O dobroczynnym działaniu grobu wspominał też słynny czarownik Juan Matus, nauczyciel Carlosa Castanedy.

 

Wędrówki do innych światów

Leżąc w "grobie", łatwo - niemal automatycznie - wchodzi się w wizyjne, transowe stany umysłu. Niezwykle wyostrzają się zmysły - zapewne dzięki temu, że w dole jest ciemno, ciało jest nieruchome, a ziemia tłumi dźwięki.

Wiele osób opowiadało, że miało wtedy wrażenie, iż - mimo otaczających je ciemności - w jakiś dziwny sposób "widziało" otoczenie wokół swego "grobu". Słyszało też dźwięki z miejsc odległych o wiele kilometrów, jak również dźwięki, których w rzeczywistości nie było! Na jednym z moich warsztatów kilkoro ludzi jednocześnie słyszało bębnienie i pieśni, chociaż na pewno nikt nie bębnił ani nie śpiewał.

W grobie zanika granica między jawą a snem. Odbywa się wędrówki po dziwnych miejscach, wydaje się, że wyłazi się z jamy, chodzi po okolicy (która jest jednak inna!), wraca się pod ziemię - i ocyka się ze zdziwieniem, że to jednak był sen. Coś dziwnego dzieje się też z czasem - skraca się lub wydłuża.

Najważniejsze są jednak myśli, uczucia i idee, które rodzą się w "grobie". Podziemna medytacja przyspiesza procesy umysłowe i w ciągu jednej nocy w mózgu wykluwają się takie pomysły i przedstawienia, na które w normalnym życiu trzeba by czekać nawet kilka lat.

Niektórzy uczestnicy moich warsztatów nie chcieli mówić o tym, co przeżyli w "grobie", tłumacząc, że były to rzeczy zbyt osobiste. Niektórzy nie wynieśli stamtąd wielkich wrażeń, ale kilka dni po wyjściu z jamy zaczynały się w ich życiu ważne zmiany.

Zakopywanie się w ziemi to praktyka o olbrzymiej mocy, w związku z czym nie należy jej zbyt często powtarzać.

Wojciech Jóźwiak

 

 

Wykop dół na swój rozmiar - tak żeby można się w nim było wygodnie położyć, wyciągnąć, rozprostować nogi i obrócić się na drugi bok. Następnie przykryj ten "grób" gałęziami, ziemią i darnią. Możesz też rozłożyć na gałęziach tkaninę i dopiero na to dać ziemię, żeby nie sypała się na Ciebie, kiedy będziesz już w jamie. W nogach zostaw otwór wentylacyjny i zamaskuj go wiązką trawy, aby do dołu dostawało się powietrze, ale światło - już nie. Przygotuj wreszcie koc czy inną grubą płachtę, którą zakryjesz otwór wejściowy. Możesz też kogoś poprosić, aby Ci pomógł i uszczelnił jamę, kiedy Ty będziesz już w środku.

Ciała nie przysypujemy bezpośrednio ziemią - ten dół to raczej dość ciasne podziemne pomieszczenie, w którym mamy dobre warunki do skupienia i medytacji. Najlepiej byłoby leżeć w "grobie" na gołej ziemi, ale w naszym chłodnym klimacie polecałbym jednak położenie się na karimacie, kocu czy innej podkładce, jednak nie za grubej. Z tego samego powodu raczej należy być ubranym (choćby w piżamę) i przykrytym, a nie leżeć nago, jak zaleca Victor Sanchez, który pracuje na południu USA, gdzie jest znacznie cieplej niż u nas.

Jak długo leży się w grobie? Na moich warsztatach zwykle jedną noc, od sześciu do dwunastu godzin. Sanchez urządza pogrzeby całodobowe, a nawet trzydniowe. Zasada jest taka, że jeśli ktoś raz z "grobu" wyjdzie, już do niego nie wraca.

Praktyki grobowe można odbywać w pojedynkę, można z czuwającym przez cały czas asystentem, najlepiej takim, który sam już kiedyś wykonywał takie ćwiczenie. Można też kłaść się do grobu w kilka czy kilkanaście osób na jednym polu - oczywiście każdy w osobnej jamie i w takiej odległości od siebie, żeby się wzajemnie nie słyszeć.

(Źródło Gwiazdy mówią)

Edited by Neozorro
Link to comment
Share on other sites

Szałas potów - czyli "sauna indiańska"

Zachodzi słońce. Zaraz zacznie się ściemniać. Po gorącym dniu robi się chłodno. Na równinie stoi ni to namiot, ni to igloo, w kształcie kopuły. Wkrótce przybędą tam duchy.

 

W niebo strzela słup ognia z ogniska. Wokół zbierają się ludzie. Trwa to czas jakiś. Słychać przyciszone rozmowy, odzywa się bęben. Ludzie zdejmują ubrania. Ktoś okadza wszystkich dymem z żarzących się ziół. Jeden po drugim przyklękają na ziemi przed szałasem i na czworakach wchodzą do środka. Wygląda to, jakby byli ściśliwi, bo wewnątrz małego szałasu mieści się spory ich tłumek. Przechodząc przez otwór wejściowy, wypowiadają półgłosem zaklęcie.

W środku jest ciasno, wszyscy siedzą jeden przy drugim. Prowadzący ceremonię daje hasło i pozostali przy ogniu ogniomistrze wyciągają z ogniska i wsuwają do szałasu rozżarzone kamienie, które świecą czerwonym blaskiem. Kamienie są witane i błogosławione niby członkowie rodziny, jak oczekiwani goście. Dotyka się ich wiązkami wonnej trawy, od której bucha pachnącym dymem. Pachnie też ziemia i pachną wierzbowe gałęzie, z których zrobiony jest szkielet szałasu. Kamienie, układane w jamie w środku kręgu, tworzą tajemnicze, świecące wzory. Robi się coraz goręcej. Ciała ludzi stłoczonych w szałasie spływają potem. Każdy z zebranych kolejno przywołuje swoje opiekuńcze duchy, swoich krewnych i swoich mistrzów. Gdy ktoś nie może już wytrzymać z gorąca, na głos ofiarowuje swoje cierpienie w wybranej intencji. Tak mniej więcej wygląda ceremonia szałasu potów, po angielsku sweatlodge (czyt. słetlodż). Gdzie to się dzieje? Na prerii? Na terytorium Lakotów lub Czarnych Stóp? Otóż nie - w Polsce. Ceremonia ta już dawno temu stała się znana poza granicami indiańskich rezerwatów. Urzeka coraz więcej białych i znajduje zwolenników również u nas.

 

W środku kosmicznego jaja

Sweatlodge jest jednym z elementów indiańskiej drogi opierającej się na kilku ceremoniach, z których najważniejsze i najbardziej znane są cztery: palenie świętej fajki, wyprawa po wizje (ang. vision quest), Taniec Słońca (ang. Sun Dance) i właśnie szałas potu, czyli indiańska sauna. Sweatlodge może być osobną ceremonią albo pierwszym etapem wyprawy po wizje czy któregoś z rytualnych tańców, przed którymi należy się oczyścić w saunie.

Pocenie się w szałasie z pewnością nie jest czynnością służąca tylko higienie i relaksowi. Sweatlodge, budowany według indiańskich wzorów, jest przede wszystkim potężnym generatorem psychicznej energii. Jest modelem świata takiego, jakim go widzą szamani: kopuła szałasu, którą się buduje z gałęzi, ociepla kocami i uszczelnia plandeką (dawniej - skórami jeleni), jest obrazem nieba, świata górnego; ziemia, na której siedzą uczestnicy, to świat środkowy, świat ludzi. Ale to nie wszystko, bo - jak się wierzy - sweatlodge naprawdę ma kształt kuli, której niewidzialna, dolna połowa znajduje się pod powierzchnią ziemi i stanowi świat podziemny. Widzialny szałas i niewidzialna podziemna część kuli razem tworzą energetyczną sferę, kulę, która jest kosmicznym jajem, modelem wszechświata w chwili jego powstawania. Środkiem tej kuli jest jama, do której wkłada się rozżarzone kamienie. To jądro owego generatora.

 

Ocalić swoją odrębność

Szałas potów ma moc przenoszenia do czasu Początku. Pozwala uczestnikom kontaktować się z duchami przodków. Pozwala też rozpocząć pracę nad swoją wewnętrzną przemianą, a to dlatego, że kiedy świadomość przesuwa się do jakiegoś zwrotnego momentu w życiu, na przykład do chwili, kiedy się popełniło poważny błąd, to dzięki tej ceremonii ma się możliwość cofnięcia skutków owego błędu.

Znawcy kultury Indian twierdzą, że plemiona zamknięte sto kilkadziesiąt lat temu w rezerwatach zaczęły z większą starannością praktykować ceremonię potu, aby uodpornić się na wpływy cywilizacji białego człowieka, stawić jej czoła i nie dać się sprowadzić do pozycji żebraków i lumpów. I to się Lakotom, Czarnym Stopom, Seminolom oraz innym udało. Ocalili siebie, swoją odrębność, swój świat.

 

Można narodzić się na nowo

Szałas potu i piec potu

Najprostszy i najczęściej spotykany szałas potu ma szkielet zrobiony z gałęzi, na który w dawnych czasach naciągano skóry jeleni lub bizonów. Współcześnie, zamiast skór, do ocieplania i uszczelniania używa się koców i plandek, a nawet plastikowej folii. Szkielet zbudowany jest zazwyczaj z kilkunastu gałęzi. Bywa też, że używa się ich znacznie więcej: 44 lub 100.

Łaźnie mogą jednak wyglądać całkiem inaczej. Pierwsi podróżnicy, którzy dotarli w rejony zamieszkiwane przez Mohawków (obecnie okolice Nowego Jorku), opisali szałasy obkładane i uszczelniane gliną. Nad Pacyfikiem sweatlodge budowano jako małą chatkę z sekwojowych desek. Majowie na południu, na terenach obecnego Meksyku, budowali łaźnie przypominające piece z gliny. Zwykle do łaźni wchodzi się i wychodzi tym samym otworem, ale bywają i takie szałasy, które kształtem bardziej przypominają rurę niż kopułę i mają dwa otwory: wejście i wyjście.

Ceremonia potu składa się zazwyczaj z czterech rund, podczas których cztery razy wylewa się wodę na kamienie, po czym donosi się nowe kamienie, rozgrzane w ognisku. W przerwach między rundami wietrzy się szałas. Według jednych prawideł można wyjść z szałasu na przerwę, według innych - wyjść można, ale wrócić już nie wolno. Różne bywa także podejście do udziału w ceremonii kobiet i mężczyzn. Indianie preferują osobne ceremonie kobiece i męskie, a jeśli już i kobiety, i mężczyźni wchodzą razem do szałasu, wtedy (u większości plemion) nie rozbierają się do naga. Biali miłośnicy indiańskiej łaźni ceremonię tę odbywają nago, nie przejmując się, że w szałasie są razem i mężczyźni, i kobiety. Białym też śmieszny i niepotrzebny wydaje się indiański zakaz, wedle którego do sauny nie mogą wchodzić kobiety podczas miesiączki.

Wnętrze szałasu potu kojarzy się także z przebywaniem w łonie matki - Matki Ziemi. Ceremonia ta, podobnie jak inne rytuały inicjacji, polega na symbolicznym pogrzebaniu starego człowieka i "wypieczeniu się" oraz narodzeniu nowego. W środku w szałasie siedzimy niby dojrzewające embriony w macicy - tak samo nadzy, tak samo stłoczeni i wystawieni na gorąco i wilgoć pobudzającą do wzrostu. Z sauny wychodzi się na czworakach, aby zaznaczyć, że ludzie po ceremonii muszą wszystkiego - także chodzenia z wyprostowanym kręgosłupem - uczyć się na nowo. Z tej samej przyczyny w szałasie wolno wydawać nieartykułowane dźwięki, gaworzyć, a nawet porykiwać.

 

Psychoterapia bez psychoterapeuty

Przebywanie w szałasie potu sprzyja medytacji, osiągnięciu wyższych stanów świadomości. Najcenniejsze pod tym względem są te momenty, kiedy od gorąca wprost wytrzymać nie można (wysoką temperaturę uzyskuje się też przez polewanie gorących kamieni wodą). I właśnie wtedy, kiedy czuje się, że już dłużej nie da się wytrwać, zaczyna się zacierać granica między jawą a snem, między czuwaniem a wizją. Pojawiają się ważne myśli, czy nawet objawienia. Można usłyszeć głosy przodków lub duchów opiekuńczych. Można zobaczyć - normalnie niedostępną - zawartość swojej nieświadomości.

Szałas potu działa podobnie jak dobry psychoterapeuta. Niejeden uczestnik tej ceremonii zapamiętał ją jako walkę - z własnymi lękami, słabościami, kompleksami blokującymi jego moc. I niejedna ceremonia sauny była miejscem zwycięstwa nad tymi słabościami.

 

Powstrzymany żywioł

Ja sam pierwszy raz w indiańskiej saunie byłem osiem lat temu, pod Lublinem. Szałas zbudowaliśmy pod komendą Davida Thomsona, który praktyki sweatlodge nauczył się w Stanach.

Szałas nie mieścił naraz wszystkich uczestników warsztatów; musieliśmy podzielić się na grupy i wchodzić na dwie lub trzy raty. Noc była gorąca i wilgotna. Na horyzoncie zbierały się burzowe chmury, grzmiało i błyskało. Nad ranem, kiedy ostatnia grupa wychodziła z sauny, jedna z chmur wreszcie zbliżyła się do nas. Zerwała się wichura, w powietrzu latał piasek i połamane gałęzie. W pobliskiej wsi piorun uderzył w transformator i w górę uniosła się kula błękitnego (od stopionej miedzi) ognia. Namioty fruwały w powietrzu. Wydało mi się znamienne, że żywioł rozpętał się dopiero pod koniec ceremonii.

 

4-3.jpg

 

Na zdjęciu mój pierwszy szałas na warsztatach u Wojtka Jóźwiaka w Zawadce Rymanowskiej (luty 2001)

 

Tekst i zdjęcia: Wojciech Jóźwiak

 

Wyjście z ciała

Frank Henderson MacEowen, amerykański (biały) szaman, tak wspomina:

Moje pierwsze formalne spotkanie z szamanizmem miało miejsce w roku 1980, kiedy miałem nie więcej niż dwadzieścia lat. Siedziałem w łaźni podczas ceremonii inipi (szałasu potu) prowadzonej przez "Dziadka“ Wallace Black Elk z ludu Lakota, z rezerwatu Rosebud w Południowej Dakocie. W pewnym momencie, podczas trzeciej rundy polewania kamieni, poczułem, jak coś wyciąga mnie z ciała i unosi ponad łaźnią. To nie była wizualizacja! Gdy zacząłem szybować ponad drzewami, oczami ducha zobaczyłem ogniomistrzów stojących wokół ognia, dbających, aby kamienie były dobrze nagrzane. Inny mężczyzna coś mówił cicho i się uśmiechał. Leciałem dalej w powietrzu ponad drzewami i w końcu znalazłem się, łagodnie dryfując, ponad pobliskim polem. Zobaczyłem kobietę, która siedziała na wzgórzu, modląc się w świetle zmierzchu. Zobaczyłem jelenia, który przebiegł przez szosę zaraz po tym, jak przejechała tamtędy furgonetka.

Nagle kolejny strumień wody uderzył o kamienie w łaźni inipi, a za nim wzniosła się fala pary z gorącej jamy, i tak samo szybko, jak wcześniej moja dusza opuściła ciało, tak teraz zostałem z powrotem wciągnięty do ciała i do kompletnej ciemności w łaźni. Po wylądowaniu na nowo w ciele ciężko chwyciłem powietrze, a mój mistrz, "Dziadek" Wallace, tylko mruknął: "Ho!".

 

Źródło: ŁAŹNIA DUCHÓW - ŁAŹNIA DUCHÓW - Gwiazdy mówią

Edited by Neozorro
Link to comment
Share on other sites

Sweatlodge jest jednym z elementów indiańskiej drogi opierającej się na kilku ceremoniach, z których najważniejsze i najbardziej znane są cztery: palenie świętej fajki, wyprawa po wizje (ang. vision quest), Taniec Słońca (ang. Sun Dance) i właśnie szałas potu, czyli indiańska sauna. Sweatlodge może być osobną ceremonią albo pierwszym etapem wyprawy po wizje czy któregoś z rytualnych tańców, przed którymi należy się oczyścić w saunie.

 

chciałam jeszcze tylko tak orientacyjnie ...w tej saunie to jak rozumiem jakieś obrzędy etc. A kto je przeprowadza? No i jeszcze najistotniejsze ...co jest do palenia w tej fajce??

Link to comment
Share on other sites

chciałam jeszcze tylko tak orientacyjnie ...w tej saunie to jak rozumiem jakieś obrzędy etc. A kto je przeprowadza? No i jeszcze najistotniejsze ...co jest do palenia w tej fajce??

Powyższy opis dotyczy ceremonii szałasu potów, który jest odbywany przez Indian.

Praktycznie każde plemię ma swoją ceremonię, czasem bardzo różniącą się od innych.

Jedni palą fajkę, inni nie. Sama konstrukcja szałasu też się różni od tego co robią różne inne plemiona.

To co my robimy jest jakby "zesłowiańszczeniem" tej ceremonii.

Pisze o tym szerzej Wojciech Jóźwiak Taraka: Szałas potu

A co do fajki, to my w swoich szałasach jej nie używamy.

Link to comment
Share on other sites

yhy czyli tylko opis, a w rzeczywistości to troche inaczej :[

Bo ja chciałam tam zabrać kilku znajomków , tylko że oni przyjadą tu na wakacje i z tego względu też nie wiem czy to nie będzie obciach jak zobaczą taką podróbkę, a tym bardziej że fajkę pokoju lubią zakurzyć,...hmmm.

Link to comment
Share on other sites

Do tej pory odbyłem coś około 50 takich szałasów i wcale nie uważam że jest to jakiś obciach czy prowizorka.

Nie przeprowadzamy jakichś ceremonii z fajkami bo po prostu nie mamy na to przekazu od Indian, co wcale nie oznacza, że nasze szałasy są pozbawione MOCY.

Z doświadczenia wiem że są dla każdego mocnym przeżyciem duchowym i dostarczają takich wrażeń, dla których osoby które w nich zasmakowały są gotowe nawet do tego, aby przejechać setki kilometrów by czegoś takiego doświadczyć.

Link to comment
Share on other sites

Tak w ogóle to może zacznij praktykować coś swojego bo to dopiero pogłębia a w książkach masz w większości głupotę którą musisz przerobić z polskiego na nasze... Fajnie, że cie to fascynuje, ale zacznij sam się zastanawiać, zdawać sobie sprawę jak i doświadczać to dopiero jest magią. Bo samo czytanie z tablic nie zrobi z ciebie matematykiem.

Link to comment
Share on other sites

Tak w ogóle to może zacznij praktykować coś swojego bo to dopiero pogłębia a w książkach masz w większości głupotę którą musisz przerobić z polskiego na nasze... Fajnie, że cie to fascynuje, ale zacznij sam się zastanawiać, zdawać sobie sprawę jak i doświadczać to dopiero jest magią. Bo samo czytanie z tablic nie zrobi z ciebie matematykiem.

 

A cóż ja innego robię od kilkunastu lat?

Właśnie opieram się na swoich własnych doświadczeniach a nie tych tylko wyczytanych z książek.

Link to comment
Share on other sites

Chodzenie po ogniu

Praktycznie w każdym rejonie świata chodziło się bądź chodzi po ogniu. Najbardziej znane jest ono np. w Indiach, na wyspie Bali, czy też na Hawajach gdzie tamtejsi strażnicy tajemnicy, kahuni, chodzą po ledwo zakrzepłej, gorącej lawie.

W krajach słowiańskich chodzenie po ogniu znane jest w Bułgarii, gdzie nosi nazwę nestinarstwo. Biorą w tym udział kobiety zwane nestinarki, które podczas przechodzenia przez ogień doznają transu, mając wrażenie, jakby niemal nie dotykały podłoża. Często też robi się tam chodzenie po ogniu dla turystów.

Znany z chodzenia po ogniu jest też pewien klasztor w Grecji, gdzie mnisi chodzą a właściwie tańczą po ogniu z ikonami w rękach.

Ja nauczyłem się chodzenia po ogniu od Wojtka Jóźwiaka na prowadzonych przez niego warsztatach tzw „twardej ścieżki”

 

og%20012.jpg

 

"Chodzeniu po ogniu", polega na przejściu bosymi stopami po ścieżce żarzącego się węgla drzewnego, powstałego po spaleniu się większej ilości drewna.

Temperatura żaru wynosi 600-800 stopni Celsjusza. Węgiel drzewny jest jednak, mimo swojej wysokiej temperatury, substancją przyjazną dla naszych stóp. Skóra stóp reaguje na żar zwiększonym wydzielaniem potu, a ten, parując, jeszcze dodatkowo chłodzi podeszwy. Dlatego wkraczając na „ścieżkę ognia” mamy wrażenia, jakbyśmy stąpali po puszystym dywanie.

Chodzenie po ogniu jest czynnością naturalną i zgodną z prawami fizyki, jednak nie umniejsza to jego znaczenia w pracy z umysłem. Wymaga ono przezwyciężenia głęboko zakorzenionych oporów, jest aktem zwycięstwa nad samym sobą i praktyką ogromnie energetyzującą i podnoszącą na duchu. Dla tych, co przeszli po ogniu, cały świat praktycznie stoi otworem i nie ma żadnych ograniczeń.

Przekonać się o tym może tylko ten, kto stojąc przed ścieżką ognia , będzie w stanie przełamać swój strach i przejść po ogniu. W tym momencie wszystkie inne problemy robią się bardzo małe.

Może więc warto jest się odważyć?

 

ogn-dolne1.jpg

 

Zwykle chodzenie po ogniu odbywa się po zmierzchu, po ciemku. Chociaż znane są też przypadki praktykowania tego w dzień.

Wejście w ogień powinno być poprzedzone starannym przygotowaniem. Na kilka godzin przed przejściem po ogniu powinna być zachowana atmosfera pełna skupienia.

Wszystkie czynności przy przygotowywaniu ogniska i terenu powinny być prowadzone wspólnie, co integruje grupę. Następnie przygotowujemy się do przejścia przez ogień przez wspólną grę na bębnach, grzechotkach i innych przeszkadzajkach.

Wcześniej robi się też różne pomocne ćwiczenia jak np. marsz transowy czy też bieg do głosu z zawiązanymi oczami.

Ćwiczy się też tzw „krok ogniowy”, czyli krok, którym przechodzimy przez ogień. Krok ten jest szybki, zdecydowany i rytmiczny. Nie należy patrzeć pod stopy ani na boki. Wzrok mamy skierowany przed siebie, patrzymy na linię horyzontu przed sobą.

 

Zwykle też przechodzi się przez ogień w jakiejś intencji, dlatego każdy po kolei wrzuca coś do ognia, wypowiadając głośno lub w duchu swoją intencję.

Prowadzący ofiarowuje ogniowi alkohol i piołun lub szałwię. Tuż przed samym wejściem, podobnie, sypie na węgle ścieżki sproszkowane zioła.

Zanim prowadzący wejdzie jako pierwszy na ścieżkę , staje przed ścieżką ognia przez dłuższą chwilę i rozmawia w duchu z ogniem. Prosi ogień o pozwolenie, by po nim przejść. Może się też zdarzyć, że ogień nie wyraża zgody na przejście. Wtedy prowadzący po chwili ponawia pytanie. Jeśli i tym razem ogień nie wyrazi zgody,to powinien odwołać całe działanie. Jednak zdarza się to niezwykle rzadko.

Jeśli ogień jest przychylny, prowadzący pierwszy przechodzi przez ogień, po czym staje na drugim końcu ścieżki i zaprasza innych do przejścia .Tych, którzy przejdą , prowadzący bierze w objęcia, gratulując im tego czego dokonali.

Zwykle nie powinno robić się zdjęć w czasie pierwszego przejścia, lecz dopiero przy następnych aby zbytnio nie rozpraszać uczestników.

Po zakończeniu przejścia węgle ze ścieżki zgrabiamy z powrotem na stos i dopalamy ognisko.

Wszyscy uczestnicy zbierają się przy ognisku i wyrażają swoja radość z przejścia po ogniu.

 

og%20040.jpg

 

Bardzo rzadko, ale zdarza się, że ogień jednak parzy.

Przyczyny tego mogą być różne:

- niedostateczne przygotowanie uczestników

rozproszenie

niewłaściwy stan umysłu

błędy w urządzeniu miejsca i ścieżki,

zbyt wczesne wejście na ścieżkę, kiedy węgiel za bardzo się pali;

 

Poza tym zdarza się też, że ogień parzy bez żadnej widocznej przyczyny.

Ogień zawsze pozostaje żywiołem nieobliczalnym i dlatego zawsze należy traktować go z szacunkiem i respektem.

Z drugiej strony, wchodząc na ogień, musisz mieć do niego pełne zaufanie, a wtedy ogień okazuje się przyjazny.

Ciepło w stopach zwykle utrzymuje się przez kilka dni. Dlatego polecam chodzenie po ogniu szczególnie chodzenie po ogniu tym, co maja zimne nogi.

Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share

×
×
  • Create New...