Jump to content

Bajeczki z morałem


Guest arkad

Recommended Posts

Dzień dobry Państwu,

w tym temacie będę przeklejał bajki z morałem z wątku

GoldenLine.pl

do którego nie każdy ma dostęp, trza się rejestrować itd., ku pokrzepieniu serc.

Na pierwszy ogień coś o pośpiechu:

"Pewien mnich uskarżał się Bogu, że aż pięć razy dziennie Go odwiedza, a Pan Bóg jeszcze ani razu w życiu nie był u niego. Bóg się uśmiechnął i obiecał, że jutro złoży mu wizytę. Zakonnik zrobił wielkie sprzątanie (takie jak na Wielkanoc), a później czekał na obiecane odwiedziny. W tym czasie trzy razy wzywano go na furtę: do dziecka - dał mu jabłko; do żebraka - obdarował go bochenkiem chleba; do szukającego rady - pożyczył mu książkę. Za każdym razem bardzo się spieszył, aby nie przegapić odwiedzin Dostojnego Gościa. Ale On jakoś nie przychodził.

 

Następnego dnia na modlitwie robi Panu Bogu gorzkie wyrzuty, że nie dotrzymał słowa. Bóg uśmiechnął się, pokazał jabłko, chleb i książkę i powiedział:

 

- Trzy razy chciałem cię odwiedzić, ale za każdym razem nie miałeś dla mnie czasu."

 

Kazimierz Wójtowicz - "Alikwoty"

P.S Zastrzegam sobie prawo do pisania postu pod postem ( o ile to zabronione)

Link to post
Share on other sites

Korzystając z tego, że nastał kolejny dzień dostajecie kolejną bajeczkę, a nawet dwie

 

"W brzuchu ciężarnej kobiety były bliźniaki. Pierwszy zapytał się drugiego:

- Wierzysz w życie po porodzie?

- Jasne. Coś musi tam być. Mnie się wydaje, że my właśnie po to tu jesteśmy, żeby się przygotować na to co będzie potem.

 

- Głupoty. Żadnego życia po porodzie nie ma. Jak by miało wyglądać?

- No nie wiem, ale będzie więcej światła. Może będziemy biegać, a jeść buzią....

- No to przecież nie ma sensu! Biegać się nie da! A kto widział żeby jeść ustami! Przecież żywi nas pępowina.

- No ja nie wiem, ale zobaczymy mamę a ona się będzie o nas troszczyć.

- Mama? Ty wierzysz w mamę? Kto to według Ciebie w ogóle jest?

- No przecież jest wszędzie wokół nas... Dzięki niej żyjemy. Bez niej by nas nie było.

- Nie wierzę! Żadnej mamy jeszcze nie widziałem czyli jej nie ma...

- No jak to? Przecież jak jesteśmy cicho, możesz posłuchać jak śpiewa, albo poczuć jak głaszcze nasz świat. Wiesz, ja myślę, że prawdziwe życie zaczyna się później."

 

***

 

"W pewnym mieście wszyscy byli zdrowi i szczęśliwi. Każdy z jego mieszkańców rozdawał innym coś, czego coraz bardziej przybywało. Wszyscy swobodnie obdarowywali się Ciepłym i Puchatym wiedząc, że nigdy go nie zabraknie.

 

Matki dawały Ciepłe i Puchate dzieciom, kiedy wracały do domu; żony i mężowie wręczali je sobie na powitanie, po powrocie z pracy, przed snem; nauczyciele rozdawali w szkole, sąsiedzi na ulicy i w sklepie, znajomi przy każdym spotkaniu; nawet groźny szef w pracy nierzadko sięgał do swojego woreczka z Ciepłym i Puchatym. Nikt tam nie chorował i nie umierał, a szczęście i radość mieszkały we wszystkich rodzinach.

 

Pewnego dnia do miasta sprowadziła się zła czarownica, która żyła ze sprzedawania ludziom leków i zaklęć przeciw różnym chorobom i nieszczęściom. Szybko zrozumiała, że nic tu nie zarobi, więc postanowiła działać. Poszła do jednej młodej kobiety i w najgłębszej tajemnicy powiedziała jej, żeby nie szafowała zbytnio swoim Ciepłym i Puchatym, bo się skończy, i żeby uprzedziła o tym swoich bliskich. Kobieta schowała swój woreczek głęboko na dno szafy i do tego samego namówiła męża i dzieci. Stopniowo wiadomość rozeszła się po całym mieście, ludzie poukrywali Ciepłe i Puchate, gdzie kto mógł. Wkrótce zaczęły się tam szerzyć choroby i nieszczęścia, coraz więcej ludzi zaczęło umierać.

 

Czarownica z początku cieszyła się bardzo: drzwi jej domu na dalekim przedmieściu nie zamykały się. Lecz wkrótce wyszło na jaw, że jej specyfiki nie pomagają i ludzie przychodzili coraz rzadziej. Zaczęła więc sprzedawać Zimne i Kolczaste, co trochę pomagało, bo przecież był to-wprawdzie nie najlepszy-ale zawsze jakiś kontakt. Już nie umierali tak szybko, jednak ich życie toczyło się wśród chorób i nieszczęść.

 

I byłoby tak może do dziś, gdyby do miasta nie przyjechała pewna kobieta, która nie znała argumentów czarownicy. Zgodnie ze swoimi zwyczajami zaczęła całymi garściami obdzielać Ciepłym i Puchatym dzieci i sąsiadów. Z początku ludzie dziwili się i nawet nie bardzo chcieli przyjmować- bali się, że będą musieli oddać. Ale kto by tam upilnował dzieci ! Brały, cieszyły się i kiedyś jedno z drugim powyciągały ze schowków swoje woreczki i znów, jak dawniej zaczęły rozdawać.

 

Jeszcze nie wiemy, czym się skończy ta bajka. Jak będzie dalej, zależy od Ciebie."

Link to post
Share on other sites

Uwaga, zwiększam częstotliwość bajeczek:

 

Każdego poranka bogaty i wszechpotężny król Bengodi odbierał hołdy swoich poddanych.

W swoim życiu zdobył już wszystko to, co można było zdobyć

i zaczął się trochę nudzić.

 

Pośród różnych poddanych zjawiających się codziennie na dworze,

każdego dnia pojawiał się również punktualnie pewien cichy żebrak.

Przynosił on królowi jabłko, a potem oddalał się równie cicho jak wchodził.

 

Król, który przyzwyczajony był do otrzymywania wspaniałych darów,

przyjmował dar z odrobiną ironii i pobłażania, a gdy tylko żebrak się odwracał,

drwił sobie z niego, a wraz z nim cały dwór.

Jednak żebrak tym się nie zrażał.

 

Powracał każdego dnia, by przekazać królewskim dłoniom kolejny dar.

Król przyjmował go rutynowo

i odkładał jabłko natychmiast do przygotowanego na tę okazję koszyka

znajdującego się blisko tronu.

Były w nim wszystkie jabłka cierpliwie i pokornie przekazywane przez żebraka.

Kosz był już prawie całkiem pełen.

 

Pewnego dnia ulubiona królewska małpa wzięła jedno jabłko i ugryzła je,

po czym plując nim, rzuciła pod nogi króla.

Monarcha oniemiał z wrażenia, gdy dostrzegł wewnątrz jabłka migocącą perłę.

Rozkazał natychmiast, aby otworzono wszystkie owoce z koszyka.

W każdym z nich, znajdowała się taka sama perła.

 

Zdumiony król kazał zaraz przywołać do siebie żebraka i zaczął go przepytywać.

 

"Przynosiłem ci te dary, panie - odpowiedział człowiek - abyś mógł zrozumieć,

że życie obdarza cię każdego dnia niezwykłym prezentem,

którego ty nawet nie dostrzegasz i wyrzucasz do kosza.

Wszystko dlatego, że jesteś otoczony nadmierną ilością bogactw.

Najpiękniejszym ze wszystkich darów jest każdy rozpoczynający się dzień"

 

Bruno Ferrero "Kółka na wodzie"

 

***

 

"Dwa podróżujące anioły zatrzymały się na noc w domu bogatej rodziny. Rodzina była niegrzeczna i odmówiła aniołom nocowania w pokoju dla gości, który znajdował się w ich rezydencji.

W zamian za to anioły dostały miejsce w małej, zimnej piwnicy.

Po przygotowaniu sobie miejsca do spania na twardej podłodze, starszy anioł zobaczył dziurę w ścianie i naprawił ją.

Kiedy młodszy anioł zapytała dlaczego to zrobił, starszy odpowiedział: „Rzeczy nie zawsze są takie na jakie wyglądają.”

Następnej nocy anioły przybyły do biednego, ale bardzo gościnnego domu farmera i jego żony, by tam odpocząć.

Po tym jak farmer podzielił się resztą jedzenia jaką miał, pozwolił spać aniołom w ich własnym łóżku, gdzie mogły sobie odpocząć.

Kiedy następnego dnia wstało słońce, anioły znalazły farmera i jego żonę zapłakanych.

Ich jedyna krowa, której mleko było ich jedynym dochodem, leżała martwa na polu.

Młodszy anioł był w szoku i zapytał starszego anioła:

„Jak mogłeś do tego dopuścić? Pierwsza rodzina miała wszystko i pomogłeś im.” – oskarżył. „Druga rodzina miała niewiele i dzieliła się tym, co miała, a ty pozwoliłeś, aby jedyna ich krowa zdechła.”

„Rzeczy nie zawsze są takie na jakie wyglądają” – odpowiedział starszy anioł.

„Kiedy spędzaliśmy noc w piwnicy tej rezydencji, zauważyłem że w tej dziurze w ścianie było schowane złoto.

Od czasu, kiedy właściciel się dorobił, stał się chciwcem niechętnym do tego, by dzielić się własną fortuną.

W związku z tym zakleiłem tę dziurę w ścianie, by nie mógł znaleźć złota znajdującego się tam.

W noc, którą spędziliśmy w domu biednego farmera, Anioł śmierci przyszedł po jego żonę.

W zamian za nią dałem mu ich krowę. Rzeczy nie zawsze są takie na jakie wyglądają.”

Link to post
Share on other sites

dobrze drogie dzieci teraz:

 

JAK BÓG STWORZYŁ MAMĘ

 

Dobry Bóg zdecydował, że stworzy... MATKĘ.

Męczył się z tym już od sześciu dni, kiedy pojawił się przed Nim anioł i zapytał:

- To na nią tracisz tak dużo czasu, tak?

 

Bóg rzekł:

- Owszem, ale czy przeczytałeś dokładnie to zarządzenie?

Posłuchaj, ona musi nadawać się do mycia prania,

lecz nie może być z plastiku... powinna składać się ze stu osiemdziesięciu części,

z których każda musi być wymienialna...

żywić się kawą i resztkami jedzenia z poprzedniego dnia...

umieć pocałować w taki sposób, by wyleczyć wszystko -

od bolącej skaleczonej nogi aż po złamane serce...

no i musi mieć do pracy sześć par rąk.

 

Anioł z niedowierzaniem potrząsnął głową:

 

- Sześć par?

 

- Tak! Ale cała trudność nic polega na rykach

 

- rzekł dobry Bóg.

 

Najbardziej skomplikowane są trzy pary oczu, które musi posiadać mama.

 

- Tak dużo?

 

Bóg przytaknął:

 

-Jedna para, by widzieć wszystko przez zamknięte drzwi,

zamiast pytać: "Dzieci, co tam wyprawiacie?".

Druga para ma być umieszczona z tyłu głowy,

aby mogła widzieć to, czego nie powinna oglądać,

ale o czym koniecznie musi wiedzieć. I jeszcze jedna para,

żeby po kryjomu przesłać spojrzenie synowi,

który wpadł w tarapaty: "Rozumiem to i kocham cię".

 

- Panie - rzekł anioł, kładąc Boga rękę na ramieniu - połóż się spać.

Jutro te jest dzień

 

- Nie mogę odparł Bóg a zresztą już prawie skończyłem.

 

Udało mi się osiągnąć to, że sama zdrowieje, jeśli jest chora,

że potrafi przygotować sobotnio-niedzielny obiad

na sześć osób z pół kilograma mielonego misa

oraz jest w stanie utrzyma pod prysznicem dziewięcioletniego chłopca.

 

Anioł powoli obszedł ze wszystkich stron model matki,

przyglądając mu się uważnie, a potem westchnął:

 

- Jest zbyt delikatna.

 

- Ale za to jaka odporna! - rzekł z zapałem Pan.

 

- Zupełnie nie masz pojęcia o tym,

co potrafi osiągnąć lub wytrzymać taka jedna mama.

 

- Czy umie myśleć?

 

- Nie tylko. Potrafi także zrobić najlepszy użytek z szarych komórek

oraz dochodzić do kompromisów.

 

Anioł pokiwał głową,

podszedł do modelu matki przesunął palcem po jego policzku.

 

- Tutaj coś przecieka - stwierdził.

 

- Nic tutaj nie przecieka - uciął krótko Pan. - To łza.

 

- A do czego to służy?

 

- Wyraża radość, smutek, rozczarowanie, ból, samotność i dumę.

 

- Jesteś genialny! - zawołał anioł.

- Prawdę mówiąc, to nie ja umieściłem tutaj tę łzę

- melancholijnie westchnął Bóg.

 

To nie Bóg stworzył łzy. Dlaczego zatem my mielibyśmy to czynić?

Link to post
Share on other sites

dwie bajeczki na dzień dobry

 

W kadłubie pewnego olbrzymiego statku znajdowała się mała śrubka. Malutka i

niezauważalna, która tak samo jak wiele innych, równie mało ważnych śrubek,

łączyła ze sobą olbrzymie metalowe płyty.

 

Podczas długiej podróży przez Ocean Indyjski, mała śrubka stwierdziła, że ma

już dosyć swojej szarej i przez nikogo nie zauważanej egzystencji (przez

wiele lat nie znalazł się nikt, kto by za to wszystko, co robiła, powiedział

chociażby małe <<dziękuję>>). Stwierdziła wówczas: <<Mam tego dość!

Odchodzę!>>.

 

<<Jeśli ty odejdziesz, odejdziemy również my!>>, powiedziały pozostałe

śruby.

 

Rzeczywiście, zaledwie tylko mała śrubka zaczęła tańczyć po swoim niewielkim

mieszkanku, również pozostałym przyszła ochota odkręcenia się. W tym

uwolnieniu pomagała im każda przepływająca fala.

 

Wówczas wszystkie gwoździe, które łączyły ze sobą kadłub statku

protestowały: <<W ten sposób również i my będziemy zmuszeni, aby porzucić

swoje zajęcie...>>.

 

<<Na miłość boską, opamiętajcie się!>>, krzyknęły do śrub metalowe płyty.

<<Jeśli nie będzie nikogo, kto spowoduje, że będziemy się razem trzymały,

nie uda nam się przeżyć!>>.

 

Bunt małej śrubki, która zaczęła odmawiać swojego obowiązku, zaraził w

mgnieniu oka pozostałe części gigantycznego statku.

 

Dziób statku, który wcześniej z odwagą przecinał potężne fale oceanu, zaczął

nagle żałośnie skrzypieć i drżeć.

 

Wtedy to wszystkie płyty, więzy, listwy, śrubki, a nawet malutkie gwoździe,

skierowały swą odezwę do zbuntowanej śrubki, błagając ją, aby zechciała

zaniechać swojego zamiaru:

 

<<Cały statek roztrzaska się, zatonie i nikt z nas nie zobaczy już więcej

ojczyzny>>.

 

Dopiero wówczas mała śrubka poczuła się wreszcie zauważona, zrozumiała

nagle, że jest kimś o wiele ważniejszym, niż myślała. Postanowiła oznajmić

wszystkim, że zdecydowała się pozostać na swoim miejscu.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

„Było to daleko stąd na pewnej farmie.

Któregoś dnia osioł farmera wpadł do głębokiej studni.

Zwierzę krzyczało żałośnie godzinami, nikt nie przyszedł mu z pomocą. A właściciel? Farmer zastanawiał się, co zrobić.

Zdecydował. Zwierzę było stare, a studnię i tak trzeba było zasypać.

Nie warto było wyciągać z niej osła. Zwołał wszystkich swoich sąsiadów do pomocy...

 

Wzięli łopaty i zaczęli zasypywać studnię śmieciami i ziemią.

Z początku osioł zorientował się, co się dzieje i zaczął krzyczeć przerażony. Nagle, ku zdumieniu wszystkich, osioł uspokoił się.

Kilka łopat później farmer zajrzał do studni. Zdumiał się tym, co zobaczył.

Za każdym razem, gdy kolejna porcja śmieci spadała na ośli grzbiet, otrząsnął się i wspinał o krok ku górze.

W miarę, jak sąsiedzi farmera sypali śmieci i ziemię na zwierzę, ono otrzepywało się i wspinało o kolejny krok.

Niebawem wszyscy ze zdumieniem zobaczyli, jak osioł przeskakuje krawędź studni i szczęśliwy, oddala się truchtem!

 

Życie będzie zasypywać Cię śmieciami, każdym rodzajem brudów.

Sposób, aby wydostać się z dołka, to otrząsnąć się i zrobić krok w górę.

Każdy z naszych kłopotów to jeden stopień ku wolności"

Link to post
Share on other sites

i w porze obiadowej też coś dostaniecie, a co!

Gdy Józef i Maryja wędrowali do Betlejem, jeden z Aniołów zebrał wszystkie zwierzęta, aby wybrać najbardziej przydatne do niesienia pomocy Świętej Rodzinie w stajence.

 

Jako pierwszy naturalnie zgłosił się lew:

- Jedynie król zwierząt jest godny służyć królowi świata – zaryczał. Stanę u wejścia i rozszarpię każdego, kto się zbliży do stajenki !

- Jesteś zbyt gwałtowny – powiedział Anioł.

 

Zaraz potem zbliżył się lis. Z miną chytrą powiedział:

- Jestem najodpowiedniejszy. Dla Syna Bożego codziennie będę kraśc najlepszy miód i przynosił śliczną kurkę.

- Jesteś zbyt nieuczciwy – powiedział Anioł.

 

Nadszedł paw, dumny i wspaniały.

- Przekształcę tę biedną stajenkę w pałac królewski, piękniejszy od pałacu Salomona.

- Jesteś zbyt pyszny – powiedział Anioł.

 

Wiele zwierząt przeszło przed Aniołem, każde chwaliło swój dar. Na próżno. Anioł nie mógł znaleźć odpowiedniego. Zobaczył jednak, że osiołek i wół nadal pracowały ze spuszczoną głową na polu wieśniaka, w pobliżu groty. Anioł przywołał ich.

 

- A wy nic nie macie do zaoferowania Dzieciątku ?

- Nie – odpowiedział odpowiedział smutno osiołek. Nie nauczyliśmy się niczego po za cierpliwością.

Ale wół nieśmiało, nie podnosząc nawet oczu, powiedział:

- Moglibyśmy jednak od czasu do czasu odpędzić muchy naszymi ogonami.

Anioł uśmiechnął się wreszcie i powiedział.

- Właśnie wy nadajecie się do żłóbka!

 

ps. pokora jednak popłaca:)

 

***

 

"...Pewnego dnia, pewien stary profesor zostal zaangazowany aby

przeprowadzic

kurs dla grupy dwunastu szefow wielkich koncernow amerykanskich, na temat

skutecznego planowania czasu.

Kurs ten był jednym z pieciu modułow przewidzianych na dzien szkolenia.

Stary profesor miał wiec do dyspozycji tylko jedna godzine by wyłozyc

swoj przedmiot.

Stojac przed ta elitarna grupa (ktora byla gotowa zanotowac wszystko,

czego ekspert bedzie nauczał), stary profesor popatrzyl powoli na kazdego

z osobna, nastepnie powiedzial: "Przeprowadzimy doswiadczenie".

Z pod biurka, ktore go oddzielalo od studentow, stary profesor wyjal

wielki dzban (o pojemności 4 litrów), ktory postawił delikatnie przed

soba.

Nastepnie wyjał okolo dwunastu kamieni, wielkości pilki do tenisa, i

delikatnie włozył je kolejno do dzbana.

Gdy dzban był wypełniony po brzegi i niemożliwym było dorzucenie jeszcze

jednego kamienia, podniosl wzrok na swoich studentow i zapytal ich:

"Czy dzban jest pelen?"

Wszyscy odpowiedzieli: "Tak"

Poczekal kilka sekund i dodał: "Na pewno?".

Nastepnie pochylil się znowu i wyjal spod biurka naczynie wypelnione

zwirem.

Delikatnie wysypal zwir na kamienie po czym potrzasnal lekko dzbanem.

Zwir zajal miejsce miedzy kamieniami... az do dna dzbana.

Stary profesor znow podniosl wzrok na audytorium i znow zapytal:

"Czy dzban jest pelen?"

Tym razem studenci zaczeli rozumiec.

Jeden z nich odpowiedzial: "Prawdopodobie nie"

"Dobrze" odpowiedzial stary profesor.

Pochylil się jeszcze raz i wyjal spod biurka naczynie z piaskiem.

Z uwaga wsypal piasek do dzbana. Piasek zajal wolna przestrzen miedzy

kamieniami i zwirem.

Jeszcze raz zapytal: "Czy dzban jest pelen?"

Tym razem, bez zajaknienia, studenci odpowiedzieli chorem:

"Nie"

"Dobrze" odpowiedzial stary profesor.

I tak, jak się spodziewali, wziął butelke wody, ktora stala na biurku

i wypełnił dzban az po brzegi .

Stary profesor podniosl wzrok na grupe studentow i zapytal ich:

"Jaka wielka prawde ukazuje nam to doswiadczenie?"

Niegłupi, najbardziej odwazny z uczniow, biorac pod uwage przedmiot kursu,

odpowiedzial: "To pokazuje, że nawet jesli nasz kalendarz jest calkiem

zapelniony, jesli naprawde chcemy, mozemy dorzucic wiecej spotkan, wiecej

rzeczy do zrobienia".

"Nie" odpowiedzial stary profesor, "To nie o to chodzlło".

"Wielka prawda, ktora przedstawia to doswiadczenie jest nastepujaca:

jesli nie włozymy kamieni, jako pierwszych do dzbana, pozniej nie bedzie

to mozliwe".

Zapanowalo głębokie milczenie, kazdy uswiadomil sobie oczywistosc tego

stwierdzenia.

Stary profesor zapytal ich:

"Co stanowi kamienie w waszym zyciu?" "Wasze zdrowie?" "Wasza rodzina?"

"Przyjaciele?" "Zrealizowanie marzen?" "Robienie tego, co jest Wasza

pasja?" "Uczyc sie?" "Odpoczywac?" "Dac sobie czas...?" "Albo jeszcze cos

innego?"

"Nalezy zapamietac, że najważniejsze jest włozyc swoje KAMIENIE jako

pierwsze do zycia, w przeciwnym wypadku ryzykujemy przegranie własnego

życie .Jesli damy pierwszenstwo drobiazgom (zwir, piasek), wypełnimy życie

drobiazgami i nie bedziemy miec wystarczajaco duzo cennego czasu, by

poswiecic go na

wazne elementy zycia. Zatem nie zapomnijcie zadac sobie pytania:

"Co stanowi kamienie w moim życiu?"

Następnie, włozcie je na poczatku do waszego dzbana (życia)"

Przyjacielskim gestem dloni, stary profesor pozdrowil audytorium

i powoli opuścił salę."

 

P.S nie ważne jak pełne jest Twoje życie, zawsze znajdzie się miejsce na jedno piwo :)

Link to post
Share on other sites

dwie bajeczki dla lili

 

"Z dwu braci młodszy był żonaty i miał dzieci, starszy nie miał żony i żył samotnie.

Wspólnie uprawiali duże pole, siejąc na nim pszenicę. Gdy nastał czas zbiorów, zżęli zboże i układali snopki w dwie sterty, dla każdego z braci jedną.

Starszy brat obudził się w środku nocy i powiedział do

siebie:

- Mój brat musi troszczyć się o utrzymanie żony i dzieci; właściwie nie powienien brać tak wiele snopków.

Po czym wstał i dołożył część snopków do sterty brata. Wkrótce potem obudził sę młodszy brat i pomyślał sobie w duchu:

- Mój brat nie ma dzieci; kto się o niego zatroszczy, gdy będzie

stary? Właściwie powinienem był wziąć mniej snopków.

I także on podniósł się i dołożył część snopków do sterty brata. Następnego ranka bracia zauważyli, że licza ich snopków nie zmieniła się.

Zdziwili się tym, ale nic do siebie nie powiedzieli. Gdy nastał wieczór każdy z braci postanowił uczynić to samo, co ubiegłej nocy. Los sprawił, że spotkali się w chwili,

gdy jeden drugiemu chciał podrzucić swe snopki.

Poruszeni tak wielką wzajemną życzliwością, objęli się serdecznie.

Zaś Bóg spoglądał na nich z nieba i rzekł: "Święte to miejsce, które stało się świadkiem tak głębokiej braterskiej miłości."

 

***

 

"Po wypełnieniu prostego i pogodnego życia zmarła pewna kobieta i znalazla się natychmiast w długiej i uporządkowanej procesji osób, które przesuwały się powoli w stronę Najwyższego Sędziego.

Przesunąwszy sie do połowy kolejki coraz bardziej przysłuchiwała sie słowom Boga. Słyszala, jak Bóg mówił do kogoś:

- Ty, co mi pomogłeś, kiedy miałem wypadek na drodze i zawiozłeś mnie do szpitala, wstąp do mojego Raju.

Potem mówił do kogoś innego:

- Ty, co bez żadnego zysku pożyczyłeś wdowie pieniądze, wstąp, aby otrzymać wieczną nagrodę.

A potem znów:

- Ty, który wykonywałeś bezpłatnie bardzo skomplikowane operacje

chirurgiczne, pomagając mi przynosić wielu ludziom nadzieję, wstąp do mego Królestwa.

I tak dalej.

Uboga kobieta przeraziła się bardzo, bowiem - choć wysilała się, jak tylko mogła - nie była w stanie przypomnieć sobie żadnego szczególnego dokonania, czy czynu w swoim życiu.

Przepuściła nawet kolejkę, by mieć trochę więcej czasu na penetrowanie swojej pamięci, ale nie wymyśliła niczego ważnego.

Pewien uśmiechnięty, ale stanowczy anioł nie pozwolił jej ponownie

przepuścić długiej kolejki. Z bijącym mocno sercem i z wielkim strachem dotarła przed oblicze Boga. Ogarnął ją natychmiast swoim uśmiechem.

- Ty, która prasowałaś wszystkie moje koszule... Dziel się moją Radością."

Link to post
Share on other sites

"Pewien bardzo bogaty mężczyzna miał wielu dłużników. Będąc już bardzo stary, poprosił pewnego dnia do siebie kilku z nich i powiedział:

- Jeśli nie możecie mi oddać pieniędzy, które mi jesteście winni, a

przysięgniecie mi uroczyście, że oddacie mi je w waszym przyszłym życiu, spalę jeszcze dzisiaj wszystkie weksle, które mi podpisaliscie.

Pierwszy z dłużnikow winien był małą sumę. Przysiągł mu, że w przyszłym życiu będzie koniem swego pożyczkodawcy i że będzie go dźwigał na swoim grzbiecie wszędzie tam, dokąd ten tylko zechce.

Starzec zgodził się na jego propozycję i spalił wszystkie dokumenty świadczące o długu.

Drugi z nich, który był mu winien większą sumę, powiedział:

- Obiecuję ci, że w przyszłym życiu będę twoim wołem. Spłacę

wszystkie moje długi, ciągnac twoje wozy z sianem i pług, który będzie orał twe pole.

Starzec zgodził się na tę propozycję i też spalił weksle

drugiego dłużnika.

W końcu przyszła kolej na dłużnika, który zaciagnął największy dług.

- By zwrócić ci mój dług - powiedział - w przyszłym życiu będę dla ciebie ojcem.

Starzec oburzył się, ze złości złapał kij i już miał go nim

okładać, kiedy ten powstrzymał go, mówiąc:

- Zanim mnie zaczniesz bić, pozwól, że ci to wyjaśnię. Mój dług jest tak wielki, że nie zdołam ci go oddać, stając się

jedynie twoim koniem lub wołem. Dopiero kiedy będę twoim ojcem, będę mógł dla ciebie pracować przez wszystkie dni i noce. Będę cię ochraniał, kiedy będziesz niemowlęciem, i czuwał nad tobą, gdy już będziesz dorosły. Będę się dla ciebie poświęcał w każdej sprawie, będę ryzykował swoje życie po to, by ci niczego nie brakowało, a w dniu mojej śmierci pozostawię ci wszystkie moje bogactwa, które zdołam zgromadzić. Czy to nie więcej niż być dla ciebie koniem lub wołem? Czy to nie jedyny sposób, bym ci splacił wszystkie swoje

długi?"

 

***

 

"Codziennie w południe pewien młody człowiek zjawiał się przy drzwiach kościoła i po kilku minutach odchodził. Nosił kraciastą koszulę i podarte dżinsy, tak jak wszyscy chłopcy w jego wieku. Miał w ręku papierową torebkę z bułkami na obiad.

Proboszcz, trochę nieufny zapytał go kiedyś, po co tu przychodzi. Wiadomo, że w obecnych czasach istnieją ludzie, którzy okradają również kościoły.

- Przychodzę pomodlić się - odpowiedział chłopak.

- Pomodlić się... Jak możesz modlić się tak szybko?

- Och... codziennie zjawiam się w tym kościele w południe i mówię tylko: "Jezu, przyszedł Jim", potem odchodzę. To maleńka modlitwa, ale jestem pewien, że On słucha.

 

W kilka dni później, w wyniku wypadku przy pracy, chłopak został przewieziony do szpitala z bardzo bolesnymi złamaniami. Umieszczono go w pokoju razem z innymi chorymi. Jego przybycie zmieniło oddział. Po kilku dniach, jego pokój stał się miejscem spotkań pacjentów z tego samego korytarza. Młodzi i starzy spotykali się przy jego łóżku, a on miał uśmiech i słowo otuchy dla każdego. Przyszedł odwiedzić go również proboszcz i w towarzystwie pielęgniarki stanął przy łóżku chłopaka.

 

- Powiedziano mi, że jesteś cały pokiereszowany, ale że pomimo to wszystkim dodajesz otuchy. Jak to robisz?

- To dzięki Komuś, Kto przychodzi odwiedzić mnie w południe.

Pielęgniarka przerwała mu:

- Tu nikt nie przychodzi w południe...

- O, tak! Przychodzi tu codziennie i stając w drzwiach mówi:

"Jim, to Ja, Jezus"- i odchodzi."

Bruno Ferrrero

Link to post
Share on other sites

O misiach Pocz :)

 

Przed kilku laty była sobie fabryka, która produkowała misie. Każdy z nich był inny, ale każdy tak

samo śliczny i milutki. Małe dzieci uwielbiały te misie, rodzice kupowali im je na urodziny, imieniny

i Gwiazdkę. Każde dziecko od razu umiało pokochać swojego misia i uważało go za swojego

największego przyjaciela.

Tylko jeden misio był nieudany. Został uszyty z samych resztek materiału. Miał jedno uszko

różowe, drugie zielone, tułów w kwiatki, nóżki w kratkę. Nosek zamiast czarnego wyszedł niebieski,

a oczy, robione już z ostatnich skrawków, były żółte. Misio ten był bardzo miły w dotyku. Cieplutki i

aksamitny, ale nikt tego nie widział, bo nikt nawet nie brał go do ręki.

Biedny Brzydki Misio widział, jak jego koledzy szybko opuszczają sklepowe półki i trafiają do

wesołych, uśmiechniętych dzieci, które bardzo je kochają. Sam stał samotny, już troszkę zakurzony

i myślał sobie: To nic, że mnie nikt nie chce. Najważniejsze, że moi koledzy trafiają w dobre ręce.

Minęła kolejna Gwiazdka i misia nadal nikt nie kupował, aż pewnego dnia do sklepu weszła mała,

może sześcioletnia dziewczynka. Miała na nosie ciemne okulary, chociaż tego dnia wcale nie było

słońca, a w rączce białą, plastikową laseczkę, chociaż wcale nie była staruszką. Weszła do sklepu

ze swoją mamą. Poprosiły o misie. Dziewczynka była niewidoma. Nic nie widziała. Nie znała ani

kolorów, ani nigdy nie widziała tęczy, nie umiała sobie wyobrazić lecących w powietrzu ptaków, ale

za to wszystko umiała zobaczyć rączkami.

Wzięła do rączki najpierw bielusieńkiego misia. Najładniejszego ze wszystkich. Pomacała jego

odstające uszka, dotknęła łebka ; I wzięła następnego, szarego. Ten też nie przypadł jej do gustu,

bo miał troszkę ostre zakończenia łapek. Na samym końcu ekspedientka położyła Brzydkiego Misia,

bo i tak nie liczyła, że kiedyś ktoś go kupi.

- To ten mamusiu! - krzyknęła głośno dziewczynka - To jest mój misio. Mój piękny kochany

misiaczek - i z całej siły go przytuliła, a potem pocałowała w brzydki, niebieski nosek.

Od tej pory dziewczynka i misio nie rozstawali się nigdy. Na leżakowaniu spali pod jedną kołderką,

u dentysty dziewczynka ściskała jego łapki, a kiedy trudno jej było coś zrobić, zawsze pytała o

radę swojego przyjaciela.

Inne dzieci śmiały się, kiedy widziały, jakiego brzydala ze sobą nosi. Ale dziewczynka każdemu

proponowała, żeby wziął misia do ręki. I wtedy działo się coś dziwnego. Przestawał wydawać się

brzydki. Wszystkie dzieci zazdrościły dziewczynce. Pytały ją często skąd wiedziała, że ten misio

jest taki cudowny, tak kochany. Przecież nie mogła tego zobaczyć, bo jest niewidoma. A ona

zawsze im odpowiadała:

- Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

 

***

 

Pewien człowiek wybrał się do lasu, aby znaleźć ptaka, którego chciał wziąć do domu. Znalazł młodego orła, przyniósł go i wsadził do ptasiej zagrody między kury, kaczki i indyki. Dawał mu kurze jedzenie, chociaż był to orzeł, król ptaków.

 

Po 5 latach odwiedził raz tego człowieka pewien przyrodnik. Gdy szli razem przez dziedziniec, zawołał:

"Ten ptak nie jest przecież kurą, to orzeł!"

"Tak - powiedział właściciel - to się zgadza. Ale ja wychowałem go na kurę. On nie jest już orłem, ale kurą, chociaż jego skrzydła mają 3 metry szerokości."

"Nie, powiedział tamten, on jest jednak orłem, gdyż ma serce orła, które każe mu pofrunąć w górę, w przestrzeń."

"Nie, nie, powiedział ów człowiek, on jest teraz prawdziwą kurą i nigdy nie będzie latał jak orzeł."

 

Postanowili jednak zrobić próbę. Przyrodnik wziął orła, uniósł go w górę i powiedział z naciskiem:

"Ty, który jesteś orłem, który należysz do nieba, a nie tylko do tej ziemi, rozwiń swoje skrzydła i pofruń!"

Orzeł siedział na wyciągniętej dłoni i oglądał się. Za sobą zobaczył kury dziobiące ziarna i zeskoczył do nich.

Człowiek powiedział: "Mówiłem ci, że to jest kura."

"Nie, powiedział drugi, on jest orłem. Spróbuję jutro drugi raz."

Następnego dnia wszedł z orłem na dach domu, uniósł go i zawołał: "Orle, który jesteś orłem, rozpostrzyj swoje skrzydła i pofruń!"

Ale orzeł znów obejrzał się na grzebiące w ziemi kury, zeskoczył do nich i grzebał razem z nimi.

Wtedy tamten człowiek powiedział: "Mówiłem ci, że to jest kura!"

"Nic, powiedział drugi, on jest orłem i ma ciągle jeszcze serce orła. Pozwól mi jeszcze jeden jedyny raz spróbować; jutro zachęcę go do latania."

 

Następnego dnia wstał wcześnie rano, wziął orła i wyniósł go z miasta, daleko od domów, do stóp wysokiej góry. Słońce właśnie wschodziło i ozłacalo szczyt góry; wszystkie wierzchołki rozpromieniły się radością uroczego poranka.

Przyrodnik wzniósł orła wysoko i powiedział do niego:

"Orle, ty jesteś orłem. Ty należysz do nieba, a nie tylko do tej ziemi. Rozwiń swoje skrzydła i pofruń!"

Orzeł rozejrzał się, zadrżał cały, jakby weszło w niego nowe życie - ale nie odfrunął. Wtedy przyrodnik odwrócił go tak, że patrzył prosto w słońce. I nagle orzeł rozpostarł swoje potężne skrzydła, wzniósł się z okrzykiem orła, frunął wyżej i wyżej i nie powrócił już nigdy. Był orłem, chociaż został wychowany jak kura i oswojony!

 

Jesteśmy stworzeni na obraz Boga, ale ludzie nauczyli nas myśleć jak kury i często sądzimy, że jesteśmy naprawdę kurami, chociaż jesteśmy orłami. Rozwińmy skrzydła i pofruńmy! I nie dajmy się nigdy zadowolić rzucanymi nam ziarnami.

 

James Aggrey

Link to post
Share on other sites

"Zegar nad informacją na Stacji Centralnej w Nowym Jorku pokazywał godzinę za sześć szóstą.

Wysoki, młody oficer uniósł swoją opaloną twarz i zmrużył oczy, aby sprawdzić dokładny czas.

Serce waliło mu jak młotem, odbierając oddech. Za sześć minut zobaczy kobietę, która przez ostatnie 18 miesięcy zajmowała szczególne miejsce w jego życiu.

Nigdy jej nie widział, a jednak jej słowa bezustannie dodawały mu otuchy. Sierżant Blandford pamiętał szczególnie jeden dzień, najgorszą potyczkę, kiedy jego samolot znalazł się w środku samolotów wroga.

W jednym ze swych listów przyznał się jej, że często czuje lęk. Na kilka dni przed bitwą dostał od niej odpowiedź: "Oczywiście, że się boisz... jak wszyscy odważni mężczyźni.

Następnym razem, gdy zaczniesz w siebie wątpić, chcę byś wyobraził sobie mój głos mówiący: "Choć idę doliną ciemną, zła się nie ulęknę bo Ty jesteś ze mną".

Przypomniał to sobie wtedy i odzyskał siły.

 

Teraz naprawdę miał usłyszeć jej głos. Za cztery minuty. Jakaś dziewczyna przeszła obok niego i odwrócił się za nią.

Miała ze sobą kwiat, ale nie była to czerwona róża, na którą się umówili. Poza tym dziewczyna miała dopiero osiemnaście lat, a Hollis Maynel powiedziała, że ma trzydzieści.

"I co z tego? odpowiedział jej. "Ja mam 32". Choć tak naprawdę miał 29.

 

Poszybował pamięcią do książki, którą czytał na obozie terningowym. "O więziach międzyludzkich" - brzmiał tytuł.

W całej książce znajdowały się notatki pisane kobiecą ręką. Nigdy nie sądził, że jakaś kobieta potrafi zajrzeć w męskie serce tak głęboko i z takim zrozumieniem.

Jej nazwisko znajdowało się na ekslibrisie: Hollis Maynel. Zajrzał do książki telefonicznej miasta Nowy Jork i znalazł jej adres. Napisał. Odpisała.

Następnego dnia został zaokrętowany, ale nie przestali do siebie pisywać. Odpowiadała na jego listy przez 13 miesięcy.

Pisała nawet wtedy, gdy jego listy do niej nie docierały. Żołnierz czuł, że jest w niej zakochany, a ona kochała jego.

 

Jednak odmawiała jego wszystkim prośbom, aby przysłać mu swoją fotografię.

Wyjaśniała: "Jeśli twoje uczucia do mnie nie mają rzeczywistych podstaw, mój wygląd nie ma znaczenia. Może jestem ładna. A jeśli tak, to wykorzystasz to i będziesz chciał się zaangażować.

Taki rodzaj miłości jednak mnie nie zadowala. Przypuśćmy, że jestem zwyczajna (musisz przyznać, że to bardziej prawdopodobne).

Wtedy zaczęłabym podejrzewać, że nie przestajesz do mnie pisać tylko dlatego, że jesteś samotny i nie masz nikogo innego.

Nie, nie proś mnie o zdjęcie. Kiedy przyjedziesz do Nowego Jorku, zobaczysz mnie, a wtedy będziesz mógł podjąć decyzję".

 

Minuta do szóstej. Przekartkował książkę, którą trzymał w ręce. Nagle serce sierżanta Blandforda podskoczyło.

Szła ku niemu młoda kobieta. Była szczupła i wysoka. Miała długie kręcone jasne włosy. Oczy błękitne jak niezapominajki, wargi i podbródek zdradzały siłę woli.

W jasnozielonym kostiumie wyglądała jak wiosna w ludzkiej postaci.

 

Ruszył ku niej, nie chcąc zauważyć, że ona nie ma ze sobą róży, a wtedy na jej ustach pojawił się nikły prowokujący uśmiech. "Idziesz w moją stronę żołnierzu?", wyszeptała.

Zrobił jeszcze jeden krok. I wtedy zobaczył Hollis Maynel. Stała tuż za tą dziewczyną, kobieta po czterdziestce, siwiejące włosy wystawały jej spod zniszczonego kapelusza.

Była tęga. Jej stopy o spuchniętych kostkach tkwiły w wydeptanych butach bez obcasów.

Ale przy swoim zniszczonym płaszczu miała przypiętą czerwoną różę. Dziewczyna w zielonym kostiumie szybko odeszła.

 

Blandford poczuł, jakby miał rozszczepić się na dwoje. Pragnął iść za dziewczyną, równie głęboko tęsknił za kobietą, której duch towarzyszył mu i podtrzymywał w trudnych chwilach.

I oto stała tu. Widział jej bladą twarz, łagodną i wrażliwą, szare oczy z ciepłymi iskierkami.

 

Sierżant Blandford nie wahał się. Jego palce zacisnęły się na egzemplarzu zniszczonej książki, który miał być dla niej znakiem rozpoznawczym.

Może nie będzie to miłość, ale na pewno coś szczególnego, przyjaźń, za którą był i musi być jej wdzięczny.

 

Wyprostował ramiona, zasalutował i wyciągnął książkę ku kobiecie, choć w środku czuł gorycz rozczarowania.

 

- Jestem sierżant Blandford, a pani jest panią Maynel. Bardzo się cieszę, że mogliśmy się spotkać. Czy wolno mi... czy wolno mi zabrać panią na obiad?

Twarz kobiety poszerzyła się w wyrozumiałym uśmiechu.

- Synu, nie wiem o co chodzi - odezwała się - ale ta młoda dama w zielonym kostiumie prosiła, abym przypięła sobie tę różę do płaszcza.

Powiedziała, że jeśli zaprosi mnie pan na obiad, to mam panu przekazać, że ona czeka w tej restauracji po drugiej stronie ulicy.

Powiedziała, że był to rodzaj próby."

 

S.I. Kishor

 

***

 

"Ubogi Żyd, właściciel sklepiku, wyznał zmartwiony rabinowi swoje obawy i kłopoty.

Oto dokładnie naprzeciwko jego "interesu" powstał wielki supermarket, czyli potężna konkurencja, której nie wytrzyma mały sklepik.

Od lat należy ten kantorek do naszej rodziny - tłumaczył i jeżeli stracę klientów, oznacza to dla mnie kompletną ruinę, gdyż do niczego innego się nie nadaje.

Rabin słuchał uważnie, a potem odezwał się z namaszczeniem:

- Jeżeli boisz się właściciela supermarketu, będzie go nienawidził. I właśnie nienawiść stanie się twoją ruiną!

- Co mam więc robić? - zapytał zrozpaczony sklepikarz.

- Każdego ranka wychodź na chodnik - odpowiedział mistrz i błogosław swemu "interesowi", aby dobrze prosperował. Potem odwróć się i błogosław tak samo sklep naprzeciwko!

- Co?! - nie wytrzymał kupiec - mam błogosławić swego konkurenta i niszczyciela?

- Każde błogosławieństwo - tłumaczył uczony mąż - jakie dzięki tobie stanie się jego udziałem, powróci do ciebie. Ale i wszelkie zło, jakie ściągniesz na niego, wróci do ciebie i zniszczy cię doszczętnie.

 

Za pół roku zjawił się ten sam sklepikarz, aby rabinowi donieść, że rzeczywiście jak przewidywał musiał zwinąć swój "interes", ale teraz jest dyrektorem supermarketu i powodzi mu się lepiej niż przedtem!"

 

"Musimy nauczyć się żyć jak bracia,

jeśli nie chcemy zginąć razem jak szaleńcy." (Martin Luther King)

Link to post
Share on other sites

Dzień dobry :)

 

"Pewien młodzieniec chwalił się że ma najpiękniejsze serce w dolinie.

Chwalił się nim na rynku i zebrał się ogromny tłum by je podziwiać bowiem było w swym kształcie perfekcyjne. Nie miało żadnej skazy, było przepiękne, gładkie i błyszczące.

Biło bardzo żywo. Chłopak krzyczał na cały głos że nikt nie ma piękniejszego serca od niego i wszyscy mu potakiwali bowiem jego serce było idealne.

Jednak w pewnym momencie jakiś strzec z tłumu krzyknął:

- Dlaczego twierdzisz że twoje serce jest najpiękniejsze skoro moje jest o wiele piękniejsze od twojego.

Młodzieniec bardzo się zdziwił słysząc te słowa a potem spojrzał na serce starca i się zaśmiał.

Serce starca biło bardzo żywo, być może nawet żywiej od serca młodzieńca ale było to serce poorane rozlicznymi bruzdami, serce w którym było wiele brakujących kawałków.

Wiele tez w nim było kawałków które do tegoż serca nie pasowały. Było to serce brzydkie które w żaden sposób nie mogło się równać z nieskazitelnym sercem młodzieńca.

Chłopak zapytał się dlaczego starzec uważa że jego serce jest piękniejsze skoro wszyscy widzą, że nie jest ono nawet w części tak piękne jak jego własne serce.

Wtedy starzec rzekł, że w życiu nie zamieniłby tego serca na serce młodzieńca. Powiedział też aby młodzieniec spojrzał na jego serce i wskazując na blizny rzekł:

- Widzisz te blizny i brakujące kawałki.

Nie ma ich tu dlatego, że ofiarowałem je z miłości dla wielu osób a niesie to ryzyko bo często się zdarza, że sami ofiarowujemy uczucie dla innych , ale oni nie dają nam nic w zamian.

Stąd te blizny bo choć dałem im cześć swojego serca, oni nie dali mi nic. Jeśli natomiast spojrzysz uważnie dostrzeżesz, że wiele kawałków do mojego serca niezupełnie pasuje.

Są to kawałki serca innych, które oni mi ofiarowali i które znalazły stałe miejsce w moim sercu.

Dlatego moje serce jest piękniejsze od twojego. Natomiast te bruzdy, które widzisz zrobili ludzie nieczuli, ludzie, którzy mnie zranili.

Wtedy młodzieniec spojrzał na starca, zrozumiał i zapłakał. Potem wziął kawałek swojego przepięknego serca i ofiarował go starcowi, a starzec zrobił to samo.

Padli sobie w ramiona i rozpłakali się po czym odeszli razem w wielkiej przyjaźni.

Młodzieniec włożył część serca starca do swojego serca w miejsce brakującego kawałka który dał starcowi.

Ten nowy kawałek pasował tam, choć nie idealnie, co zmąciło doskonałą harmonię serca młodzieńca.

Nigdy jednak wcześniej serce młodzieńca nie było tak piękne jak w tym momencie i młodzieniec dopiero teraz to zrozumiał."

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Piekło było już prawie całkiem zapełnione, a przed jego bramą oczekiwało jeszcze na wejście wiele osób.

Diabeł nie miał innego rozwiązania sytuacji jak tylko zablokować drzwi przed nowymi kandydatami.

- Pozostało tylko jedno miejsce, i jak się rozumie, może je zając tylko ktoś z was, kto był największym grzesznikiem, powiedział.

- Czy jest wśród zgromadzonych jakiś zawodowy morderca? zapytał.

Ale nie słysząc pozytywnej odpowiedzi, zmuszony był przystąpić do egzaminowania wszystkich stojących w kolejce grzeszników.

W pewnym momencie swój wzrok skierował na jednego z nich, który umknął wcześniej jego uwadze.

- A ty, co zrobiłeś? zapytał go.

- Nic. Jestem uczciwym człowiekiem a znalazłem się tutaj jedynie przez przypadek.

- Niemożliwe. Musiałeś jednak coś zawinić.

- Tak. To prawda, powiedział zmartwiony człowiek - starałem się być zawsze jak najdalej od grzechu. Widziałem jak jedni krzywdzili drugich ale sam nie brałem w tym udziału. Widziałem dzieci umierające z głodu i sprzedawane a najsłabsze z nich traktowano jak śmieci. Byłem świadkiem, jak ludzie czynili sobie wzajemne świństwa i oskarżali się. Jedynie ja wolny byłem od pokus i nic nie czyniłem. Nigdy.

- Naprawdę nigdy? zapytał z niedowierzaniem diabeł

- Czy to rzeczywiście prawda, że widziałeś to wszystko na swoje własne oczy?

- Jak najbardziej!

- I naprawdę nic nie zrobiłeś, powtórzył jeszcze raz diabeł.

- Absolutnie nic!

Diabeł zaśmiał się ze zdziwienia: - Wejdź, mój przyjacielu. Ostatnie wolne miejsce należy do ciebie!

 

Pewien święty, przechodząc kiedyś przez miasto, spotkał dziewczynkę w podartym ubranku, który prosiła o jałmużnę. Zwrócił się wtedy do Boga:

- Panie, dlaczego pozwalasz na coś takiego? Proszę Cię, zrób coś.

Wieczorem w dzienniku telewizyjnym zobaczył mordujących się ludzi, oczy konających dzieci i ich biedne wycieńczone ciała. I znów zwrócił się do Boga: - Panie, zobacz ile biedy. Zrób coś!

Nocą, święty człowiek usłyszał głos Pana, który mówił:

- Zrobiłem już coś: stworzyłem ciebie!"

Link to post
Share on other sites

Arkad-świetny wątek!

W wolnej chwili,jeżeli pozwolisz sie tu wcisnąć,to wkleję "swoją" bajkę.Bajka,nie bajka,ale w każdej bajce jest ziarnko prawdy...a może wiele ziarenek? Kto wie...

Pozdrawiam :)

Link to post
Share on other sites

"Był raz starzec, który miał syna jedynaka i konia. Pewnego dnia koń wyrwał się z zagrody i uciekł na wzgórza.

- Uciekł ci koń? A to pech! - mówili sąsiedzi.

- Czemu tak mówicie? - pytał stary. - Skąd wiecie, że to pech?

I rzeczywiście, następnej nocy koń wrócił do zagrody, gdzie go zawsze karmiono i pojono, prowadząc ze sobą tuzin dzikich koni. Syn gospodarza zobaczył je, wymknął się bocznym wyjściem i zamknął bramę. Nagle mieli teraz trzynaście koni zamiast żadnego. Sąsiedzi usłyszeli dobrą wieść i pobiegli do gospodarza.

- Trzynaście koni! Ale ty masz szczęście! On zaś odparł:

- Skąd wiecie, czy to szczęście?

Parę dni potem jego syn próbował ujeżdżać jednego z dzikich koni; został zrzucony i złamał nogę. Sąsiedzi znów przyszli wygłosić kolejny pochopny sąd:

- Twój syn złamał nogę. To ci pech! Mądry gospodarz znów odrzekł:

- Skąd wiecie, czy to pech?

I rzeczywiście, niedługo potem w okolicy pojawił się dowódca wojskowy i zorganizowano pobór. Wszyscy sprawni młodzieńcy zostali wzięci do armii i wysłani na wojnę, z której nigdy nie wrócili. Zaś syn gospodarza ocalał, bo miał złamaną nogę."

 

***

 

"Żył sobie kiedyś pewien król, który nosił szlachetne imię Henryk Mądry. Posiadał trzy córki, o imionach: Alba, Bettina i Szarlota. W skrytości król najbardziej uwielbiał Szarlotę. Będąc zmuszony do tego, aby zdecydować o tym, która z nich będzie następczynią tronu, wezwał je wszystkie do siebie i zapytał: "Moje kochane córki, jak bardzo mnie kochacie?".

Najstarsza odpowiedziała mu: "Ojcze, kocham cię jak światło dnia, jak słońce, które obdarowuje drzewa swoim ciepłem. Ty jesteś moim światłem!".

Szczęśliwy król, kazał usiąść Albie przy swojej prawicy, po czym zawołał drugą córkę. Bettina powiedziała mu: "Ojcze, kocham cię jak największy skarb świata, twoja mądrość jest o wiele cenniejsza od złota i drogocennych kamieni. Ty jesteś moim bogactwem!".

Pocieszony i uszczęśliwiony wyznaniem córki ojciec, kazał jej usiąść po swojej lewicy. Potem zawołał Szarlotę. "A ty, moja malutka, jak bardzo mnie kochasz?" - zapytał ją z czułością. Dziewczyna spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała bez żadnego wahania: "Ojcze, kocham cię tak bardzo jak sól kuchenną!".

Król zaniemówił: "Co powiedziałaś?"

"Ojcze, kocham cię jak sól kuchenną?".

Król nie zdołał powstrzymać swego gniewu i krzyknął ze złością: "Niewdzięcznico! Jak śmiesz traktować mnie w ten sposób ty, która byłaś jasnością moich oczu. Precz ode mnie! Pozbawiam się mojego ojcostwa i każę ci się wynieść!".

Biedna Szarlota, nie mogąc powstrzymać się od płaczu, musiała opuścić dwór i królestwo swego ojca. Zaczęła więc pracować w kuchni ościennego króla. A że była piękna, dobra i umiała wspaniale gotować, już w niedługim czasie została główną kuchmistrzynią króla.

Pewnego dnia przybył z wizytą do pałacu król Henryk. Wszyscy mówili o nim, że był bardzo smutny i samotny. Miał trzy córki, ale pierwsza z nich uciekła z pewnym kalifornijskim gitarzystą. Druga wyjechała do Australii, aby hodować kangury, a najmłodsza z nich została wygnana przez samego króla.

Szarlota natychmiast rozpoznała swojego ojca. Poszła zaraz do kuchni i zaczęła przygotowywać najwspanialsze potrawy. Jednak zamiast dodawać do nich soli dosypywała cukier.

Podczas całego obiadu wszyscy kręcili nosami i robili miny: każdy próbował jakieś danie i w chwilę po tym w nieprzyzwoity sposób wypluwał je w serwetkę.

Rozwścieczony król nakazał przywołać do siebie kucharkę.

Wezwana Szarlota powiedziała wtedy spokojnie: "Kiedyś mój ojciec wygnał mnie z domu za to, że powiedziałam mu, iż kocham go jak sól kuchenną, która nadaje smaku wszystkim potrawom. Właśnie dlatego nie chcąc mu robić kolejnej przykrości dodałam do wszystkich potraw cukier".

Król Henryk podniósł się ze łzami w oczach: "To sól mądrości przemawia przez twoje słowa, moja córko. Przebacz mi i przyjmij moją koronę".

Zarządzono wielkie przyjęcie, a wszyscy zaproszeni płakali z radości: ówczesne królewskie kroniki zaświadczają, że wszystkie ich łzy były słone."

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

"Kiedy ludzie zgrzeszyli i Bóg postanowił ich ukarać, zsyłając na ziemię potop, wszystkie zwierzęta zgromadziły się wokół arki Noego.

Noe był sprawiedliwym człowiekiem i Bóg powiedział mu, jak ma uratować siebie i swoją rodzinę. Ma zbudować arkę, która będzie unosić się na powierzchni wód i chronić ich podczas potopu.

Rozeszła się pogłoska, że Noe weźmie ze sobą na arkę tylko najlepsze z żyjących zwierząt. Przyszły więc i zaczęły rywalizować między sobą, przechwalając się i w miarę możności umniejszając zalety innych.

Lew zaryczał:

- Jestem najsilniejszy ze wszystkich zwierząt, więc muszę być ocalony!

Słoń zatrąbił:

- Ja jestem największy! Mam najdłuższą trąbę, największe uszy i najcięższą stopę.

- Wielkość i ciężar to jeszcze nie wszystko – zaszczekał lis. – Ja, lis jestem z was wszystkich najmądrzejszy.

- A ja? Zapomniałeś o mnie? – zarżał osioł. – Myślałem, że to ja jestem najmądrzejszy!

- To już chyba każdy jest mądry! – zajazgotał skunks. – Ja natomiast mam najpiękniejszy zapach, słynny na całym świecie.

- Wy wszyscy chodzicie po ziemi, a tylko ja potrafię wspinać się na drzewa! – wrzasnęła małpa.

- Dobre sobie! – zagrzmiał basem niedźwiedź. – A ja to co?

- A o mnie zapomnieliście? – zaskrzeczała wiewiórka.

- Ja należę do rodziny tygrysów – zamruczał kot.

- A ja jestem kuzynem słonia – zapiszczała mysz.

- Jestem silny jak lew – warknął tygrys. – I mam najpiękniejsze futro.

- Ale moje cętki są ładniejsze od twoich czarnych pasów! – miauknął natychmiast lampart.

- Ja jestem najlepszym przyjacielem człowieka! – zaszczekał pies.

- Też mi przyjaciel! – zawył wilk. – Łasisz się i merdasz ogonem. Trzeba mieć swoją godność, tak jak ja. Jestem samotnym wilkiem i do nikogo się nie łaszę.

- Beeee! – zabeczała owca. – I dlatego wciąż jesteś głodny. Nic mu nie dajesz, więc nic nie dostajesz. Ja daję człowiekowi wełnę, więc się o mnie troszczy.

- Dajesz człowiekowi wełnę, ale ja daję mu słodki miód! – zabrzęczała pszczoła. – A prócz tego mam żądło z jadem, które chroni mnie przed wrogami.

- Ty to nazywasz jadem? – zagrzechotał wąż. Ja to mam jad! I jestem najbliżej Matki Ziemi z was wszystkich.

- Nie tak blisko jak ja – zaprotestowała dżdżownica, wystawiając główkę z ziemi.

- Ja znoszę jajka! – zagdakała kura.

- Ja daję mleko! – zamruczała krowa.

- Ja pomagam człowiekowi orać ziemię! – zaryczał wół.

- Ja noszę człowieka na grzbiecie! – zarżał koń. – I mam z was wszystkich największe oczy.

- Może i największe, ale masz ich tylko dwoje, a ja mam ich mnóstwo! – bzyknęła mu prosto w ucho mucha.

- W porównaniu ze mną wszyscy jesteście karzełkami – doleciał gdzieś z góry głos żyrafy, która obgryzała liście z wierzchołka drzewa.

- Wzrostem prawie ci dorównuję – prychnął wielbłąd. – I mogę wędrować całymi dniami po pustyni, nie jedząc i nie pijąc.

- Wzrost to jeszcze nie wszystko! – ryknął hipopotam. – Trzeba mieć tuszę. I jestem pewny, że tak wielkiej paszczy nie ma żadne z was.

- Nie bądź taki pewny! – kłapnął krokodyl i ziewnął.

- A ja potrafię mówić jak człowiek! – zaskrzeczała papuga.

- Wcale nie mówisz, tylko przedrzeźniasz i nic z tego nie rozumiesz! – zapiał kogut. – Ja znam tylko jedno słowo: „Kukurykuuu!”, ale to moje własne słowo.

- Widzę uszami, latam, kierując się słuchem! – pisnął nietoperz.

- Śpiewam skrzydłami! – zacykał świerszcz.

Było jeszcze więcej zwierząt, które chciały pochwalić się swoimi zaletami, ale Noe zauważył gołębicę, która siedziała samotnie na gałęzi i nie próbowała zabrać głosu.

- Czemu nic nie mówisz? – zapytał ją Noe. – Nie masz się czym pochwalić?

- Nie uważam, żebym była lepsza, mądrzejsza lub ładniejsza od innych zwierząt – zagruchała gołębica. Każde z nas ma coś, czego nie ma inne, a to coś dał każdemu Bóg, który nas stworzył.

- Gołębica ma rację – rzekł Noe. I wcale nie musicie przechwalać się i rywalizować między sobą. Bóg nakazał mi zabrać na arkę wszystkie gatunki swoich stworzeń, bydło i dzikie zwierzęta, ptaki i owady.

Kiedy zwierzęta to usłyszały, ucieszyły się i zapomniały o swoich przechwałkach.

Zanim Noe otworzył bramę arki, powiedział:

- Kocham was wszystkie, ale okazało się, że to gołębica jest z was wszystkich najskromniejsza, więc ją wybiorę na posłańca.

Noe dotrzymał słowa. Kiedy deszcz ustał, posłał gołębicę, by obleciała świat i zobaczyła, jak się rzeczy mają. W końcu wróciła z gałązką oliwną w dziobku i Noe poznał, że wody opadają. A kiedy dopłynęli do suchego lądu, opuścił arkę ze swoją rodziną i wszystkimi zwierzętami.

Po potopie Bóg obiecał ludziom, że już nigdy nie zniszczy ziemi z powodu ich grzechów. Odtąd będzie na przemian czas siania i czas zbierania, chłód i upał, lato i zima, dzień i noc.

Trzeba wam wiedzieć, że na świecie jest więcej gołębi niż tygrysów, lampartów, wilków, sępów i innych dzikich bestii. Gołąb żyje szczęśliwie, nie walcząc z innymi. To ptak pokoju."

 

Isaac Bashevis Singer

 

***

 

"Świadomy, iż trzeba iść z duchem czasu, Szatan postanowił urządzić wyprzedaż sporej części pokus. Zamieścił ogłoszenie w gazecie i cały następny dzień uwijał się, obsługując klientów w swoim sklepie. Na sprzedaż wystawione były różne niesamowite przedmioty: kamienie, na których mogą się potknąć cnotliwi, lustra zwiekszające poczucie własnej wartości oraz okulary pomniejszające znaczenie innych. Na ścianie wisiało też kilka innych cennych przedmiotów, takich jak: sztylet o zakrzywionym ostrzu służący do dźgania ludzi w plecy oraz sprzęt nagrywający wyłącznie plotki i kłamstwa. -Nie przejmuj się ceną!- wykrzykiwał stary Szatan do wszystkich potencjalnych klientów. -Dzisiaj już bierz ze sobą to, co chcesz, a zapłacisz mi, kiedy będziesz mógł. Jeden z kupujących zauważył dwa bardzo zużyte narzędzia zepchniete do kąta. Nie wyglądały one jakoś nadzwyczajnie, ale były bardzo drogie. Zaciekawiony tym spytał o nie Szatana: -Te narzędzia są juz bardzo zużyte, ponieważ korzystam z nich najczęściej- odrzekł Szatan ze śmiechem. -Nie chciałbym, żeby zbytnio rzucały się w oczy, ponieważ wówczas ludzie wiedzieliby, jak się przed nimi chronić. Ale obydwa są warte swojej ceny: pierwszym jest Wątpliwość, a drugim Poczucie Niższości. Kiedy wszystkie inne zawiodą, te działają zawsze..."

Link to post
Share on other sites

"SŁONIE

 

Kiedy byłam mała, uwielbiałam cyrk, a najbardziej w cyrku podobały mi się zwierzęta. Moją uwagę przyciągał zwłaszcza słoń. Podczas przedstawienia to ogromne zwierzę paradowało, prezentując swój niesamowity ciężar, rozmiar i siłę... Ale po przedstawieniu i krótko przed wejściem na scenę słoń zawsze siedział uwiązany jedną nogą do kołka wbitego w ziemię.

 

Jednakże kołek był tylko małym kawałkiem drewna, który tkwił w ziemi zaledwie kilka centymetrów. I chociaż łańcuch był mocny i gruby, było oczywiste, że zwierze, które jest zdolne wyrwać drzewo z korzeniami, może z łatwością uwolnić się z kołka i uciec.

 

To oczywista tajemnica.

Co go trzyma w takim razie?

Czemu nie ucieka?

 

Kiedy miałam pięć czy sześć lat, wierzyłam jeszcze w mądrość dorosłych. Zapytałam więc ich o tajemnicę słonia. Któryś z nich odpowiedział mi, że słoń nie ucieka, bo jest tresowany. Wtedy zadałam oczywiste pytanie: "skoro jest tresowany, to po co go przywiązują?"

 

Nie pamiętam, abym otrzymała jakąś logiczną odpowiedź. Z czasem zapomniałam o tajemnicy słonia i jego kołka, a wspomnienie o tym powraca jedynie wtedy, kiedy spotykam innych, którzy też kiedyś zadali sobie podobne pytanie. Wiele lat temu odkryłam (na moje szczęście!), że był ktoś wystarczająco mądry, by znaleźć odpowiedź.

 

SŁOŃ NIE UCIEKAŁ Z CYRKU, GDYŻ OD NAJMŁODSZYCH LAT BYŁ PRZYWIĄZYWANY DO RÓŻNYCH KOŁKÓW.

 

Ujrzałam w wyobraźni dopiero co narodzonego i bezbronnego słonia, przywiązanego do kołka. Jestem przekonana, że słonik ciągnął, pchał i pocił się, próbując się uwolnić. I mino, że użył wszystkich swoich sił, nie udało mu się, ponieważ wtedy kołek był dla niego za solidny.

 

Wyobraziłam sobie, jak zasypiał ze zmęczenia i że następnego dnia próbował znowu, i kolejnego dnia też. Aż nadszedł dzień, który odbił się strasznie na historii słonia, dzień, w którym zwierzę zaakceptowało swoją niemoc. Ten potężny i silny słoń, którego widzimy w cyrku, nie ucieka, ponieważ biedaczysko nie wierzy, że może. Ma w sobie utrwalone wspomnienie niemocy, którą przeżył krótko po przyjściu na świat. I najgorsze jest to, że nigdy więcej nie zakwestionował poważnie tego wspomnienia. Nigdy, nigdy więcej nie starał się ponownie wypróbować swoich sił...

 

Wszyscy przypominamy trochę słonia z cyrku - idziemy przez życie przywiązani do różnych kołków, które odbierają nam wolność. Setki kołków! Żyjemy w przekonaniu, że "nie możemy" wykonać wielu rzeczy, jedynie dlatego, że pewnego razu, dawno temu, kiedy byliśmy mali, podjęliśmy próbę, która skończyła się niepowodzeniem. Wówczas zrobiliśmy to samo, co słoń i zarejestrowaliśmy w naszej pamięci następującą wiadomość:

 

NIE MOGĘ... NIE MOGĘ I NIGDY NIE BĘDĘ MÓGŁ.

 

Czasem, gdy słyszymy kajdany i dźwięczymy łańcuchami, spoglądamy z ukosa na kołek i myślimy:

 

NIE MOGĘ I NIGDY NIE BĘDĘ MÓGŁ!!!

 

Żyjemy uwarunkowani wspomnieniami jakiegoś siebie, który nie mógł i który już nie istnieje. Jedynym sposobem na to, aby dowiedzieć się czy możesz to osiągnąć, jest spróbowanie od nowa, w co musisz włożyć całe Twoje serce."

 

***

 

Pewien człowiek złapał kiedyś ptaka w pułapkę. Ptak powiedział: - Panie, zjadłeś już wiele krów i świń w swoim życiu i jesteś wciąż głodny. Drobne kawałki mięsa na moich kościach nie zadowolą cię bardziej. Jeśli pozwolisz mi odejść, przekażę ci trzy mądrości. Jedną powiem ci stojąc na twojej dłoni. Kolejną na dachu. A trzecią wypowiem z konaru tego drzewa.Człowiek był ciekaw. Uwolnił ptaka i pozwolił mu stanąć na swojej dłoni. - Po pierwsze: Nie wierz w niedorzeczność, bez znaczenia kto ją wypowiada.Ptak podfrunął i stanął na dachu domostwa człowieka. - Po drugie: Nie zasmucaj się niczym, co przeminęło. To jest skończone. Nigdy nie żałuj tego co się wydarzyło i tylko myśl jaką możesz mieć z tego naukę na przyszłość.- A przy okazji - kontynuował ptak - wewnątrz mojego ciała jest olbrzymia perła ważąca tak wiele jak dziesięć miedzianych monet. Gdybyś ją miał wystarczyłaby na dostatnie życie dla ciebie i twoich dzieci, lecz teraz straciłeś to. Mogłeś być właścicielem największej perły jaka istniała, lecz ewidentnie nie miało tak być.Człowiek zaczął lamentować jak kobieta podczas porodu. Ptak zapytał: - Czyż nie mówiłem ci nie smuć się nad tym co przeminęło? A także: nie wierz w nonsensy? Po pierwsze już mnie nie masz, a po drugie moje całe ciało nie waży tak wiele co dziesięć monet. Jakże mógłbym mieć perłę tej wagi wewnątrz siebie?Człowiek powrócił do zmysłów. - W porządku. Rzeczywiście... Powiedz mi Numer Trzy.- Po co, skoro uczyniłeś taki dobry użytek z tych pierwszych dwóch! - odparł ptak i odleciał a człowiek nigdy nie dowiedział się, jaka była ta trzecia mądrość.Jeżeli ktoś ci oferuje swoją mądrość przyjmij ją tylko wtedy, jeżeli naprawdę chcesz z niej skorzystać...

Link to post
Share on other sites

Mój przyjaciel otworzył szufladę w stoliku nocnym swojej żony i wyciągnął pakuneczek owinięty w biały papier. Odwinął papier i zobaczył piękny jedwabny komplet bielizny. „Kupiła go, gdy byliśmy pierwszy raz w Nowym Yorku, jakieś 8 albo 9 lat temu… Nigdy tego nie założyła.” „Przechowywała to na specjalną okazję…” „Dobrze. Myślę, że teraz będzie odpowiednia okazja.” Zbliżył się do łóżka i położył tę bieliznę obok rzeczy, w które miała zostać ubrana jego żona na pogrzeb. Kilka dni wcześniej umarła… Odwrócił się do mnie i powiedział: „Nigdy nie przechowuj niczego na specjalne okazje, każdy dzień twojego życia jest specjalną okazją.”

Nigdy nie zapomnę jak te słowa zmieniły moje życie.

Teraz częściej czytam książki. Siaduję na tarasie i podziwiam panoramę ogrodu. Nie marnuję czasu na wyszukiwanie chwastów. Poświęcam więcej czasu rodzinie i przyjaciołom. Nie jestem pracoholikiem. Zrozumiałem, że życie daje nam doświadczenia nie po to, aby je przeżyć, ale po to by z nich korzystać i cieszyć się... Nie przechowuję niczego.Codziennie używam najlepszej zastawy stołowej. Gdy tylko zapragnę, ubieram nowy garnitur, żeby iść w nim do supermarketu. Już nie przygotowuję wyjątkowych potraw jedynie na ‘wielkie uroczystości’ – robię to, kiedy tylko mam na to ochotę. Sformułowania „kiedyś to zrobię”, „pewnego dnia” i „następnym razem” wykreśliłem ze swojego słownika. Jeżeli nie zaszkodzi robić pewne rzeczy teraz… …to po co czekać?

Nie wiem co zrobiłaby żona mojego przyjaciela, gdyby wiedziała, że następnego dnia już jej nie będzie. Myślę, że zadzwoniłaby do członków swojej rodziny i najbliższych przyjaciół, a może także i do dawnych znajomych. Zadzwoniłaby, aby przeprosić za stare kłótnie i przykrości. Chciałbym myśleć, że poszłaby do restauracji chińskiej… Jej ulubionej.

Są takie małe, niezrobione rzeczy, które by mi dokuczały, gdybym miał świadomość, że zostało mi niewiele godzin. Dokuczliwe, bo nie zobaczyłbym już moich przyjaciół, których zamierzałem odwiedzić „pewnego dnia”… Dokuczliwe przez to, że nie napisałbym listów, które chciałem napisać „któregoś dnia”… Dokuczliwe i smutne, bo nie zdążyłbym powiedzieć mojemu rodzeństwu i moim dzieciom jak bardzo ich kocham…

Teraz postanowiłem nie przechowywać na ‘specjalne okazje’ niczego, co dopełniałoby nasze życie radością i szczęściem. Każdego dnia mówię sobie, że ów dzień jest wyjątkowy. Każdy dzień, każda godzina, każda minuta jest wyjątkowa…

 

WSKAZÓWKI NA ŻYCIE:

Jedz dużo ryżu i z chętnie pomagaj innym ludziom.

Ucz się na pamięć twoich ulubionych wierszy i nie wierz

we wszystko, co widzisz.

Nie wydawaj wszystkiego, co posiadasz i śpij krócej niż by ci się chciało.

Mów „kocham cię” tylko wtedy, gdy jest to prawda.

Gdy mówisz „przykro mi”, patrz drugiej osobie w oczy.

Niech okres twojego narzeczeństwa trwa przynajmniej 6 miesięcy.

Wierz w miłość od pierwszego wejrzenia i nigdy nie śmiej się z cudzych marzeń.

Kochaj głęboko i namiętnie…

Możesz czasem odnosić porażki, ale bez ryzyka nigdy nie będziesz żył pełnią życia…

Mów powoli i myśl szybko.

Pamiętaj, że ogromna miłość, jak wszystkie wielkie sukcesy wymaga dużego ryzyka.

Gdy przegrasz, wyciągnij z tego wniosek i pamiętaj o 3 złotych zasadach:

Szacunek do siebie. Szacunek do innych. Odpowiedzialność za swoje czyny.

Nie pozwól, aby mały problem zniszczył wielką przyjaźń.

Gdy wiesz, że popełniłeś błąd, natychmiast go napraw.

Uśmiechaj się, gdy odbierasz telefon. Ten kto dzwoni, usłyszy to w twoim głosie.

Weź ślub z osobą, z którą ci się wspaniale rozmawia…

…gdy nadejdzie starość, ta umiejętność będzie znacznie ważniejsza od wszystkich innych.

Spędzaj trochę czasu w samotności, otwieraj się na zmiany, ale nigdy nie porzucaj swoich wartości.

Pamiętaj, że czasami cisza jest najlepszą odpowiedzią.

Czytaj więcej książek i oglądaj mniej telewizji.

Żyj dobrze i uczciwie: gdy już będziesz stary i wspomnisz przeszłość, będziesz mógł się cieszyć swoim życiem po raz drugi.

Ufaj Bogu, ale zamykaj dobrze dom po wyjściu…(przezornego Pan Bóg strzeże).

Bardzo ważne jest, by w domu panowało środowisko pełne miłości:

Rób wszystko, by stworzyć spokojny i harmonijny klimat.

Czytaj między wierszami. Dziel się swoimi umiejętnościami – to jest sposób by być nieśmiertelnym.

Żyj w zgodzie z planetą.

Nie przerywaj komuś, gdy ci okazuje czułość.

Pilnuj swoich interesów - nie wtrącaj się do spraw innych.

Nie ufaj temu, kto nie zamyka oczu podczas pocałunku.

Raz w roku odwiedź jakieś miejsce, w którym jeszcze nigdy nie byłeś.

Jeżeli zarabiasz dużo pieniędzy, pomóż tym, którzy potrzebują środków na przetrwanie.

Pomagając kosztujesz największego bogactwa pieniędzy.

Pamiętaj, że czasem nie otrzymanie czegoś czego się pragnie, jest szczęściem.

Naucz się wszystkich reguł, a potem złam którąś z nich.

Pamiętaj, że najlepszy związek to taki, w którym miłość pomiędzy dwoma osobami jest większa niż chęć dominacji jednej ze stron.

Oceniaj wagę twojego sukcesu po ilości wyrzeczeń, jakie musiałeś podjąć, aby go osiągnąć."

 

Indyjska tantra

 

***

 

"Pewien mądry Hindus miał przyjaciela, który mieszkał w Mediolanie. Poznali się w Indiach, dokąd Włoch udał się z rodziną na wycieczkę. Hindus był przewodnikiem włoskich turystów i pokazał im najbardziej charakterystyczne zakątki swej ojczyzny.

Zaprzyjaźniony Mediolańczyk wdzięczny za to, zaprosił Hindusa do swego miasta. Hindus długo nie mógł zdecydować się na wyjazd, ale w końcu uległ namowom przyjaciela i pewnego pięknego dnia wysiadł na lotnisku Malpensa pod Mediolanem.

Następnego dnia mieszkaniec Mediolanu i Hindus spacerowali w centrum miasta. Hindus o czekoladowej twarzy, z czarną brodą i w żółtym turbanie przyciągał spojrzenia przechodniów. Mediolańczyk był ogromnie dumny z egzotycznego przyjaciela.

W pewnym momencie, na placu San Babila, Hindus zatrzymał się i spytał:

- Czy słyszysz również i ty to, co ja słyszę?

Mieszkaniec Mediolanu, trochę zaskoczony, natężył słuch, ale przyznał, że słyszy jedynie wielki hałas wywołany ruchem miejskim.

- Tu w pobliżu znajduje się śpiewający świerszcz – stwierdził Hindus.

- Mylisz się – powiedział mieszkaniec Mediolanu. – Ja słyszę jedynie zgiełk miejski. A zresztą tutaj nie ma świerszczy.

- Nie mylę się. Słyszę śpiew świerszcza – upierał się Hindus i zaczął poszukiwania wśród liści kilku nędznych drzewek. Po chwili pokazał przyjacielowi, który sceptycznie obserwował go, małego owada. Wspaniały świerszcz niezadowolony, starał się ukryć przed osobami zakłócającymi jego koncert.

- Widzisz świerszcza? – spytał Hindus.

- Rzeczywiście – przyznał Mediolańczyk. – Wy Hindusi macie słuch bardziej wyostrzony od białych...

- Tym razem ty się mylisz – uśmiechnął się mądry Hindus. – Zobacz tylko...

Hindus wyciągnął z kieszeni małą monetę i rzucił ją na chodnik. Natychmiast cztery, czy pięć osób odwróciło się i spojrzało.

- Widziałeś? – spytał Hindus. – Ten pieniążek zadźwięczał o wiele słabiej od śpiewu świerszcza. A jednak tylu białych usłyszało go."

Link to post
Share on other sites

Wędrowiec dochodząc już do miasteczka napotkał starca siedzącego w cieniu ogromnego, stojącego wielbłąda. Zapytał o godzinę. Wtedy starzec wziął laskę i łagodnym, ale zdecydowanym ruchem pacnął wielbłąda w jądra. I po chwili odpowiedział - dochodzi wpół do pierwszej. Wędrowiec był tak zaskoczony, że obiecał starcowi oddać cały zapas wody (który przecież będzie uzupełniony w miasteczku) w zamian za zdradzenie tajemnicy. Na to starzec, przesuwając laskę pod wielbłądem, odpowiada: - tam na wieży jest zegar, wielbłąd mi go akurat przyrodzeniem zasłaniał.

 

***

 

Żyło sobie zwyczajne małżeństwo. Mąż miał na imię Jan, a żona Helena. Mąż po pracy siadał w fotelu i oglądał telewizor lub czytał gazetę. Żona jego, Helena, przygotowywała kolację. Podając mężowi kolację, ciągle burczała, że on w domu nic pożytecznego nie robi, pieniędzy mało zarabia... Jana denerwowało burczenie żony. Ale nie odpowiadał jej obraźliwie, tylko w myślach sam do siebie mówił: "Sama – leń i flejtuch, a jeszcze innych poucza. Kiedy braliśmy ślub, była całkiem inna – piękna i czuła".

 

Pewnego razu, wracając do domu, w myślach zwrócił się do Boga: – Boże mój, Boże mój! Nie układa się to moje życie. Czy całe wieki będę się męczył z taką zrzędliwą i brzydką żoną? To męczarnia, a nie życie.

I nagle usłyszał Jan cichy głos Boga:

– Mój synu, twojemu nieszczęściu mógłbym zaradzić i dać ci piękną Boginię za żonę, lecz jeśli sąsiedzi zobaczą nagłą odmianę twego losu, to w wielkie zdumienie wpadną. Zróbmy tak: ja twoją żonę stopniowo będę zmieniał, wcielając w nią ducha Bogini i poprawiając jej wygląd zewnętrzny.

Ale zapamiętaj również to, że gdy z Boginią chcesz żyć, to i twoje życie godne Bogini winno być.

– Dziękuję Ci, Boże. Dla Bogini to każdy mężczyzna swoje życie zmieni. Powiedz mi tylko: kiedy zmiany w mojej żonie zaczniesz robić?

– Nieznacznie zmienię ją już teraz. I z każdą chwilą będę dokonywał zmian na lepsze.

 

Jan wszedł do domu i usiadł w fotelu, z gazetą przed telewizorem. Lecz jakoś mu nie idzie czytanie ani oglądanie. Niecierpliwi się, by spojrzeć – czy chociaż ciut, ciut się zmienia jego żona?

Wstał, otworzył drzwi do kuchni, ramieniem oparł się o futrynę i uważnie zaczął się jej przyglądać.

Stała odwrócona plecami i zmywała naczynia po kolacji. Helena poczuła wzrok na sobie i odwróciła się do drzwi. Ich oczy się spotkały. Jan, patrząc na żonę, myślał: "Nie, żadne zmiany w mojej żonie nie zaszły".

Helena, widząc niezwykłe zainteresowanie męża i nic nie rozumiejąc, odruchowo poprawiła swoje włosy. Rumieńcem oblały się jej policzki, gdy zapytała:

– Co ty, Janie, tak mi się przypatrujesz?

Nie wymyśliwszy nic lepszego, Jan odrzekł zmieszany

– Może pomóc ci naczynia zmywać? Tak mi jakoś przyszło do głowy...

– Naczynia? Pomóc mi? – cicho pytaniem na pytanie odpowiedziała zdziwiona żona, zdejmując upaćkany fartuch. – Już je właśnie umyłam.

"No tak, dosłownie w oczach zachodzą u niej zmiany – pomyślał Jan – raptem piękniejsza się zrobiła". I sam zaczął wycierać naczynia.

 

Na drugi dzień z niecierpliwością spieszył Jan po pracy do domu. Bardzo chciał popatrzeć, jak się przemienia jego zrzędliwa żona.

"Może dużo już jest w niej z Bogini? A ja wciąż taki sam jak dawniej. Na wszelki wypadek kupię kwiaty." Otworzył drzwi do domu i osłupiał z wrażenia.

 

Przed nim stała Helena w wyjściowej sukni, tej samej, którą kupił jej rok temu. Elegancko uczesana, ze wstążką w włosach. Zmieszany, niezdarnie podał kwiaty, nie odrywając wzroku od Heleny.

A ona wzięła kwiaty, wydała cichy okrzyk zaskoczenia i opuszczając rzęsy, oblała się rumieńcem.

"Ach, jakie przepiękne rzęsy mają Boginie! Jakie są wrażliwe! Jakie niezwykłe jest ich wewnętrzne piękno i zewnętrzny wygląd!"

I Jan z kolei wykrzyknął z zaskoczenia, widząc na stole zastawę od, serwisu, dwie zapalone świece i dwa kielichy do wina oraz dania kuszące boskim aromatem.

 

Kiedy oboje siedli za stołem, Helena nagle poderwała się, mówiąc:

– Zapomniałam włączyć telewizor, gazety masz tutaj.

– Nie trzeba – odpowiedział Jan szczerze. – Lepiej powiedz, jak chciałabyś spędzić jutrzejszy dzień?

– A ty? – zapytała zdumiona Helena.

– Przez przypadek kupiłem dwa bilety do teatru. Ale w dzień może zechcesz się przejść po sklepach. Trzeba by najpierw pójść do sklepu i kupić ci odpowiedni strój. (O mały włos nie powiedział: "strój godny Bogini")

Zmieszał się, spojrzał na żonę i aż krzyknął z zachwytu.

 

Przed nim za stołem, z tajemniczym, nieco pytającym uśmiechem,

z promieniującą szczęściem twarzą i blaskiem w oczach

siedziała Bogini.

 

(W.Megre)

Link to post
Share on other sites

"Pewnego dnia jeden z najsławniejszych profesorów uniwersytetu, kandydat do nagrody Nobla, dotarł nad brzeg jeziora. Poprosił przewoźnika, by go wziął do swej łodzi na przejażdżkę po jeziorze. Dobry człowiek zgodził się. Gdy byli już daleko od brzegu, profesor zaczął go wypytywać.

- Znasz historię ?

- Nie!

- A więc jedna czwarta twego życia stracona. Znasz astronomię ?

- Nie.

- A więc dwie czwarte twego życia poszły na marne. Znasz filozofię ?

- Nie.

- A więc trzy czwarte twego życia są stracone.

 

Nagle niespodziewanie zaczęła szaleć okropna burza. Łódka na środku jeziora kołysała się jak mała łupinka orzecha. Przewoźnik przekrzykując ryk wiatru zapytał profesora:

- Umie pan pływać ?

- Nie - odpowiedział profesor.

- A zatem całe pana życie jest stracone..."

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Głos kasztelańskiego herolda, który odczytywał na placu obwieszczenie, obudził wieś położoną u podnóża zamku.

„Nasz umiłowany pan zaprasza wszystkich swoich dobrych i wiernych poddanych do udziału w przyjęciu, wydanym z okazji swych urodzin. Każdy otrzyma miłą niespodziankę. Pan prosi jednak wszystkich o małą przysługę: osoby, które wezmą udział w przyjęciu, niech przyniosą ze sobą trochę wody, aby uzupełnić kończące się rezerwy zamkowe...”

Herold powtórzył kilkakrotnie to obwieszczenie, potem odwrócił się i pod eskortą straży powrócił do zamku.

We wsi w przeróżny sposób komentowano zaproszenie.

- Oh! To zawsze ten sam tyran! Ma wystarczająco wiele służących, by uzupełnić zbiornik... Ja zaniosę szklankę wody i to wystarczy.

- Ależ nie! Był zawsze dobry i szczodry! Ja przyniosę baryłkę!

- A ja... naparstek wody!

- Ja beczkę!

Rano, w dniu przyjęcia, można było zobaczyć dziwny orszak zdążający do zamku. Niektórzy pchali z wysiłkiem potężne beczki lub nieśli, sapiąc, wielkie wiadra pełne wody. Inni, wyśmiewając się z towarzyszy drogi, nieśli małe karafki albo szklanki na tacy. Orszak ten wszedł na podwórzec zamkowy. Każdy opróżniał swój pojemnik w dużym basenie, ustawiał go w kącie i podążał do sali bankietowej.

Pieczyste dania i napoje, tańce i śpiewy przeplatały się bez przerwy. Wreszcie, pod wieczór pan zamku podziękował wszystkim w uprzejmych słowach za przybycie i powrócił do swych apartamentów.

- A przyrzeczona niespodzianka? – szemrali niektórzy niezadowoleni i rozczarowani.

Innych przepełniała radość.

- Nasz pan zorganizował dla nas wspaniałą uroczystość! – mówili.

Każdy przed powrotem do domu udał się po swój pojemnik. Dały słyszeć się krzyki, które gwałtownie się nasilały. Były to okrzyki radości i złości.

Pojemniki zostały napełnione aż po brzegi złotymi monetami!

„Ach! Gdybym przyniósł więcej wody...”"

 

Dawajcie, a będzie wam dane: miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie (Łk 6, 38)

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

"Adaś (trzy lata):

- Opowiedz mi bajkę o złym wilku.

Kasia (dziesięć lat):

- Ależ nie ma złych wilków, są tylko wilki nieszczęśliwe.

 

Nie ma złych ludzi..."

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Pewnemu chłopcu śniło się, że wszedł do ogromnego sklepu, w którym za ladą stał anioł.

- Co tutaj sprzedajecie? – zapytał chłopiec.

- Wszystko, czego pan sobie zażyczy – odparł uprzejmie anioł.

Chłopiec zaczął więc wymieniać:

- Chciałbym zakończenia wszystkich wojen na całym świecie, więcej sprawiedliwości dla wykorzystywanych, tolerancji i życzliwości dla obcych, więcej miłości w rodzinie, pracy dla bezrobotnych, głębszego poczucia wspólnoty w Kościele i... i...

Anioł przerwał:

- Przykro mi proszę pana, ale widocznie źle mnie pan zrozumiał. My nie sprzedajemy owoców, lecz jedynie nasiona."

 

Jedna z przypowieści Jezusa zaczyna się tak: „Królestwo niebieskie jest podobne do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli...”

Ziarno zawsze jest początkiem. Małym, często trudnym do zauważenia, początkiem. Sam Bóg zstąpił na ziemię jak ziarno, zaczyn, malutki młody pęd.

Ziarno to cud. Nawet największe, najpotężniejsze drzewo bierze swój początek z małego nasionka. Twoja dusza jest ogrodem, w którym zostały zasiane ogromne dzieła i najważniejsze wartości.

Czy pozwolisz im wyrosnąć?

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

Uwaga długie:

 

"Bajka o Ćwierćlandzie

 

Państwo to jest okrągłe jak naleśnik, a ponieważ składa się z czterech krajów nosi nazwę „Ćwierćlandia”.

W pierwszym kraju wszystko jest zielone: domy, ulice, samochody, dorośli, a także dzieci.

W drugim kraju wszystko jest czerwone: drzewa, wanny, lizaki, dorośli, a także dzieci.

W trzecim kraju wszystko jest żółte: miotły, szpitale, kwiaty, rusztowania na budowie, dorośli, a także dzieci.

W czwartym kraju wszystko jest niebieskie: lampy na skrzyżowaniach, meble, mosty, szczoteczki do zębów, dorośli, a także dzieci.

Dzieci w dniu narodzin są kolorowe. Tak jest w całym Ćwierrćladzie. Lecz dorośli patrzą na nie swoimi zielonymi, czerwonymi, żółtymi, bądź niebieskimi oczami, głaszcząc je swoimi zielonymi, czerwonymi, żółtymi, czy też niebieskimi rękami dotąd, aż staną się jednokolorowe. Najczęściej dzieje się to bardzo szybko.

Pewnego razu w kraju zielonym przyszedł na świat chłopiec o imieniu Groszek. Gdy skończył rok, to był jeszcze trochę kolorowy. Było to niepokojące, lecz w końcu nabrał zielonej barwy tak jak trzeba.

W „Ćwierćlandzie” dzieci nie muszą chodzić do szkoły. Uczą się tylko rzeczy najistotniejszej: w kraju zielonym, że liczy się tylko kolor zielony, w czerwonym, że czerwony, w żółtym, że żółty, a w niebieskim, że niebieski. Tak więc w kraju czerwonym nocą i dniem fruwają transparenty. „Kolor zielony, żółty i niebieski to oszustwo” – można na nich przeczytać. „Tylko czerwień jest prawdziwa”. Rozlega się piosenka truskawkowa – hymn narodowy kraju czerwonego.

W niebieskim kraju wszędzie wiszą plakaty z napisem: „Niebieski, niebieski, niebieski!” I za każdym razem, gdy dzieci wpatrują się swoimi niebieskimi oczami w napis na plakatach, dostają swędzenia w niebieskich piętach i natychmiast tańczą śliwkowe tango.

W żółtym kraju krzyczy megafon: „Kolor niebieski, czerwony i zielony są do kitu. Żółty - to jest to!” Potem dzieciaki zdejmują żółte czapeczki z głów i tańczą cytrynowego bluesa.

A w kraju zielonym stoi w parku mówiący robot. „Bądźcie zieloni” – woła, „jeśli usłyszycie czerwony, niebieski, żółty, to nie dawajcie wiary”. Raz Groszek wetknął robotowi do buzi kawałek zielonego sera i robot przez trzy dni mówił tylko „pi-per-la-pop”. Dzieciarnia uznała, że jest to wspaniałe.

„Żółtego dnia” – pozdrawiają się dzieci w kraju żółtym, bo przecież żółty jest najlepszy. Potem jeżdżą na melonowych wrotkach i wypuszczają z klatek żółte kanarki. Czasem siadają i marzą. Oczywiście marzenia mają żółtą barwę, bo przecież o innych kolorach nie wiedzą. Marzą o lwim zębie, o słomkowym kapeluszu, o galaretce brzoskwiniowej, o żółtym samochodzie pocztowym, o robaczku świętojańskim. I gdy otwierają po jakimś czasie swoje żółte oczy, to są troszeczkę niezadowolone. Lecz nie umieją powiedzieć, dlaczego.

W kraju czerwonym dzieci mają wielką czerwoną zabawę: rzucają pomidorami w zachodzące słońce, a słońce te pomidory połyka. Potem, gdy zapada zmrok i w domach zapalą się czerwone lampy, dzieci siadają i patrząc w dal wzdychają. A wszystkie ich westchnienia mają oczywiście kolor czerwony. Czasem czują się tak, jak gdyby im czegoś brakowało, ale ni mówią o tym.

W niebieskiej krainie dzieci mają taką zabawę: „Niebo” – mówi któreś, a inne odpowiadają: „Niebieskie”. „Dym – niebieski, atrament – niebieski, papużka – niebieska, niezapominajka – niebieska”. I tak nieustannie, aż do zmęczenia. Potem łapią się za ręce i wymyślają różne rzeczy. Wymyślają niebieskie mandarynki, niebieski śnieg, niebieską muzykę, niebieskie konie. Czasem któreś dziecko boli ząb. Ból jest wtedy niebieski.

W kraju zielonym największą radość sprawia skakanie przez kaktusy. Jeśli któreś z dzieci nie skacze dość wysoko, to wbija mu się do pupy kaktusowy kolec. Fajna jest też zabawa w skaczące żabki. Natomiast liczenie trawy jest nudne. Gdy się w to bawią, to zaczynają ziewać. Siadają na zielony parkany i wymyślają sobie zielone prezenty, na przykład: zielony likier z mięty, sałatę z porem, pięć metrów węża do podlewania ogrodu i inne. Tylko Groszek pewnego razu zażyczył sobie czerwoną kropkę. Taką maleńką, maciupeńką. Całe szczęście, że policja o tym nie wie.

Zadaniem policjantów w każdym kraju jest odnawianie każdego ranka o godzinie szóstej kredowych granic. Najpierw czeszą oni swoje czerwone, niebieskie, żółte i zielone włosy czerwonymi, niebieskimi, żółtymi i zielonymi grzebieniami, a następnie idą do pracy. Potem jak inni dorośli wracają do domu i odmawiają modlitwę przed wieczerzą. „Kochany, żółty Panie Boże” – modlą się w kraju żółtym. „Dziękujemy Ci za to, że jesteśmy żółci. Chroń nas Boże”. A w krajach pozostałych rozbrzmiewa modlitwa do niebieskiego, zielonego i czerwonego Boga. I wszyscy modlą się tylko za siebie.

W „Ćwierćlandzie” oczywiście nie jest tak, że kraje są od siebie całkowicie odcięte. Można telefonować. Na przykład z kraju niebieskiego do zielonego lub czerwonego. Z kraju żółtego można wykręcić numer do kraju niebieskiego. Ponieważ jednak kable telefoniczne są przecięte, to telefony są głuche. Dzieci doskonale o tym wiedzą i nawet nie próbują dzwonić.

 

Pewnego dnia zdarzyło się coś zdumiewającego. W środku zielonego kraju wyrosła żółta róża. Była to piękna róża! Lecz dorośli przechodząc obok niej wykrzywiali twarze, jak gdyby przechodzili obok gnojówki. Nie trwało to długo. Na miejsce przybyło 35 policjantów i 35 szpadlami wgniotło różę w ziemię. To było tego dnia, kiedy Groszek upuścił swoją łyżkę do talerza ze szpinakiem. Szpinak rozprysnął dookoła. Ale nic się nie stało, bo pokój tak czy tak był przecież zielony. Rodzice Groszka także. Jedynie pękł talerz. Potem nie zdarzyło się już nic więcej. W każdym razie nie było widać, ani słychać nic szczególnego. Jednakże wszystkie dzieci w „Ćwierćlandzie” zaczęły odczuwać niepokój. Od momentu, kiedy pękł talerz.

I nagle wszystkie dzieci z kraju czerwonego pobiegły do miejsca, gdzie graniczą ze sobą wszystkie kraje. Dzieci z kraju niebieskiego też tam pobiegły, z żółtego i zielonego także. Gdy już wszystkie znalazły się na granicy, zaczęły przypatrywać się sobie nawzajem, nie mówiąc ani jednego słowa. Aż Groszek zrobił coś, co inne dzieci w mig pochwyciły. Po prostu splunął na kredową granicę. Potem roztarł ślinę nogą. Kreda zniknęła. Inne dzieci zrobiły to samo. Spluwały i tarły kredę, aż nie zostało ani śladu z granic. Wtedy dzieci wybuchnęły śmiechem, zaczęły się obejmować bardzo ostrożnie nawzajem: zielone – żółte, żółte – niebieskie, niebieskie – czerwone, czerwone – zielone i wciąż dalej, aż każdy objął każdego. Najpierw niczego nie dostrzegały. Zaczęły się bawić nie pamiętając, co mówił robot w parku, megafon i transparenty. Powoli dzieci przestały być jednokolorowe. Na zielonych pojawiły się czerwone, niebieskie i żółte plamki, na niebieskich – zielone, czerwone, żółte, na czerwonych i żółtych zaczęło dziać się to samo.

A gdy już wszystkie dzieci miały kolory „Ćwierćlandu” na sobie, to ich myśli, marzenia, odczucia i życzenia stały się kolorowe. Każde dziecko zaczęło rozumieć drugie i zawładnęły całym „Ćwierćlandem”. Nigdy wcześniej nie było tak radośnie – śpiewają razem cytrynowego bluesa, skaczą przez kaktusy, wymyślają niebieski śnieg, rzucają pomidory w zachód słońca.

Dorośli robią okrągłe oczy ze zdumienia, ale są bezsilni, bo nie ma już jednokolorowych dzieci. Niektórzy rodzice także chcą być kolorowi. Bardzo się starają i nawet pojawiają się na nich kolorowe nieśmiałe plamki, na przykład na rodzicach Groszka.

Lecz naprawdę kolorowe są tylko dzieci..."

 

Na motywach bajki Giny Ruck-Pauqet

 

***

 

"Na pokładzie pewnego statku płynącego do Stanów Zjednoczonych wracał pewien misjonarz, który spędził wiele lat w Chinach oraz znany śpiewak, który był tam tylko dwa tygodnie. Kiedy dopłynęli do Nowego Jorku, misjonarz ujrzał wielki tłum wielbicieli oczekujących powrotu śpiewaka.

- Panie, nie pojmuję tego – mruknął rozgoryczony nieco. – Poświęciłem Chinom czterdzieści dwa lata mojego życia, a on tam był tylko przez dwa tygodnie i jego witają serdecznie w domu tysiące ludzi, a na mnie nie czeka absolutnie nikt.

Pan odpowiedział: - Synu, skąd ta gorycz? Przecież nie jesteś jeszcze w domu."

 

Któregoś dnia turysta odwiedził słynnego rabina.

Zdziwił go niesłychanie widok domu rabina, wszystkie pokoje wypełniały jedynie książki, zaś całe umeblowanie stanowił stół i krzesło.

- Rabbi, gdzie są twoje meble? – spytał turysta.

- A gdzie są twoje? – zareplikował rabin.

- Moje? Ależ ja jestem tutaj jedynie przejazdem!

- Ja także – odparł rabin.

 

Bruno Frerrero

Link to post
Share on other sites

"Z kuchni, jak zwykle, dobiegł głos kobiety:

- Obiad gotowy!

Mąż, który czytał gazetę i dwaj synowie oglądający telewizję i słuchający muzyki z hałasem zasiedli do stołu i niecierpliwie przekładali sztućce.

Weszła kobieta.

Lecz zamiast zwykłych, pachnących dań, postawiła na środku talerz, na którym znajdowała się spora kupka siana.

- Ależ... co to jest? – zawołali trzej mężczyźni.

- Czyś ty oszalała?

Kobieta spojrzała na nich i odparła z anielskim spokojem.

- No tak, jak mogłam się spodziewać, że to zauważycie? Gotuję wam od dwudziestu lat i przez cały ten czas nie usłyszałam od was ani jednego słowa, które dałoby mi do zrozumienie, że nie przeżuwacie siana."

 

Aby uczcić dziesiątą rocznicę ślubu pewna kobieta zwróciła się z prośbą do redakcji czasopisma czytanego regularnie przez jej męża, aby zechciało zamieścić jej list tej treści: „Dziękuję, dziękuję Ci mój drogi, ponieważ jeśli jestem dzisiaj szczęśliwą żoną i matką, zawdzięczam to Tobie. Dziękuję za to, że zawsze i wszędzie dawałeś mi do zrozumienia, że jestem dla Ciebie jedyną kobietą na świecie. Dziękuję za to, że czuję się piękna. Dziękuję za to, że czuję się ważna. Dziękuję za wszystkie Twoje pełne miłości spojrzenia, gdy byliśmy wśród innych ludzi. Dziękuję za Twoje „kocham cię” wypowiadane wtedy i tam, gdzie najmniej się tego spodziewałam. Dziękuję za to, że jesteś. Dziękuję za te wspaniałe lata miłości.”

 

Wszyscy posiadamy wielką moc: moc decydowania o szczęściu lub nieszczęściu ludzi, którzy żyją obok nas. Zwykle wystarczy słowo „dziękuję” wypowiadane często lub zapominane.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

Pewnego dnia wilk chciał zmienić coś w swoim jadłospisie - postanowił spróbować ryb, poszedł nad strumyk, ale nie umiał złapać żadnej ryby, po krótkiej chwili zobaczył 2 wydry łowiące ryby, postanowił się im poprzyglądać w nadziei że czegoś sie nauczy, w pewnym momencie obie wydry złapały jedną rybę, zaczęły sie kłócić która ma wziąć połowę z głową a która z ogonem, zauważyły wilka który przyglądał sie całej sytuacji, poprosiły go o rozwiązanie sporu. Wilk oderwał samą głowę i podał jednej wydrze i sam ogon i dał drugiej wydrze resztę [czyli praktycznie całą rybę] wziął sobie mówiąc że ta część się jemu należy za rozwiązanie sporu.

 

:)

Link to post
Share on other sites

Dzień dobry.

 

"Pewna młoda para weszła do największego sklepu z zabawkami w całym mieście. Mężczyzna i kobieta długo oglądali kolorowe zabawki ułożone na półkach, uczepione pod sufitem, radośnie rozłożone na krzesłach. Były tam płaczące i śmiejące się lalki, gry elektroniczne, małe kuchenki, w których można było upiec pizzę i ciasto.

Klienci jednak nie potrafili się zdecydować i poprosili o radę uprzejmą sprzedawczynię.

- Widzi pani – rzekła kobieta – mamy małą córeczkę, lecz bardzo często przebywamy poza domem, zarówno w dzień, jak i wieczorem.

- Zauważyliśmy, że dziewczynka rzadko się uśmiecha – dodał mężczyzna.

- Chcielibyśmy kupić coś, co uczyniłoby ją szczęśliwą – podjęła kobieta – nawet wtedy, gdy nie ma nas w domu... Coś, co sprawiałoby jej radość, kiedy jest sama.

- Przykro mi – uśmiechnęła się grzecznie sprzedawczyni – ale my nie sprzedajemy rodziców."

 

Wraz z poczęciem dziecka zaciągamy wobec niego dług większy, niż to jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Wszystkie maluchy przychodzą do nas z biletem wstępu do życia i mówią nam:

- Przywołałeś mnie tutaj, jestem więc. Co mi dasz?

W większości tak rozpoczyna się każde zadanie wychowawcze.

Pewien piętnastolatek napisał na ten temat wiersz:

 

Pragnąłem mleka

A dostałem butelkę ze smoczkiem,

 

Pragnąłem rodziców

A dostałem zabawkę,

 

Pragnąłem rozmowy

A dostałem telewizor,

 

Pragnąłem się uczyć

A dostawałem świadectwa szkolne,

 

Pragnąłem myśleć

A dostałem wiedzieć,

 

Pragnąłem być wolny

A dostałem dyscyplinę,

 

Pragnąłem miłości

A dostałem normalność,

 

Pragnąłem zawodu

A dostałem posadę,

 

Pragnąłem szczęścia

A dostałem pieniądze,

 

Pragnąłem wolności

A dostałem samochód,

 

Pragnąłem sensu

A dostałem karierę,

 

Pragnąłem nadziei

A dostałem strach,

 

Pragnąłem zmieniać świat

A dostałem litość,

 

Pragnąłem żyć...

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Pewien młody student, który gorąco pragnął poświęcić się służbie ludzkości, przyszedł do św. Franciszka Salezego i zapytał:

- Co powinienem robić, by na świecie zapanował pokój?

Święty odpowiedział z uśmiechem:

- Nie trzaskaj tak głośno drzwiami..."

 

Zwykle małe, nieważne sprzeczki przeradzają się w ogromne spory. Wiele rozwodów zaczyna się od pozostawianych pod łóżkiem kapci i rozrzuconych po kątach skarpetek. Lecz także i na wielką miłość składają się drobne, błahe z pozoru sprawy.

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

P.S to wyzej jest swietne, czemu nikt nie lajkuje? ;p

 

"Trzy ciekawskie żaby wyszły pewnego dnia ze stawu, w którym zawsze mieszkały i wybrały się na podbój świata. W pobliżu znajdowało się okazałe gospodarstwo rolne. Żaby rozpoczęły swoje odkrywanie świata od ogrodzonego podwórza gospodarstwa. Lecz natychmiast dostrzegły je dwie gęsi , które zadowolone z możliwości odmienienia jadłospisu poczuły ślinkę w dziobach i sycząc rzuciły się w stronę żab.

Jednak trzy żaby były zręczne i dzielne – udało im się uciec. Właśnie w tej chwili gospodarz postawił przed drzwiami obory wiadro mleka. Dwa wspaniałe susy i żaby znalazły się w wiadrze. Początkowo pływanie w mleku niesłychanie im się spodobało, lecz wkrótce zaczęły się martwić. Musiały jak najprędzej stąd wyjść! Zdenerwowany gospodarz mógł się z pewnością okazać groźniejszy niż gęsi...

Próbowały wiele razy, lecz na próżno – metalowe ścianki wiadra były gładkie i śliskie.

Pierwsza żaba była fatalistką. Po kilku nieudanych próbach rzekła:

- Nigdy się stąd nie wydostaniemy. To już koniec. – Poddała się i utopiła.

Druga żaba przedstawiała typ intelektualistki i miała ogromną teoretyczną wiedzę na temat cieczy, skoków i obowiązujących praw fizycznych. Błyskawicznie dokonała wszelkich obliczeń dotyczących odległości od krawędzi wiadra, jego średnicy, koniecznej siły skoku, paraboli, masy ciała, siły przyciągania ziemskiego, przyspieszenia. Znalazła rozwiązanie i wyskoczyła bardzo energicznie. Lecz... w swoich obliczeniach nie wzięła pod uwagę uchwytu wiadra. Uderzyła się w głowę, straciła przytomność i skończyła marnie na dnie wiadra.

Trzecia żaba nawet na chwilę nie przestała pływać i ze wszystkich swych sił starała się nie poddawać. Pod wpływem jej energicznych ruchów mleko zamieniło się w masło, śliskie wprawdzie, lecz dosyć twarde i żabie łatwo udało się wyskoczyć na zewnątrz."

 

Afrykańskie przysłowie mówi:

„Każdego ranka w Afryce budzi się lew.

Wie, że musi biec szybciej niż gazela

aby ją złapać i zabić, albo też zdechnie z głodu.

Każdego ranka w Afryce budzi się gazela.

Wie, że musi biec szybciej niż lew

Albo też postrada życie.

Każdego ranka, kiedy się budzisz,

nie zastanawiaj się, czy jesteś lwem, czy gazelą,

lecz zaczynaj biec.”

 

Nigdy nie trać nadziei, bez względu na sytuację w jakiej się znalazłeś. Nie poddawaj się, lecz spróbuj znaleźć jakieś wyjście.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

Oto kolejna bajka, którą poznałem dzięki wspomnianej już pani psycholog:

 

ZACZNIJ OD SIEBIE

 

Na płycie nagrobnej anglikańskiego biskupa widnieją następujące słowa:

 

Kiedy byłem młody i wolny, a moja wyobraźnia nie znała granic, marzyłem, by zmienić świat. Gdy wzrosłem w latach i mądrości, odkryłem, że świata nie da się zmienić, więc przykróciłem nieco swe zamiary i postanowiłem zmienić jedynie swój kraj.

 

Lecz on także zdał się niewzruszony.

 

Gdy dożyłem swego zmierzchu, w ostatnim, rozpaczliwym zrywie zdecydowałem zmienić choć swoją rodzinę, lecz – niestety! – na nic się to zdało!

 

Teraz, gdy spoczywam na łożu śmierci, nagle zdałem sobie sprawę, że jeślibym zmienił najpierw tylko siebie, swym przykładem zmieniłbym i swą rodzinę.

Przy ich inspiracji i wsparciu byłbym w stanie naprawić swój kraj, i, kto wie, może zmieniłbym wówczas cały świat!

Link to post
Share on other sites

"Dwaj wędrowcy podążali trudną do przebycia górską drogą; chłostał ich lodowaty wiatr. Zaczynała się burza śnieżna. Wśród skał pogwizdywały smagane wichurą odłamki lodu. Mężczyźni z trudem posuwali się naprzód. Doskonale wiedzieli, że jeśli na czas nie dotrą do schroniska, zginą w śnieżnej zadymce.

Gdy tak wędrowali zmęczeni; oślepiani przez sypiący gęsto śnieg, nad samym skrajem przepaści usłyszeli jęk. Jakiś człowiek wpadł pewnie do głębokiego wąwozu i nie mogąc się stamtąd wydostać, wzywał teraz pomocy.

Jeden z wędrowców stwierdził:

- To przeznaczenie. Ten człowiek jest skazany na śmierć. Przyspieszmy lepiej kroku, byśmy sami tu nie zginęli.

I podążył naprzód skulony, aby łatwiej mu było iść.

Natomiast drugi ulitował się nad nieszczęśnikiem i zaczął schodzić krętymi ścieżkami. Po jakimś czasie znalazł rannego mężczyznę, ułożył go sobie na ramionach i z trudem rozpoczął dalszą wędrówkę.

Powoli zapadał zmrok. Widoczność była coraz gorsza. Wędrowiec dźwigający rannego był spocony, słaniał się na nogach i już całkiem opadał z sił, gdy z oddali ujrzał światła schroniska. To dodało mu otuchy i pocieszając jak umiał dźwiganego rannego, ruszył do celu. Nagle potknął się o coś, co leżało w poprzek drogi. Spojrzał w dół i z trudem zapanował nad ogarniającym go przerażeniem: u jego stóp spoczywało ciało niedawnego towarzysza podróży. Zabił go mróz.

On sam uniknął tego losu, ponieważ utrudził się bardzo, dźwigając na ramionach rannego, którego wydostał z wąwozu. Ciało uratowanego człowieka oraz ogromny wysiłek przyczyniły się do zachowania odpowiedniej ilości ciepła, co go ocaliło."

 

Monika była dziś w złym humorze. Nic się jej nie układało tak, jak powinno, wszystko ją denerwowało. Zbyt wiele zadano do domu, zbyt wiele było klasówek, zbyt wiele wszystkiego! A jeszcze matka powtarzało to samo codzienne kazanie z tysiącem argumentów, wyjaśnień i poleceń.

Zasępiła się. Potem spojrzała matce prosto w oczy i głośno powiedziała:

- Mamo, męczą mnie twoje kazania, mam ich dosyć. Dlaczego zamiast tyle mówić nie obejmiesz mnie i nie przytulisz do siebie? Żadne rady nigdy nie przyniosą mi tyle korzyści i szczęścia!

Matka zaniemówiła. Oczy córki wprost błagały o przytulenie jej. Starając się powstrzymać napływające łzy, niewyraźnie powiedziała:

- Chcesz... chcesz, żebym cię objęła? Wiesz, że ja też... ja też mam na to wielką ochotę?

Chwyciła córkę w otwarte szeroko ramiona i przytuliła ją do siebie, jakby była nadal małą dziewczynką.

Każdy, bez względu na wiek (nawet osiemdziesięciolatek), potrzebuje pociechy, jaką daje przytulenie się do bliskiej osoby, poczucie jej obecności, jednoznaczne wyrażenie miłości. Często stajemy się zbyt powściągliwi, zbyt nieśmiali w okazywaniu naszych prawdziwych uczuć. Ukrywamy je pod maską chłodu i surowości, z obawy, że ujawnimy ukochanym osobom własną bezbronność.

A przecież jedynie ludzkie ciepło może nas ochronić przed wielkim chłodem naszej epoki.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

Pewien człowiek wędrował ze swym koniem i psem. Zaskoczyła ich burza i schronili się pod ogromnym drzewem, w które uderzył piorun i wszyscy zginęli. Jednak człowiek ów nie zorientował się, że opuścił już ten świat, i podjął na nowo wędrówkę ze swymi towarzyszami. Czasami umarli potrzebują trochę czasu, by uświadomić sobie nową sytuację.

 

Człowiek, koń i pies wspinali się mozolnie po zboczu góry. Byli zlani potem i umierali z pragnienia, bo słońce grzało niemiłosiernie.

 

Na zakręcie dostrzegli wspaniałą bramę, całą z marmuru, prowadzącą na wyłożony bryłami złota plac, gdzie biło źródło krystalicznie czystej wody. Wędrowiec zwrócił się do strażnika pilnującego wejścia:

"Witaj!".

"Witaj, wędrowcze!".

"Powiedz mi, cóż to za piękne miejsce?".

"To niebo".

"Jakie to szczęście, że trafiliśmy do nieba! Jesteśmy bardzo spragnieni".

"Możesz wejść i napić się do woli" - odrzekł strażnik, wskazując źródło.

"Mój koń i pies także są spragnieni". "Bardzo mi przykro, ale tutaj zwierzęta nie mają prawa wstępu".

Wędrowcowi bardzo chciało się pić, ale nie za-mierzał opuszczać w biedzie swoich przyjaciół. Z żalem podziękował strażnikowi i ruszyli w dalszą drogę.

 

Wspinali się jeszcze bardzo długo i całkowicie już wyczerpani dotarli do starych, zniszczonych wrót prowadzących ku polnej drodze wysadzanej drzewami. W cieniu nieopodal leżał człowiek z głową przykrytą kapeluszem. "Witaj!" - odezwał się wędrowiec. Wyrwany ze snu mężczyzna skinął tylko głową. "Umieramy z pragnienia, ja, mój koń i mój pies". "Pośród tych skał znajdziecie źródło. Możecie tam pić do woli".

 

Kiedy już wszyscy ugasili pragnienie, wędrowiec podziękował nieznajomemu.

"Wracajcie tu, kiedy tylko przyjdzie wam na to ochota".

"Powiedz mi, jak nazywa się to miejsce?".

"Niebo".

"Niebo? Przecież strażnik marmurowej bramy powiedział, że niebo jest tam!".

"Tam nie było nieba, tylko piekło". Wędrowiec poczuł się zbity z tropu. "Nic z tego nie rozumiem. Jak mogą piekło nazywać niebem? Pewnie niejeden człowiek dał się oszukać!".

"Tak naprawdę to oddają nam wielką przysługę, bo tam zostają wszyscy, którzy są zdolni porzucić w biedzie swoich najlepszych przyjaciół...".

 

(Paulo Coelho)

Link to post
Share on other sites

"Pewien mężczyzna poszedł, jak co miesiąc, do fryzjera. Zaczęli rozmawiać o różnych sprawach. Ni z tego, ni z owego, wywiązała się rozmowa o Bogu. Fryzjer powiedział:

- Wie pan, ja nie wierzę, że Bóg istnieje.

- Dlaczego pan tak uważa? – zapytał klient.

- Cóż, to bardzo proste. Wystarczy tylko wyjść na ulicę, żeby się przekonać, że Bóg nie istnieje. Gdyby Bóg istniał, myśli pan, że istniałoby tyle osób chorych? Istniałyby opuszczone dzieci? Gdyby istniał Bóg, nie byłoby bólu, nie byłoby cierpienia... Po prostu nie mogę sobie wyobrazić Boga, który na to wszystko pozwala.

Klient pomyślał chwilę, chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Nie chciał wywoływać niepotrzebnej dyskusji. Gdy fryzjer skończył, klient zapłacił i wyszedł. I w tym momencie zobaczył na ulicy człowieka z długą zaniedbaną brodą i włosami. Wyglądało na to, że już od dłuższego czasu jego włosy i broda nie widziały fryzjera. Był zaniedbany i brudny.

Wtedy klient wrócił i powiedział:

- Wie pan co? Fryzjerzy nie istnieją!

- Bardzo śmieszne! Jak to nie istnieją? – zapytał fryzjer – Ja jestem jednym z nich!

- Nie – odparł klient – Fryzjerzy nie istnieją, bo gdyby istnieli, nie byłoby ludzi z długimi włosami i brodą, jak ten człowiek na ulicy.

- A nie, fryzjerzy istnieją, to tylko ludzie nie poszukują nas z własnej woli.

- No właśnie – powiedział klient. – Dokładnie tak. Bóg istnieje, to tylko ludzie Go nie szukają i robią to z własnej woli, dlatego jest tyle cierpienia i bólu na świecie."

 

Bóg nie obiecywał dni bez bólu, radości, bez cierpienia, słońca bez deszczu.

Obiecał siły na każdy dzień, pociechę wśród łez i światło na drodze...

 

Autor nieznany

 

***

 

"Pewnego dnia człowiek postanowił: „Chcę wiedzieć wszystko i jeśli okaże się to konieczne, objadę cały świat.” Jak powiedział, tak też uczynił. Udał się w podróż dokoła świata.

Od największych profesorów nauczył się geografii, historii i wszelkiej możliwej wiedzy. Odkrył technikę, zafascynowała go matematyka, zainteresował się informatyką.

Nagrał na wideo, na dyskietki i na płyty kompaktowe wszystko, czego się nauczył i co odkrył. Powrócił do domu zadowolony i szczęśliwy.

Mówił: „Teraz wiem wszystko.”

Kilka dni później odwiedził bardzo znaną osobistość, znaną na całym świecie ze swojej nadzwyczajnej mądrości. Chciał porównać swoją wiedzę z wiedzą mędrca.

Ciągnęli losy o to, który z nich dwóch będzie zadawał pytanie jako pierwszy. Los naznaczył mędrca, który zwrócił się do człowieka z pytaniem: „Co wiesz o miłości?”

Człowiek wyruszył w drogę bez jednego słowa.

Do tej pory przemierza świat."

 

Miłość jest największym wyzwaniem dla wszystkich istot żywych. Najsilniejszym. Dającym największą radość. Powiedz do tego, kogo kochasz: „Chciałbym, żebyś wiedział, jak ważny jesteś dla mnie i że mógłbyś stworzyć ze mnie osobę, jaką naprawdę jestem – jeśli zechcesz. Ty jeden potrafisz obalić mur, za jakim w strachu się chronię. Ty jeden potrafisz ujrzeć mnie pod moją maską. Tylko ty możesz wyzwolić mnie z mojego ciemnego świata pełnego strachu, niepewności i samotności. Proszę cię zatem, nie omijaj mnie. Wiem, że nie będzie to dla ciebie łatwe. Przekonanie o braku własnej wartości wznosi mury nie do przebycia. Im bliżej do mnie podejdziesz, w tym bardziej nieprzewidziany sposób być może zareaguję. Zobacz, wygląda na to, że walczę z tym, czego najmocniej pragnę.

Powiedziano mi, że miłość jest silniejsza od wszelkich barier i na tym opieram moją nadzieję. Dlatego zburz ten mur twoimi silnymi, lecz delikatnymi rękoma, ponieważ to, co jest we mnie niedojrzałe, jest bardzo wrażliwe i nie może wzrastać w zamknięciu. Nie pozostawaj w ukryciu. Potrzebuję cię.”

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

"Do betlejemskiej groty przybyły dwa osiołki, zmęczone i wyczerpane. Ich grzbiety były wyliniałe i wygięte pod ciężkimi pakunkami, które młynarz, ich właściciel, ładował na nie codziennie oraz od uderzeń kija, których im nie szczędził.

Pozostały chwilę, aby podziwiać Dziecię. Oddały Mu cześć i modliły się jak wszyscy. Przy wyjściu oczekiwał na nie niemiłosierny młynarz.

Oba osiołki wyruszyły ze spuszczonymi głowami, z ciężkimi ładunkami na grzbietach.

- To wszystko na nic – odezwał się pierwszy. – Prosiłem Mesjasza, żeby zdjął ze mnie ten ciężar i nie uczynił tego.

- Ja natomiast – odezwał się drugi, który poruszał się z widoczną energią – prosiłem Go, aby mi dodał sił do jego noszenia."

 

Jeśli ktoś ci mówi: „Życie jest twarde”, spytaj go: „W porównaniu do czego?”

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Jubiler siedział przy biurku i patrzył w roztargnieniu na ulicę przez witrynę swojego eleganckiego sklepu.

Jakaś dziewczynka podeszła do sklepu i przycisnęła nosek do wystawy.

Jej oczy w kolorze nieba zabłysły, gdy dostrzegła jeden z wystawionych przedmiotów.

Weszła zdecydowanym krokiem i wskazała palcem w kierunku wspaniałego naszyjnika z błękitnych turkusów.

- To dla mojej siostry. Może pan ładnie zapakować, bo to prezent?

Właściciel sklepu zmierzył małą klientkę wzrokiem pełnym niedowierzania i zapytał:

- Ile masz pieniędzy?

Dziewczynka bez zakłopotania, wspinając się na palce, położyła na ladzie metalowe pudełeczko, otworzyła je i opróżniła. Wyleciał z niego bilecik, garść monet, kilka muszli i kilka figurek.

- Wystarczy? – spytała z dumą – Chcę zrobić prezent dla mojej starszej siostry. Od kiedy nie ma już naszej mamy, ona ją zastępuje i nie ma nawet wolnej chwili dla siebie. Dzisiaj są jej urodziny i jestem pewna, że ten prezent uczyni ją szczęśliwą. Te kamienie mają taki sam kolor jak jej oczy.

Jubiler poszedł na zaplecze sklepu, wyniósł stamtąd wspaniały papier pakunkowy, czerwony i złoty i owinął nim troskliwie szkatułkę.

- Weź go – powiedział do dziewczynki. – Nieś ostrożnie.

Dziewczynka ruszyła, dumnie trzymając w ręku paczuszkę jak trofeum.

Godzinę później weszła do sklepu piękna dziewczyna z czupryną w kolorze miodu i przecudnymi, błękitnymi oczami. Położyła stanowczo na ladzie paczuszkę, którą jubiler z taką starannością pakował i spytała:

- Ten naszyjnik został kupiony tutaj?

- Tak, panienko.

- I ile kosztował?

- Ceny wystawione przez mój sklep są poufne: przeznaczone dla klienta i dla mnie.

- Ale moja siostra miała zaledwie kilka drobnych. Nie mogłaby nigdy zapłacić za naszyjnik taki jak ten!

Jubiler wziął szkatułkę, zamknął ją wraz z jej zawartością, na nowo starannie zapakował i oddał dziewczynie.

- Twoja siostra zapłaciła. Zapłaciła cenę wyższą, niż ktokolwiek inny: oddała wszystko, co posiadała."

 

„Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16).

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

"Rekruci codziennie wychodzili biegać. Zaczynali rozgrzewkę przed świtem, jak tylko wyskoczyli z prycz. Rozpoczęli służbę w specjalnym wojskowym korpusie antyterrorystycznym, zatem byli przygotowani na wysiłek, a nawet na wycieńczenie fizyczne. Ale tym razem było inaczej. Te ćwiczenia nie miały nic wspólnego z dotychczasowym, codziennym bieganiem w koszulkach i rytmicznym śpiewem.

Tym razem biegli w bojowych mundurach. Jak zwykle rozkaz brzmiał: „Wyruszacie razem, biegniecie razem, pracujecie jako jedna drużyna i wracacie razem. Jeśli nie uda wam się wszystkim powrócić, nie powracajcie wcale!”

Podczas drogi ból, pragnienie, wysiłek zaczęły otępiać umysły i w biegnącej formacji zaczęło się dziać coś niepokojącego.

W piątym rzędzie, w centrum plutonu, jeden z młodzieńców nie nadążał: nogi poruszały się, ale nie utrzymywał rytmu całej grupy. Był to Sandri, chudy chłopak o czerwonych włosach. Głowa kiwała mu się na boki. Chłopak przeżywał trudne chwile: zaczynał ustawać.

Nie tracąc rytmu, rekrut po jego prawej stronie przesunął się i wziął od niego ciężki karabin. Chłopak o czerwonych włosach na jakiś czas odzyskał siły, ale wkrótce potem oczy zaszły mu mgłą i z trudem poruszał nogami. Znowu głowa zaczęła mu się kiwać.

Tym razem przysunął się rekrut z jego lewej strony, wziął od niego hełm i kontynuując bieg, wsunął go sobie pod ramię. Teraz Sandri znów mógł biec.

Buty uderzały ciężko w jednym rytmie w kurz drogi. Tup, tup, tup, tup.

Sandri czuł się źle, bardzo źle: chwiał się i potykał, ale utrzymał się na nogach. Dwaj żołnierze z tyłu uchwycili plecak, każdy za jeden pasek. Sandri skoncentrował resztki sił, jakie mu pozostały, wyprostował się i pluton kontynuował bieg – aż do zachodu słońca."

 

Lepiej jest dwom niż jednemu,

gdyż mają dobry zysk ze swej pracy.

Bo gdy upadną, jeden podniesie drugiego.

Lecz samotnemu biada, gdy upadnie,

a nie ma drugiego, który by go podniósł.

Również gdy dwóch śpi razem,

nawzajem się grzeją;

jeden natomiast jakże się zagrzeje?

A jeśli napadnie ich jeden,

to dwóch przeciwko niemu stanie;

a powróz potrójny niełatwo się zerwie.

(Koh 4, 9-12)

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Świętowali 50-lecie małżeństwa. Byli szczęśliwi, otoczeni dziećmi i wnukami.

Ktoś zadał mężowi pytanie, jaka jest recepta na tak trwałe małżeństwo. Starszy pan przymknął na chwilę powieki, a następnie, jakby wyławiając z pamięci dalekie wspomnienia, zaczął opowiadać.

- Łucja, moja żona, była jedyną dziewczyną, z którą kiedykolwiek się umówiłem. Dorastałem w sierocińcu i od początku ciężko pracowałem, aby nieć choć to niewiele, co posiadałem. Nie miałem nigdy czasu, aby umawiać się z dziewczynami, dopóki Łucja mnie nie zdobyła. Zanim jeszcze zdałem sobie sprawę z tego, co się dzieje, poprosiłem ją, aby została moją żoną.

Oboje byliśmy tacy młodzi. W dniu ślubu, po ceremonii kościelnej, ojciec Łucji wziął mnie na bok i włożył mi do ręki pakuneczek. Powiedział: „Dzięki temu prezentowi twoje małżeństwo będzie szczęśliwe i nic więcej nie będzie do tego potrzebne.”

Byłem podekscytowany i szarpałem się z papierem i tasiemką, nim udało mi się rozerwać paczuszkę. W pudełeczku znajdował się duży, złoty zegarek. Wyjąłem go ostrożnie. Gdy go oglądałem z bliska, zauważyłem tekst, wygrawerowany na tarczy. Była to bardzo mądra wskazówka i widziałem ją, ilekroć sprawdzałem, która godzina.

Starszy pan uśmiechnął się i pokazał swój stary zegarek. Znajdowały się tam na tarczy zamazane już nieco, ale dające się przeczytać słowa. Te słowa skrywały w sobie tajemnicę szczęśliwego małżeństwa. Brzmiały następująco: „Powiedz coś miłego Łucji.”"

 

Powiedz coś miłego osobie, którą kochasz. Teraz.

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

Wnuczek powala na kolana :)

 

"Lekarz pochylił w zakłopotaniu głowę. Stan jego pacjenta nie wykazywał żadnej poprawy. Od dziesięciu już dni starzec przestał reagować na leczenie. Nie podnosił się ze szpitalnego łóżka i zdawało się, że nie ma już ochoty dłużej walczyć o życie – zmęczony i zrezygnowany.

Następnego dnia lekarz znowu czuł się zakłopotany. Tym razem z zaskoczenia. Cała energia starca powróciła. Siedział oparty o poduszki i odzyskał kolory.

- Co się wydarzyło? – zapytał lekarz. – Dopiero co wczoraj rozpaczaliśmy nad pana zdrowiem. Dzisiaj zaś wszystko cudownie funkcjonuje! Można wiedzieć, co się panu przydarzyło?

Staruszek uśmiechnął się. Przytaknął ze spokojem i powiedział:

- Ma pan rację. Coś się wczoraj wydarzyło. Wczoraj przyszedł do mnie mój wnuczek i powiedział mi: - Dziadku, musisz wrócić natychmiast do domu: mój rower się zepsuł!

 

W Domu Spokojnej Jesieni mówiono, że starsza pani był trochę wariatką. Miała bardzo dziwne przyzwyczajenie. Każdego wieczoru obejmowała i całowała telewizor. Asystent zapytał ją, dlaczego to robi.

- Ten prezenter jest jedyną osobą na świecie, która pozdrawia mnie i uśmiecha się.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

Pewien nasz przyjaciel o zachodzie słońca wybrał się zwyczajowo na swój codzienny spacer opustoszałym brzegiem morza. Idąc tak w zamyśleniu, spostrzegł nagle w oddali sylwetkę jakiegoś mężczyzny. Kiedy podszedł bliżej, przekonał się, że to ktoś miejscowy, jakiś Meksykanin. Mężczyzna bezustannie schylał się, podnosił coś i ciskał do morza.

 

Gdy nasz przyjaciel zbliżył się jeszcze bardziej, dostrzegł, że Meksykanin zbiera tak rozgwiazdy, które fale oceanu wyrzuciły na plażę. Wielce zaintrygowany podszedł do mężczyzny i powiedział:

 

- Dobry wieczór, amigo. Przechodziłem właśnie tędy i zastanawiałem się, co robisz.

- Wrzucam te rozgwiazdy z powrotem do wody. Widzi pan, mamy odpływ i wszystkie je wyniosło na brzeg. Jeśli nie wrócę ich morzu, umrą z braku tlenu.

- Rozumiem... – odparł nasz przyjaciel. – Lecz takich rozgwiazd muszą być pewnie na tej plaży tysiące i w żaden sposób nie uda ci się uratować wszystkich... Jest ich po prostu zbyt wiele. Poza tym zdajesz sobie chyba sprawę – tłumaczył – że na tym tylko wybrzeżu podobnych plaż są setki i na każdej z nich morze wyrzuciło pełno rozgwiazd. Nie sądzisz więc, przyjacielu, że to, co robisz, nie ma większego znaczenia?

 

Meksykanin uśmiechnął się, a potem pochylił, podniósł kolejną rozgwiazdę i wrzucając ją do wody, odrzekł:

 

- Ma znaczenie dla tej!

Link to post
Share on other sites

"Dawno temu, w odległej ziemi, w wykwintnym domu żyła pewna dziewczynka.

Dom otaczał wielki i wspaniały ogród. Ogród był olbrzymi i dziewczynka, której było na imię Anna, bardzo go kochała.

Któregoś dnia pewien stary mędrzec, biorąc ją za rękę, powiedział:

- Posłuchaj, Anno, kiedy się narodziłaś, obiecałem twojej matce, że spełnię twoje życzenie Dlatego powiedz mi, czego pragniesz? Mogę cię uczynić bogatą albo piękną, mogę zmienić cię w księżniczkę, nawet w wiedźmę, jeśli tego pragniesz. O cokolwiek poprosisz, mogę to spełnić, ale pamiętaj: możesz wyrazić tylko jedno życzenie.

Anna pomyślała o wszystkich rzeczach, które zaproponował jej mędrzec, ale żadna z nich nie zwiastowała szczęścia, a ona była zadowolona ze swojego dotychczasowego życia. W końcu powiedziała:

- Spraw, abym mogła mieszkać przez całe życie w tym pięknym ogrodzie. Starzec zmarszczył czoło. – To wszystko?

Anna przytaknęła. – To wszystko. Jestem szczęśliwa tutaj i nie pragnę niczego więcej.

Mijały lata. Anna wyrosła na bardzo piękną pannę. Wielu mężczyzn, którzy przyjeżdżali do niej w odwiedziny, zakochiwało się w tej wesołej i szczęśliwej dziewczynie. Prosili, aby została ich żoną, ale ona odrzucała jednego po drugim. Należała do swojego ogrodu i nie opuściłaby go nigdy.

Ale pewnego ranka, podczas spaceru, znalazła się naprzeciwko młodzieńca, którego nigdy przedtem nie widziała. Był wysoki i piękny; zaledwie Anna go ujrzała, zakochała się w nim.

On wziął ją za rękę i powiedział uprzejmie:

- Nazywam się Hansi, jestem księciem z odległej krainy. Chcesz wyjść za mnie i pojechać ze mną?

Tłumiąc płacz, odpowiedziała: - Jeśli... jeśli potrafię, pojadę z tobą. Ale może się zdarzyć, że będzie to dla mnie niemożliwe. Jakiś czas temu pewien mędrzec obiecał spełnić pewne moje życzenie, a ja wybrałam życie tutaj, w tym ogrodzie.

Jednak poślubiła księcia tego samego dnia i razem odjechali konno do jego kraju. Po wielu tygodniach podróży dotarli do kraju Hansiego.

Pałac był przepiękny, z wysokimi wieżami i ścianami z marmuru. Ale wokół rozciągała się pustynia – olbrzymia, wypełniona złotym piaskiem. Nie było ani odrobinę zieleni, nic tam nie rosło. Tej nocy Anna płakała, myśląc o strasznym miejscu, do którego przywiodła ją miłość. Jednak następnego ranka Hansi zbudził ją i zaprowadził do okna.

- Popatrz! – wykrzyknął – Stary mędrzec naprawdę umiał czarować, popatrz!

Anna przylgnęła do okna i wstrzymała oddech. Ależ – to był jej ogród! Cały jej przepiękny, zielony park był tam, wokół pałacu i rozciągał się, jak okiem sięgnąć.

- Widziałaś? – spytał książę. – Do jakiegokolwiek miejsca się udasz, twój ogród podąży za tobą."

 

Uprawiaj w swoim wnętrzu ogród: będzie ci towarzyszył, dokądkolwiek się udasz. I będzie twoją podporą w życiu.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Młodzieniec oświadczył dumnie mistrzowi:

- Wreszcie osiągnąłem doskonałość. Stałem się całkowicie panem samego siebie. W sposób idealny. Potrafię z łatwością panować nad nerwami i mściwością, usunąłem z mego serca wszelką chciwość, chęć wywyższania się, pożądanie władzy i pieniędzy, a nawet najmniejsze pragnienie seksualne, zatem...

Mistrz przerwał mu:

- Jaka szkoda! Właśnie kilka dni temu pewna piękna dziewczyna dała mi do zrozumienia, że gdyby się nadarzyła okazja, chętnie wśliznęłaby się do twojego łóżka...

Młodzieniec (przysuwając się): - Ach tak? Kto to? Znam ją...?"

 

Pewien bogaty młodzieniec udał się pewnego dnia do cnotliwego przeora, aby prosić go o pozwolenie pozostania w jego zakonie.

Przeor pragnął poznać jego zwyczaje i nawyki – kandydat podniósł z pychą głowę:

- Ubieram się zawsze na biało, piję tylko wodę, zimą tarzam się nago po śniegu. Aby lepiej się umartwić, umieściłem ostre gwoździe w moich butach i każe mojemu giermkowi wymierzać mi czterdzieści batów dziennie...

W tej samej chwili podjechał ciężki wóz, z trudem ciągnięty przez białego konia. Woźnica wyprzągł konia, zwierzę napiło się z poidła i wytarzało się dla odświeżenia po śniegu.

- Widzisz – rzekł przeor – to stworzenie jest białe, pije wyłącznie wodę, tarza się po śniegu, gwoździe drażnią jego nogi, otrzymuje więcej niż czterdzieści batów na dzień. A jednak nie jest niczym więcej, jak tylko koniem...

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

"Pola były wysuszone i spękane z braku deszczu. Liście wyblakłe i pożółkłe, zwisały ciężko z gałęzi. Trawa znikła z łąk. Ludzie spięci i nerwowi, spoglądali w niebo, przypominające im kobaltowobłękitny kryształ.

Kolejne tygodnie były coraz gorętsze. Od miesięcy nie spadła kropla deszczu.

Wiejski proboszcz zorganizował specjalne modlitwy na placu przed kościołem, dla wyproszenia łaski deszczu.

O ustalonej godzinie plac był wypełniony zniecierpliwionymi, ale pełnymi nadziei ludźmi. Wielu przyniosło ze sobą przedmioty, które miały świadczyć o ich wierze. Proboszcz oglądał z podziwem Biblie, krzyże, różańce. Nie potrafił jednak oderwać oczu od dziewczynki, siedzącej z godnością w pierwszym rzędzie.

Na kolanach trzymała czerwony parasol."

 

Modlić się, to wołać o deszcz, wierzyć – to przynieść parasol.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Młodzieniec siedział sam w autobusie. Wzrok miał nieprzerwanie skierowany za okno. Wyglądał na niewiele ponad dwadzieścia lat; był piękny, z twarzą o delikatnych rysach.

Pewna kobieta usiadła obok niego. Po zamienieniu kilku słów o pogodzie – ciepłej, wiosennej – młodzieniec niespodziewanie rzekł:

- Byłem w więzieniu przez dwa lata. Wyszedłem dzisiejszego ranka i wracam do domu.

Słowa wypływały z niego jak rwąca rzeka, kiedy opowiadał, jak dorastał w biednej, uczciwej rodzinie i jak jego przestępcza działalność przysporzyła rodzinie bólu i wstydu.

Przez te dwa lata nie miał od nich wieści. Widział, że rodzice byli zbyt biedni, aby pozwolić sobie na podróż do więzienia i zbyt prości, aby pisać listy. On sam przestał do nich pisywać, ponieważ nie odpowiadali. Trzy tygodnie przed zakończeniem kary uczynił ostatni, desperacki krok, który miał mu pozwolić na powrót do ojca i matki. Przeprosił ich za zawód, jaki im sprawił i poprosił o wybaczenie.

Po wyjściu na wolność wsiadł do autobusu, który miał go zawieźć do jego miasta i którego trasa wiodła obok ogrodu i domu, gdzie dorastał i gdzie nadal mieszkali jego rodzice.

W liście napisał, że rozumie ich zachowanie. Dla ułatwienia sprawy poprosił, aby dali mu znak, który mógłby zobaczyć z przejeżdżającego autobusu. Jeśliby mu przebaczyli i chcieliby go przyjąć, mieli przyczepić białą wstęgę do starej jabłoni w ogrodzie. Gdyby znaku nie było, młodzieniec nie wysiadłby z autobusu i opuściłby miasto, odchodząc na zawsze z życia rodziny.

W miarę jak autobus przybliżał się do celu, młodzieniec stawał się coraz bardziej nerwowy, do tego stopnia, że bał się spoglądać przez okno, pewien że nie zobaczy żadnej wstęgi.

Po wysłuchaniu jego opowiadania kobieta ograniczyła się tylko do prośby:

- Zamień się ze mną. Ja będę wyglądała przez okno.

Autobus jechał dalej, mijając jeszcze kilka domów i w pewnej chwili kobieta zobaczyła drzewo. Dotknęła delikatnie ramienia młodzieńca i powstrzymując łzy, wyszeptała:

- Spójrz! Spójrz! Obwiesili całe drzewo białymi wstążkami!"

 

Jesteśmy bardzo podobni do bestii, gdy zabijamy.

Jesteśmy bardzo podobni do ludzi, gdy osądzamy.

Jesteśmy bardzo podobni do Boga, gdy przebaczamy.

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

"Któregoś dnia pewna kobieta przyszła z synkiem do Mahatmy Gandhiego i poprosiła:

- Mahatma, powiedz mu, żeby nie jadł więcej słodyczy.

- Bądź tak miła i wróć za trzy dni – odpowiedział Gandhi.

Za trzy dni kobieta wróciła z dzieckiem i Gandhi powiedział do niego:

- Nie jedz więcej słodyczy!

Kobieta spytała:

- Dlaczego kazałeś nam czekać trzy dni tylko po to, aby to powiedzieć?

Mahatma odpowiedział:

- Ponieważ trzy dni temu ja sam jadłem jeszcze słodycze.

 

Gdyby ci wszyscy, którzy dowodzą, nauczają, komenderują, wykrzykują, zachęcają – zdecydowali się przestrzegać tego, czego żądają od innych, ten świat byłby rajem.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Nazywała się Liu – „Piękna jak zorza”; żyła spokojnie w małej wiosce rybackiej na brzegu Błękitnej Rzeki i poprosił o jej rękę najbogatszy z rzecznych rybaków.

Pierwsze lata pary młodych były prawdziwie szczęśliwe i beztroskie. Jednak całe to szczęście przeszkadzało i irytowało coraz bardziej teściową Liu, która szybko straciła miejsce w sercu syna, rodziny i służących na rzecz pięknej synowej. Dlatego zaczęła gnębić ją na wszelkie sposoby, opowiadać najgorsze rzeczy na jej temat. Piękna Liu, zrozpaczona, postanowiła się zemścić, zabijając teściową. Owładnięta tym głębokim pragnieniem, udała się do czarownika, aby zdobyć magiczny napój śmierci.

Czarownik wysłuchał jej uważnie i dał jej buteleczkę zawierającą różowy płyn, który miała codziennie dolewać do herbaty teściowej. Następnie zaproponował, aby dla odsunięcia od siebie wszelkich podejrzeń codziennie robiła teściowej przyjemny, rozluźniający masaż ramion, karku i pleców.

- W ten sposób umrze powoli w ciągu sześciu miesięcy.

Liu cierpliwie, wytrwale i systematycznie wlewała miesiącami różowe krople do herbaty teściowej i z tą samą cierpliwością robiła jej codziennie przyjemny, rozluźniający masaż.

Codzienny masaż tworzył pomiędzy dwoma kobietami nową więź, aż zostały przyjaciółkami. Ich serca się odmieniły. Teściowa zauważyła, że synowa jest nie tylko piękna, ale też miła i uprzejma. Liu poznawała coraz lepiej matczyne serce teściowej.

Po kilku miesiącach Liu zdążyła zapomnieć o przyczynie codziennych wizyt u teściowej, różowych kropli w jej herbacie i masażu: wszystko to stało się kojącym i miłym zwyczajem, czasem spędzanym na długich rozmowach, wypełnionym wzajemną przyjaźnią i czułością.

Któregoś dnia nieoczekiwanie przypomniała sobie. Teściowa niewinnie rzekła:

- Tak nam razem dobrze. Szkoda, że będę musiała umrzeć dużo wcześniej od ciebie...

Liu podniosła się i pobiegła do czarownika po antidotum na truciznę z buteleczki. Upadła na kolana i prosiła, opowiadając o wydarzeniach, jakie miały miejsce i o tym, jak odmieniło się jej serce.

Czarownik uśmiechnął się:

- Podnieś się, moja piękna córko. Płyn, który ci dałem jest wyłącznie sokiem z płatków róż. Prawdziwym antidotum na truciznę nienawiści, którą w rzeczywistości miałaś wewnątrz siebie, był ten codzienny masaż. Jeśli patrzysz w oczy drugiej osoby, jesteś przy niej, rozmawiasz z nią – nie potrafisz już dłużej jej nienawidzić."

 

Jeśli patrzysz na drugą osobę podczas jej snu,

nie potrafisz dłużej jej nienawidzić.

Człowiek rodzi się miękki i kruchy,

umiera twardy i silny.

Wszystkie istoty rodzą się miękkie i delikatne –

umierają zasuszone i twarde.

Dlatego wszystko, co twarde i mocne,

wiąże się ze śmiercią;

to, co jest delikatne i kruche,

kojarzy się z życiem.

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

"Żył pewnego razu król, który całe życie spędził na prowadzeniu wojen i powiększaniu swojego królestwa. W wieku sześćdziesięciu lat zdał sobie sprawę, że niewiele do tej pory się dowiedział o sensie istnienia. Zwołał wszystkich swoich ministrów i doradców i rozkazał:

- Zabierzcie wszystkie pieniądze z moich skarbców i idźcie na cztery strony świata w poszukiwaniu ksiąg mądrości; chciałbym w końcu poznać prawdziwą mądrość życia.

Doradcy zabrali worki z pieniędzmi i tłumnie ruszyli we wszystkie strony świata. Powrócili po siedmiu latach, prowadząc czterdzieści wielbłądów, obładowanych wszelkiego rodzaju książkami, dużymi i małymi. Cała góra mądrych książek. Król, widząc je, wykrzyknął:

- Mam sześćdziesiąt siedem lat! Nigdy nie starczy mi czasu na przeczytanie tych wszystkich książek. Zróbcie mi streszczenie całości!

Zwołano najlepszych literatów świata: wzięli się do pracy i po siedmiu latach oddali doskonałe streszczenie całego tego skarbca mądrości. Ale tym streszczeniem wciąż można było obładować siedem wielbłądów.

- Skończyłem siedemdziesiąt cztery lata – powiedział król. – Nie mam czasu, aby przeczytać to wszystko. Streszczajcie ponownie!

Zrobiono streszczenie streszczenia. Pod koniec kolejnych siedmiu lat mędrcy załadowali swoje dzieło na jednego wielbłąda.

- Przekroczyłem osiemdziesiątkę – rzekł król, coraz słabszy. – Moje oczy są bardzo zmęczone. Nie mógłbym nigdy przeczytać tych książek. Streszczajcie dalej!

Mędrcy znów siedem lat pracowali dzień i noc. W efekcie powstała jedna książka – zawierająca całą mądrość ziemi.

W tym momencie przybył do mędrców goniec:

- Szybko, zanieście książkę królowi. Umiera.

Król miał już osiemdziesiąt osiem lat i konał na swoim łożu. Największy spośród mędrców zbliżył twarz do twarzy króla, który wymamrotał mu do ucha:

- Proszę, ujmij mi w jednym zdaniu całą wiedzę, całą mądrość świata…

- Oto ona, panie: „Żyj chwilą obecną.”"

 

Większość z nas nie przeżyje nic wielkiego w życiu. Nieliczni stają się milionerami; jednostki zostają prezenterami Festiwalu w San Remo, są wybierane na prezydentów, otrzymują nagrody Nobla.

Ale wszyscy możemy przeżywać małe radości życia.

Pieszczotliwe dotknięcie dłoni. Pocałunek w policzek. Pełnię księżyca. Wolne miejsce na parkingu. Piękno płonącego ognia. Zachód słońca.

Ciesz się drobnymi słodyczami życia.

Każdy z nas może korzystać z nich w obfitości.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Wielki król otrzymał w darze dwa malutkie sokoły i powierzył je zwierzchnikowi sokolników, aby je wyszkolił. Po kilku miesiącach nauczyciel ten zakomunikował, że jeden z dwóch sokołów jest już wyszkolony.

- A drugi? – zapytał król.

- Przykro mi, panie, ale drugi sokół zachowuje się dziwnie: może cierpi na rzadko spotykaną chorobę, której nie potrafimy wyleczyć. Nikt nie potrafi usunąć go z gałęzi drzewa, na której został umieszczony pierwszego dnia. Każdego dnia jeden ze służących musi wdrapywać się tam, by zanieść mu pokarm.

Król zawezwał weterynarzy i wszelkiego typu uzdrowicieli, ale nikt nie potrafił zmusić sokoła do lotu.

Władca zlecił to zadanie członkom swego dworu, generałom i najmędrszym doradcom, ale nikomu nie udało się usunąć sokoła z jego gałęzi.

Z okna swego apartamentu monarcha mógł obserwować sokoła, który przez całe dnie i noce siedział nieruchomo na gałęzi. W końcu pewnego dnia król zwrócił się do poddanych z apelem, by pomogli mu w rozwiązaniu tego problemu.

Następnego dnia król otworzył okno i nagle ze zdumieniem zobaczył, że sokół fruwa wspaniale pośród drzew ogrodu.

- Przyprowadźcie mi sprawcę tego cudu! – rozkazał.

Wkrótce przedstawiono mu młodego wieśniaka.

- To ty sprawiłeś, że sokół fruwa? Jak to zrobiłeś? Czy jesteś czarodziejem? – spytał król.

Onieśmielony, ale szczęśliwy chłopak odpowiedział:

- To nie było trudne, królu. Ja po prostu ściąłem gałąź. Sokół zdał sobie sprawę, że posiada skrzydła i zaczął fruwać."

 

Czasami Bóg pozwala komuś uciąć gałąź, do której jesteśmy silnie przywiązani, byśmy mogli sobie uświadomić, że posiadamy skrzydła.

 

Gołębica została stworzona dopiero niedawno, ale ciągle się skarżyła. Dobry Bóg przyjął ją w swym wspaniałym ogrodzie.

- Panie wszechświata, jakiś kot ciągle mnie śledzi i chce mnie zabić i pożreć. Dlatego ja spędzam dni na rozpaczliwej ucieczce, posługując się nic nie wartymi nóżkami, które mi dałeś!

Stworzyciel ulitował się nad gołębicą i podarował jej piękne, silne skrzydła. Po kilku dniach wróciła ona jednak do dobrego Boga, płacząc:

- Panie wszechświata, kot nadal mnie prześladuje, a teraz, z tymi skrzydłami na plecach, jest mi jeszcze trudniej uciekać. Są ciężkie i przeszkadzają, a z moimi krótkimi i słabymi nóżkami jest coraz gorzej!

Stworzyciel uśmiechnął się i powiedział:

- Moja gołębico, nie po to dałem ci skrzydła, abyś nosiła je na plecach, ale po to, aby one uniosły cię do nieba!

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

"Żyła kiedyś pewna rodzina spokojna i pogodna. Mieszkała w małym domku na przedmieściach miasta. Pewnego wieczoru jej członkowie siedzieli przy kolacji, gdy nagle usłyszeli pukanie do drzwi. Ojciec poszedł i otworzył je. Na progu stanął starzec w zniszczonej odzieży i obdartych spodniach. Niósł kosz pełen warzyw. Spytał domowników, czy nie kupiliby ich trochę. Oni rzeczywiście coś wzięli, gdyż chcieli się go pozbyć.

Z czasem rodzina ta zaprzyjaźniła się ze starcem, który co tydzień przynosił im warzywa. Okryli, że ten starzec, biedny człowiek miał kataraktę i był prawie niewidomy. Ale zawsze zachowywał się w sposób niezwykle uprzejmy, więc cała rodzina oczekiwała na jego przyjście, gdyż ceniła sobie jego towarzystwo.

Pewnego dnia starzec, jak zwykle, przyniósł tym ludziom warzywa, a potem powiedział:

- Wczoraj otrzymałem wielki prezent! Przy moim domku znalazłem kosz z odzieżą, którą ktoś zostawił dla mnie.

Wszyscy wiedzieli, jak bardzo potrzebował ubrań, dlatego powiedzieli:

- To wspaniale!

Niewidomy staruszek jednak dodał:

- Ale jest rzecz jeszcze wspanialsza: znalazłem rodzinę, która rzeczywiście potrzebowała tej odzieży!"

 

Radość płynąca z dawania jest silniejsza od życia. Rzeczywistym biedakiem jest ten, kto nigdy jej nie doświadcza.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Właśnie stwierdzono, że dziecko skłamało. Ojciec wyrozumiały i nowoczesny, wiedział że to kłamstwo nie było ważne, ale ważne było moralne pojęcie kłamstwa.

Przerwał swoją pracę i usiadł z synem, by wytłumaczyć mu w prostych słowach, dlaczego musi zawsze mówić prawdę, bez względu na to, jakie będą tego konsekwencje.

Zadzwonił telefon.

Syn, który starał się zjednać sobie ojca, powiedział:

- Ja pójdę odebrać!

Pobiegł do telefonu.

Po chwili powrócił:

- To agent ubezpieczeniowy, tatusiu.

- Właśnie teraz? Powiedz mu, że nie ma mnie w domu."

 

Jakże łatwo jest dać fałszywe świadectwo!

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

"Nad brzegiem strumyka zasnęła maleńka muszka. Z głębi lasu dał się słyszeć głuchy i potężny ryk. Biedna muszka ogromnie się przestraszyła. Wielki, tłusty lew ryczał z całych sił, szukając kolacji dla siebie. Muszka zawołała oburzona:

- Hej, ty tam! Może zamilkniesz! Co ma znaczyć cały ten hałas? Czy nie możesz pozwolić spać spokojnie porządnym osobnikom? Jakie masz prawo do przebywania tutaj?

Lew ryknął:

- Jakie prawo? Moje prawo! Jestem królem puszczy. Robię to, co mi się podoba, jem to, co lubię, idę tam, gdzie chcę! Jestem bowiem królem puszczy!

- A kto powiedział, że jesteś królem? – spytała spokojnie muszka.

- Kto powiedział? – zaryczał lew. – Ja to mówię, gdyż jestem najsilniejszy i wszyscy się mnie boją!

- Ale ja, na przykład, nie boję się ciebie, a więc ty nie jesteś królem.

- Nie jestem królem? Powtórz to, jeśli masz odwagę!

- Naturalnie, że powtórzę. Nie będziesz królem, jeśli nie zwyciężysz w walce ze mną!

- Walczyć z tobą? – warknął lew nieco zafrasowany. – Kto słyszał coś podobnego? Lew przeciwko muszce? Ty mały, nieznośny drobiazgu! Jednym dmuchnięciem poślę cię na koniec świata!

Ale nie posłał nigdzie nikogo. Dmuchał i wysilał się z całych sił. Uzyskał jedynie to, że muszka, która huśtała się na źdźble trawy, wołała:

- Jestem silniejsza od ciebie! Ja jestem królową!

Wówczas lew stracił definitywnie poczucie proporcji i z rozwartą paszczą rzucił się, by połknąć muszkę, ale połknął jedynie kawałek trawy.

A gdzie była chytra muszka?

Właśnie w nozdrzu lwa, tam zaczęła łechtać go i kłuć.

Lew uderzał głową o drzewa, drapał się pazurami, wrzeszczał, ryczał…

- Och, mój nos! Mój biedny nos! Litości! Wyjdź stamtąd. Ty jesteś królową puszczy, jesteś wszystkim tym, czym chcesz być… Ale wyjdź z mego nosa! – popłakiwał lew.

Wtedy muszka wyfrunęła z nosa lwa, który upokorzony i udręczony, zniknął w głębi puszczy. Muszka zaczęła tańczyć z radości i wołać:

- Jestem królową, królową! Pokonałam lwa! Zmusiłam go do ucieczki! Jestem silniejsza i przebieglejsza od niego!

Skacząc radośnie tu i tam, muszka nie zauważyła, że zaplątała się w coś cienkiego, lekkiego, silnego… w białe długie nici, prawie niewidoczne wśród drzew, które okręciły się wokół owada, krępując jego nóżki i skrzydła. Pająk zjawił się ze swymi ośmioma nóżkami, mrucząc:

- Cóż za wspaniała zakąska na kolację…"

 

Wielcy, czy mali, pyszni zawsze są niemądrzy.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Na probostwo zapukał chłopak, brudny i nędznie odziany. Był to dostawca narkotyków, poszukiwany przez policję i przez bandę okrutnych rywali. Nie wiedział, gdzie ma się ukryć. Wiekowy ksiądz, który otworzył drzwi, był zakłopotany tą wizytą.

- Proszę mnie wpuścić, ojcze. Jestem zrozpaczony.

- Dobrze, tej nocy możesz tu pozostać, ale jedynie przez jedną noc. Jutro rano musisz odejść.

Tej nocy staruszek ksiądz umarł. Dotarł do nieba. Jezus przyjął go uprzejmie i powiedział:

- Zaprawdę ilekroć zrobiłeś coś dla najmniejszego z moich braci, uczyniłeś to dla mnie!

Kapłana uradowały te słowa. Ale Jezus ciągnął dalej:

- Chodź, wejdź do Raju. Przez tę noc możesz tu zostać, ale tylko przez jedną noc. Jutro rano musisz stąd odejść!"

 

Jezus nie mówi <<na niby>>.

<<Nie każdy, który Mi mówi: <<Panie, Panie!<<, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: <<Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego Imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twojego imienia i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?>>. Wtedy oświadczę im: Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości>>. (Mt 7, 21-23)

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

Pewien ogrodnik miał ogród pełen pięknych kwiatów. Kochał je i codziennie pielęgnował. Aż pewnego wieczoru, na środku ogrodu, wyrosła śliczna orchidea. Ogrodnik popatrzył na nią z zachwytem. Odtąd tylko nią się opiekował. Inne kwiaty przyglądały się jak ogrodnik dba o orchideę, jak ją pielęgnuje, podlewa, zaniedbując pozostałę roślinki. Główki kwiatów coraz bardziej się pochylały. Kwiaty więdły, chyliły się ku ziemi.

Aż pewnego wieczoru schwycił mróz. Orchidea zmarzła. Ogrodnik, widząc to, ogromnie się zmartwił. Rozejrzał się po swoim ogrodzie. Popatrzył na inne kwiaty. Zobaczył, że one też zwiędły, tyle że nie przez mróz, ale wskutek zaniedbania. Zapłakał ogrodnik nad ich i swoim nieszczęściem.

Morał: kochając nie wyrządzajmy krzywdy tym, których kochaliśmy.

 

***

 

"Trzy osoby znalazły się pewnego dnia na brzegu rzeki o wodach spienionych i groźnych. Osoby te musiały przeprawić się na drugi brzeg. Była to dla nich sprawa bardzo ważna. Pierwszy mężczyzna, przebiegły kupiec i wielki kombinator, który potrafił kierować ludźmi i sprawami, ukląkł i zwrócił się do Boga:

- Panie, spraw, bym odważył się rzucić w te groźne wody i przeprawić się przez rzekę. Po drugiej stronie czekają mnie ważne sprawy. Podwoję moje zyski, ale muszę się spieszyć…

Wstał i po chwili wahania rzucił się do wody. Ale rzeka porwała go ze sobą.

Drugi był żołnierzem, znanym z prawości i mocy ducha. Stanął na baczność i tak się modlił:

- Panie, obdarz mnie siłą, bym mógł przezwyciężyć tę przeszkodę. Ja zwyciężę rzekę, gdyż walka o zwycięstwo jest moją dewizą.

Rzucił się bez wahania, ale prąd był silniejszy od niego i porwał go ze sobą.

Trzecią osobą była pewna kobieta. W domu czekali na nią mąż i dzieci. Również ona uklękła i pomodliła się:

- Panie, pomóż mi, obdarz mnie radą i mądrością, abym mogła przeprawić się przez tę groźną rzekę.

Wstała i zauważyła w pobliżu pasterza, który pilnował swego stada na pastwisku.

- Czy jest tu jakaś możliwość przeprawienia się przez rzekę? – spytała.

- Dziesięć minut drogi stąd, za tą wydmą, znajduje się most – odpowiedział pasterz."

 

Czasem wystarcza odrobina pokory. I ktoś, kto daje odpowiednią wskazówkę.

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

"Żyła kiedyś dziewczynka o imieniu Cecylia. Jej rodzice pracowali bardzo dużo. Była to dobra, szczęśliwa rodzina. Brakowało tylko jednego, ale dopiero w pewnym momencie zauważyła to Cecylia. Pewnego dnia, gdy Cecylia miała 9 lat, po raz pierwszy nocowała w domu swej przyjaciółki Adeli. Gdy nadeszła pora spoczynku, mamusia Adeli odsunęła trochę ich kołderki i każdą pocałowała na dobranoc.

- Kocham cię – powiedziała mamusia do Adeli.

- Ja też cię kocham – szepnęła dziewczynka.

Cecylia była wytrącona z równowagi i nie mogła zasnąć. Nikt nigdy nie całował jej na dobranoc, ani nie powiedział jej, że ją kocha. Przez całą noc nie spała, rozmyślając i zastanawiając się nad tym. <<A przecież tak powinno być>>.

Gdy wróciła do domu, nie przywitała się z rodzicami i pobiegła do swego pokoju. Dlaczego nigdy mnie nie pocałowali? Dlaczego nie uściskali jej i nie powiedzieli, że ją kochają?

Cecylia płakała długo, wreszcie usnęła. Przez wiele dni była zagniewana. W końcu postanowiła uciec z domu. Przygotowała swój plecak, ale nie wiedziała, gdzie ma się udać. Rodzice wydali się jej zimni i najgorsi na świecie. Nagle znalazła rozwiązanie.

Poszła do swej mamusi i pocałowała ją w policzek, mówiąc:

- Kocham cię!

- Potem pobiegła do ojca i uściskała go.

- Dobranoc tatusiu – powiedziała. – Kocham cię!

Potem położyła się do łóżka, pozostawiając oniemiałych rodziców w kuchni.

Następnego ranka, gdy przyszła na śniadanie, pocałowała mamusię i tatusia. Na przystanku autobusowym wspięła się na palce i jeszcze raz pocałowała mamusię ze słowami:

- Cześć mamusiu, kocham cię.

Cecylia postępowała tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. Czasami rodzice odsuwali się, sztywni i zakłopotani. Albo śmiali się z tego. Pewnego wieczoru zapomniała pocałować mamusię przed udaniem się na spoczynek. Po chwili drzwi do jej pokoju uchyliły się i weszła matka.

- A gdzie jest mój buziak? – spytała udając zagniewanie.

Cecylia usiadła na łóżku i powiedziała:

- Och, zapomniałam! – ucałowała matkę i powiedziała: Kocham cię mamusiu!

Potem położyła się i zamknęła oczy. Ale mamusia pozostała przy niej i w końcu powiedziała:

- Ja też cię bardzo kocham!

Potem nachyliła się i pocałowała Cecylię w policzek. Dodała też z udaną surowością:

- I nie zapominaj pocałować mnie zawsze na dobranoc.

Cecylia uśmiechnęła się i powiedziała:

- To nie zdarzy się nigdy więcej!"

 

Dzisiaj też może ktoś oczekuje na <<swój>> pocałunek. Od ciebie.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Drogą wędrowała mamusia z dzieckiem. Dziecko miało w ręku ciastko. Przechodzili obok biednej kobiety, która wyciągnęła rękę do przechodniów. Obok niej siedział skulony, brudny chłopczyk, w nędznej odzieży, zbyt dużej dla niego. Dziecko trzymając rękę mamusi, zatrzymało się przy chłopcu i przyglądało mu się przerażone. Potem spojrzało na trzymane w ręce ciastko i na matkę, jakby prosząc ją o pozwolenie. Matka wyraziła zgodę lekkim ruchem głowy. Dziecko wyciągnęło rączkę do cyganiątka i dało mu ciastko, a potem szybko oddaliło się z mamusią.

Jakiś przechodzień, który widział tę scenę, powiedział do matki:

- Teraz pewnie kupi pani synowi inne ciastko, może większe?

- Nie, dlaczego? Ten, kto daje, musi przecież odmówić sobie."

 

Ziarnko zboża ukryło się w spichlerzu.

Nie chciało być zasiane.

Nie chciało umrzeć.

Nie chciało być zmarnowane.

Chciało zachować własne życie.

Nie chciało zostać chlebem.

Nie chciało być zaniesione na stół.

Ani poświęcone i podzielone.

Nigdy nie chciało oddać życia.

Nigdy też nie dało radości.

Pewnego dnia przyszedł wieśniak

i razem ze śmieciami

wyrzucił również ziarenko zboża.

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

"Pewnego dnia wielki Nauczyciel zebrał wszystkich uczniów, by wybrać swego asystenta.

- Przedstawię wam problem – powiedział Mistrz. – Ten, kto go rozwiąże, zostanie moją prawą ręką.

Powiedziawszy to, ustawił stolik na środku sali, a na nim postawił cenny porcelanowy wazon, ozdobiony delikatnymi, złotymi różami.

- Oto problem. Rozwiążcie go!

Zakłopotani uczniowie zastanawiali się nad <<problemem>>. Był to wspaniały porcelanowy wazon: podziwiali jego niezwykłe ozdoby i elegancję róż.

<<Co on przedstawia? Jaka jest jego zagadka? Co należało zrobić?>> - pytali siebie.

Czas mijał i nikt nie ośmielił się zrobić czegokolwiek, poza kontemplowaniem <<problemu>>.

W pewnym momencie jeden z uczniów wstał, spojrzał na Nauczyciela i na kolegów, a potem zdecydowanym krokiem ruszył ku wazonowi i zrzucił go na ziemię, rozbijając na drobne kawałki.

- Wreszcie ktoś to zrobił! – Zawołał wielki Nauczyciel. – Zacząłem wątpić w formację, jaką starałem się wam przekazać przez wszystkie lata.

Potem zwrócił się do młodzieńca:

- Ty będziesz moim asystentem!

Podczas gdy młodzieniec wracał na swoje miejsce, Nauczyciel wytłumaczył:

- Wyraziłem się jasno. Powiedziałem, że to jest <<problem>>. Nieważne, jaki może być piękny, czy pociągający, problem musi zostać wyeliminowany!"

 

Istnieje tylko jeden sposób na rozwiązanie problemu: trzeba się z nim zmierzyć.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Ojciec nauczył się, że wiele konfliktów z dziećmi udawało mu się rozwiązać w pizzerii. Przez kilka lat zawoził tam, od czasu do czasu, swoją najstarszą córkę, na pewnego rodzaju spotkania ojca z córką. Postanowił tak samo postępować z młodszą córeczką. Na pierwsze takie spotkanie zawiózł ją na kolację do pizzerii blisko domu.

Gdy podano im pizzę, zdecydował, że jest to właściwy moment, by powiedzieć dziewczynce, jak bardzo ją kocha i jak ogromnie ją ceni.

- Julio – powiedział – chcę byś wiedziała, że cię kocham i że dla mnie i dla mamusi jesteś naprawdę wspaniała. Modlimy się zawsze wieczorem za ciebie i teraz, gdy dorastasz i każdego dnia stajesz się wspaniałą dziewczyną, możemy być tylko dumni z ciebie!

Gdy skończył wymawiać te słowa, zamilkł i wziął widelec, by zacząć jeść, ale nie mógł go podnieść do ust.

Dziewczynka wyciągnęła rękę, kładąc na ręce ojca. Jego oczy spotkały się z jej oczami, a ona ze wzruszeniem powiedziała:

- Zaczekaj tatusiu, zaczekaj.

Ojciec odłożył widelec i znów tłumaczył córce, dlaczego on i matka kochają ją i szanują. Potem znów chwycił za widelec. Ale po raz drugi, a potem po raz trzeci i czwarty był zatrzymywany tymi samymi słowami: <<Zaczekaj tatusiu, zaczekaj>>.

Tego wieczoru ojciec niewiele zjadł, ale dziewczynka po powrocie do domu pobiegła do mamusi i powiedziała:

- Jestem rzeczywiście wspaniałą córką, mamusiu. Tatuś mi to powiedział!"

 

Wczoraj wieczorem byłem rzeczywiście zadowolony. Po raz pierwszy wyszedłem z moim ojcem. Przedstawił mnie swoim kolegom i powiedział im, że jestem dobrym synem.

(Andrea, lat 17)

 

Kochać kogoś, to bardzo piękne. Ważne jednak, aby jemu o tym tylko powiedzieć.

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

"Pewnego dnia szatan postanowił powiększyć wartość swoich złych działań. Zgromadził naczelników departamentu i główny sztab dywizji piekielnej propagandy i reklamy, aby wymyślić nowe kampanie pokus i pułapek dla ludzi, a także nowe sposoby, by zniszczyć sens ich życia.

- Powiedz im, że Bóg nie istnieje – zaproponował jeden diabeł.

Szatan warknął:

- Chciałbym coś mniej oczywistego!

- Powiedz im, że żadne z ich działań nie ma konsekwencji – powiedział inny.

Szatan pokiwał głową i rzekł:

- Już sami tak myślą.

Trzeci zasugerował:

- Powiedz im, że tak bardzo oddalili się od drogi prawa, że nigdy więcej nie uda im się na nią powrócić, gdyż ludzie nie potrafią się zmienić.

Szatan warknął:

- Już tego próbowałem.

Najstarszy i najbardziej chytry z diabłów poprosił o głos:

- Niech po prostu wierzą, że mają jeszcze wiele, wiele czasu…

Szatan uśmiechnął się zadowolony:

- To jest rzeczywiście dobry pomysł!"

 

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz, patrzyłabym na ciebie, jak zasypiasz. Okryłabym cię lepiej kołdrą, podziękowałabym Panu za twoje cenne życie. Patrzyłabym trochę, jak śpisz.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz, towarzyszyłabym ci aż do drzwi, gdy wychodzisz, pocałowałabym cię, uściskałabym cię i poprosiłabym, byś wrócił, abym jeszcze raz mogła cię pocałować.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz, słuchałabym twego głosu, zgasiłabym telewizor, odłożyłabym gazetę i poświęciłabym tobie całą uwagę. Zapamiętałabym dźwięk twego głosu i światło twoich oczu.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz, słuchałabym twego śpiewu, śpiewałabym razem z tobą i poprosiłabym cię, byś zaśpiewał jeszcze raz.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz jestem z tobą, nadawałabym wielką wartość tej chwili. Nie martwiłabym się o talerze, o podwórze, nawet o rachunki.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz, pragnęłabym być z tobą na zawsze.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz jesteśmy razem, chciałabym widzieć cię szczęśliwym. Ugotowałabym ci twoje ulubione potrawy, zagrałabym z tobą w twoją ulubioną grę. Wzięłabym jeden dzień wolnego, aby być z tobą. Nie dbałabym tak bardzo o uporządkowanie zabawek i pościelenie łóżek. Przypomniałabym ci, jak bardzo jesteś ważny dla mnie. Powiedziałabym ci, jak bardzo pragnę, byś poszedł do Raju. Powiedziałabym ci, byś był silny. Powiedziałabym, że cię kocham i śmiejąc się, dzielilibyśmy się naszymi ulubionymi wspomnieniami.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz, czytałabym razem z tobą Pismo św. I pomodlilibyśmy się razem do Boga. Podziękowałabym Panu za to, że się spotkaliśmy i że opiekowałeś się nami w sposób tak wspaniały.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz jesteśmy razem, płakałabym , gdyż chciałabym spędzić więcej czasu z tobą.

Gdybym wiedziała, że to ostatni raz…

Zupełnie nie wiem, kiedy nadejdzie ten ostatni raz. Pomóż mi, Panie, ukazać moją miłość wszystkim osobom, które miały wpływ na moje życie. To może być ostatni raz, gdy jesteśmy razem.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Pobrali się przed pięćdziesięcioma laty. Pewnego dnia na stacji kolejowej usiedli na ławce w oczekiwaniu na pociąg. Na ławce naprzeciwko siedziało dwoje zakochanych.

Staruszkowie obserwowali w milczeniu młodą parę. Chłopak obejmował dziewczynę i całował ją w uniesieniu.

Kobieta o błyszczących oczach, ręką dotknęła męża i wyszeptała:

- Ty także mógłbyś to zrobić!

Mężczyzna spojrzał na nią oburzony:

- Co? Przecież nie znam jej zupełnie!"

 

Ogromny, straszny smutek tkwi w słowach:

<<Nie całuje mnie więcej…>>.

 

Mieszkając i rosnąc razem z moimi rodzicami, sądziłem, że ich miłość nie umrze nigdy. Wyobrażałem sobie, że jest ona jak wielkie drzewo, gotowe stawić czoło każdej burzy, a przede wszystkim czasowi. Tymczasem zauważyłem, że tak nie jest, gdyż wielkie drzewo też może tracić powoli swe gałęzie i uschnąć.

Opowiadano mi, że wielka miłość, tak jak drzewo, nie umiera pod wpływem jednego uderzenia wiatru albo z powodu zbyt małej ilości wody.

Umiera, gdy sprawiasz, iż miłość umiera wewnątrz. Tak jak przydarzyło się to mojemu ojcu i mojej matce.

(Dwunastoletnia dziewczynka)

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

Bardzo dawno temu, w pewnej odległej krainie był las. Zamieszkiwały go tylko elfy. Były to najpiękniejsze istoty na ziemi. Opiekowały się przyrodą, a w zamian Matka Natura dbała o nie. Żyły tak od wieków.

Elfy były bardzo różne. Te, które zamieszkiwały las, zwano elfami puszczy. Biegały wesoło pośród drzew śpiewając piosenki i pilnie pracując. Zdarzało się jednak, że niektóre z nich przychodziły na świat ze skrzydłami. Dla większości były wyjątkowe, inni uważali je za wybryk natury. Ona była jednym z takich skrzydlatych elfów.

Urodziła się w najnormalniejszej w świecie rodzinie, w której nigdy nikt nie miał skrzydeł. Wszyscy byli bardzo porządni i pilnie wykonywali swoją pracę. Gdy przyszła na świat, początkowo nikt niczego nie zauważył, jednak z upływem lat wszyscy zaczęli dostrzegać jej piękne, jasnobłękitne skrzydła. Jej normalna elficka rodzina starała się bardzo, by zapomniała o tym, że je ma. Może by im się to nawet udało, gdyby nie to, iż odkąd zauważyła, że ma skrzydła, miała tylko jedno marzenie. Chciała latać.

Kilka razy stawała już na skraju urwiska i rozpościerała skrzydła. Kiedy już miała skoczyć i polecieć, jakiś członek jej normalnej rodziny chwytał ją z tyłu za ramię, powstrzymując przed krokiem w próżnię. Gdy zrobili to po raz pierwszy, zapytała:

- Dlaczego?

- To, że masz skrzydła, nie oznacza że umiesz latać- tłumaczyli.- Możesz przecież spaść i zginąć.

Ona jednak była pewna, że potrafi latać. Właśnie dlatego tak wiele razy stawała nad urwiskiem. Zawsze ktoś ją jednak powstrzymywał. Z czasem sama zaczęła się zastanawiać, czy naprawdę umie latać. W końcu przestała próbować. Jej normalna rodzina była z tego bardzo zadowolona. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że z każdym dniem skrzydlata elfka stawała się coraz smutniejsza.

Przystawała nad urwiskiem i myślała. Już nie próbowała latać. Wprost przeciwnie, chociaż miała skrzydła, trzymała się kurczowo ziemi. Bała się zrobić ten ostatni krok.

Pewnego razu nad urwiskiem przelatywał inny skrzydlaty elf. Gdy ją zauważył, sfrunął do niej. Zaczęli rozmawiać. Po jakimś czasie zaproponował:

- Poleć ze mną. Będziemy się świetnie bawić.

- Nie mogę.

- Dlaczego?- spytał zaskoczony, bo większość skrzydlatych elfów robiła tylko to, na co miała ochotę.

- Nie umiem latać- powiedziała cichutko.

- Masz skrzydła, więc musisz umieć. Spróbuj- zachęcał.

- Nie potrafię...- wyszeptała.- Boję się.

Elf miał dosyć namawiania. Zdecydował się ją zostawić. Rozpostarł skrzydła i wzniósł się w powietrze. Nie mógł zrozumieć tego, że ona boi się latać. Dla niego było to bardzo dziwne. On latał odkąd pamiętał. Tylko, że jemu nikt tego nie zabraniał. W jego rodzinie uważano skrzydła za coś wyjątkowego, niemal błogosławieństwo. Właśnie dlatego nie potrafił jej zrozumieć. Zwłaszcza, że on kochał latać.

Odleciał, zostawiwszy ją nad urwiskiem. Spoglądała na niego z zazdrością. Nikt poza nią samą nie wiedział, jak bardzo pragnęła latać. Powoli zaczynała o sobie myśleć, jako o wybryku natury. Zastanawiała się dlaczego Matka Natura dała jej skrzydła, nie nauczywszy latać.

Któregoś dnia, kiedy wpadła już w taki smutek, że nie potrafiła myśleć o niczym innym, od strony lasu nadszedł elf, śpiewając piosenkę. Był to zwyczajny elf puszczy, taki, jakich było bardzo wiele. Przystanął i uśmiechnął się do niej.

- Dlaczego jesteś smutna, skrzydlata elfko?- zapytał wesoło.

- Smucę się, bo nie potrafię latać- powiedziała.

- Jak to, przecież wszystkie skrzydlate elfy to umieją?- zdziwił się.

- Ja nie. Boję się. Nikt mnie tego nigdy nie uczył.

- To ja cię nauczę- zaproponował.

- Przecież ty nie masz skrzydeł- roześmiała się.

- Mam, ale takie, których nie widać.

Zaciekawiona podeszła z nim do brzegu urwiska. Spojrzała w dół i nagle zakręciło jej się w głowie. Gdyby spadła, rzeczywiście mogłaby zginąć.

Nagle powiał wiatr. Jej skrzydła same się rozłożyły, jakby od dawna były gotowe do lotu.

- Co mam zrobić?- zapytała.

- Zamknij oczy- polecił.- A teraz zrób krok naprzód.

- Nie mogę.

- Możesz. Pomyśl o tym, że gdzieś do góry czeka na ciebie coś wspaniałego.

- Nie potrafię, ja tylko...

Chciała podejść bliżej do niego, żeby mu to wyjaśnić, ale się poślizgnęła. Straciła grunt pod nogami i była pewna, że za chwilę zginie. Zacisnęła mocniej powieki. Wtedy usłyszała bardzo blisko siebie krzyk elfa. Otworzyła oczy i ze zdumieniem zauważyła, że unosi się w powietrzu. Okazało się, iż gdy tylko jej stopy straciły oparcie, skrzydła same zaczęły się poruszać

- Ja latam!- zawołała szczęśliwa.

Uniosła się wysoko, ponad las i chmury ciesząc się, że spełniło się jej największe marzenie. Gdy sfrunęła z powrotem na dół, zauważyła, że elf odchodzi. Podleciała do niego.

- Nie odchodź. Nie zostawiaj mnie!- zawołała.- Przecież to ty nauczyłeś mnie latać. Nie poradzę sobie bez ciebie!

Wzruszyło to elfa i z nią został. Mimo iż tłumaczył jej, że powinna znaleźć sobie kogoś tak wyjątkowego jak ona, nie chciała go słuchać.Wiedziała już, że dla niej to on jest najbardziej wyjątkowy na świecie. Przecież tylko jemu jednemu udało się nauczyć ją latać.

 

***

 

Raj i piekło

 

Pewnego razu, wielki, nie grzeszący inteligencją samuraj, przyszedł do niewielkiego, lecz słynącego z mądrości mnicha.

- Mnichu - poprosił - naucz mnie, czym jest piekło i raj!

 

Mnich uniósł oczy, by spojrzeć na potężnego wojownika i odparł pogardliwie:

 

- Mam nauczyć cię, czym są piekło i raj? Nie mógłbym cię niczego nauczyć. Jesteś brudny i cuchniesz, a twoja brzytwa już dawno zardzewiała. Stanowisz hańbę, policzek dla kasty samurajów. Zejdź mi z oczu, nie znoszę cię!

 

Sauraja ogarnęła wściekłość. Zaczął trząść się ze złości, twarz mu poczerwieniała, nie mógł wykrztusić ani słowa. Wyciągnął miecz i uniósł go do góry, chcąc zabić mnicha.

 

- To jest piekło - szepnął mnich.

 

Samuraj był zgnębiony. Ileż współczucia i oddania było w tym człowieku, który ofiarował własne życie, by nauczyć go czym jest piekło. Powoli opuścił miecz. Poczuł wdzięczność i wielki spokój.

 

- A to jest raj - wyszeptał mnich.

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

Działo się to dawno a może nie dawno, nie jest to istotne. Pewien Bogaty Człowiek, postanowił odebrać sobie życie, ponieważ stwierdził, że już dłużej nie może tak szybko żyć. Wiecznie tylko praca, praca, praca w domu stał się Gościem. Ale z drugiej strony nie potrafił się z tej matni wyzwolić. Ten stan spowodował, że nie widział innej możliwości jak tylko wysiąść z tego pociągu, jakim jest życie.

Jak postanowił tak też szukał okazji do zrealizowania swego pomysłu. Tak się jednak złożyło, że spotkał swego Znajomego z wojska. Bardzo się ucieszył na to spotkanie. W czasie rozmowy nasz Bohater zwierzył się ze swego postanowienia. Wtedy to Znajomy z wojska zaprosił Go do siebie. Z początkowymi oporami, ale jednak nasz Bogaty Człowiek zdecydował się ze Znajomym udać do jego domu.

 

Było dla Niego wielkim zaskoczeniem, że ów Znajomy to Zakonnik a Domem jego jest Klasztor. Wtedy przypomniał sobie, że już dawno nie był w Kościele, już dawno się nie modli bo zawsze mówił nie mam czasu. Zakonnik zaprowadził Bogatego Człowieka do celi powiedział mu, że może być tu tak długo jak zechce i aby swe postanowienie jeszcze raz przemyślał. Bogaty Człowiek spytał się czy może wykonać jeszcze parę telefonów do swoich firm na co Zakonnik mu odparł: Przecież chcesz się zabić to po co się jeszcze martwisz o firmę zostaw to. I odszedł.

 

Bogaty Człowiek usiadł na łóżku w swojej celi i zaczął wzrokiem wodzić po skromnym wystroju. I rozmyślał. Rozmyślał o życiu, o czasie, o Rodzinie, o Przyjaciołach, o Śmierci, o Bogu, o Radości, o Szczęściu, o Miłości, o...

 

Minęły cztery tygodnie Ubogi Człowiek, ale Radosny przychodzi do Zakonnika i mówi Mu: dziękuję Ci, żeś mnie tu przyprowadził to był piękny czas. Czas zatrzymania, czas, w którym odkryłem, że jestem Człowiekiem ale, że nie zawsze potrafiłem zachować się jak Człowiek. Był to czas, który pozwolił mi zrozumieć, że nie wszystko zależy ode mnie i nie ja o wszystkim decyduję. Czas, w który zrozumiałem, że jedno, o co w życiu chodzi to MIŁOŚĆ. A ja o tym zapomniałem i to zapomnienie kosztowałoby mnie Wieczne Zapomnienie.

 

A czy Ty nie myślisz się zatrzymać i na nowo zobaczyć, że najważniejsza jest MIŁOŚĆ.

 

***

 

Cztery świece

 

Cztery świece spokojnie płonęły. Było tak cicho, że słychać było jak ze sobą rozmawiały.

Pierwsza powiedziała: - Ja jestem POKÓJ. Niestety, ludzie nie potrafią mnie chronić. Myślę, że nie pozostaje mi nic innego jak tylko zgasnąć.

 

I płomień tej świecy zgasł.

 

Druga: Ja jestem WIARA. Niestety nie jestem nikomu potrzebna. Ludzie nie chcą o mnie wiedzieć, nie ma sensu, żebym dalej płonęła.

 

Ledwie to powiedziała, lekki powiew wiatru zgasił ją.

 

Trzecia: Ja jestem MIŁOŚĆ. Nie mam już siły płonąć. Ludziom nie zależy na mnie i nie chcą mnie rozumieć. Nienawidzą najbardziej tych, których kochają - swoich bliskich.

 

I nie czekając długo i ta świeca zgasła.

 

Nagle do pokoju weszło dziecko i zobaczyło trzy zgasłe świece. Przestraszone zawołało: Co robicie? Musicie płonąć! Boję się ciemności!

 

I zapłakało.

 

Wzruszona czwarta świeca powiedziała: Nie bój się! Dopóki ja płonę zawsze możemy zapalić tamte świece. Ja jestem NADZIEJA.

 

Z błyszczącymi i pełnymi łez oczyma, dziecko wzięło świecę i zapaliło pozostałe świece.

 

Niech nigdy w naszych sercach nie gaśnie Nadzieja i każdy z nas jak to dziecko, niech będzie narzędziem, gotowym swoją Nadzieją zawsze rozpalić Wiarę, Pokój i Miłość.

Link to post
Share on other sites

Pewnej kobiecie przyśniło się, że za ladą w jej ulubionym sklepiku stał Pan Bóg.

"To Ty, Panie Boże!" - zakrzyknęła uradowana.

 

"Tak to ja" - odpowiedział Bóg.

 

"A co u Ciebie można kupić?" - zapytała kobieta.

 

"U mnie można kupić wszystko" - padła odpowiedź.

 

"W takim razie poproszę o dużo zdrowia, szczęścia, miłości, powodzenia i pieniędzy".

 

Pan Bóg uśmiechnął się życzliwie i oddalił na zaplecze, aby przynieść zamówiony towar. Po dłuższej chwili wrócił z malutką, papierową torebeczką.

 

"To wszystko?!" - wykrzyknęła zdziwiona i rozczarowana kobieta.

 

"Tak, to wszystko" - odpowiedział Bóg i dodał:

 

"Czyżbyś nie wiedziała, że w moim sklepie sprzedaje się tylko nasiona?"

 

Bruno Ferrero

 

***

 

W dalekim kraju wśród pięknych ośnieżonych górskich szczytów mieszkał pewien człowiek. Dawno temu opuścił miasto, w którym pracował jako profesor na uniwersytecie. Był przez wszystkich szanowany i doceniany jako fachowiec, mimo to nie czuł się szczęśliwy. Po jakimś czasie postanowił zostawić swoją pracę, sprzedał dom, w który mieszkał i udał się w góry, abym tam z dala od cywilizacji podziwiać piękno przyrody i pisać wiersze. Pisanie sprawiało mu wielką radość. Z dala od zgiełku ulic i dymiących kominów czuł, że jest bliżej natury i bliżej Boga. Tam odnalazł swoje szczęście. Wreszcie rozbił to, o czym marzył.

Do jego chaty rzadko zaglądali ludzie, czasem tylko jacyś zabłąkani turyści, którzy zboczyli z górskiego szlaku, prosili go o nocleg. Jednak rano skoro tylko pierwsze promienie słońca wyjrzały zza górskich szczytów - udawali się w dalszą drogę.

 

Po kilku latach takiego mieszkania w odosobnieniu, mężczyzna odczuł głęboko potrzebę udania się do miasta. Długo walczył z tymi myślami, w końcu postanowił się tam udać. Wyjął z komody resztki pieniędzy, który pozostały mu jeszcze z czasów, gdy był profesorem na uczelni i poszedł do miasta. Tam na jednym ze straganów kupił sobie lustro, chciał bowiem wiedzieć jak wygląda, a w chacie, w górach nie posiadał tego przedmiotu. W mieście zabawił zaledwie kilka godzin i pośpiesznie wrócił w góry.

 

Od ostatniej wędrówki do miasta codziennie rano bohater przeglądał się w lustrze, chcą wiedzieć jak wygląda.

 

Minęło kilka miesięcy i mężczyzna znów poczuł ochotę na to, by udać się do miasta. Ruszył więc ponownie w drogę, którą pokonywał wcześniej.

 

Tym razem nie robił zakupów. Przechodząc ulicą spotkał jednego ze swoich kolegów, który też był profesorem na uniwersytecie. Opowiedział mu o tym, że kilka miesięcy temu kupił lustro, aby wiedzieć jak wygląda. Znajomy profesor popatrzył na niego i rzekł:

 

- Jeśli chcesz wiedzieć naprawdę kim jesteś, nie patrz w lustro, ono pokaże tylko twoje ciało. Patrz na wyraz twarzy człowieka, który z tobą rozmawia. Wtedy ujrzysz swoje wnętrze, i to kim naprawdę jesteś.

Link to post
Share on other sites

Starszy nazywał się Frank i miał 20 lat. Młodszy Ted miał 18 lat. Wiele czasu spędzali razem, ich przyjaźń sięgała czasów szkoły podstawowej. Razem postanowili zaciągnąć się do wojska. Przed wyjazdem przyrzekli sobie u rodzinom, że będą wzajemnie uważać na siebie.

Szczęście im sprzyjało i znaleźli się w tym samym batalionie. Batalion ich został wysłany na wojnę. Było to straszliwa wojna, pośród rozpalonych piasków pustyni. Przez pewien czas Frank i Ted przebywali o obozie, chronionym przez lotnictwo. Lecz któregoś dnia pod wieczór przyszedł rozkaz by wkroczyć na terytorium nieprzyjaciela. Żołnierze pod piekielnym ogniem wroga dotarli do pewnej wsi. Ale nie było Teda. Frank szukał go wszędzie. Znalazł jego nazwisko w spisie zaginionych. Zgłosił się u komendanta z prośbą o pozwolenie na poszukiwanie jego przyjaciela.

 

- To jest zbyt niebezpieczne - odpowiedział komendant. - Straciłem już twego przyjaciela, straciłbym również ciebie. Tam ostro strzelają.

 

Frank mimo wszystko poszedł. Po kilku godzinach znalazł Teda śmiertelnie rannego. Ostrożnie wziął go na ramiona. Nagle dosięgnął go pocisk. Nadludzkim wysiłkiem udało mu się donieść przyjaciela do obozu.

 

- Czy warto było umierać, by ratować umarłego? - spytał komendant.

 

- Tak - wyszeptał Frank, gdyż przed śmiercią Ted powiedział: - Wiedziałem, że przyjdziesz.

 

***

 

Pewien król pomyślał sobie kiedyś, że wszystko robiłby prawidłowo, gdyby znał właściwą na to porę; gdyby zawsze wiedział, z jakimi ludźmi ma przestawać, a z jakimi nie; i gdyby zawsze miał rozeznanie, które z jego dzieł jest naważniejsze. Zwołał wszystkich uczonych mężów swojego kraju, ale udzielili mu oni odpowiedzi, które go nie zadowoliły.

Wtedy postanowił spytać o to słynącego z wielkiej mądrości pustelnika. Pustelnik przekopywał właśnie grządki przed swoją chatą i sprawiał wrażenie wyczerpanego. Król wziął zatem łopatę i kopał godzina po godzinie ziemię, zaś pustelnik przez cały czas milczał. O zmierzchu przyszedł z lasu brodaty mężczyzna z ciężkimi obrażeniami. Pustelnik wraz z królem pielęgnowali go, jak tylko mogli najlepiej. Tak to zastał ich wieczór. Król był w końcu tak zmęczony, że zasnął na progu. O świcie brodaty mężczyzna wyznał mu słabym głosem, że chciał go zabić z powodu wyroku śmierci dla swego brata, ale teraz, skoro uratował m on życie, będzie mu służył po kres swoich dni wraz ze swoimi synami. Król wybaczył mu, obiecał przysłać swojego lekarza i udał się ponownie do pustelnika, aby przedłożyć mu swoje trzy pytania.

 

"Już przecież otrzymałeś odpowiedź", odrzekł pustelnik. "Gdybyś wczoraj nie przejął mojej pracy, człowiek ten napadłby na ciebie. A zatem kopałeś moje grządki we właściwej porze, ja byłem najważniejszym człowiekiem, zaś najważniejszym dziełem było wyświadczone mi dobro. Następnie był czas na pielęgnowanie tego zranionego człowieka, to było wtedy rzeczą najważniejszą; inaczej wykrwawiłby się bez pojednania z tobą. Wówczas to on był dla ciebie najważniejszych człowiekiem, a to, co dla niego zrobiłeś, najważniejszym dziełem. Zapamiętaj więc sobie: Najważniejszym czasem jest zawsze dana chwila. Najważniejszym człowiekiem jest zawsze ten, z którym los nas w danej chwili zetknął. A naważniejszym dziełem jest zawsze czynienie mu dobra. Tylko to jest życiowym powołaniem człowieka."

 

Lew N. Tołstoj

Link to post
Share on other sites

Czterej święci, po katastrofie morskiej u pustynnych wybrzeży Afryki, wędrowali przez wiele dni, nie mogąc znaleźć pożywienia. Kompletnie wyczerpani, postanowili prosić Boga o pomoc; a żeby wzmóc prośbę, związali się solennymi obietnicami. Pierwszy obiecał, że zachowa ścisły post, drugi - że nigdy nie spojrzy na kobietę, trzeci - że będzie wciąż recytował wersety Koranu. Czwarty powiedział po prostu: "Nigdy nie tknę mięsa słonia".

Jego przyjaciele poczuli się urażeni taką obietnicą: któż to je mięso słonia? Czyżby chciał z nich zakpić? A może drwił z Boga?

 

Mężczyzna odpowiedział:

 

- Nic takiego. Usłyszałem głos wewnętrzny, który nieomal mnie zmusił, by to powiedzieć. Nic na to nie poradzę, Bóg mi świadkiem.

 

Wędrowali tak przez wiele, wiele dni, aż natrafili na młodziutkiego słonika. Choć niechętnie - zabili go, upiekli i pożywili się jego mięsem. Uczynili to wszyscy poza tym człowiekiem, który złożył jako ostatni przyrzeczenie. Ów więc rzekł:

 

- Być może Bóg nakłonił mnie do takiego postanowienia, bo chce, żebym umarł. W każdym razie nie złamię danego Mu słowa.

 

Po skończonym posiłku poszli spać. Kiedy oni spali, nadeszła słonica. Obwąchała ich jednego po drugim, zabijając bez litości tych trzech, od których poczuła zapach pieczonego słonia. Uratował się tylko ten, co się nim nie pożywił.

 

Nadto, uczepiony trąby słonicy, został zaniesiony do oazy, w której zaspokoił głód daktylami, a pragnienie wodą ze strumienia. Tak to jest z tymi, co słuchają wewnętrznego głosu bez dyskusji.

 

***

 

Za górami, rodzina orłów mieszkała sobie w lesie. Mama orzeł, mały orzełek i tata orzeł, który był przedstawicielem wszystkich zwierząt w lesie. Znany, lubiany, mimo, iż był silny, to nikim nie gardził, ani nie unosił się dumą, że jest kimś ważnym. Po prostu prowadził swoje życie - w normalny sposób. Mały orzełek patrząc się na swojego tatę, zawsze miał nadzieję, że w życiu będzie taki jak on. Pragnął rozwinąć swoje skrzydła jak najszybciej, aby ojciec, był z niego dumny.

Pewnego dnia rodzice małego orzełka wybrali się na trochę dłuższe polowanie, niż zwykle. Młody orzełek się nie zgodził, gdyż chciał wybrać się z nimi. Ma już rozwinięte skrzydła i pragnął jak najszybciej nauczyć się latać. "Cieszę się synu, że masz już rozwinięte skrzydła, w przyszłości na pewno będziesz wspaniałym orłem, ale zrozum, że na ciebie jeszcze nie pora..." powiedział ojciec i odlecieli. Młody orzeł pełen gniewu pragnął pokazać rodzicom, że są w błędzie. Postanowił za wszelką wybić się i ich dogonić, lecz nie wiedział jak się lata.

 

Nigdy jeszcze nie próbował. Usiadł, zatem i gorzko zapłakał.

 

Przechodzący obok lis, widząc pochłoniętego w rozpaczy orła, zapytał:

 

"Co się stało?" Młody orzełek przedstawił lisowi cała sytuację, poczym lis zastanowił się przez chwilę i powiedział:

 

"Wiesz... Wydaje mi się, że po prostu twój ojciec boi się, abyś nie był lepszy od niego. Abyś nie zabrał mu jego stanowiska. Z czasem on się starzeje, a ty jesteś coraz bardziej dojrzalszy. Jest pyszny i samolubny, ale jak chcesz nauczę cię sztuki latania"

 

Orzełek się ucieszył niesamowicie. "Co mam, zatem zrobić?" pytał się z ciekawością.

 

"To proste. Wyskocz z gniazda i zacznij machać z całych sił skrzydłami" odpowiedział lis.

 

Jak usłyszał tak też zrobił. Orzełek wyskoczył z gniazda, zaczął machać z całych sił skrzydłami, ale mimo tego, nie udało mu się wzbić w górę. Rozbił się... Upadł na ziemię i ze łzami w oczach zdążył tylko ujrzeć uśmiech na twarzy lisa...

Link to post
Share on other sites

Dwie możliwości

 

Michał jest takim człowiekiem za którym raczej się nie przepada. Jest zawsze w dobrym humorze i zawsze ma coś pozytywnego do powiedzenia. Zapytany jak się czuje odpowiedziałby: "Gdyby było lepiej już bym chybanie wytrzymał!". Był naturalnym motywatorem. Jeśli jakiś pracownik miał zły dzień, Michał zawsze radził mu jak znależć pozytywną sytuacji.

Podszedłem więc do Michała i spytałem go: "Nie rozumiem. Nie można być tak pozytywną osobą przez cały czas. Jak ty to robisz?" Michał odpowiedział: "Każdego ranka gdysię budzę mówię sobie - "Michał, masz dzisiaj dwie możliwości - możesz mieć dobry humor albo możesz mieć zły humor". I wtedy wybieram dobry humor. Za każdym razemmoże wydarzyc się coś dobrego, mogę wybrać albo bycie ofiarą albo wyciągnąć z tego jakąś lekcję dla siebie. I wybieram wyciągnięcie lekcji. Za każdym razem gdy przychodzi ktoś do mnie ponarzekać, mogę wybrać zgodzenie się z nim albo pokazanie mu pozytywnej strony życia. I wtedy wybieram pokazanie mu tej pozytywnej strony." "Zaraz, to nie jest takie proste!" - zaprotestowałem. "Ależ tak, to właśnie takie jest." - odpowiedział Michał. "Życie polega na wyborach. Każda sytuacja jest wyborem. Ty sam wybierasz jak zareagujesz na daną sytuację. Ty wybierasz, jaki wpływ mają ludzie na twoje samopoczucie. To ty wybierasz bycie w dobrym albo złym humorze. Mówiąc krótko - to twój wybór, jak wygląda twoje życie." Zapamiętałem, co powiedział mi wtedy Michał. Krótko potem opuściłem firmę, w której wtedy pracowałem i otworzyłem swoją własną. Straciliśmy kontakt ze sobą, ale często przypominałem sobie Michała, gdy dokonywałem wyborów w moim życiu, zamiast tylko reagować na zmiany sytuacji.

 

Kilka lat później dowiedziałem się, że Michał miał poważny wypadek. Spadł z rusztowania z wysokości prawie 20 metrów. Po 18-godzinnej operacji i wielu tygodniach rehabilitacji Michał został zwolniony ze szpitala z wszczepionymi w plecy metalowymi prętami. Spotkałem się z nim około 6 miesięcy po wypadku. Kiedy spytałem jak się czuje odpowiedział: "Gdyby było lepiej już bym chyba nie wytrzymał! Chcesz zobaczyć moje blizny?" Nie chciałem, ale zapytałem o czym myślał w chwili wypadku. "Pierwsze, co mi przyszło do głowy to moja córka, która niedługo miała się urodzić." - odpowiedział Michał. "Później, gdy już leżałem na ziemi, pomyślałem sobie, że mam dwie możliwości: mogę wybrać - żyć albo umrzeć. Wybrałem życie." "Nie byłeś przerażony? Nie straciłeś przytomności?" - spytałem. Michał kontynuował: "Moi znajomi byli wspaniali. Mówili mi, że wszystko będzie dobrze. Aż do momentu, kiedy zawieźli mnie do szpitala i zobaczyłem twarze lekarzy i pielęgniarek - wtedy naprawdę się przeraziłem. W ich oczach wyczytałem - "ten facet już nie żyje".

 

Wiedziałem, że muszę coś zrobić." "I co zrobiłeś?" - spytałem. "Była tam taka duża, tęga pielęgniarka wykrzykująca różne pytania do mnie." - opowiadał dalej Michał. "Spytała, czy jestem na coś uczulony." "Tak" - odpowiedziałem. Lekarze i pielęgniarki przestali pracować, czekając na moją odpowiedź. Wziąłem głęboki oddech krzyknąłem "Grawitację". Oni zaśmiali się, a ja powiedziałem "Wybieram życie. Operujcie mnie jak żywego, a nie jak martwego." Michał przeżył dzięki umiejętnościom lekarzy, ale również dzięki swojej niesamowitej postawie Nauczyłem się od niego, że codziennie możemy żyć pełnym życiem. To nasz wybór. Postawa jest wszystkim.

 

Masz teraz dwie możliwości:

1. Wyrzucić tę historię i zapomnieć.

2. Opowiedzieć ją ludziom, na których ci zależy.

 

***

 

Pewnego wieczoru nasz mały syn wszedł do kuchni, gdzie jego mama właśnie przygotowywała kolację, i wręczył jej zapisaną przez siebie kartkę papieru.

Kiedy mama wytarła w fartuch mokre ręce i wzięła kartkę, przeczytała następujące słowa:

 

Koszenie trawy $5.00

Sprzątanie mojego pokoju w tym tygodniu $1.00

Pójście do sklepu za ciebie $0.50

Pilnowanie braciszka, kiedy jesteś na zakupach $0.25

Wynoszenie śmieci $1.00

Dobre stopnie na półrocze $5.00

Zmiatanie i grabienie podwórka $2.00

 

Razem: $14.75

 

No cóż, matka popatrzyła na stojącego wyczekująco chłopca i mógłbym przysiąc, że przez głowę przemknęły jej liczne wspomnienia. Następnie wzięła pióro, odwróciła kartkę i napisała na drugiej stronie coś takiego:

 

Dziewięć miesięcy, podczas których nosiłam cię pod sercem, a ty rosłeś we mnie - za darmo.

Wszystkie noce, gdy czuwałam przy tobie, pielęgnowałam i modliłam się za ciebie - za darmo.

Wszystkie godziny próby i łzy wylane z twojego powodu przez wszystkie lata twojego życia - za darmo.

Kiedy dodasz to wszystko, przekonasz się, że całą moją miłość masz za darmo.

Wszystkie noce wypełnione lękiem i zmartwienia, których się spodziewałam - za darmo.

Zabawki, jedzenie, ubrania i nawet podcieranie nosa - za darmo, mój synku.

A kiedy dodasz to wszystko, przekonasz się, że prawdziwa miłość nie kosztuje nic.

 

Drodzy przyjaciele, kiedy nasz syn przeczytał napisane przez matkę słowa, w jego oczach pojawiły się wielkie łzy. Popatrzył na nią i powiedział: "Mamusiu, bardzo cię kocham". Potem wziął pióro i wielkimi drukowanymi literami dopisał: "ZAPŁACONO".

 

M. Adams

Link to post
Share on other sites

Pewien człowiek wędrował przez pustynię. Po drodze napotkał oazę. Nieopodal półwyschniętej sadzawki rosła mała jeszcze, rozłożysta palma. Człowiek podniósł potężny kamień i złośliwie położył go na samym środku korony drzewa.

Był dumny ze swego czynu. Palma potrząsała liśćmi, próbowała zrzucić ciężar z siebie. Niestety, kamień tkwił mocno w koronie. Młode drzewo nie dało za wygraną. Wrastało głębiej w ziemię, aby tym mocniej móc potrząsać gałęziami. Wypuściło korzenie tak głęboko, że dosięgnęły ukrytej żyły wodnej. Z czasem inne drzewa obumarły, a tylko ta jedna, obciążona palma, stała się pięknym, rozłożystym drzewem.

 

Po latach człowiek przechodził znów obok dawnej oazy. Stanął zdumiony, bowiem znów ujrzał palmę, a w jej koronie kamień. A drzewo, skłoniwszy koronę, powiedziało: "Dziękuję ci, człowieku, bo ciężar, który mi nałożyłeś, uczynił mnie silną".

 

***

 

"Głęboką, ciemną nocą umierał człowiek. Wracał do domu. Przez cały rok pracował w lasach, w górach, daleko od rodzinnej wsi. Pracował bez wytchnienia, ale i tak nie udało mu się uzbierać wielu pieniędzy. Postanowił jednak wrócić do domu.

Gdy wychodził z lasu, rozpętała się szalona burza. Dom tego mężczyzny znajdował się jeszcze bardzo daleko, dzieliło go od niego wiele kilometrów.

Mężczyzna znajdował się pod dębem, gdy piorun rozdarł drzewo na pół. Konary spadły na ziemię, raniąc go. Zaczął uciekać. Krew spływała z jego ręki i nogi. Uciekał pod padającym gradem, zasłaniając rękoma głowę. Oby jak najdalej od lasu, gdzie uderzył go piorun.

Po długiej ucieczce upadł u stóp występu skalnego. Groźna ściana wznosiła się prawie prostopadle. Leżąc na ziemi, przemoczony deszczem, zmaltretowany gradem i zimnem, stracił wszelką nadzieję. Zimno, które tak mu dokuczało, kazało mu poddać się śmierci. Prawie z ulgą przystał na nią. Ogarnął go sen, pociecha ostatnich chwil.

Ale nagle, niespodziewanie dało się słyszeć dźwięczne beczenie. Obudziło ono mężczyzną z tego snu śmierci. Był to krzyk w nocy. Wydawał się raz daleki, raz bliski. Jagnię miotane nawałnicą? Człowiek otrząsnął się. On chciał umrzeć, ale jagniątko?

Znowu zabeczało. Umierający człowiek nie miał sił do życia. Ale jagniątko potrzebowało jego pomocy. Mężczyzna uznał to beczenie za wyzwanie. Odnalazł resztki sił, by przezwyciężyć zmęczenie i strach. Wybawi zwierzątko, a potem umrze.

Ta myśl dodała mu sił. Zaczął nasłuchiwać.

Jagniątko znów zabeczało. Mężczyzna poczołgał się w tym kierunku. Co jakiś czas zatrzymywał się. Grad ranił mu twarz, wymazując słabiutki głosik. Znów go posłyszał. Blisko, za krzakami. Wędrował wśród ciernistych krzewów. Jagnięcia nie było. Potem usłyszał jego głos jakby dochodzący za skały. Wśród gradu zauważył dziurę w skale. Właśnie stamtąd dochodziło beczenie. Zatoczył się i upadł wewnątrz groty. Jagniątko leżało w kałuży wody. Podniósł je i zaniósł w suche miejsce. Trzymał je przy piersi, rozgrzewając. Poczuł, że jagnię rozgrzewało też jego samego, przywracając go do życia. Leżeli tak całą noc, grzejąc się wzajemnie.

Rano słońce weszło do groty i obudziło mężczyznę i jagnię. Człowiek głaskał zwierzątko. Małe życie domagało się pokarmu. Również mężczyzna był głodny. Ale przede wszystkim odzyskał chęć życia."

 

Otaczają nas wezwania i dramatyczne pragnienia życia. Dlaczego ich nie słuchamy?

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

ZUPA Z ZUPY Z KACZORA

 

Raz pewien krewny odwiedził Nasruddina przynosząc mu w prezencie kaczora. Nasruddin przyrządził ptaka i poczęstował nim gościa. Wkrótce zaczęli przybywać gość za gościem; wszyscy podkreślali, że są przyjaciółmi przyjaciela, "człowieka, który Ci przyniósł kaczora". Oczywiście wszyscy się spodziewali otrzymać gościnę i jedzenie z kaczora. Wreszcie mułła nie mógł tego znieść i gdy pewnego dnia przybył do jego domu kolejny nieznajomy, mówiąc: - Jestem przyjacielem przyjaciela twego krewnego, który podarował Ci kaczora - i jak wszyscy inny usiadł za stołem, czekając by mu dano jeść, Nasruddin postawił przed nim miskę cieplej wody. - Co to jest? - zapytał gość. - To - powiedział mułła - jest zupa z zupy kaczora, którego podarował mi twój przyjaciel. Czasem można usłyszeć o ludziach, którzy zostali uczniami uczniów człowieka, który miał doświadczenie Boga.

Ps. Jak można przesłać pocałunek przez gońca?

 

***

 

"Pewnego poranka, tak jak często się zdarzało, kalif Harun al.-Rashid, zawołał znanego wróżbitę i opowiedział mu następujący sen:

- Śniło mi się, że zęby wypadały mi jeden po drugim i nie było ich już zupełnie w moich ustach

- Och, proszę pana, to bardzo niedobry znak. Wskazuje na to, że wszyscy z pana rodziny umrą przed panem i zostanie pan sam! - powiedział wróżbita.

Kalif rozwścieczył się do tego stopnia i nakazał wróżbicie, aby się już nigdy więcej u niego nie pokazywał. Opowiedział jednak swój sen innemu wróżbicie. Ten jednak powiedział mu:

- Och, mój panie, to bardzo dobry sen. Mówi on o tym, że będziesz miał bardzo długie życie i przeżyjesz całą swoją rodzinę, będziesz też o wiele od nich zdrowszy!

Uradowany kalif odpowiedział mu:

- Cóż za piękny sen!" i za tak dobrą przepowiednię dał mu w nagrodę sto denarów.

Dopiero potem zawołał swojego wezyra, nakazał mu odszukać pierwszego wróżbitę, i przeprosić go za to, że został wypędzony z zamku. A tak naprawdę, to pierwszy powiedział mu to samo co i drugi, tyle tylko, że w inny sposób. Nawet najbardziej brutalną prawdę można powiedzieć w łagodny sposób."

 

Grzeczność jest dowodem inteligencji serca.

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

DZWON ŚWIĄTYNI - Świątynia znajdowała się na wyspie, dwie mile od brzegu. Posiadała tysiąc dzwonów. Dzwony wielkie i małe, dzieło najlepszych ludwisarzy świata. Gdy wiał wiatr lub zrywała się burza, wszystkie dzwony świątyni były jednym głosem tworząc symfonie porywającą serca słuchaczy. Po kilku jednak wiekach wyspa zapadła się w morze, a z nią świątynia i jej dzwony. Starożytna tradycja mówiła, że dzwony dalej biją bez przerwy i że ktokolwiek słuchałby uważnie, mógłby je usłyszeć. Poruszony tą legendą młody człowiek przebył dwa tysiące mil z zamiarem usłyszenia dzwonów. Całymi dniami siedział na brzegu, naprzeciw miejsca, gdzie dawnymi czasy wznosiła się świątynia, i słuchał - słuchał z całą uwagą. Ale słyszał jedynie szum fal rozbijających się o brzeg . Wysilał się jak mógł. by oddalić od siebie szum fal i usłyszeć dzwony: Wszystko na próżno, szum fal wydawał się obejmować wszechświat. Trwał przy tym tygodniami, aż ogarnęło go zniechęcenie. Wtedy przypadkiem usłyszał mądrych ludzi z wioski: Rozprawiali z namaszczeniem o tajemniczej legendzie dzwonów, i o tych, którzy je słyszeli. Potwierdzali prawdziwość legendy. Serce w nim płonęło, gdy słyszał te słowa, by wrócić do zniechęcenia, gdy następne tygodnie wysiłku nie przyniosły żadnych rezultatów. Postanowił wreszcie zrezygnować z zamiaru. Może nie był przeznaczony zastać jednym ze szczęśliwców, którym dane było słyszeć dzwony. Może tez i legenda nie była prawdziwa. Wróci do domu i uzna swe niepowodzenie. Był to ostatni dzień jego pobytu w tym miejscu. Udał się po raz ostatni na ulubiony brzeg, aby pożegnać morze, niebo, wiatr i palmy. Wyciągnął się na piasku patrząc w niebo i słuchając odgłosów morza. Tego dnia nie opierał się tym odgłosom. Przeciwnie - oddał się im i odkrył, że poszum fal był dźwiękiem naprawdę słodkim i przyjemnym. Tak owładnął ten odgłos, że łatwo był świadom samego siebie. Gdyż głębokie było milczenie, które szum wytworzył w jego sercu... I w tej ciszy usłyszał je! Dźwięk jednego dzwonka, potem następnego i jeszcze jednego, i jeszcze... Oto już wszystkie i każdy z osobna z tysiąca dzwonów świątyni dzwoniły w podniosłej harmonii, a jego serce ogarnęło zdumienie i radość. Jeśli chcesz usłyszeć dzwony świątyni, słuchaj głosu morza. Jeśli chcesz widzieć Boga, patrz uważnie na stworzenie. Nie odrzucaj go; nie rozmyślaj nad nim. Po prostu, patrz.

 

***

 

"Ojciec rodziny nawoskował samochód i pieczołowicie polerował lakier, by nadać mu właściwy połysk. Pomagał mu w tym jedenastoletni syn, czyszcząc szmatką zderzaki.

- Widzisz, mój synu - mówił z powagą ojciec - ten samochód to prawdziwy rodzinny skarb. Musimy traktować go delikatnie, z uwagą i poświęcać mu trochę czasu.

- Oczywiście tatusiu!

- Dobry z ciebie chłopak.

Po chwili ciszy:

- A czy ja jestem skarbem rodziny? - wyszeptało cicho dziecko.

- Dlaczego zadajesz takie pytania?

- Bo ty nigdy nie masz dla mnie czasu."

 

Jaki jest twój rodzinny skarb?

 

Jeden z moich przyjaciół ma syna, który fanatycznie kocha koszykówkę. Mój przyjaciel nigdy się tym sportem nie interesował.

Jednego roku poświęcił wakacje, aby pojechać z synem i obejrzeć wszystkie spotkania reprezentacji na europejskim turnieju koszykówki.

Pomijając fakt, że zajęło to ponad trzy tygodnie, czyli całe wakacje, to jeszcze kosztowało dość dużo.

Gdy powrócili, zapytałem przyjaciela:

- Czy ty naprawdę tak bardzo lubisz piłkę koszykową?

- Nie, nie cierpię koszykówki - odparł - Ale za to bardzo kocham mojego syna.

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

"Istniały kiedyś dwie bryły lodu. Powstały w czasie długiej zimy, w grocie utworzonej z pni, kamieni, krzewów, pośród lasu na stokach góry. Leżały naprzeciwko siebie z ostentacyjną obojętnością. Ich stosunki cechowała pewna oziębłość. Czasami jakieś "dzień dobry", czasami "dobry wieczór". Nic ponadto. Nie potrafiły "przełamać lodów".

Każda bryła myślała o drugiej: "Mogłaby chociaż wyjść mi naprzeciw". Bryły jednak nie mogą samodzielnie wędrować. Z tego powodu nic się nie działo i każda bryła lodu zamykała się jeszcze bardziej w sobie. W grocie mieszkał borsuk. Pewnego dnia stwierdził:

- Szkoda, że musicie być tutaj. Jest wspaniały, słoneczny dzień!

Dwie bryły lodu zatrzeszczały ponuro. Od maleńkości wiedziały, że słońce stanowi dla nich wielkie niebezpieczeństwo. Tym razem, o dziwo, jedna z dwóch brył zapytała.

- Jak wygląda słońce?

- Jest cudowne... Jest życiem... - odpowiedział zaambarasowany borsuk.

- Czy mógłbyś zrobić szparę w sklepieniu tej nory? Chciałabym zobaczyć słońce... - wyznała bryła lodu.

Borsuk nie kazał sobie powtórzyć tego dwa razy. Zrobił dziurę w gmatwaninie korzeni i ciepłe, mile światło słoneczne wdarło się niczym złocisty promień. Po kilku miesiącach, w południe, gdy słońce rozgrzewało powietrze, jedna z brył poczuła, że trochę się topi i rozpuszczając się, stawała się przejrzystym strumykiem wody. Czuła się inaczej, nie była już tą dawną bryłą lodową.

Druga bryła również zrobiła to cudowne odkrycie. Dzień po dniu, z dwóch brył lodu wypływały dwa strumyki wody, które kierowały się ku wejściu do groty. Po pewnym czasie połączyły się razem, tworząc przejrzyste jeziorko, w którym odbijało się niebo.

Dwie bryły lodu odczuwały jeszcze zimno, ale odkryły również swą kruchość i samotność oraz troskę i niepewność. Zdały sobie sprawę, że są podobnie zbudowane, i że w rzeczywistości potrzebują jedna drugiej.

Przyleciały dwa szczygiełki ze skowronkiem i napiły się wody. Owady brzęczały wokół jeziorka, wiewiórka o długim, puszystym ogonie wykąpała się w nim. Wśród tej radości odbijały się dwie bryły lodu, które teraz odnalazły serce."

 

Czasami wystarcza jeden promień słońca.

Jedno miłe słowo. Jedno pozdrowienie.

Jedna pieszczota. Jeden uśmiech.

Potrzeba tak mało, by uszczęśliwić tych,

którzy znajdują się obok nas.

A więc dlaczego tego nie robimy?

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Pamiętasz ten dzień, kiedy pożyczyłam od ciebie Twój nowy samochód i rozbiłam go?

Myślałam, że mnie zabijesz, ale nie zrobiłeś tego.

 

Czy pamiętasz, jak kiedyś wyciągnęłam cię na plażę, chociaż twierdziłeś, że będzie padać, i rzeczywiście padało?

Myślałam, że zawołasz: „A nie mówiłem?". Ale nie zrobiłeś tego.

 

A pamiętasz, jak kokietowałam wszystkich, żeby wzbudzić twoją zazdrość, i ty byłeś zazdrosny?

Myślałam, że odejdziesz ode mnie, ale tego przecież nie zrobiłeś.

 

Czy pamiętasz, jak zrzuciłam tort truskawkowy na dywanik twego samochodu?

Myślałam, że mnie uderzysz, ale nie uczyniłeś tego.

 

Czy pamiętasz, jak zapomniałam ci powiedzie, że na pewnym przyjęciu obowiązują stroje wieczorowe i ty przyszedłeś w dżinsach?

Myślałam, że mnie wtedy spoliczkujesz, ale nie zrobiłeś.

 

Zawsze miałeś dla mnie cierpliwość, kochałeś mnie i broniłeś.

Mam na sumieniu tyle win wobec Ciebie.

 

Tak bardzo chciałam Cię prosić o przebaczenie, kiedy wrócisz z Wietnamu.

Lecz ty nie wróciłeś."

 

Pamiętaj: Całe dobro, które możesz wyświadczyć drugiemu człowiekowi — okaż natychmiast!

Nie odkładajmy tego na później, ponieważ nie będziemy dwa razy żyć na tym świecie. (przynajmniej nie w tym samym ciele :), ar. )

 

Autor nieznany

Link to post
Share on other sites

"- Czy przypadkiem nie zostawiłam u pana parasolki?

- zapytała mnie kobieta mieszkająca w sąsiedztwie.

Kilka dni wcześniej złożyła mi ona krótką wizytę.

- Owszem - odparłem.

Podziękowała mi serdecznie, a potem z uśmiechem dodała:

- Pan to przynajmniej jest uczciwy! Pytałam już chyba tuzin osób,

czy zostawiłam u nich tę parasolkę i każdy odpowiadał, że nie!"

 

Pewien żółw żył sobie spokojnie na wsi. Któregoś dnia kuzynka mieszkająca w mieście zaprosiła go do siebie.

Ponieważ żółw bardzo pragnął zobaczyć trochę świata, przyjął zaproszenie. Odległość nie była duża - wynosiła nie więcej niż kilometr,

lecz dla żółwia stanowiło to prawdziwą wyprawę. Łudził się jednak, że dotrze w miarę prędko i dopiero rankiem wyruszył w drogę.

- Idąc pewnym i niezmiennym krokiem - myślał

- dojdę na miejsce na pewno jeszcze przed południem.

A więc w samą porę, by zasiąść do stołu

Wyruszył podśpiewując... Szedł, szedł i szedł... Do południa żółw przebył zaledwie kilkaset metrów. Gdy usłyszał dzwon bijący godzinę dwunastą, mruknął ze złością:

- Co to za głupi dzwon! Nie minęła jeszcze godzina od czasu, gdy wyszedłem z domu, a ten już wydzwania południe. Ten zegar na pewno jest zepsuty.

Szedł, szedł... Słońce już skryło się za horyzontem, a na niebie zabłysły gwiazdy, lecz żółw nie przebył jeszcze nawet połowy drogi.

Zdenerwowany jak nigdy dotąd zaczął pomstować:

- Świat nie jest już taki jak kiedyś!

Słońce zachodzi szybciej, gwiazdy pojawiają się za wcześnie.

Zegary wciąż się psują. A dni są krótsze niż te przepisowe dwadzieścia cztery godziny!

I tak złorzecząc pod nosem, podjął dalszą wędrówkę,

nieustannie przeklinając drogę, która wydawała mu się kręta i zbyt gęsto porośnięta krzewami.

 

Zawsze znajdzie się dobry powód, aby źle myśleć o innych.

 

Bruno Ferrero

 

***

 

"Byłem sam w całym przedziale pociągu. Potem wsiadła jakaś dziewczyna - opowiadał pewien niewidomy hinduski chłopiec. Mężczyzna i kobieta, którzy ją odprowadzali, musieli być jej rodzicami. Dawali jej mnóstwo rad i wskazówek. Nie wiedziałem jak wyglądała dziewczyna, ale podobała mi się barwa jej głosu.

Czy jedzie do Dehra Dun? - pytałem się siebie, kiedy pociąg ruszał ze stacji. Zastanawiałem się, jak mogę nie dać po sobie poznać, że jestem niewidomym. Pomyślałem sobie: jeśli nie będę się ruszał z mojego miejsca powinno mi się to udać.

- Jadę do Saharanpur - powiedziała. - Tam wyjdzie po mnie moja ciocia. - A pan dokąd jedzie, można wiedzieć?

- Dehra Dun, a potem do Mussoorie - odpowiedziałem.

O, jaki pan szczęśliwy! Pragnęłabym bardzo pojechać do Mussoorie. Uwielbiam góry. Szczególnie w październiku, kiedy jest tam pięknie.

- Tak to najlepszy sezon - odpowiedziałem, sięgając pamięcią do czasów, kiedy jeszcze widziałem. -Wzgórza usłane są dzikimi daliami, słońce jest łagodne, a wieczorem można sobie siedzieć wokół ogniska i rozmyślać popijając brandy. Większa część letników już wtedy odjeżdża, ulice są bezludne i ciche.

Milczała, a ja zadawałem sobie pytanie czy moje słowa zrobiły na niej jakieś wrażenie, czy też jedynie myślała, że jestem sentymentalny. Potem popełniłem błąd i zapytałem:

- Jak jest na zewnątrz? Ona jednak w moim pytaniu nie zauważyła nic dziwnego. Czyżby już spostrzegła, że nie widzę? Jednak słowa, które zaraz po tym wypowiedziała, pozbawiły mnie wszelkich wątpliwości.

- Dlaczego pan nie spojrzy w okno? - zapytała mnie z największą naturalnością.

Przesunąłem się wzdłuż siedzenia, starając się z uwagą odszukać okno. Było otwarte, odwróciłem się w jego stronę, robiąc wrażenie, że przyglądam się mijanym widokom. Oczami wyobraźni widziałem telegraficzne słupy, które przesuwały się w biegu. - Zauważyła pani - ośmieliłem się powiedzieć -

że te drzewa wydają się poruszać?

- Zawsze tak się wydaje - odpowiedziała.

Odwróciłem się znów w stronę dziewczyny i przez pewien czas siedzieliśmy w milczeniu. Potem powiedziałem:

- Ma pani bardzo interesującą twarz.

Zaśmiała się miło wibrującym i jasnym głosem.

- Przyjemnie to usłyszeć - rzekła. - Nudzą mnie ci, którzy mówią, że moja twarz jest ładna!

Musisz mieć naprawdę ładną twarz pomyślałem sobie, a po chwili dodałem pewnym głosem:

- Hm, interesująca twarz może być również bardzo piękna.

- Jest pan bardzo miły ? powiedziała. - Ale dlaczego jest pan taki poważny?

- Już niedługo będzie pani na miejscu, stwierdziłem dość nieoczekiwanie.

- Dzięki Bogu. Nie lubię długich podróży pociągiem.

Ja natomiast byłbym gotów siedzieć tak nieskończenie długo, byleby tylko słyszeć jak ona mówi. Jej głos posiadał tak srebrzysty dźwięk jak górski strumień.

Zaraz po wyjściu z pociągu zapomni pewnie o naszym spotkaniu; ja jednak zachowam ją w swojej pamięci przez pozostałą cześć podróży a może i dłużej.

Pociąg wjechał na stację. Ktoś zawołał i zabrał ze sobą dziewczynę. Pozostał po niej jedynie zapach.

Mrucząc coś pod nosem wszedł do przedziału jakiś mężczyzna. Pociąg ruszył ponownie. Odszukałem po omacku okno i usadowiłem się naprzeciwko wpatrując się w światło,

które było dla mnie ciemnością. Jeszcze raz mogłem powtórzyć moją grę z nowym towarzyszem podróży.

- Szkoda, że nie mogę być tak nęcącym towarzyszem w podróży jak ta dziewczyna,

która dopiero wyszła - powiedział do mnie, starając się nawiązać rozmowę.

- To bardzo interesująca dziewczyna - stwierdziłem. - Czy mógłby mi pan powiedzieć... czy jej włosy były długie czy krótkie?

- Nie pamiętam ? odpowiedział zdawkowym tonem. - Przyglądałem się jedynie jej oczom a nie włosom. Były rzeczywiście piękne! Szkoda, że nie mogły jej do niczego służyć... Była niewidoma. Nie zauważył pan tego?"

 

Dwoje niewidomych ludzi, którzy udają, że widzą.

Ileż ludzkich spotkań jest podobnych do tego.

Ze strachu, by nie objawić tego, jacy jesteśmy naprawdę

zaprzepaszczamy nieraz najważniejsze spotkania naszego życia.

A niektóre spotkania zdarzają się jedynie raz w życiu.

 

Bruno Ferrero

Link to post
Share on other sites

"Pewien człowiek miał możliwość zwiedzenia nieba. Jego przewodnikiem był św. Piotr. Pod koniec wędrówki weszli do dużej sali wypełnionej paczkami. Były to paczki o bardzo różnej wielkości - od maleńkich jak pudełka zapałek, aż do ogromnych, jak kontenery. Aniołowie wynosili te paczki z sali. Wtedy człowiek zapytał św. Piotra:

- Co oznaczają te paczki, które noszą aniołowie?

- Są to wysłuchane modlitwy ludzi - odpowiedział św. Piotr.

- To dlaczego są to tylko małe paczki? - pytał dalej człowiek.

- Dlatego, że o te wielkie ludzie nie proszą - wyjaśnił św. Piotr."

 

“Modlitwy idą i wracają - nie ma nie wysłuchanej”

C. K. Norwid

 

***

 

"W prastarych bajkach różnych narodów opowiada się o królu, który chce spełnić życzenie pewnego sędziwego mędrca. Mędrzec życzył sobie, aby król napełnił jego miseczkę dukatami. Królowi wydawało się to drobnostką, jednak jego zdziwienie było ogromne, kiedy miseczka wcale się nie napełniała, chociaż opróżnił już cały worek złota. Król miał nawet wrażenie, że im więcej złota wsypywał do miseczki, tym więcej go z nim ubywało. Ogarnęło go uczucie wstydu i rozczarowania, bo nie mógł spełnić tak prostego życzenia starca.

- Jeśli nie możesz napełnić mojej miski, tak jak to obiecałeś, to po prostu powiedz, a ja ją zabiorę i pójdę sobie.

Król spojrzał z zadumą na mędrca. Jak to się mogło stać, że on, mając tak ogromne bogactwo, pomimo całej swej szczodrobliwości nie mógł napełnić miski?

- Powiedz mi, mędrcze, jak to jest możliwe? Zdradź mi tajemnicę tej miseczki. Albowiem muszą się z nią łączyć jakieś czary.

- Jest to rzeczywiście całkiem szczególna miska – odpowiedział starzec. – Zawiera w sobie tajemnicę ludzkiego serca. Podobna jest do serca ludzi, którzy nigdy nie są zadowoleni. Możesz im dawać, co chcesz: bogactwo, urodę, miłość, wiedzę, władzę, werwę, wszystko, co jest na świecie. Jednak ich serce będzie zawsze nienasycone. Nigdy nie będzie miało dość, nigdy nie będzie wypełnione, nigdy bowiem nie będzie odczuwało spełnienia.

Ponieważ człowiek nie zna tajemnicy życia lub ją zapomniał, dąży ciągle do wszystkiego, co widzi przed sobą, niczym osioł, któremu przy pysku uwiązano na drążku pęk soczystej koniczyny. Im człowiek więcej dostaje, tym więcej pragnie i nigdy nie może napełnić miski swojego pragnienia."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Mistrz wygłaszał prelekcję dla zagranicznej publiczności o sile słów, które mają zasadnicze znaczenie w zrozumieniu poszczególnych religii. Na zakończenie prelekcji zachęcił słuchaczy do dyskusji.

Po pewnym czasie zabrał głos jeden z uczestników, który powiedział:

- Cierpliwie tego wszystkiego wysłuchałem i znajduję jedynie potwierdzenie tego, co już wcześniej wiedziałem: Są to same głupoty. Jeszcze nigdy nie nasłuchałem się tylu głupot w tak krótkim czasie.

To powiedziawszy wstał i chciał odejść.

- A pan jest największym bęcwałem, jakiego w moim długim życiu widziałem – zadźwięczał miły głos mistrza wśród kłopotliwego milczenia.

Jak rażony piorunem zelżony słuchacz zatrzymał się i cały czerwony ze złości dyszał:

- Ty szarlatanie, ważysz się nazywać mnie, poważanego naukowca, bęcwałem? Nie ujdzie ci to bezkarnie.

- No cóż, jako naukowiec musi pan przyznać, że eksperyment się powiódł. Najpierw twierdzi pan, że słowa nie mają żadnej mocy. Po czym jednak słowo „bęcwał” aż do tego stopnia wyprowadziło pana z równowagi. Niech więc pan pomyśli, jaką moc oddziaływania mają w takim razie słowa „Bóg”, „prawda”, „miłość” dla tych, którzy je rozumieją."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Kto nie wykorzystuje swojego talentu, swoich umiejętności, czy zainteresowań i nie urzeczywistnia swoich tęsknot oraz marzeń – powiedział mistrz – podobny jest do człowieka, który zakopał pod drzewem wielki skarb.

Co piątek wykopywał go, zanurzał ręce w złocie oraz w klejnotach i w świetle latarni wpatrywał się godzinami w swój skarb. Pewnego razu podejrzał go złodziej. Następnej nocy obrabował jego kryjówkę, po czym znikł wraz ze złotem i kosztownościami.

Kiedy skąpiec w następny piątek chciał wykopać swój skarb, zastał tylko pusty dół. W głos ubolewał nad swoją stratą, przeklinał złodzieja, pomstował i krzyczał, tak że zbiegli się sąsiedzi, by zobaczyć, co też się stało. Dowiedziawszy się o skrywanym bogactwie skąpca, jeden z nich spytał go:

- Czy nic ze swojego skarbu nie zużyłeś dla siebie?

- Nigdy w świecie bym się nie rozstał nawet z jednym z moich dukacików i na nic innego bym ich nie zamienił. Przychodziłem tu potajemnie w każdy piątek, by tylko sobie popatrzeć na nie w spokoju.

Wówczas sąsiad powiedział:

- Jeśli do tej pory nie korzystałeś ze swojego skarbu, równie dobrze możesz dalej przychodzić tu co tydzień i patrzeć na pustą dziurę."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Pewien młody człowiek przybył podczas swojej wędrówki do pełnego przepychu miasta. Na skale ponad rzeką wznosił się wspaniały zamek, zaś dumne kamienice i domy kupieckie świadczyły o bogactwie obywateli. Z nieba śmiało się słońce, a w konarach parkowych drzew śpiewały barwnie upierzone ptaki. Pomimo to ludzie tu zdawali się być przygnębieni. Na zielonej łące skubał sobie trawę szlachetny koń, jednak nikt nie zwracał na to piękne zwierzę najmniejszej uwagi.

Młody człowiek czuł się przez tą roztaczającą się wokół niego dziwną atmosferę niczym we śnie. Wszak o takim rasowym koniu jak ten, który stał zaledwie kilka metrów od niego, mógł dotychczas jedynie śnić. Zagadnął zatem mijającego go ze spuszczoną głową miejscowego, do kogo należy ów koń biegający bezpańsko po mieście.

- Przed trzema dniami zmarł nasz król – usłyszał w odpowiedzi. Zgodnie ze starym zwyczajem wypuściliśmy na wolność jego najlepszego konia. Kto go schwyta, zostanie naszym nowym królem. Ale ten koń jest zbyt mądry i zbyt szybki, by dać się tak po prostu złapać lub podporządkować rozkazowi. Wielu dotychczas tego próbowało, aż do utraty tchu, lecz nadaremni. Nikt nie mógł go schwytać.

- Czy także obcy może spróbować upolować konia? – zapytał młodzian. – Bo ja chętnie bym spróbował.

- Jeśli chcesz zrobić z siebie błazna, masz wolną rękę. Koniowi nie sprawi to żadnej różnicy. Kto go złapie, ten jest królem. Takie są reguły.

Ostatnich słów młody człowiek już nie słyszał, bo oto dwoma wielkimi susami chciał pochwycić konia za ogon. Ale czyniąc elegancki zwrot, koń w mig mu się wywinął i pogalopował ulicami w kierunku bram miasta. Niezrażony tym młodzian pobiegł za nim. Czasami wydawało mu się, że zbliża się do konia, po czym nagle dystans stawał się większy niż uprzednio. Biegł tak godzina za godziną, odczuwając przy tym jedynie rozczarowanie i rosnące wyczerpanie. Jednak poprzysiągł sobie, że nie da za wygraną, dopóki nie schwyta konia.

I polowanie toczyło się dalej. Koń zdawał się unosić z lekkością ponad równiną, gdy tymczasem krok ścigającego go młodzieńca stawał się coraz krótszy, a oddech coraz cięższy. Od czasu do czasu koń pozwalał mu się zbliżyć na odległość paru metrów, lecz zawsze, kiedy młody człowiek mniemał, że teraz ostatkiem swych sił już go pochwyci, uciekał mu lekkim, rączym krokiem.

Dzień chylił się ku końcowi, kiedy zbliżyli się o zmierzchu do dużego starego drzewa. Oparty o jego pień siedział mędrzec, który już od jakiegoś czasu przyglądał się tej gonitwie.

- Możesz tak gnać bez końca, aż padniesz trupem – zawołał do młodego człowieka, gdy ten ziejąc mijał go pędem. – Tak nigdy go nie złapiesz. Zamiast gonić za nim do końca życia, powinieneś raczej wybiec mu naprzeciw.

Młodzian zmienił kierunek i stał się cud: Zaraz odniósł upragniony sukces."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Do mędrca przybył człowiek, o którym wiedziano, że jest bardzo bogaty. Mistrz spędził z nim całą godzinę.

Kiedy bogacz poszedł, wpuszczono do mistrza człowieka, po którym każdy mógł poznać jego ubóstwo. Czekał on przez cały ten czas cierpliwie na widzenie, a mędrzec spędził z nim tylko parę minut.

Biedakowi zdziwionemu tym, że rozmowa miała już być zakończona, wyrwało się pytanie, jak to się dzieje, że mistrz preferuje ludzi bogatych.

Mędrzec uśmiechnął się łagodnie i odrzekł:

- Chętnie ci wyjaśnię, dlaczego nie jest tak, jak ci się wydaje. W twoim przypadku, mój przyjacielu, już po chwili zobaczyłem, że naprawdę jesteś biednym człowiekiem. W jego przypadku musiałem mówić o wielu sprawach, nim rozpoznałem, że jest jeszcze biedniejszy od ciebie."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

Pewnego razu Pan Bóg przechadzał się po Rajskim Ogrodzie.

Nagle za krzaka wyszedł Diabeł:

- Słyszałem, że stworzyłeś człowieka... - zagadnął Szatan.

- Tak, już żyje na Ziemi. Może mieć partnera i dzieci, na razie uczy się rozpalać ogień i budować miejsce na nocleg, ale za tysiące lat będzie władcą całego globu.

- I co z tego - prychnął Diabeł - nawet za te tysiące lat i tak będzie SAMOTNY.

Zasępił się Pan Bóg, podrapał w długą, siwą brodę i powiedział:

- Więc stworzę mu przyjaciela! Wybiorę jedno ze zwierząt, które uczyniłem, aby go strzegło i było mu poddane, ale jednocześnie oddało mu całe swoje serce.

- To niemożliwe! - Diabeł się roześmiał i gdzieś przepadł.

Pan Bóg natomiast zwołał zwierzęta z każdego gatunku i wybrał PSA.

- Odtąd będziesz ogrzewał człowieka swoim ciepłem, uspokajał spojrzeniem, kochał z całego serca, nawet, kiedy on Cię znienawidzi.

- Dobrze - odparł dobry pies.

- Chociaż będziesz musiał znosić wszystkie upokorzenia, staniesz się też jego najlepszym przyjacielem. To bardzo zaszczytna rola. Niestety Twoje serce będzie musiało bić dwa razy szybciej i nie będziesz mógł żyć długo - najwyżej 15 - 20 lat.

- Ale powiedz mi, czy człowiek nie będzie cierpiał, gdy odejdę do Ciebie?

- Właśnie o to chodzi.

- Jak to? - zdumiał się pies.

- Będzie cierpiał i będzie wiele dni nie utulony w bólu. Ale to Ty nauczysz go odchodzenia i przemijania, Ty nauczysz go kochać i odchodząc zostawisz wielką miłość w jego sercu. Jesteś aniołem, którego powołałem, aby niósł radość i nadzieję, ale także uczył wiecznego prawa przemijania, aby ludzie wierzyli, że po ich życiu, jest życie TUTAJ. Kiedy to zrozumieją, nie będą płakać, bo będą wiedzieć, że spotkają Ciebie znów.

I w ten sposób Pies stał się aniołem, który przybrał skórę zwierzęcia i trafił na ziemię, aby uczyć Człowieka miłości, wierności i przyjaźni, ale także przemijania. Nauczyć, że jest TU i TERAZ, ale także TAM i POTEM...

 

(autor-Anna Starek poprostuania(at)gmail.com)

 

 

 

sercezchmur.jpg

Edited by lioness
Link to post
Share on other sites

"Pewien filozof wskutek wypadku odniesionego w dzieciństwie kulał na jedną nogę i codziennie odczuwał wielkie bóle. Kiedyś był u niego w gościach inny uczony. Podczas wspólnego posiłku gość wzniósł toast na cześć gospodarza.

- Mój kochany przyjacielu, dziękuję ci za zaproszenie i życzę ci z serca doskonałego zdrowia!

- Jeśli rzeczywiście jesteś moim przyjacielem, w co nie wątpię, to nie powinieneś mi czegoś takiego życzyć – powiedział filozof.

- Naturalnie, że jestem twoim przyjacielem i bardzo ci przychylnym człowiekiem – odrzekł zdziwiony uczony. – Ale dlaczego nie miałbym ci z tego powodu życzyć jak najlepszego zdrowia?

- Zostaliśmy przyjaciółmi, ponieważ jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Gdybym nie miał mojej dolegliwości, kot wie, jakim bym się stał."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Bogaty właściciel ziemskich posiadłości powiedział w rozmowie z mędrcem:

- Przez całe życie dawałem jałmużnę, wspierałem potrzebujących i przeznaczałem datki na klasztory. Jakie zasługi, twoim zdaniem, zyskałem sobie w ten sposób w niebie?

- Swoimi dobrymi uczynkami nie zdobyłeś sobie w niebie żadnych zasług – odpowiedział mędrzec.

Wyraźnie tym przerażony bogacz spytał:

- Jak to możliwe? Nikt gorliwiej nie uprawiał dobroczynności i nigdy nie był bardziej szczodry ode mnie.

- Wszystko, co dałeś i uczyniłeś, robiłeś dla niebieskich zasług – wyjaśnił mędrzec. – Właśnie dlatego ich nie uzyskałeś."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"W stosunkowo młodym wieku, licząc zaledwie 34 lata, pewien człowiek został mianowany dyrektorem banku. Nigdy nawet nie marzył o takiej karierze, a tym bardziej nie w tym wieku. Pewnego dnia miał okazję rozmawiać z prezesem Rady Nadzorczej, który zarekomendował go na to stanowisko.

- Została mi powierzona wielka odpowiedzialność i zaangażuję w to wszystkie me siły – powiedział młody dyrektor. – Jednak byłbym panu wdzięczny, gdyby mi pan udzielił kilku rad z bogatego skarbca swych doświadczeń.

Stary człowiek spojrzał z zadumą na dyrektora, po czym powiedział tylko dwa słowa:

- Właściwe decyzje.

Młody człowiek spodziewał się czegoś więcej, dlatego odparł:

- To bardzo pomocne i cenię sobie pańską radę. Ale czy nie mógłby mi pan udzielić bardziej konkretnych wskazówek? By móc bowiem dokonywać właściwych decyzji, potrzebuję pańskiej pomocy.

Jednak prezes zdawał się nie być człowiekiem rozgadanym. Powiedział tylko:

- Potrzebne doświadczenie.

- No, to jest właśnie powód, dlaczego pana pytam – odparł młody człowiek. – Przypuszczam, że nie mam jeszcze wystarczająco dużo doświadczenia. Jak mogę je zdobyć?

Stary człowiek uśmiechnął się i odpowiedział lakonicznie:

- Przez błędne decyzje."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Do miasta przybył światowej sławy cyrk. Na premierze olbrzymi namiot był wypełniony do ostatniego miejsca. Artyści demonstrowali fantastyczne wyczyny, a ich popisy niewiarygodnego opanowania ciała wprost zapierały widzom dech w piersiach, wywołując napięcie, które opadało dopiero wraz z numerami klaunów, wyzwalającymi w nich salwy rozluźniającego śmiechu.

Po przerwie zapowiedziano punkt kulminacyjny wieczoru. Arena została ogrodzona wysokimi na metr kratami, widzowie zaś z lekkim dreszczykiem oczekiwali występów z ośmioma bengalskimi tygrysami. Jeden tygrys za drugim przebiegał przez bramkę na arenę i po chwilowym rozgardiaszu słynny pogromca ustawił swoich pupili na wyznaczonych im pozycjach.

Popis przebiegał jak zwykle: tygrysy skakały przez obręcze, biegały z elegancją po wysokiej wąskiej kładce i przeskakiwały przez siebie, nie atakując się wzajemnie.

Powoli akt tresury zbliżał się do kulminacyjnej sensacji . Tygrysy były na swoich miejscach. Tylko największy z nich siedział na podeście pośrodku areny. Zapowiedziano, że za kilka sekund pogromca wsadzi głowę do jego paszczy. Cicho bębniły werble. Widzowie wstrzymali oddech. Pogromca zbliżył się do tygrysa na odległość kilku centymetrów i oto.... zgasło światło.

Z ust widzów wyrwał się bojaźliwie tłumiony krzyk przerażenia. Kiedy przebrzmiał w ciemnościach, zaległa martwa cisza, a publiczność trwała w pełnym napięciu oczekiwaniu niczym sparaliżowana. W całym namiocie odczuwalny był strach przed grożącą katastrofą.

Dwadzieścia pięć sekund strachu rozciągnęło się w małą wieczność. Wreszcie uruchomił się awaryjny agregat prądu i znów rozbłysły reflektory. Gdy widzowie zobaczyli zwierzęta i pogromcę na swoim miejscu, przez rzędy widowni przeszło jedne wspólne westchnienie ulgi, a ich przetrzymywany strach rozładował się w gromkich brawach.

To, co wielu widzów uważało potem za zaplanowany dreszcz emocji, było w rzeczywistości spowodowane autentyczną awarią i przerwaniem prądu w całym mieście.

Na zakończenie premierowego występu dziennikarze tłumnie otoczyli pogromcę tygrysów, prosząc o wywiad. Chcieli wiedzieć, co czuł w owej chwili, czy się bał i czy już kiedykolwiek przeżył tak niebezpieczną sytuację.

- Oczywiście, nie byłem pozbawiony strachu – oświadczył pogromca – Ale ze strachem jest jak z tygrysami. Czai się w ciemnościach. Tygrysy obserwowały mnie, ja zaś ich nie widziałem. Ale one nie wiedziały, że ja ich nie widzę i to działało na moją korzyść. Czekały tylko na to, abym zrobił jakiś błąd. Jednak strach chronił mnie przed błędami. A więc dalej poruszałem pejczem i przemawiałem do nich uspokajająco. Robiłem to do chwili, aż ponownie zapaliło się światło. Cały ten czas tygrysy, które czaiły się na mnie w ciemnościach, nie wiedziały, że ja ich nie widzę. I w ten sposób sobie z nimi poradziłem."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Proboszcz biednej parafii był w sporych finansowych tarapatach. Kościół wymagał pilnie nowego dachu, jako że w paru miejscach deszcz padał już do środka Domu Bożego. Ale nie należało się spodziewać dużych datków, bo wśród jego owieczek nie było żadnego bogatego przedsiębiorcy, a większości jego parafian ledwo starczało na życie.

Szukał jak zawsze pociechy w Biblii i kiedy przeczytał u Mateusza (7.7) słowa: „Proście, a otrzymacie”, po czym znalazł ich potwierdzenie u Jana (11.22) w wersie: „O cokolwiek byś prosił Boga, da ci”, powziął następujące postanowienie:

- Będę nieustannie prosił Pana o wielką wygraną na loterii, abym mógł naprawić dach Jego Domu.

Od tego czasu każdego ranka i wieczora modlił się, by Bóg wysłuchał jego prośby. Ale nic się nie stało. Minęło lato i jesienne burze jeszcze tylko pogorszyły stan kościelnego dachu. Proboszcz był zrozpaczony, że oczekiwane pieniężne błogosławieństwo nie nadchodziło. Modlił się więc tym żarliwiej, a nawet zaczął Pana swoim błaganiem wręcz nękać.

Z głową wspartą na rękach klęczał przed krucyfiksem i pytał:

- Dlaczego nie wysłu****esz moich próśb, Panie? Co też mam jeszcze uczynić nad me błagania zanoszone do Ciebie z głębi serca?

I kiedy tak klęczał pochylony, zdało mu się naraz, że słyszy całkiem wyraźnie pytający go głos:

- Dlaczego nie kupisz w końcu losu na loterię?"

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Mistrz udał się z gromadą wybranych uczniów do oddalonego o kilka dni drogi sanktuarium. Aby się dobrze przygotować na spotkanie z tym miejscem oraz do sakralnych rytuałów, postanowili, pomimo trudów podróży, zachować w czasie drogi ścisły post.

Następnego popołudnia przybyli do wsi, w której chcieli pozostać na noc. Mieszkańcy wsi czuli się tą wizytą wielce zaszczyceni i w krótkim czasie przygotowali obfitą ucztę z wszystkimi przysmakami, jakie mieli do zaoferowania: miski z pachnącym ryżem, pieczone mięso koźląt, wyborne sosy, świeże owoce oraz różne słodkości.

Kiedy mistrz wraz z całą czeredą został uprzejmie zaproszony do stołu, tylko on sam udał się na przygotowany dla nich posiłek. Uczniowie spojrzeli po sobie ze zdziwieniem: Czyż nie ustalili, że będą pościć? Ale nie poważyli się go zatrzymać. Mistrz zajął miejsce przy suto zastawionym stole i raczył się podanymi smakołykami, gdy tymczasem jego adepci napełniali burczące żołądki jedynie gorącą herbatą. Na dyskretne pytanie gospodarzy, dlaczego to uczniowie pogardzili ich jedzeniem, mistrz odrzekł niejako mimochodem:

- O, oni absolutnie nie pogardzają waszymi wybornymi specjałami. Ale oni poszczą.

Gdy następnego ranka cała grupa opuściła o świcie wieś, uczniowie nie mogli się już dłużej powstrzymać:

- Jak to się stało, że wczoraj wieczorem jadłeś do syta, chociaż przecież na czas całej podróży został postanowiony post? Czyżbyś o tym nagle zapomniał?

- Naturalnie, że nie zapomniałem – odpowiedział z uśmiechem mistrz. – Tylko wolałem raczej złamać post niż serca ludzi, którzy włożyli tyle miłości i trudu w przygotowanie tego posiłku i byli uprzejmi nas zaprosić."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Podróżny zatrzymał się w zajeździe nieopodal miasta, celu swej podróży. Tam spotkał mędrca, pokrzepiającego się czarką herbaty.

- Powiedz mi, jacy ludzie są w tym mieście. Czy można im ufać? – spytał obcy.

- To ty mi najpierw powiedz, skąd przybywasz i jacy tam żyją ludzie – odparł mędrzec.

Przybysz machnął pogardliwie ręką.

- Pochodzę z Belaru. Ludzie tam kradną i oszukują, okłamują cię, ile tylko mogą, a przy tym są mrukliwi i nieufni. Cieszę się, że w końcu odwróciłem się do nich plecami i odszedłem.

- No cóż, przykro mi, ale muszę cię rozczarować – powiedział mędrzec. – Tu wcale nie mieszkają lepsi ludzie. Stwierdzisz, że są oni tak samo nieufni i niesympatyczni, jak ci u ciebie.

Jakiś czas potem zatrzymał się w zajeździe inny podróżny. I on podszedł do stołu mędrca z pytaniem:

- Jestem nietutejszy i niezorientowany. Jacy też są tu ludzie?

- A jacy mają być? Powiedz najpierw coś o ludziach z twoich stron –odrzekł mędrzec.

- Pochodzę z Belaru – rzekł nietutejszy. Mieszkają tam uczciwi i sympatyczni ludzie, i dobrze mi tam było. Ale teraz muszę tutaj szukać pracy, choć wolałbym zostać w Belarze.

Na te słowa mędrzec uśmiechnął się i powiedział z sympatią w głosie:

- Miło mi ciebie zapewnić, że wkrótce będziesz się tu czuł, jak u siebie w domu. Bo ludzie są tu dokładnie tacy sami jak w Belarze."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Król zgromadził wokół siebie na towarzyskim spotkaniu w swobodnej atmosferze uczonych mężów swojego królestwa i kilku ulubionych doradców. Siedząc na pałacowym tarasie, dyskutowali oni żywo o tym, co stanowi prawdziwe piękno. Rozmowę przeplatały nieustanne krzyki i śmiechy ich dzieci, które bawiły się w pałacowym parku.

Nagle zaświtała królowi pewna myśl, a ponieważ chciał się przekonać o słuszności swojej teorii, przywołał niewolnika i wręczył my złoty diadem przyozdobiony cennymi szlachetnymi kamieniami, mówiąc:

- Idź do dzieci i nałóż diadem na głowę tego dziecka, któremu twoim zdaniem będzie on najlepiej pasował.

Niewolnik dobrze wiedział, że z jego panem nie ma żartów. Ostrożnie wziął od niego diadem i zadał sobie pytanie, co się z nim stanie, jeśli nie spełni oczekiwań króla.

Zwołał wszystkie dzieci i włożył diadem na głowę królewskiego syna.

- Przypuszczalnie władca życzy sobie, żeby diadem zdobił najpiękniej jego syna. Ale jakoś nie jestem zadowolony. Czy to sprawa oczu, czy sposobu, w jaki wykrzywia usta? – zastanawiał się niewolnik. – Nie, jemu ten diadem nie pasuje. Nałożę go jakiemuś innemu dziecku.

Tak nakładał diadem jednemu dziecku za drugim. Ale nigdy nie był w pełni zadowolony. Zawsze przeszkadzał mu jakiś drobiazg. Za każdym razem brakowało czegoś do doskonałej harmonii, jaką sobie wyobrażał.

W końcu nałożył złoty diadem na głowę ostatniego dziecka w rzędzie i okazało się, że pasuje mu on wprost idealnie, zdobiąc malca, jakby był specjalnie dla niego zrobiony. Chłopiec prezentował się w nim po prostu wspaniale. Niewolnik wziąwszy dziecko za rękę, stanął wraz z nim przed władcą, skłonił się i dygocąc ze strachu powiedział drżącym głosem:

- Mój królu, uważam, że ze wszystkim dzieci temu chłopcu diadem pasuje najlepiej. Choćbym stwierdzenie to miał przypłacić życiem, bo to dziecko jest moim synem, jednak zostanę przy moim zdaniu.

Na te słowa król i pozostali zgromadzeni serdecznie się roześmiali.

- Zatrzymaj ten diadem dla swego syna. Udowodniłeś mi bowiem dokładnie to, o czym pomyślałem. Piękno dostrzega się tylko sercem."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Uczeń spytał mistrza:

- Powiedz mi, proszę, po czym rozpoznam dobrego człowieka?

- Dobrego człowieka nie rozpoznasz po tym, co mówi – odpowiedział mistrz. – Nie można go też poznać po tym, czym zdaje się być. Ale rozpoznasz go po tym, czym promienieje i po aurze, jaką wokół siebie roztacza. Nikt bowiem nie jest w stanie stworzyć swoją obecnością atmosfery, która nie odpowiada jego wnętrzu i nie stanowi jego ducha."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Piękna kobieta sukcesu była w czasie swojej kariery ulubienicą mediów. Potem przyszła choroba, która zmusiła ją do porzucenia pracy. Żyła zaszyta w ustronnym zaciszu wraz ze swoją powiernicą i jednocześnie pielęgniarką. Dopiero bowiem, gdy paraliż opanował jej nogi oraz ograniczył ruchy lewej ręki, lekarze ośmielili się mieć nadzieję, że choroba nie będzie się dalej posuwać.

Przez wiele lat kobieta nie udzielała żadnych wywiadów. Teraz zdecydowała się odpowiedzieć na pytania pewnego dziennikarza, a zarazem przyjaciela z dawnych czasów. Pragnął on koniecznie spisać jej życiowe doświadczenia i opublikować w książce, którą zamierzał wydać. Kiedy udało mu się przekonać chorą do tematu oraz konstrukcji swojego dzieła, umówili się na przeprowadzenie ze sobą pewnego pięknego letniego popołudnia dłuższej rozmowy.

Mówili o jej dzieciństwie i o jej karierze, o doświadczeniach zawodowych, a w końcu także o jej chorobie. Dziennikarz sądził, że okaże szczególną wrażliwość na jej sytuację, nazywając los, jaki ją spotkał, okrutnym.

- Odrzucam to sformułowanie – zaprotestowała siedząca na wózku inwalidzkim kobieta. – Czy raczej myślenie, jakie się kryje za takim sformułowaniem. Pojęcie „los” wywołuje dziś jedynie negatywne skojarzenia stanowiąc, że tak powiem, synonim „kary bożej” lub jeszcze bardziej fatalistycznie „bezdusznej manipulacji siły wyższej”. Los natomiast może stanowić również szczęśliwy obrót spraw w naszym życiu. A skoro tym mianem określa się zarówno szczęśliwe, jak i nieszczęśliwe wydarzenia życiowe, to słowo „los” oznaczy tylko tyle, co samo życie. Nie ma dla mnie „okrutnego losu”, dla mnie istnieje tylko moje życie.

Ten wyrażony z naciskiem argument sprawił, że dziennikarz zamilkł, pogrążając się przez chwilę w zadumie. Następnie chrząknął i spytał:

- Czy chce pani przez to powiedzieć, że także dziś cieszy się pani życiem?

- Ależ naturalnie! – otrzymał wypowiedzianą ze śmiechem odpowiedź. – Moje życie jest po prostu cudowne. Szczególnie, że nie mam innego wyboru."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Filozof Mojżesz Mendelsson był wielce poważany nie tylko przez żydowską gminę. Jego stawianą za wzór osobę i jego pozbawioną uprzedzeń tolerancję uwiecznił Lessing w swojej sztuce Mędrzec Nathan. Do wielbicielek Mendelssona zaliczała się także córka kupca A. Guggenheima z Hamburga., który chętnie widziałby go swoim zięciem. Dlatego zaprosił Mendelssona do swego miasta w odwiedziny. Guggenheim przywitał się z nim serdecznie i po pewnym czasie przedstawił mu swoją córkę. Po czym zostawił ich sam na sam.

Następnego dnia Mendelsson odwiedził kupca w jego biurze. Obaj byli trochę przygnębieni i zdawało się, że nie potrafią znaleźć właściwych słów. Mendelsson odchrząknął i zaczął mówić o pełnej wdzięku córce, że bardzo mu się podoba.

Guggenheim czuł się wyraźnie nieswojo.

- Czy mam panu uczciwie powiedzieć…

- Ależ naturalnie, bardzo o to proszę – przerwał mu Mendelsson.

- Ponieważ jest pan filozofem, myślącym i mądrym człowiekiem – kontynuował ociągając się Guggenheim – i zna pan zycie, nie weźmie pan za złe mojemu dziecku, że, jak mi powiedziała, przestraszyła się, gdy pana zobaczyła, bo…

- Bo mam garb – wpadł mu Mendelsson w słowo. Guggenheim w milczeniu skinął potakująco głową.

- Nie mogłem niczego innego oczekiwać. I bardzo dobrze dostrzegłem to przerażenie pana córki, chociaż nie chcąc ranić moich uczuć, ogromnie się starała, bym tego nie zauważył. Ale ponieważ pańska córka przypadła mi do serca, chciałbym móc odwiedzić ją jeszcze raz na pożegnanie.

Guggenheim wyraził zgodę. Mendelsson zastał dziewczynę siedzącą z robótką przy oknie. Wziął krzesło, przysiadł się do niej i rozmawiał z nią w przyjacielskim tonie. Jednak dziewczyna ani razu nie podniosła oczu znad robótki.

Rozmawiali całkiem ogólnie o szczęściu, małżeństwie i rodzinie, kiedy w pewnym momencie dziewczyna spytała:

- Czy pan też w to wierzy, że małżeństwa zawiera się w niebie?

- Oczywiście, że w to wierzę. – odpowiedział filozof – a nawet wiem to z całą pewnością. Zna pani przecież opowieść z Talmudu, która mówi o tym, że przy narodzinach dziecka w niebie ustala się: Ten a ten otrzyma tę a tę! Tak zatem i mnie została przydzielona moja przyszła żona. Miła ona być garbata. „Dobry Boże”, krzyknąłem, „przecież nie jest chyba Twoją wolą oszpecić tak piękne stworzenie garbem?! Daj ten garb raczej mnie, a ona niech będzie piękna i pełna wdzięku”.

Ledwo Mendelsson to powiedział, dziewczyna rzuciła mu się na szyję."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Pewien antropolog badał na odległej wyspie społeczne struktury i zachowania mieszkańców. Ale któregoś dnia sam stał się ośrodkiem ich zainteresowania, ponieważ kilku wyspiarzy chciało od niego usłyszeć, co słychać w szerokim świecie.

- Dowiadujemy się o niejednym z radia, a gdy coś jest szczególnie ważne, jesteśmy o tym informowani przez krótkofalówkę. Kilku z nas, którzy stąd odeszli, studiowało nawet na kontynencie i czasami przybywają tu niektórzy z nich na parę tygodni. Jednak już od dawna nikt nie opowiadał nam o szczególnie ciekawych światowych nowinkach.

- Nie wiem, od czego mam zacząć – powiedział antropolog. – Ale ponieważ wspomnieliście radio, to chcę wam powiedzieć, że jest teraz coś podobnego, co nie tylko przesyła słowo i muzykę, lecz także obraz. Dzięki temu można zarówno słyszeć, jak i widzieć to, co się wydarzyło na świecie. Można dziś również z większością ludzi, którzy są od siebie oddaleni, rozmawiać przez telefon. Obecnie istnieją już małe telefony, które nosi się w kieszeni spodni i każdy może natychmiast mówić z każdym, kto ma taki telefon, nieważne, w jakim mieście, czy kraju ten drugi mieszka. Ale można też wysyłać wiadomości i listy, które zaledwie parę sekund później docierają do adresata, gdziekolwiek na świecie by on był. Można więc w ciągu kilku sekund przekazywać doniesienia i informacje po całym ziemskim globie. Nie potrzeba już żadnego posłańca, udającego się w daleką podróż i nie trzeba już także czekać, aż po wielu tygodniach dotrze do odbiorcy list wysłany drogą pocztową, pociągiem lub statkiem. Zresztą także pociągi jeżdżą dziś o wiele szybciej i coraz więcej samolotów lata z coraz większą prędkością. To niewiarygodne, jak wszystko na świecie staje się coraz szybsze.

Nie mogąc się nadziwić, wyspiarze przysłuchiwali się temu wszystkiemu z uwagą.

- Jeśli to, co mówisz jest prawdą – powiedział najstarszy z nich – to jednego nie rozumiem: Skoro wszystko załatwia się coraz szybciej, dlaczego w takim razie pomimo tych udogodnień nie macie czasu?"

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Od lat pustelnik zamieszkiwał swoją samotnie położoną chatę i dążył przez surową ascezę do oświecenia. Pewnego razu zdarzyło się, że w tę okolicę zabłąkał się wędrowiec. Zmęczony i wyczerpany przyszedł do chaty, prosząc pustelnika o kubek wody.

Ten jednak nie chciał, by przeszkadzano mu w medytacji i zbył wędrowca słowami:

- Zostaw mnie w spokoju, nie przeszkadzaj mi. Twoje pragnienie nic mnie nie obchodzi. Moje myśli skierowane są ku czemuś wyższemu, szukam bowiem jedności z Bogiem.

- Jak chcesz się stać jedno z Bogiem, skoro nawet ze mną nie potrafisz być w jedności? – spytał się wędrowiec i udał się w dalszą drogę."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Tylko z jedną monetą w kieszeni udałem się na wielotygodniową pielgrzymkę. Szedłem przez pustynię i lasy, lecz dzięki mojej ufności pokładanej w Bogu nie potrzebowałem tego pieniądza – szczycił się pielgrzym.

- Gdzie też było to twoje zawierzenie, gdy chowałeś monetę do swej kieszeni? – spytał mędrzec?"

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

<suchar> <joke> nie wkleilem rano bo jak sie ciagnie prad na lewo to czasem moze go zabraknac </joke></suchar>

 

"Pewien człowiek utyskiwał, jaki to on jest biedny. Wszystko go boli i nie ma pieniędzy. Tak lamentował i zrzędził bez końca.

Ktoś siedzący w jego pobliżu nie chciał już dłużej wysłuchiwać tej litanii użalania się nad sobą. Spytał więc owego malkontenta i hipochondryka:

- Czy chciałbyś być ślepy, ale za to posiadać dziesięć tysięcy marek?

- W żadnym wypadku – powiedział lamentowicz.

- Może zamiast tego wolałbyś raczej być niemym i mieć dziesięć tysięcy marek?

- Ależ absolutnie nie!

- Czy chciałbyś stracić ręce i nogi, ale za to posiadać dwadzieścia tysięcy marek?

- Przenigdy!

- Jednak może preferowałbyś postradać zmysły i mieć na koncie dziesięć tysięcy marek?

- Uchowaj Boże!

- Nie wstyd ci więc w obliczu faktu, że posiadając dobra o wartości przynajmniej pięćdziesięciu tysięcy marek, wysiadujesz tu i jęczysz, jak to ci się źle powodzi?"

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"W piękne letnie popołudnie młoda kobieta przysiadła się do nieznajomego, który siedział na parkowej ławce, znajdującej się na skraju placu zabaw.

- Ten malec w czerwonym sweterku na zjeżdżalni to mój syn – objaśniła swojego sąsiada.

- Naprawdę miły chłopak – powiedział mężczyzna. – Mój syn to ten w niebieskim skafandrze na huśtawce.

Mówiąc to spojrzał na zegarek i zawołał w stronę syna:

- Stefan, powinnyśmy już iść do domu.

- Jeszcze tylko pięć minut! Proszę, tato, tylko pięć minut – błagał Stefan ojca, który na znak, że się zgadza, skinął głową i syn od nowa rozkołysał huśtawkę.

Ojciec ponownie usadowił się na ławce, wystawił na kilka minut twarz do słońca i przyglądał się dziecięcym zabawom. Po czym zawołał:

- Chodź, Stefan, idziemy.

- Ach, tato, jeszcze pięć minut. Proszę, jeszcze tylko pięć minut!

Ojciec uśmiechnął się i rzekł:

- No dobrze, niech będzie!

- Z pana to naprawdę wyrozumiały ojciec – powiedziała młoda kobieta.

- Taki znowu wyrozumiały to ja wcale nie jestem. Postępuje tak bardziej ze względu na siebie. – Odrzekł mężczyzna. Wie pani, przed rokiem mój starszy syn Florian uległ śmiertelnemu wypadkowi, przejechany tu w pobliżu na swoim rowerku przez pijanego kierowcę. Z powodu swojej pracy nigdy nie spędzałem z Florianem dużo czasu, a teraz wszystko bym dał za pięć minut przebywania z nim. Przyrzekłem sobie, że w przypadku Stefana nie popełnię drugi raz takiego samego błędu. On myśli, że zyskał jeszcze pięć minut, by się pohuśtać. W rzeczywistości to ja otrzymałem jeszcze pięć minut, by móc popatrzeć, jak mój syn się bawi.”

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Świat jest z każdym dniem coraz gorszy. Gazety i informacje są pełne okropności, które się dzieją każdego dnia. To, co dobre i pozytywne, staje się zupełnie bez znaczenia – narzekał jakiś człowiek.

- Kto dąży do tego, co prawe i w to się angażuje, nie jest już traktowany poważnie. Każdy jest sobie samemu bliźnim i wybija się kosztem słabszego – wtórował mu drugi.

- Coraz częstsze staje się myślenie roszczeniowe. Wszyscy mają na względzie tylko swoją korzyść i aby natychmiast ją uzyskać, nie cofają się przed przemocą. Gdy obserwuję stan naszego społeczeństwa, to widzę wszystko w czarnych barwach – dodał trzeci.

- Ależ głupoty wygadujecie, znajdując upodobanie w waszym faryzeizmie i waszym pesymizmie – wtrącił się mędrzec, który przysłuchiwał się tej lamentacji. – Zamiast uskarżać się na coraz większą ciemność i widzieć przyszłość tego świata w czarnych barwach, powinniście raczej zapalić światło. Bo jedno musicie pojąć: Światło zawsze przenika ciemność, ale ciemność nigdy nie przeniknie światła i nawet najgłębsze ciemności nie są w stanie go zagasić. Zaś najmniejsze światełko może choćby trochę wyprzeć ciemność. Tak też to, co małe i słabe, jeśli jest dobre, jest potężniejsze od tego, co duże i silne, gdy jest to złe. Dlatego najmniejsze dobro, jakie się czyni, jest ważniejsze od wszelkiego ubolewania nad potęgo zła."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Pewien ojciec bardzo się trapił, ponieważ musiał patrzeć, jak jego syn rozwija w sobie upodobanie w różnych przywarach. Wciąż przemawiał mu do sumienia i prosił o zrozumienie, jednak młody człowiek ani myślał zrezygnować ze swego nieobyczajnego życia.

Kiedy ojciec się zestarzał i czuł, że zbliża się jego koniec, przywołał do siebie syna i powiedział:

- Ot, wkrótce nie będziesz już musiał wysłuchiwać moich ciągłych napomnień oraz próśb, byś porzucił swoje złe nawyki. Zawsze czyniłeś nie to, czego dla ciebie pragnąłem. Tak więc gorąco cię proszę, byś nie odmówił mi mego ostatniego życzenia i zawsze pamiętał o moich ostatnich słowach: Obiecaj mi, że gdy znowu będziesz grał o pieniądze, zmierzysz się tylko z największymi graczami. A gdy będziesz chciał się napić, to uczynisz to jedynie w towarzystwie największych wielbicieli trunków. To są moje dwie ostatnie prośby do ciebie.

Były to całkiem nowe tony, jakie usłyszał od swojego ojca. I gdy wcześniej, choćby przez upór, nie chciał go nigdy posłuchać, to teraz z zapałem przystał na te jego niezwykłe prośby. Kiedy wkrótce potem poczuł chęć na jedną partyjkę, rozpytał się w mieście, gdzie można znaleźć największych graczy.

Obszedł w ich poszukiwaniu, idąc od stołu do stołu, wszystkie kasyna gry w mieście i upewnił się zgodnie z opinią innych, że naprawdę wielcy gracze znajdują się tylko przed bramami miasta.

Gdy ich wreszcie znalazł, był bardzo zdziwiony. Oto nie siedzieli tam otyli, palący cygara panowie przy pięknie rzeźbionych stolikach do gry, rozdający karty upierścienionymi w brylanty palcami. Nie, tam siedziało paru grających o kamienie facetów w łachmanach.

- Powiedziano mi, że jesteście największymi graczami. Oczekiwałem, że gracie o miliony, a nie o kamienie. Tak grałem ostatnio jako dziecko.

- Oczywiście, że graliśmy o miliony – powiedzieli nędznie wyglądający mężczyźni. – Ponieważ jesteśmy największymi graczami, wszystko wygraliśmy i wszystko przegraliśmy. Nic nam nie pozostało, jak tylko grać o kamienie.

Młody człowiek powiedział rozczarowany:

- Wyobrażałem sobie wszystko zupełnie inaczej. To nie dla mnie, tak nie chcę grać. W takim razie wolę poszukać najbardziej tęgo pijących.

- Nie potrzebujesz długo szukać. Znajdziesz ich niedaleko stąd w ich chacie – wskazali mu drogę gracze.

Młody człowiek nie dał im wiary. Tak więc pytał w każdym szynku miasta o niedoścignionych w piciu. Gdy tak szedł od baru do baru, dotarł w końcu do ich podupadłego domostwa. Dość przerażony żałosnych stanem chaty i jej mieszkańców, powiedział:

- Wszyscy karczmarze miasta twierdzą, że tu mieszkają ci, co najwięcej piją. Ale nie czuję u was żadnego alkoholu i nie widzę ani jednej butelki. Co też wy pijecie, będąc ponoć mistrzami w piciu?

- Wszystkie pieniądze, jakie mieliśmy, zostały przez nas przechlane – odpowiedzieli pijący. – I wszystko, co mogliśmy zamienić na pieniądze, też przepiliśmy. Już od dawna nie widzieliśmy ani grosza. Pozostało nam tylko parę węży. Jeżeli chcemy być na rauszu, dajemy się przez nie kąsać. Ich łagodny jad powoduje pewien stan odurzenia. Za trochę pieniędzy również dla ciebie zdobędziemy węża. Musisz tylko nam powiedzieć.

Ale młody człowiek już uciekł. Ponieważ słowa nic mu nie dały, nauczyło go życie."

 

Norbert Lechleitner

 

:)

Link to post
Share on other sites

"Mędrzec nosił proste i zawsze nieskazitelne schludne odzienie, które jednak z biegiem czasu przetarło się od częstego prania. Pewnego razu został zaproszony na wielką uroczystość. Wszyscy obecni na niej dostojnicy zjawili się tam w wytwornych strojach.

Jeden z przyjaciół mędrca zagadnął go na temat stanu jego ubrania:

- Wprawdzie wiem, że nie przywiązujesz zbytniej wagi do opinii tego świata, ale ten świat, w którym ty również żyjesz, już taki jest, że wysoko ceni to, co zewnętrzne, jak na przykład ubiór i ocenia człowieka po tym, co nosi.

Mędrzec odrzekł na to z uśmiechem:

- Mój przyjacielu, nie chcę zawdzięczać szacunku, który w ten sposób zdobędę mojemu krawcowi."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Kiedy Angela leżała w szpitalu, ponieważ trzeba jej było usunąć wyrostek robaczkowy, umieszczono w jej pokoju dwa dni później młodą pacjentkę ze złamaniem obu nóg wskutek poważnego wypadku drogowego. Melania uważała, że już nigdy ni będzie mogła chodzić.

Dziewczynka była nieszczęśliwa, rozdrażniona i kapryśna. Nie słyszało się od niej żadnego miłego słowa. Cały dzień płakała albo spała. Tylko rano, kiedy przychodziła poczta, zdawała się być bardziej przyjaźnie nastawiona do otoczenia. Przeważnie otrzymywała książki, płyty CD, gry, pluszowe zwierzątka oraz inne prezenty, które dziewczynkę w jej wieku mogą rozweselić. Jednak Melania była i pozostała nieszczęśliwa.

Pewnego dnia dostała większą paczuszkę od swojej cioci, która mieszkała daleko od niej. Po otworzeniu paczki Melania znalazła w niej parę przepięknych czerwonych trzewików z małymi obcasami. Pielęgniarka, uprzątając opakowanie, bąknęła coś o ludziach, „którzy nie mają najmniejszego wyczucia”. Jednakże dziewczynka zdawała się jej nie słyszeć. Włożyła dłonie w buty i spacerowała nimi po kołdrze.

Tego dnia zmieniła swoje zachowanie. Stosowała się bez oporu do poleceń pielęgniarek i wkrótce można było terapię zintensyfikować.

Jakiś czas potem Angela zobaczyła dawną współpacjentkę, jak śmiejąc się wchodziła z koleżanką do lodziarni: na nogach miała czerwone trzewiki z małymi obcasami."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Piesek został potrącony przez auto i leżał jak martwy na brzegu jezdni. Przejeżdżający obok niego lekarz zauważył, że piesek dawał jeszcze oznaki życia. Wysiadł, wyciągnął z bagażnika stary samochodowy pokrowiec, owinął nim psa i pojechał z nim do domu.

Tam pieska dokładnie przebadał, ale poza stłuczeniami i otartą w paru miejscach skórą oraz małą ciętą raną nie stwierdził żadnych poważniejszych obrażeń. Z całą pewnością uderzenie to po prostu silnie ogłuszyło psa. Lekarzowi udało się przywrócić czworonożnego pacjenta do życia. Następnie oczyścił mu rany, położył go ponownie na pokrowcu i wyszedł z nim na dwór, by zanieść go do garażu.

Nagle pies wyskoczył mu z rąk i utykając znikł za rogiem. Lekarz popatrzył za nim zdziwiony, po czym powiedział do siebie: „Jaki to mały niewdzięcznik, po tym wszystkim, co dla niego zrobiłem!”

I dłużej już nie myślał o całym zdarzeniu, aż następnego wieczora usłyszał drapanie do drzwi tarasu. Nie potrafił sobie wyjaśnić, skąd brał się ten odgłos. Kiedy otworzył drzwi, stał tam piesek, którego opatrzył… w towarzystwie zranionego dużego psa."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Mistrz zebrał wokół siebie swoich uczniów i dał im zadanie:

- Znacie minione sto dni. Teraz powiedzcie mi coś o nadchodzących kolejnych stu dniach.

Ponieważ jednak żaden uczeń się nie zgłosił, mistrz sam dał odpowiedź:

- Czeka nas dzień za dniem, a każdy z nich to dobry dzień."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Pewien mistrz murarski pracował wiele lat w wielkim zakładzie budowlanym. Aż kiedyś otrzymał zamówienie na wybudowanie wspaniałej willi według własnego projektu i uznania. Mógł wybrać najpiękniejsze miejsce i nie musiał przejmować się żadnymi kosztami.

Prace rozpoczęły się natychmiast. Wykorzystując jednak pokładane w nim bezgraniczne zaufanie, jakim go obdarzono, najpierw pomyślał sobie, że może użyć starych surowców oraz zatrudnić mniej wykwalifikowanych robotników, aby w ten sposób zagarnąć dla siebie nieuczciwie zarobione pieniądze.

Kiedy dom został już ukończony, w czasie wydanego na tę okoliczność przyjęcia, wręczył swemu prezesowi klucze do posiadłości.

Prezes zwrócił mu je natychmiast i uśmiechając się powiedział:

- Ten dom jest naszym podziękowaniem dla Ciebie za rzetelną pracę. Niech będzie wyrazem naszego poważania i szacunku."

 

Autor nieznany

 

***

 

"Kiedyś, przed wieloma wiekami, było sobie pewne bardzo sławne miasto. Powstało ono w pięknej dolinie, a ponieważ jego mieszkańcy byli bardzo pracowici, nieprawdopodobnie się rozrosło w krótkim czasie.

Pielgrzymi dostrzegali je z daleka, urzeczeni i olśnieni pięknem marmurów i pozłacanych brązów. Było to, rzeczywiście, szczęśliwe miasto, którego wszyscy mieszkańcy żyli w zgodzie.

Ale pewnego brzydkiego dnia postanowili oni wybrać swojego króla.

Złote trąby heroldów zgromadziły wszystkich przed ratuszem miejskim. Nie brakowało nikogo. Biedni i bogaci, młodzi i starzy, wszyscy patrzyli sobie w twarze i szeptali coś przyciszonym głosem.

Srebrzysty dźwięk potężnej trąby zmusił całe zgromadzenie do ciszy. Wtedy dumnie wysunął się przed gromadę pewien niski i tęgi typ. Był on najbogatszym człowiekiem miasta.

Podniósł dłoń pełną błyszczących pierścieni i powiedział:

- Mieszkańcy! Staliśmy się nieprawdopodobnie bogaci. Nie brakuje nam pieniędzy. Nasz król musi być człowiekiem dostojnym. Najlepiej hrabią, markizem, księciem, tak, aby szanowali go za szlacheckie pochodzenie.

Mniej bogaci natychmiast podnieśli na te słowa niemiłosierny wrzask:

- Nie! Co też ty wygadujesz! Zamknij się! Chcemy na króla człowieka bogatego i wspaniałomyślnego, który rozwiąże wszystkie nasze problemy!

W tym czasie żołnierze wznieśli na swoich ramionach barczystego olbrzyma i wygrażając złowrogo swoimi zbrojami wrzeszczeli:

- To on będzie naszym królem! Musi być najsilniejszy!

W tym strasznym rozgardiaszu nikt już nic nie rozumiał. Ze wszystkich stron dobiegały krzyki, pogróżki, chrzęst ścierających się o siebie zbroi. Zmieszanie stawało się coraz gorsze i było już wielu rannych.

Znów zabrzmiała trąba. Tłum powoli uspokajał się. Pewien dobroduszny i roztropny starzec wdrapał się na największy stopień ratusza i przemówił:

- Przyjaciele, nie popadajmy w szaleństwo z powodu króla, który jeszcze nie istnieje. Wybierzmy spośród nas jakieś niewinne dziecko i niech ono wyznaczy kto ma być naszym królem.

Wzięli więc za rękę jakieś dziecko i wyprowadzili je przed wszystkich.

Starzec zapytał go:

- Kogo chciałbyś uczynić królem tego wielkiego miasta?

Chłopczyk spojrzał na nich wszystkich, włożył do buzi palec i odpowiedział:

- Królowie są źli. Nie chcę żadnego króla. Chcę żeby była królowa: niech zostanie nią moja mama."

 

Autor nieznany

Link to post
Share on other sites

"Pewien stary pustelnik Sebastian zwykł modlić się w maleńkim sanktuarium ukrytym w cieniu doliny. Czczono tam krucyfiks, który nosił nazwę „Chrystus miłosierny”. Przybywała tam ludność z całej okolicy, by wypraszać przez niego miłosierdzie i pomoc.

Pewnego dnia również stary Sebastian postanowił zwrócić się o pewną łaskę i uklęknąwszy, modlił się:

- Panie, pragnę cierpieć razem z Tobą. Pozwól mi zająć Twoje miejsce. Pragnę zawisnąć na krzyżu.

I trwał tak w ciszy, wpatrzony w krzyż, oczekując odpowiedzi.

Aż nagle Chrystus poruszył ustami i powiedział:

- Przyjacielu, zgadzam się na twoją prośbę, ale pod jednym warunkiem: cokolwiek by się zdarzyło, cokolwiek byś zobaczył, musisz zachować ciszę.

- Obiecuję Ci, Panie.

Nastąpiła zamiana.

Nikt nie poznał, że od tej chwili Sebastian był przytwierdzony do krzyża, podczas gdy Chrystus zajął jego miejsce.

Wierni - jak zwykle - zanosili swe błagania, wyrażali dziękczynienia, a on dotrzymując swej obietnicy milczał. Aż pewnego dnia...

Przybył bogacz, modlił się długo, a zakończywszy modlitwę, gdy odchodził, zapomniał zabrać z klęcznika worek pełen złotych monet. Sebastian spostrzegł to, lecz zachował milczenie. Nie odezwał się nawet w godzinę potem, kiedy przybył pewien biedak, zabrał ze sobą worek i wyszedł nie dowierzając swemu wielkiemu szczęściu. Nie otworzył też ust, kiedy uklęknął przed nim pewien młody człowiek, prosząc o opiekę podczas długiej podróży przez morze. Nie wytrzymał jednak, kiedy ujrzał wbiegającego bogacza, który myśląc, że młodzieniec ukradł jego worek ze złotymi monetami, wrzeszczał na całe gardło, by zawezwano straże.

Wtedy Sebastian nie wytrzymał i wydał z siebie straszny krzyk:

- Stójcie!

Wszyscy z lękiem spojrzeli w górę i zobaczyli, że przemawia do nich krucyfiks. Sebastian opowiedział im całe zdarzenie. Bogacz ruszył, co sił w nogach, aby szukać biedaka. Młodzieniec oddalił się w pośpiechu, by nie spóźnić się na statek. Ale kiedy w sanktuarium nie było już nikogo, Chrystus wrócił do Sebastiana z reprymendą.

- Zejdź z krzyża. Nie jesteś godzien zajmować mojego miejsca. Nie umiesz milczeć.

- Ależ Panie, protestował zawstydzony Sebastian. – Czy mógłbym zgodzić się na taką niesprawiedliwość?

- Nie wiedziałeś o tym - odpowiedział Chrystus, że bogacz miał zgubić swój worek, bowiem pragnął użyć pieniędzy w złym celu. Biedny, natomiast, bardzo ich potrzebował.

Gdyby młodzieniec został zatrzymany przez straże, nie zdążyłby na statek i ocaliłby swe życie, bowiem w tym momencie jego statek osuwa się na dno głębokiego morza."

 

Autor nieznany

 

***

 

"W pewnym lesie mieszkał święty pustelnik. Przychodziło do niego wielu ludzi i prosiło go, żeby nauczył ich, jak się modlić. Ale wszyscy otrzymywali jedną odmowną odpowiedź. Wtedy spróbował szczęścia osiemnastoletni mężczyzna.

- Dlaczego chcesz nauczyć się modlić? - spytał go pustelnik.

- Ponieważ to najważniejsza nauka - padła odpowiedź.

Pustelnik jednak odmówił.

Po trzech latach młody mężczyzna wrócił i ponowił swoją prośbę.

- Dlaczego chcesz nauczyć się modlić? - brzmiało znowu pytanie pustelnika.

Tym razem młody człowiek odpowiedział:

- Żeby zostać świętym.

Pustelnik znowu odmówił.

Młodzieniec odszedł rozczarowany, ponieważ uważał świętość za dobry powód. Po roku spróbował jeszcze raz i powiedział do pustelnika:

- Chcę nauczyć się modlić, żeby znaleźć Boga.

Wtedy pustelnik wziął go w ramiona."

 

Autor nieznany

Link to post
Share on other sites

zoska1977, Najpiekniejsze serce i spotkanie z miloscia juz dawalem, mozesz usunac

 

"Gdyby nuta powiedziała: jedna nuta nie czyni muzyki

...nie było by symfonii

Gdyby słowo powiedziało: jedno słowo nie tworzy stronicy

...nie było by książki

Gdyby cegła powiedziała: jedna cegła nie czyni muru

...nie było by domu

Gdyby kropla powiedziała: jedna kropla wody nie może utworzyć rzeki

...nie było by oceanu

Gdyby ziarno zboża powiedziało: jedno ziarno nie może obsiać pola

...nie było by żniwa

Gdyby człowiek powiedział: jeden gest miłości nie ocali ludzkości

...nie byłoby nigdy na ziemi sprawiedliwości i pokoju, godności i szczęścia."

 

Michel Quoist

 

***

 

"Pewnego dnia, kiedy laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, Matka Teresa, pracowała w slumsach, opatrując rany umierającego, trędowatego, amerykański turysta obserwujący tę scenę zapytał, czy może zrobić zdjęcie. Uzyskał pozwolenie, ale widząc czułość, z jaką świątobliwa kobieta nakładała bandaże na krwawą, cuchnącą ranę w miejscu, w którym kiedyś znajdował się nos trędowatego, powiedział z mieszaniną grozy i wstrętu:

- Siostro, nie zrobiłbym tego za dziesięć milionów dolarów!

- Ani ja, mój przyjacielu - odparła Matka Teresa - ani ja."

 

Nancy L. Dorner

Link to post
Share on other sites

"W niedzielę w kościele siedziałam obok pewnej starszej kobiety. Jej pokryta zmarszczkami twarz była tak pogodna, jak gdyby kobieta od lat podążała za Jezusem. Na moje powitanie odpowiedziała promiennym uśmiechem.

W czasie nabożeństwa pastor poprosił nas, żebyśmy opowiedzieli, w jakich sytuacjach najsilniej odczuwamy obecność Boga.

Padały różne odpowiedzi: "kiedy modlę się w swoim pokoju"; "kiedy uświadamiam sobie, że zrobiłam coś złego"; "kiedy uczestniczę w nabożeństwie w kościele".

Potem pastor poprosił abyśmy podzielili się doświadczeniami w tym zakresie z osobą, która siedzi obok nas. Zaczęłam intensywnie szukać w pamięci wydarzeń, które byłyby dostatecznie niezwykłe i podniosłe.

Odwracając się do mojej sąsiadki, powiedziałam coś tak okropnie napuszonego, że zaraz wyrzuciłam to ze swej pamięci. Nigdy jednak nie zapomnę tego, co ona powiedziała do mnie: "Wiem, że Bóg jest przy mnie, kiedy patrzę na zachód słońca". - I to wszystko. Żadnych trzęsień ziemi, żadnych anielskich trąb. Możliwe, że staruszka też kiedyś była taka jak ja- że zajęta poszukiwaniem Boga nie zauważała Jego dotyku w rozwijającym się różanym płatku, ani Jego pocałunku w kropli rosy. Postanowiłam wziąć z niej przykład. Wiedziałam, że On jest bardzo blisko."

 

Julie Carobine

 

***

 

"Pewien człowiek, który był wciąż smutny i nie potrafił odnaleźć w życiu radości, usłyszał podczas przechadzki w parku śpiewającego cudnie ptaka:

- Zazdroszczę Ci - powiedział, stanąwszy pod drzewem - Musisz być bardzo szczęśliwy, skoro tak pięknie wyśpiewujesz swoja radość.

- Ale ja nie dlatego śpiewam, że jestem szczęśliwy - odpowiedział ptak - jestem szczęśliwy, dlatego że śpiewam."

 

Autor nieznany

Link to post
Share on other sites

"Wiele lat temu był zwyczaj, że ludzie przynosili swoje dary przed ołtarz. Pewien znany kaznodzieja zaapelował do ludzi, aby złożyli ofiary na dobry cel. Wielu przyszło by złożyć swoje dary miłości. Wśród nich znalazła się mała ****** dziewczynka, która przyszła, utykając, i stanęła na końcu kolejki. Zdjąwszy z palca pierścionek, położyła go na stole i poszła z powrotem w górę nawy.

Po nabożeństwie posłano szwajcara, aby przyprowadził ją do pokoju kaznodziei. Ten powiedział:

- Moja droga, widziałem, co zrobiłaś. To było piękne. Lecz ludzie okazali tak wielką hojność, że mamy wystarczająco dużo, by zaradzić potrzebie. Czujemy, że nie mamy prawa zatrzymać twojego cennego pierścionka, więc zdecydowaliśmy się dać ci go z powrotem.

Ku jego zdumieniu mała dziewczynka energicznie potrząsając głową, odmówiła:

- Ty nie rozumiesz - powiedziała. - Nie dałam mojego pierścionka wam, dałam go Bogu!"

 

Joe R.Barnett

 

***

 

Do mądrego Sokratesa przybiegł ktoś wzburzony i rzekł: "Posłuchaj Sokratesie, tego, co ci muszę powiedzieć jako twój przyjaciel..." "Stój, zaczekaj - przerwał mędrzec. - Czyś przesiał to, co mi chcesz powiedzieć przez trzy sita?" "Jakie to sita?" - zapytał przybyły ze zdziwieniem. "Tak, drogi przyjacielu, przez trzy sita! Zobaczymy, czy to, co mi zamierzasz oznajmić, przejdzie przez te trzy sita. Pierwszym sitem jest prawda. Czy sprawdziłeś, czy to, co chcesz mi opowiedzieć, jest prawdą?" "Nie, tego nie sprawdziłem, ja tylko słyszałem i..." "A więc tak. W takim razie może sprawdziłeś to sitem dobroci? Skoro nie wiadomo, czy to prawda, może jest to przynajmniej dobre?" Rozmówca stwierdził, ociągając się: "Nie mogę powiedzieć, aby to było dobre, przeciwnie".

 

"Hm, hm! - przerwał mu mędrzec. - Skoro tak, to zastosujemy trzecie sito: czy uważasz za konieczne opowiadać mi o czymś, co ciebie samego tak podnieca?" "Nie, nie uważam tego za konieczne..." "W takim razie - uśmiechnął się mędrzec - skoro to, co chcesz mi opowiedzieć, nie jest ani prawdziwe, ani dobre, ani konieczne, zapomnij o tym i nie obciążaj samego siebie ani mnie takimi rzeczami." Ilu nieprawdziwymi, niedobrymi i niepotrzebnymi sprawami obciążamy siebie, a nieraz tez innych..."

 

Autor nieznany

Link to post
Share on other sites

"Każdego roku Jones spędzał dwa tygodnie, podróżując po Indiach od miasta do miasta i zbierając fundusze na swoją misję. Planował każdego dnia wygłosić trzy odczyty dla zamożnych obywateli, aby uzyskać ich wsparcie finansowe. Do jednej grupy zwracał się w porze śniadania, do drugiej podczas lunchu, a do trzeciej podczas obiadu. Następnego dnia powtarzał swoje apele do trzech grup w innym mieście.

Pewnego wieczoru, po trzeciej prezentacji, pośpieszył na lotnisko, gdzie zarezerwował miejsce na ostatni lot tego dnia do miejsca przeznaczenia na dzień następny. Gdy stał w kolejce, ogłoszono, że jego lot ma nadsprzedaż i poproszono pasażerów, żeby zrezygnowali z miejsc w zamian za bezpłatny bilet powrotny do miasta, które wybiorą.

Gdy przedstawiciel skończył swoją zapowiedź, Jonesowi wydało się, że słyszy, jak Pan szepcze do niego: "Wyjdź z kolejki". Zawahał się. Jeśli nie poleci tym samolotem. To straci co najmniej dwa ze spotkań zaplanowanych na następny dzień - i pieniądze, które spodziewał się tam zebrać. Czekał nadal.

Kiedy już prawie miał kupować bilet, znowu poczuł, że Bóg nalega, by zrezygnował i wyszedł z kolejki. Ponownie się zawahał, niepewny czy mówi do niego Bóg, czy tylko jego wyobraźnia. Lecz kiedy od przedstawiciela linii lotniczych dzieliła go już tylko jedna osoba, jeszcze raz usłyszał głos Boga i tym razem nie miał już wątpliwości: "WYJDŹ Z KOLEJKI". Jones posłuchał i ktoś inny zajął jego miejsce.

Tamten samolot rozbił się i wszyscy pasażerowie zginęli. Na wieść o tym, że Jones nie wsiadł do samolotu, chociaż tak było zaplanowane, dziennikarze pospieszyli, by przeprowadzić z nim wywiad. Kiedy wyjaśnił im, dlaczego nie było go na pokładzie fatalnego samolotu, byli rozdrażnieni.

- Chce pan nam powiedzieć, że był pan jedyną osobą, którą Bóg kocha wystarczająco, by ją ostrzec? - zapytali, nie dowierzając.

- Och nie! - szybko odpowiedział Jones. - Wcale tak nie myślę! Wiem, że każdego z tych ludzi na pokładzie Bóg kocha CO NAJMNIEJ tak bardzo jak mnie. Lecz ja byłem jedynym, który go słuchał."

 

Nancy L. Dorner

 

***

 

"Święta tuż tuż, a ja stałem w kolejce, wcale w nie świątecznym nastroju,

Usiłując kupić jeszcze ostatnie prezenty.

Tuż przede mną stał mały chłopczyk czekający niecierpliwie

Rozglądał się wokół, tak jak to mali chłopcy robią, a w ręce trzymał parę bucików.

Jego ubranie było zniszczone i stare

On brudny od stóp do czubka głowy

Lecz kiedy przyszła jego kolej, by płacić

Nie mogłem uwierzyć temu, co powiedział

Proszę pana, chcę kupić te buty dla mojej mamy

Jest wigilia, a one mają dokładnie jej rozmiar

Czy mógłby się pan pospieszyć, tata powiedział, że czasu jest niewiele

Widzi pan, mama choruje od dłuższego czasu

Wiem, że te buty sprawią, że się uśmiechnie

Chciałbym żeby wyglądała pięknie, jeśli już dziś spotka się z Jezusem.

Liczył pieniążki co zdawało się trwać wieki

A potem sprzedawca powiedział: Synu, to za mało

Jeszcze raz dokładnie przeszukał swoje kieszenie, potem obrócił się i spojrzał na mnie

Powiedział: Mama zawsze tak wspaniale przygotowywała nasz dom do świąt

Przez tak wiele lat

Niech mi pan powie, co mam zrobić

Muszę jakoś kupić jej te buty!

Po prostu musiałem mu pomóc

Nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy

Kiedy wyłożyłem pieniądze

I kiedy powiedział: Mama będzie wyglądać tak pięknie!

Wiem, że dotknąłem skrawka niebiańskiej miłości, kiedy podziękował mi i wybiegł

Wiem, że Bóg postawił tego małego chłopca na mojej drodze

By przypomnieć mi, po co są święta."

 

Piosenka grupy New Song

Link to post
Share on other sites

Cicha noc...

 

„bo nie było dla nich miejsca w gospodzie...”

Ew. Łuk. 2:7

 

- Nie ma miejsc! – głos zabrzmiał twardo jak wyrok, a trzaśnięcie drzwi jak uderzenie batem.

- Ale przecież to noclegownia dla bezdomnych – Człowiek bezradnie usiłował przekonać dozorcę.

- Nie ma! – odwarknął głos zza drzwi.

 

Człowiek odwrócił się i wyszedł na ulicę. Było biało. Z nieba zaczęły opadać pierwsze płatki kolejnej fali śniegu. Człowiek w cienkim płaszczu i sandałach wyglądał jakby był z innej bajki. W ogóle wyglądał dziwnie. Ludzie mijający go przyglądali mu się uważnie i szybkim krokiem omijali go szerokim łukiem. Pokrwawiony, z poranioną twarzą, z zamarzniętymi strużkami krwi u rąk i nóg...

- Ty, zobacz, narkoman! – usłyszał za sobą. Obejrzał się. W bramie stało dwóch małolatów, którzy pokazywali go sobie palcami. Podszedł do nich.

- Gdzie mieszka poseł? – spytał.

- Yyyyy.... poseł? A tam, w tym dużym domu – jeden z małolatów pokazał palcem okazałą willę na wzgórzu.

- Dziękuję – wyszeptał i ruszył we wskazanym kierunku.

Słowo „dom” jest eufemizmem wobec tego czegoś, w czym mieszkał poseł. Bardziej pasowałoby słowo „pałac”. Przez rzęsiście oświetlone okna widać było jak poseł i jego rodzina szykują się do skromnej wigilijnej wieczerzę. Ogromny stół na kilkanaście osób uginał się pod ciężarem postnych potraw. Gotowane od kilku dni, przyprawione w specjalny, wyjątkowy sposób tylko na tę okazję. Patrzył przez okno na zawartość dwunastu olbrzymich półmisków, waz i talerzy. Tym wszystkim miało się nakarmić pięć osób.

- Krzysiek, dostaw pusty talerz dla przychodnia i poproś tu Anię i Tomka – rozkazała żona posła.

Chłopiec nazwany Krzyśkiem – na oko czternastoletni – poszedł ociągając się do sąsiedniego pokoju, skąd wrócił w towarzystwie dziewczyny i młodego mężczyzny. Ubranie dwojga przybyłych nie pozostawiało wątpliwości co do ich roli w tym domu. Byli służbą.

- Zgaś światło – ponownie rozkazała pani posłowa. – I zaczynajmy, w imię Boże.

Kiedy światło zgasło, a ciemności pokoju rozjaśniał tylko blask świec i choinkowych lampek, poseł odchrząknął.

- Zebraliśmy się ponownie w wigilijny wieczór, aby jak co roku złożyć sobie życzenia. Czego ja wam wszystkim mogę życzyć? Abyśmy się za rok znowu spotkali i aby nasze życie na codzień było świadectwem chrześcijańskich wartości... – rozpoczął poseł.

Człowiek słuchał chwilę, a potem ruszył w stronę drzwi. Stanął przed furtką i zadzwonił. Odpowiedziało mu milczenie. Zadzwonił ponownie. Znowu nic. I jeszcze raz....

Drzwi domu uchyliły się i wyjrzała dziewczyna nazywana Anną.

- Czego tu? – spytała mrużąc oczy, żeby wzrokiem przebić coraz gęstsze tumany śniegu ******ące z chmur.

- Jestem przejazdem... Głodny... Czy nie można u państwa? – zaczął Człowiek.

- Nie można!

- Ale...

- No mówię, że nie można! Wynocha!

- Co się dzieje, Anno? – rozległ się głos w korytarzu i przed drzwi wyszedł sam poseł. – Co to za człowiek?

- A nie wiem, jakiś przybłęda – odpowiedziała służąca.

- Proszę się nie bać – zaczął znowu Człowiek – Jestem przejazdem... Bezdomny... Nie mam gdzie przenocować, szukam gościny... Tylko na jeden wieczór...

- Niestety, zaraz wychodzimy na pasterkę. Rozumie pan, obowiązki wobec Boga przede wszystkim. Niech pan spróbuje w noclegowni dla bezdomnych...

Trzask zamykanych drzwi zakończył rozmowę. Ruszył przed siebie. Nagle wyrosła przed nim mała sylwetka.

- Pan się nie ma żalu do taty. On kiedyś przyjął pod dach bezdomnych i go okradli. Od tej pory ma żal i się boi – odezwał się chłopięcy głos. Przed nim stał Krzysiek. Ten sam, który w domu posła wołał służbę i zapalał światło. – Niech pan weźmie – chłopak wcisnął mu w rękę kanapkę. – I mimo wszystko wesołych świąt!

Śnieg padał coraz gęściej, ale mróz zelżał. Zamarznięta krew zmieszana z wodą znów ściekała z dłoni i twarzy Człowieka. Mimo to zadrżał.

Rozejrzał się. W oddali widać było jasno oświetloną wieżę kościoła. Trudno było stąd rozpoznać wyznanie. Była to jednak świątynia, a skoro świątynia, to i parafia, gdzie pewnie ktoś mieszka i gdzie będzie można dostać gościnę.

Ruszył w tę stronę....

Z cichym szelestem opon z tyłu podjechał do niego policyjny radiowóz.

- Proszę się zatrzymać – rozległ się władczy zdecydowany głos. Mimo uprzejmej formy nie było wątpliwości, że ten, kto to powiedział uprzejmy nie będzie.

Człowiek stanął i odwrócił się.

- O Boże! Człowieku! Kto cię tak urządził? – wykrzyknął jeden z policjantów, kiedy oświetlił latarką sylwetkę i twarz Człowieka.

- Dokumenty! – wtrącił od razu drugi stróż prawa. Ten, który wcześniej mówił, żeby się zatrzymać.

- Nie mam... – wyszeptał Człowiek.

- No i co ja ma z tobą zrobić, co? – spytał trochę łagodniej ten sam policjant. – Powinienem ci zatrzymać do wyjaśnienia i zabrać na komisariat.

- To chyba dobry pomysł, panie sierżancie – wtrącił ten z latarką. – Przynajmniej chłop ogrzeje się i opatrzymy mu te rany. No i zje coś.

- Czyś ty, posterunkowy, ocipiał? – zirytował się sierżant. – Co? Nie chcesz iść na wigilię do żony i dzieciaków? Wolisz wypisywać papierki? Za dziesięć minut kończymy służbę. Odwieziemy gościa do szpitala, a tam niech się martwią. E, siadaj do radiowozu. Tylko mi siedzenia nie poplam – rzucił sierżant do Człowieka.

W szpitalu nie chcieli słyszeć o przyjęciu Człowieka. Zasłaniali się przepisami.

- Nam od policjantów przyjmować nie wolno. Od taksówkarzy, tak, możemy. Trzeba było wezwać karetkę – tłumaczył wysoki dyżurny lekarz.

- E, jak się w ciuciubabkę bawić nie będę – rozzłościł się sierżant. – Trudno, stary, radź sobie sam – zwrócił się do Człowieka rozkładając ręce i ruszył do samochodu.

- Niech pan weźmie moją kurtkę – posterunkowy założył swoją ortalionową czarną kurtkę na ramiona Człowieka i szybko zdjął z niej policyjne oznaczenia. – Przynajmniej pan nie zamarznie...

- No idziesz, posterunkowy, czy nie? – krzyknął sierżant z radiowozu. – Ruszaj się, ciepła żonka z zupą czeka.

Policjanci odjechali, a Człowiek ruszył znów w stronę kościoła.

Z głównej nawy dobiegały śpiewy przypominające anielski chór.

„Gloria, gloria, in excelsis Deo!”

Stał chwilę zasłuchany.

- Co tu robisz? – usłyszał za sobą cichy ciepły głos. Odwrócił się. Za nim stał młody człowiek. Tylko koloratka wystająca spod garnituru świadczyła, że to duchowny.

- Jestem bezdomny, szukam noclegu... na jedną noc.

- Hm. Nie wiem, nie jestem tu gospodarzem. Muszę spytać proboszcza, a on teraz odprawia nabożeństwo. Ale chodź, przynajmniej cię nakarmię.

Ksiądz wziął Człowieka do kuchni parafialnej. Postawił na piecu garnek z zupą i włączył elektryczny czajnik. Następnie poszedł do sali obok i przyniósł apteczkę. Usiadł przy Człowieku i zaczął go opatrywać.

- A skąd jesteś i jak się tu znalazłeś? – spytał z uśmiechem.

- Wędruję po świecie – odparł Człowiek. – Szukam miejsca dla siebie.

- O to niestety nie jest łatwo – uśmiechnął się smutno młody ksiądz. – Wielu wciąż szuka... Zamknij oczy, przemyję ci twarz...

Trzasnęły drzwi.

- A co to za przybłędę ksiądz znowu sprowadza? – rozległ się piskliwy głos zażywnej kobiety z kopą loków na głowie. – Kto potem ten syf i chlew będzie sprzątać? Ja, a nie ksiądz. Proszę swoich gości przyjmować u siebie! Widział ksiądz proboszcz, co wikary znowu zrobił?

Proboszcz stał już od chwili w drzwiach i patrzył na całą scenę z kamiennym wyrazem twarzy.

- Poproszę księdza do mnie – rzucił spokojnie i odwróciwszy się na pięcie ruszył do kancelarii. Wikary poszedł za nim. Nie było ich chwilę. Ta chwila wystarczyła, żeby zupa zawrzała, a elektryczny czajnik wyłączył się.

- Nie możesz tu zostać – powiedział smutno wikary po powrocie. – Ale wyprosiłem, że cię nakarmię i opatrzę. Poproszę tylko siostrę, żeby mi pomogła.

I znowu ulica, śnieg, mróz. Kilka godzin odpoczynku dodało sił, ale za mało, żeby przetrwać noc. W zaułku usłyszał szloch. Poszedł w jego stronę. Po ścianą stała niewysoka młoda dziewczyna i zanosiła się od płaczu.

- Co się stało? – spytał Człowiek.

- Nic – odparła dziewczyna przez łzy.

- Aha, tak z niczego płaczesz?

- Nie chce pan wiedzieć.

- Ale ty chcesz powiedzieć komuś o tym.

Dziewczyna uśmiechnęła się smutno.

- Ojciec mnie zbił i wyrzucił z domu... Zawsze tak robi, gdy się upije... Ma do mnie pretensję o wszystko, nawet o to, że żyję... Mówi, że się puszczam na prawo i lewo, że jestem szmata... A ja tylko szukam miłości.

Wytarła nos i spojrzała na Człowieka.

- A pan, co tu robi. Też pan nie lepszy. Te bandaże nie wzięły się znikąd.

- Jestem bezdomny i szukam noclegu. Tylko na jedną noc.

- To nie będzie łatwe. W Wigilię każdy myśli tylko o sobie i swoich najbliższych. Ale wie pan, co? U mnie jest wolne łóżko odkąd siostra pojechała na studia. Może pan przenocować u mnie. Tylko rano...

- Skoro świt wyjdę.

Dziewczyna znów się uśmiechnęła. Tym razem radośnie.

- Dobra, idziemy do mnie. Wejdziemy przez okno. Ojciec już na pewno śpi, więc nikt nie zauważy. Zawsze tak robię....

 

W wigilijny wieczór Człowiek wędruje przez świat szukając miejsca, gdzie mógłby odpocząć, szukając ludzi, którzy zaproszą Go do swojego stołu. Może właśnie stoi u twoich drzwi. Otworzysz?

 

„Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną.”

Apokalipsa 3:20

 

Maciej Pasternak

 

***

 

"Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. J 3, 16

 

Był kiedyś człowiek, który nie wierzył w Boga i nie obawiał się głośno wyrażać swego zdania na temat religii. Miał żonę, która mimo jego pogardliwych komentarzy usiłowała wychować dzieci w wierze chrześcijańskiej. W któreś śnieżne Święta Bożego Narodzenia zabierała dzieci do kościoła. Zachęcała i jego, lecz on powiedział: "Już wiele razy słyszałem, że Jezus urodził się w Betlejem!" I pozostał w domu.

 

Tymczasem na dworze rozpętała się silna śniezyca. Człowiek ten usłyszał silne grzmotnięcie, coś uderzyło w okno jego domu. I znowu. Wyjrzał, lecz nic nie było widać ani na metr.

 

Gdy trochę zelżało wyszedł zobaczyć, co mogło spowodować te uderzenia. Niedaleko domu, na polu zobaczył stadko dzikich gęsi. Widocznie były w drodze na południe, gdy zostały złapane przez śnieżycę. Zgubiły się i osiadły na jego farmie bez jedzenia i ochrony. Po prostu machały skrzydłami i krążyły nisko wokół jego pola, na oślep i bez celu. Zdaje się, że kilka z nich uderzyło w jego okno. Zrobiło mu się ich żal i pomyślał, że stodoła byłaby teraz świetnym miejscem dla gęsi. Jest ciepła i bezpieczna, mogłyby przeczekać tam noc. Wyszedł więc i otworzył drzwi stodoły na oścież, lecz gęsi nadal trzepotały się bez celu i zdawały się nie widzieć stodoły, ani tego, co dla nich znaczy.

 

Wtedy usiłować zwrócić ich uwagę na siebie, lecz wystraszły się i odleciały dalej. Poszedł więc do domu, przyniósł trochę chleba i okruchami wyznaczył drogę prowadzącą do stodoły. Gęsi nic. Człowiek denerwował się coraz bardziej, ominął je chcąc wypłoszyć je prosto do stodoły, lecz wtedy gęsi przeraziły się i rozbiegły na wszystkie strony. Nic nie było w stanie skierować ich do bezpiecznej stodoły.

 

"Czy one nie rozumieją, że chcę im pomóc?" - pytał siebie. Pomyślał chwilę i zdał sobie sprawę z tego, że dzikie gęsi nie pójdą za człowiekiem. "Gdybym był gęsią, to mógłbym je uratować!" - pomyślał. Wtedy wpadł na pomysł. Wszedł do stodoły i wziąwszy na ramiona jedną ze swoich gęsi obszedł stado dzikich gęsi. Wówczas ją puścił. Gęś przeleciała prosto przez stado prosto do stodoły - wtedy i dzikie gęsi, jedna po drugiej podążyły za nią do bezpiecznego miejsca.

 

Człowiek stał chwilę cicho, gdy nagle jego wcześniejsza myśl odezwała się ponownie: "Gdybym był gęsią, mógłbym je uratować!". Wtedy przypomniał sobie swoje słowa do żony: "Dlaczego Bóg miałby chcieć być taki jak my? To śmieszne!" Nagle wszystko nabrało sensu: to właśnie uczynił Bóg.! Byliśmy jak te dzikie gęsi, zgubieni i ginący. Bóg dał Swego Syna, który stał się takim jak my, by pokazać nam drogę i nas uratować! Taki więc był sens narodzin Chrystrusa!

 

W miarę, jak śnieżyca wyciszała się, jego dusza uspokajała się i rozmyślała nad tą cudowną myślą. Zrozumiał dlaczego Chrystus przyszedł jako człowiek. Lata wątpliwości i niewiary zniknęły jak przechodząca burza. Padł na kolana i modlił się swą pierwszą modlitwą: "Dzięki Ci, Boże, że przeszedłeś w ludzkiej postaci i wyciągnąleś mnie z mroku i burzy życia."

 

Autor nieznany

Link to post
Share on other sites

"Moi dwaj niezmiernie żywiołowi synowie, z których jeden ma siedem lat,

a drugi zaledwie roczek, potrafią czasem przewrócić nasz starannie udekorowany dom do góry nogami.

Zdarza się, że w trakcie jakiejś niewinnej zabawy rozbiją moją ulubioną lampę albo burzą dopieszczone ustawienia mebli.

W takich chwilach, kiedy żadna świętość zdaje się dla nich nie istnieć, przypominam sobie lekcję, jakiej udzieliła mi moja mądra teściowa, Ruby.

Ruby ma w sumie sześcioro dzieci i trzynaścioro wnucząt. Jest uosobieniem delikatności, cierpliwości i miłości.

Podczas pewnych świąt Bożego Narodzenia wszystkie pociechy Ruby zebrały się jak zwykle w jej domu.

Zaledwie miesiąc przedtem Ruby kupiła sobie piękny, biały dywan i pozbyła się wreszcie tego "starego straszydła",

z którym spędziła ponad dwadzieścia pięć lat swojego życia. Kipiała wręcz radością na widok tak odświeżonego pokoju.

Mój szwagier, Arnie, rozdał wszystkim siostrzeńcom i bratankom swoje prezenty gwiazdkowe - doskonałej jakości miód ze swoich uli.

Dzieci były wprost zachwycone. Ale jak na złość, ośmioletnia Sheena rozlała swoją porcję miodu na nowy nabytek babci i rozniosła go na całe schody.

Następnie wpadła do kuchni i z płaczem rzuciła się w ramiona Ruby.

- Babciu, babciu, rozlałam swój miodek na twój nowiusieńki dywan.

Babcia Ruby przyklękła i spojrzała z czułością w zapłakane oczy Sheeny.

- Nie martw się, kochanie, zaraz przyniosę ci więcej miodku."

 

Lynn Robertson

 

***

 

"Nałożnica sułtana była chuda oraz nieszczęśliwa. Choć żyła w ogromnym dostatku i choć serwowano jej wszelkie możliwe delicje, wyglądała na przygnębioną, wynędzniałą i zasuszoną. Sułtan kazał przynosić jej słodkie figi, delikatne winogrona, wspaniałe słodycze oraz bakalie, ale nic z tego, czym ją raczył, nie czyniło jej ani bardziej pogodną, ani bardziej okrągłą.

Kiedy sułtan spoglądał ze swego tarasowego ogrodu na dachu pałacu na nędzną parcelę sąsiada, widział tam jego pulchną i radosną małżonkę, rozwieszającą bieliznę lub podlewającą kwiaty.

Przywołał więc do siebie sąsiada i spytał go:

- Jak to się dzieje, że twoja żona wygląda na dobrze odżywioną, zawsze ma dobry humor i jest zdrowa, chociaż nie możesz jej przecież zaoferować ani wykwintnych potraw, ani wafli z miodem, ani migdałów w cukrze? Zdradź mi tajemnicę jej doskonałej formy i dobrego samopoczucia, a sowicie cię za to wynagrodzę.

- To proste i nie ma w tym nic szczególnego – oświadczył z uśmiechem sąsiad. – Daję jej pokarm językowy.

Sułtan zdziwił się, że utrzymywanie dobrej kondycji żony miałoby być tak proste. Hojnie wynagrodził sąsiada, po czym wydał kucharzowi stosowne polecenia.

Od następnego dnia nałożnica sułtana otrzymywała do każdego posiłku języki zwierząt, jakie tylko oferowano na targu. Podawane jej ozorki przyrządzano we wszystkich możliwych wariantach – raz były grilowane, to znów gotowane, duszone w wyrafinowanej marynacie lub w wybornych sosach. Ale ona nadal pozostała chuda i smutna.

Sułtan był z tego powodu wielce rozdrażniony. Czyżby jego nałożnica chorowała? Lekarze nie mogli jednak wykryć żadnej choroby. A może sąsiad go oszukał? W takim razie niech odczuje tego skutki.

Tak więc sułtan rozkazał, by kobiety zamieniły się miejscami: żona sąsiada miała od zaraz zamieszkać w pałacu, a jego nałożnica przebywać od tej chwili w domu sąsiada.

Nikt nie przewidziałby tego, co się następnie stało. Po wprowadzeniu się do pałacu nowa nałożnica sułtana robiła się z dnia na dzień smutniejsza i chudła w oczach.

Natomiast obecna żona biednego sąsiada odzyskała w jego domu stopniowo swój uśmiech, miała coraz większą radość w sercu i coraz piękniejszą figurę. Gdy jej nowy małżonek powracał z pracy, opowiadał jej co wieczór o trudach dnia, o wszystkich ważnych i mniej ważnych zdarzeniach, o niepowodzeniach oraz o dziwactwach ludzi, z którymi się spotkał. Nigdy się nie skarżył i nawet na trudne sprawy potrafił spojrzeć z przymrużeniem oka, a opowiadał tak zabawnie, że jego żonie ze śmiechu spływały łzy po policzkach. Kiedy zaś nie miał nic do opowiedzenia, brał ze ściany swoją lutnię i przygrywając sobie na niej, śpiewał, a ona tańczyła. Tak oto ich wieczory wypełniała wesołość oraz muzyka i choć mieli mało jedzenia i było ono proste, czuli się zadowoleni i dobrze im się działo.

Podczas swej pracy w ciągu dnia żona sąsiada myślała o spędzonych razem pogodnych godzinach, o ich rozmowach i wesołych historiach. Wciąż przychodziły jej na myśl piękne wspomnienia lub nuciła jakąś melodię, którą grał mąż. Jej skóra nabrała delikatnego blasku, włosy błyszczały, oczy skrzyły.

Pewnego dnia poszła na targ, gdzie spotkała sułtana. Był zachwycony jej wdziękiem i chciał ją mieć z powrotem. Jednak jego była nałożnica zdecydowanie odrzuciła ten pomysł, mówiąc:

- Z moim nowym mężem jest mi o wiele lepiej niż u ciebie.

- Ale co też ów biedak ma ci do zaoferowania, czego nie miałabyś u mnie? W końcu, jak okiem sięgnąć, jestem najbogatszym i najpotężniejszym człowiekiem. Zdradź mi więc tajemnicę, co spowodowało twoją cudowną przemianę!

Kobieta opowiedział mu, jak w domu sąsiada spędzała swoje dni i wieczory. Mówiła o opowieściach męża, o muzyce oraz o tańcu. Sułtan powoli zaczął pojmować w czym rzecz. Pożegnał się ze swą byłą nałożnicą i poszedł w zadumie swoją drogą. Teraz zrozumiał, co jego sąsiad nazywał językowym pokarmem."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Do mistrza, który był wielkim znawcą sztuki, przybył pewien starszy pan, prosząc go o ocenę kilku swoich rysunków. Wyjął z teczki parę kartek i położył je przed mistrzem. Ten natychmiast zobaczył, że rysunki były wykonane po amatorsku i bez jakiegokolwiek talentu. Ponieważ nie uszło jego uwadze, z jakim napięciem gość czeka na jego werdykt, mistrz zatrzymywał wzrok na każdej z kartek dłużej, niż było to konieczne. Następnie odłożył rysunki i w oględnych słowach dał starszemu panu do zrozumienia, że nie spełniają one artystycznych wymogów i dlatego też mogą mieć jedynie wartość osobistą.

Gość był wyraźnie rozczarowany tymi słowami. Poprosił jednak mistrza, by zechciał obejrzeć jeszcze parę innych rysunków.

Ledwie mistrz zobaczył te prace, zawołał z podziwem:

- Ach, jakie piękne! Tak, tu dostrzegam ogromny talent. Ta subtelność i ten rozmach! Są takie świeże i beztroskie! Ich autor jest bez wątpienia jeszcze bardzo młody, ale też bardzo utalentowany. Przy prawidłowym prowadzeniu może być jeszcze z tego rysownika wielki malarz. Proszę mi zdradzić, kto to narysował?

- To byłem ja – powiedział, z trudem się opanowując, starszy pan. – Przed czterdziestoma laty. Gdybym tylko usłyszał wówczas tę dzisiejszą pochwałę! A tak, zniechęciłem się i zarzuciłem myśl o malarstwie."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Starsze małżeństwo rozglądało się w luksusowym sklepie ze szkłem i porcelaną za stosownym prezentem na okrągłe urodziny pewnej przyjaciółki.

- Spójrz jaka wspaniała miseczka – rzekła starsza pani i wzięła ostrożnie kruchą porcelanową czarkę o subtelnym, ażurowym brzegu, który wyglądał niczym brukselska koronka.

- Dziękuję za komplement. Ale nie zawsze byłam taką wytworną czarką – zadźwięczało w jej ręce. – Uważaj, nie upuść mnie! – krzyknęła czarka. – Bo nie będę ci już mogła opowiedzieć mojej historii.

Najpierw byłam tylko niepozorną, glinianą bryłą. Gdy niczego się nie spodziewając, ot tak sobie po prostu leżałam, jakiś człowiek wziął mnie nagle w swoje duże, mokre dłonie. Ugniatały mnie one i dusiły, tak iż brakło mi tchu. Szczypały mnie i boksowały, spłaszczały i ściskały, a ja nieustannie krzyczałam: „Dość! Dość już tego!”.

„Jeszcze nie!”, powiedział ów człowiek.

Następnie rzucił mnie na wirujący w obłędnym tempie krążek, że aż dostałam zawrotów.

„Dość! Dość już tego!”, wołałam. Lecz jedyne, co usłyszałam, to było: „Jeszcze nie!”.

Kiedy nadal ze świstem wirowałam, wepchnął mi w boki swoje kciuki i tak mnie ścisnął, że otrzymałam całkiem inną formę.

I znów zawołałam: „Dość! Dość już tego!”.

On jednak powiedział tylko: „Jeszcze nie!”.

Trzymając w dłoni spiczaste narzędzie, bezlitośnie wyżynał ze mnie małe kawałeczki. Lamentowałam i krzyczałam:

„Dość! Dość już tego!”. A on tylko warknął: „Jeszcze nie!”.

Następnie wziął drut i odciął mnie, wołają: „Ratunku!”, od reszty gliny, która została na krążku, po czym wsunął mnie do ogromnego pieca. Żar przenikający wszystkie moje pory stał się wkrótce do zniesienia. Myślałam, że przyjdzie mi się tam zwęglić i pełna przerażenia wciąż wołałam: „Dość! Dość już tego!”.

„Jeszcze nie!”, brzmiała dobrze mi już znana odpowiedź.

Nim zdążyły pochłonąć mnie płomienie, człowiek wyjął mnie z pieca. Nie był to jeszcze jednak kres moich cierpień. Jakaś kobieta wzięła mnie w dłonie i posmarowała białą masą, której opary przyprawiły mnie o śmiertelne wprost mdłości. „Dość! Dość już tego!”, dyszałam.

Ale ona tylko się roześmiała i powiedziała: :Jeszcze nie!”.

Oddała mnie z powrotem mężczyźnie, a ten, ku mojemu przerażeniu, włożył mnie ponownie do swojego żarzącego się pieca. Znowu błagałam, aby już przestał, lecz on powiedział: „Jeszcze nie!”.

To piekło wydawało mi się teraz potężniejsze niż uprzednio. W końcu w jakimś momencie drzwiczki się otworzyły. Człowiek wyjął mnie, po czym odstawił na bok do ostygnięcia.

Następnie przyszła po mnie jakaś ładna pani i taksowała mnie ze wszystkich stron. Po tych oględzinach wstawiła mnie do serwantki obok lustra. I wówczas przejrzałam się w nim po raz pierwszy od czasu mych cierpień. Nie wierzyłam własnym oczom. Nie byłam już nieforemną, brzydką obślizgłą bryłą. Byłam piękna, czysta, pełna blasku, doskonała. I aż krzyknęłam z radości."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Grając w ruletkę, mężczyzna stawia drobną kwotę na „czerwone” i wygrywa. Cieszy się. Wygraną znów stawia na „czerwone” i ponownie wygrywa. Zaciera ręce. Ośmielony tym stawia całą wygraną na jedną liczbę. W napięciu obserwuje bieg kuli. Wygrywa trzydziestopięciokrotność stawki. Stawia wysoką sumę na inną ulubioną liczbę i znów wygrywa. Niewiarygodne, ale tak jest przez cały wieczór.

Również następnego dnia tylko wygrywa. Trzeciego dnia wystawia swoje szczęście na próbę, lecz jakich by nie poczynił eksperymentów, wygrywa.

Czwartego dnia jego szczęśliwa passa trwa nadal.

Piątego dnia chce w końcu raz przegrać, ale wygrywa.

Szóstego dnia wyznaje przed samym sobą, że osiągnął to, czego zawsze pragnął: Nie może już przegrać. Jest tym, który wygrywa.

Siódmego dnia wieczorem mówi do krupiera:

- To wieczne wygrywanie nudzi mnie. Opuszczę teraz ten raj dla graczy. Może piekło będzie mi miało więcej do zaoferowania.

Człowiek przy ruletce ściąga brwi i mówi:

- A pan myśli, że gdzie pan jest?"

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Wytatuowany twardziel, z twarzą pokrytą szramami, kolczykiem w uchu i z grubym, złotym łańcuchem na przegubie ręki domagał się rozmowy z mędrcem. Ten poprosił go, by usiadł i zapytał, co może dla niego uczynić.

- Przez lata byłem na moim terenie postrachem. Ale potem zmarła mi żona, a ja długo chorowałem. Wprawdzie znów stanąłem na nogi, jednak od czasu mojej choroby nie opuszcza mnie myśl, że nie wszystko da się w życiu załatwić bronią. Chcę się zmienić. Chcę skończyć z dawnym stylem życia. Jak mogę nauczyć się ćwiczyć swój charakter i pokonywać własne „ego”?

Mędrzec spojrzał swojemu dziwnemu gościowi prosto w oczy i powiedział:

- Na jesteś na to wystarczająco silny.

- Co proszę? Mam władzę, wszyscy się mnie boją, jestem nieobliczalny, a kto poczuje moją pięść, ten szybko nie wstaje.

- A nie mówiłem?! – odparł mędrzec.”

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

Pewnego razu był sobie kamieniarz. Codziennie szedł w góry wycinać kamienie. A podczas pracy śpiewał, gdyż, choć był ubogim człowiekiem, nie pragnął więcej niż posiadał, wiec zupełnie o nic się nie troskał. Pewnego dnia wezwano go do pracy nad rezydencją szlachcica. Kiedy zobaczył wspaniałość tego pałacu, po raz pierwszy w życiu doświadczył bólu pożądania i powiedział wzdychając: "Gdybym tylko był bogaty! Wtedy nie musiałbym zarabiać na życie w pocie czoła, tak jak teraz". Wyobraźcie sobie jego zdziwienie, gdy usłyszał głos mówiący: "Twoje życzenie zostało spełnione. Odtąd wszystko, czego zapragniesz będzie ci dane". Nie wiedział, jak ma rozumieć te słowa, dopóki nie wrócił wieczorem do swej chaty i zamiast niej zastał pałac równie wspaniały jak ten, przy którym pracował. Tak, więc kamieniarz porzucił wycinanie kamieni i zaczął cieszyć się życiem bogatych. Pewnego dnia, gdy popołudnie było gorące i wilgotne, wyjrzał przez okno i zobaczył króla przejeżdżającego z wielkim orszakiem szlachty i niewolników. Pomyślał: "Jakbym chciał sam być królem i siedzieć w chłodzie królewskiego powozu!" Jego życzenie zostało natychmiast spełnione, a on stwierdził, że spoczywa w wygodach królewskiego powozu. Lecz powóz okazał się cieplejszy niż przypuszczał. Wyglądnął przez okno powozu i zaczął podziwiać potęgę słońca, którego żar potrafił przeniknąć nawet grube ściany powozu. "Chciałbym być słońcem", powiedział do siebie. Znowu jego życzenie zostało spełnione i zaczął wysyłać we wszechświat fale gorąca. Przez jakiś czas wszystko szło dobrze. Po czym w dzień deszczowy, usiłował przebić się przez grubą warstwę chmur i nie mógł. Kazał się, więc zmienić w chmurę i rozkoszował się swój ą mocą zatrzymywania słońca - dopóki nie zamienił się w deszcz i nie natrafił, ku swej irytacji, na potężną skałę, która tarasowała mu drogę, tak, że musiał popłynąć dookoła niej. "Co" krzyknął. "Znowu skała potężniejsza niż ja? Cóż, zatem chcę być skałą". Wnet wznosił się na zboczu górskim. Jednakże ledwie miał czas nacieszyć się swą wspaniałą postawą, gdy usłyszał dziwne odgłosy łupania pochodzące od podnóża. Spojrzał w dół i ku swemu przerażeniu, ujrzał siedzącą tam maleńką istotę ludzką, zajętą wycinaniem bloków kamienia spod jego stóp. "Co?", krzyknął. "Taka słabowita istota potężniejsza od tak okazałej skały jak ja? Chcę być człowiekiem!" Stwierdził, więc, że znowu jest człowiekiem, który chodzi w góry wycinać kamień i zarabia na życie w pocie czoła, ale z pieśnią w sercu, ponieważ jest zadowolony, że jest tym, czym jest i żyje tym, co ma. Nic nie jest tak dobre, jak wygląda, zanim "to dostaniemy.

Anthony De Mello

 

***

 

KAMIEŃ NA ZUPĘ - Pewna wiejska kobieta była zdziwiona, gdy u jej drzwi pojawił się dość dobrze ubrany nieznajomy i poprosił ją o coś do jedzenia. "Przykro mi", powiedziała. "Nie mam w tej chwili nic w domu". "Nie szkodzi", powiedział sympatyczny nieznajomy. "Mam tu w moim worku kamień na zupę; jeśli pozwolisz mi go włożyć do garnka z gotująca wodą, zrobię najsmaczniejszą zupę na świecie. Poproszę o bardzo duży garnek". Kobieta była ciekawa. Postawiła garnek na ogniu i szepnęła sąsiadce o tajemnicy kamienia na zupę. Zanim woda się zagotowała, wszyscy sąsiedzi zgromadzili się, żeby zobaczyć nieznajomego i jego kamień na zupę. Nieznajomy wrzucił kamień do wody, potem skosztował łyżeczkę ze smakiem i wykrzyknął: "Ach, wyborna! Potrzeba jej tylko trochę ziemniaków". "Mam ziemniaki w kuchni", wykrzyknęła jedna kobieta. Za kilka minut była z powrotem z dużą ilością pokrojonych na plasterki ziemniaków, które zostały wrzucone do garnka. Potem nieznajomy znowu spróbował wywaru. "Wyśmienita!" powiedział. Lecz dodał tęsknie: "Gdybyśmy tylko mieli trochę mięsa, byłby z tego smaczny gulasz". Inna gospodyni pobiegła do domu i przyniosła trochę mięsa, które nieznajomy wdzięcznie przyjął i wrzucił do garnka. Kiedy znowu spróbował bulionu, wzniósł oczy do nieba i powiedział: "Gdybyśmy mieli trochę jarzyn, byłaby doskonała, absolutnie doskonała". Jedna z sąsiadek popędziła do domu i wróciła z koszykiem marchewek i cebuli. Gdy i one zostały wrzucone i nieznajomy spróbował mikstury, powiedział rozkazującym głosem: "Sól i przyprawy". "Tutaj", powiedziała gospodyni. Potem padło następne polecenie: "Miski dla wszystkich". Ludzie pobiegli do domów w poszukiwaniu misek. Niektórzy przynieśli przy okazji nawet chleb i owoce. Potem wszyscy zasiedli do pysznego posiłku, podczas gdy nieznajomy rozdawał duże porcje swej niewiarygodnej zupy. Wszyscy czuli się dziwnie szczęśliwi, gdy śmiali się i rozmawiali, i dzielili swój pierwszy wspólny posiłek. Pośrodku tej wesołości nieznajomy wymknął się cicho, pozostawiając cudowny kamień na zupę, żeby mogli z niego skorzystać, kiedy tylko będą chcieli ugotować najpiękniejszą zupę świata.

Anthony De Mello

Link to post
Share on other sites

"Do mędrca przyszła pewna kobieta, która z powodu swojego zawistnego i złośliwego języka nie cieszyła się zbytnim poważaniem.

- Wiem, że mam niewyparzoną gębę – powiedziała ze zdruzgotaną miną – i że jestem grzesznicą. Ledwo otworzę usta, zaraz kogoś obmówię. Wiem, że źle robię. Potem jest mi wstyd i żałuję mego zachowania. Ale mój temperament wciąż bierze górę. Przez moment czuję się wielka i silna, a po chwili mam moralnego kaca. Sądzisz, że Bóg może przebaczyć takiej jak ja?

- Czy ty, gdy pobrudzisz swoją sukienkę, od razu ją wyrzucasz? – spytał mędrzec.

- Oczywiście że nie, obruszyła się kobieta. Piorę ją, aż znikną wszystkie plamy i jest czysta, wtedy znów ją ubieram.

- Jeśli ty przykładasz aż tak wielką wartość do czystej odzieży – rzekł mędrzec – to czy nie sądzisz, że Bóg jeszcze większą wagę przykłada do dobrego wizerunku człowieka?"

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"W małym jeziorze żył sobie żółw. Nie był lubiany przez innych współmieszkańców, bo nie zamykał mu się pyszczek. Kiedy pewnego razu przybyły tam dwie gęsi, żółw gadał do nich bez ustanku. Mając dość tej paplaniny, postanowiły się stamtąd wynieść.

- Ach, weźcie mnie, proszę, ze sobą! – błagał żółw. – Tkwię tu już wiele lat i czuję się bardzo samotnie. Pozwólcie mi z wami polecieć.

Gęsi wyśmiały go. Niby w jaki sposób? Czegoś tak zwariowanego jeszcze nigdy nie słyszały.

- Przestańcie się ze mnie naigrywać! – zawołał żółw. – To przecież całkiem łatwe. Najpierw musimy znaleźć jakiś długi kij, mocny i prosty. Każda weźmie w dziób jeden koniec kija, a ja uchwycę się go pyszczkiem w środku i będę się mocno trzymał moimi silnymi szczękami. Wówczas wzbijecie się w górę. W ten sposób polecę z wami nad jezioro, które się wam spodoba.

- Cóż za niecodzienny pomysł! – powiedziały gęsi. – To jest zbyt niebezpieczne. Mógłbyś spaść, a wtedy natychmiast byś się zabił.

- Nic mi się nie stanie, jestem tego pewien. Mój pyszczek jest mocny i z łatwością udźwignie mój ciężar.

- Możliwe – odpowiedziały gęsi. – Twój pyszczek jest mocny od gadania. Ale będziesz tylko wówczas bezpieczny, jeśli nie tylko twój pyszczek utrzyma ciebie, lecz także kiedy ty utrzymasz za zębami swój język.

- To przecież jasne – odparował żółw. – Nie pisnę ani słówka. Wiem, kiedy mogę mówić, a kiedy muszę milczeć. A wiec wyruszamy. Mój pomysł jest znakomity. Bądźcie tak miłe i weźcie mnie ze sobą.

- No, dobrze – powiedziały gęsi. – Nie chcemy ci psuć nastroju. Ale nie gwarantujemy ci bezpieczeństwa. Tylko ty sam jesteś za nie odpowiedzialny.

- W takim razie poszukajmy teraz właściwego kijka. Zobaczycie, że potrafię milczeć, gdy jest to konieczne.

Wkrótce znaleźli stosowny kij. Każda z gęsi wzięła jeden koniec w dziób, a żółw uczepił się pyszczkiem środka. Wzbijając się w górę, gęsi trzepotały zamaszyście skrzydłami, zaś żółw wisiał na kijku pomiędzy nimi.

Lecieli ponad drzewami, polami oraz drogami i każdy, kto spojrzał w górę i dostrzegł osobliwe trio, nie wierzył własnym oczom.

Teraz oto lecieli ponad jakąś wioską. W dole bawiły się dzieci.

- Ej, patrzcie, patrzcie! – doszedł do nich dźwięk podnieconego dziecięcego głosiku. – Dwie gęsi lecą z żółwiem!

- Super! – zawołał z podziwem jakiś chłopiec. – Jakie te gęsi są zmyślne! Znalazły sposób na przetransportowanie żółwia!

- Te gęsi są szałowe!

- Pierwsza klasa ten ich trik!

Naturalnie również żółw słyszał owe pełne zachwytu okrzyki dzieci. I złościło go, że chwalono gęsi. W końcu to on wpadł na ten pomysł. Jemu należała się pochwała. Dlatego...

- To był mój pomysł! – zawołał, nim znalazł się ponownie na ziemi i zamilkł na zawsze."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Pewien bardzo bogaty człowiek miał dwóch synów bliźniaków, którzy nie mogli się już bardziej od siebie różnić. Wprawdzie obaj byli postawni i o miłej powierzchowni, ale ich usposobienia były z gruntu odmienne. Starszy o kilka minut był absolutnym pesymistą, młodszy niepoprawnym optymistą.

Z okazji ich osiemnastych urodzin ojciec postanowił sprezentować każdemu coś, co kazałoby mu inaczej niż dotychczas spojrzeć na życie, otwierając mu oczy na to, czego nie dostrzegał.

Skontaktował się z najbardziej znamienitym zegarmistrzem świata i zamówił dla starszego syna zegarek, którego mechanizm i oprawa byłyby jedyne w swoim rodzaju. Pieniądze nie odgrywały żadnej roli. Wszystkie detale miały być ekskluzywne i w najwyższym gatunku, w całości ze złota i diamentów. Liczyło się tylko to, by ten cudowny przedmiot znalazł się w dniu urodzin w rękach syna.

Następnie zlecił ogrodnikowi, by w urodzinowy poranek postawił przy łóżku młodszego syna, gdy ten będzie jeszcze spał, przewiązany piękną wstążką duży kosz z łajnem.

W dzień urodzin synów ojciec udał się do pokoju starszego z nich, złożył mu serdeczne życzenia i wręczył mu unikalny, cenny zegarek.

- Czy podoba ci się mój prezent? – spytał ojciec.

- Jakby tu powiedzieć…, jest przesadnie zbytkowny. Wygląda na bardzo drogi. Tego typu rzeczy zawsze są w pierwszym rzędzie narażone na kradzież. Poza tym mogę go również zgubić. Albo mi upadnie i się zepsuje.

Rozczarowany tym malkontenctwem ojciec poszedł do pokoju młodszego syna.

Jeszcze nie zdążył otworzyć drzwi, a już dobiegły do jego uszu okrzyki radości i śpiew szczęśliwego solenizanta. Kiedy wszedł do pokoju, syn rzucił mu się ze śmiechem na szyję.

- Cudowne! Trafione w dziesiątkę! – zawołał, nie posiadając się z radości. – Że też udało ci się tato odgadnąć i spełnić moje skryte pragnienie. To po prostu wspaniałe. Jesteś nieoceniony!

- O czym ty mówisz? Za cóż ty mi dziękujesz? – zapytał ojciec, spoglądając kątem oka na kosz pełen łajna.

- No… - zawołał syn na całe gardło – za konia!"

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Cała rodzina udała się na posiłek do restauracji. Kelner wręczył każdemu kartę, także małej, ośmioletniej Ani. Dorośli cały czas prowadzili ze sobą rozmowę, z której Ania czuła się wyłączona. Ale taką sytuację dobrze już znała.

Po chwili kelner podszedł ponownie do ich stolika, by przyjąć zamówienie. Na koniec zwrócił się także do Ani.

- A co tobie mam przynieść? – spytał.

- Kiełbaskę z sałatką ziemniaczaną i sok jabłkowy – powiedziała Ania.

- Nie! – włączyła się babcia. – Dziecko dostanie pierś kurczaka, marchewkę i kartofle puree.

- I do tego szklankę mleka! – uzupełnił ojciec.

- Chcesz do kiełbaski ketchup czy łagodną musztardę? – spytał kelner pomimo pełnych dezaprobaty spojrzeń rodziny.

- Ketchup – odparła Ania. I kiedy kelner oddalił się z zamówieniami, dziewczynka powiedziała:

- Wiecie co? Myślę, że on jest jedynym, który uważa, że ja naprawdę istnieję."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

BAJKA O MIŁOŚCI

 

Powiada, że pewnego razu spotkały się na Ziemi

wszystkie uczucia i cechy ludzkich istot.

I tak:

Gdy Znudzenie ostentacyjnie ziewnęło po raz trzeci,

Szaleństwo, jak zwykle obłędnie dzikie, zaproponowało:

- Pobawmy się w chowanego!

Intryga, niezmiernie zaintrygowana, uniosła tylko lekko brwi,

a Ciekawość, nie mogąc się powstrzymać,

spytała z typowym dla siebie zainteresowaniem:

- W chowanego? A co to takiego?

- To zabawa - wyjaśniło żywo Szaleństwo

polegająca na tym, iż ja zakryję sobie oczy

i powoli zacznę liczyć do miliona.

W międzyczasie wy wszyscy dobrze się schowacie,

a gdy skończę liczyć, moim zadaniem będzie was odnaleźć.

Pierwsze z was, na którego kryjówkę trafię,

zajmie moje miejsce w następnej kolejce.

Podekscytowany Entuzjazm zaczął

tańczyć w towarzystwie Euforii.

Radość podskakiwała tak wesoło,

iż udało się jej przekonać do gry Wątpliwość,

a nawet Apatię, której nigdy niczym

nie dało się zainteresować.

 

Jednakże nie wszyscy chcieli się przyłączyć.

Prawda wolała się nie chować,

w końcu i tak zawsze ją odkrywano.

Duma stwierdziła, że zabawa jest głupia,

ale tak naprawdę w głębi duszy gryzło ją,

iż pomysł wyszedł od kogo innego.

Tchórzostwo z kolei nie chciało ryzykować.

 

- Raz, dwa, trzy - zaczęło liczyć Szaleństwo.

 

Najszybciej schowało się Lenistwo,

osuwając się za pierwszy lepszy napotkany kamień.

Wiara pofrunęła do nieba,

a Zazdrość ukryła się w cieniu Triumfu,

który z kolei wspiął się o własnych siłach hen!

Na sam szczyt najwyższego drzewa.

Wspaniałomyślność długo nie mogła znaleźć

dla siebie odpowiedniego miejsca, gdyż wszystkie

kryjówki wydawały się jej idealne dla przyjaciół:

krystalicznie czyste jezioro było

wymarzonym miejscem dla Piękności,

dziupla - w sam raz dla Nieśmiałości,

motyle skrzydła stworzono dla Zmysłowości,

powiew wiatru okazał się natomiast najlepszy dla Wolności.

W końcu Wspaniałomyślność schowała się

za promyczkiem słońca.

Z kolei Egoizm znalazł sobie, jak sądził,

wspaniałe miejsce:wygodne i przewiewne,

a co najważniejsze - przeznaczone tylko, tylko dla niego.

Kłamstwo schowało się na dnie oceanów, a może

skłamało i tak naprawdę ukryło się za tęczą?

Pasja i Pożądanie w porywie gorących uczuć,

wskoczyli w sam środek wulkanu.

Niestety wyleciało mi z pamięci,

gdzie skryło się Zapomnienie,

lecz to przecież mało ważne.

 

Gdy Szaleństwo liczyło dziewięćset dziewięćdziesiąt

dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć

Miłość jeszcze nie zdołała znaleźć sobie odpowiedniego miejsca.

W ostatniej chwili odkryła jednak zagajnik dzikich róż

i schowała się wśród ich krzaczków.

 

- Milion - krzyknęło na końcu Szaleństwo

i dziarsko zabrało się do szukania.

Od razu, rzecz jasna, odnalazło

schowane parę kroków dalej Lenistwo.

Chwilę potem usłyszało Wiarę

rozmawiającą w niebie z Panem Bogiem.

W ryku wulkanów wyczuło natomiast

obecność Pasji i Pożądania.

Następnie, przez przypadek, odnalazło Zazdrość,

co szybko doprowadziło je do kryjówki Triumfu.

Egoizmu nie trzeba było wcale szukać,

gdyż jak z procy wyleciał ze swej kryjówki,

kiedy okazało się, iż wpakował się

w sam środek gniazda dzikich os.

 

Trochę zmęczone szukaniem Szaleństwo przysiadło

na chwilę nad stawem i w ten sposób znalazło Piękność.

Jeszcze łatwiejsze okazało się odnalezienie Wątpliwości,

która niestety, nie potrafiła się zdecydować,

z której strony płotu najlepiej się ukryć.

 

W ten sposób wszyscy zostali znalezieni:

Talent wśród świeżych ziół,

Smutek - w przepastnej jaskini,

a Zapomnienie... cóż,

już dawno zapomniało,iż bawi się w chowanego.

Do znalezienia pozostała tylko Miłość.

 

Szaleństwo zaglądało za każde drzewko,

sprawdzało w każdym strumyczku,

a nawet na szczytach gór i już miało się poddać,

gdy odkryło niewielki różany zagajnik.

Patykiem zaczęło odgarniać gałązki...

 

Wtem wszyscy usłyszeli przeraźliwy okrzyk bólu.

Stało się prawdziwe nieszczęście!

Różane kolce zraniły Miłość w oczy.

Szaleństwu zrobiło się niezmiernie przykro,

zaczęło prosić, błagać o przebaczenie,

aż w końcu poprzysięgło zostać

przewodnikiem ślepej z jego winy przyjaciółki.

 

I to właśnie od tamtej pory, od czasu,

gdy po raz pierwszy bawiono się na Ziemi w chowanego,

 

Miłość jest ślepa i zawsze towarzyszy jej Szaleństwo.

 

***

 

"Stary wdowiec dzwonił raz w tygodniu do swojej córki. Jako sędzina w Sądzie Krajowym była niezwykle zajętą, robiącą karierę kobietą. Ojciec bardzo szczycił się „swoją dziewczynką”. Żałował tylko, że miejscowość, w której znajdował się sąd, leżała w odległości ponad czterystu kilometrów od jego domu.

- Powiedz, kiedy przyjedziesz mnie odwiedzić? Czy nie mogłabyś czasami zrobić sobie dłuższego weekendu? A jeśli musisz poczytać jakieś akta, to możesz je przecież tu przywieźć. Najważniejsze, że znów byśmy się zobaczyli – zachęcał ojciec.

- Ach, tato, miej dla mnie trochę wyrozumiałości! Wiesz przecież, jak to jest. Nie mogę ot tak po prostu przekładać terminów spraw i odwoływać posiedzeń lub być niedostatecznie przygotowaną na jakąś rozprawę. Zrozum mnie, proszę! Zawsze przecież o tobie myślę!

- Czy przyjedziesz przynajmniej na mój pogrzeb?

- Cóż to w ogóle za pytanie tato? Oczywiście, że przyjadę!

- Naprawdę nie chcę wywierać na ciebie presji, tylko że podczas mojego pogrzebu twoja obecność na nic mi się już nie zda. Ja potrzebuję ciebie teraz!"

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Władca oraz jego minister stali przy balustradzie tarasowego ogrodu na dachu pałacu, przyglądając się z góry krzątaninie na ulicach królewskiego miasta i prowadząc dysputę. Władca wziął właśnie ze złotej patery wafel z miodem, którego kropla spadła na znajdującą się poniżej przeciwsłoneczną markizę.

Zawsze akuratny minister chciał zaraz dać polecenie, by tę kroplę usunięto.

- Nie przerywaj mi teraz – rozkazał władca. – Cóż znaczy kropelka miodu? Może się nią ktoś później zająć.

Tak więc minister zamilkł. I kiedy się dalej przysłuchiwał rozważaniom władcy, zauważył, że kropla miodu spłynęła z markizy i kapnęła na ulicę.

Na kropli zbierało się coraz więcej końskich much zwabionych jej słodkim zapachem.

Muchy wypatrzyła jaszczurka i migiem pochwyciła jedną z nich. Bzyczenie uciekających w panice much przyciągnęło uwagę kota. Złapał jaszczurkę i bawił się teraz swoją zdobyczą na środku ulicy. To zaś zaciekawiło dużego psa, który oto skoczył na kota. Hałas walczących zwierząt skłonił ministra do przerwania monologu władcy.

- Wasza Wysokość, chyba powinienem polecić komuś, by rozdzielił te zwierzęta, aby nie doszło do jakiegoś nieszczęścia

- Co cię to obchodzi, ministrze? Nie będziemy się do tego wtrącać – skarcił go władca.

Tymczasem na ulicę wybiegli właściciele kota oraz psa i próbowali ratować swoje zwierzęta. Najpierw zaczęli się na całe gardło wzajemnie obwiniać o to, że zwierzę drugiego wywołało walkę, po czym przeszli do rękoczynów. Przechodnie, przyjaciele i sąsiedzi utworzyli wkrótce dwa obozy, które jeszcze podgrzewały obu przeciwników do walki. Zawierucha, jaka się rozpętała przed pałacem, wyprowadziła w końcu władcę z równowagi.

- Nie ścierpię żadnych burd na ulicach mojego królestwa. Ministrze, wyślij natychmiast straż pałacową, aby niezwłocznie zakończyła ten tumult. I ma przy tym zastosować drakońskie środki! – rozkazał władca.

Kiedy straż pałacowa przystąpiła do akcji, awantura uległa dalszej eskalacji. Teraz natarły na siebie także obie przeciwne strony, składające się ze zwolenników właściciela psa lub właściciela kota. Ranni leżeli pokotem na ziemi, w powietrzu fruwały kamienie, demolowano sklepy.

Straż pałacowa nie mogła opanować powstałego zamętu i zawołała na pomoc gwardię narodową. Kiedy do akcji wkroczyło wojsko, iskra tej awantury przeniosła się na wszystkich niezadowolonych w całym kraju i wywołała serię gwałtownych zamieszek, które przeobraziły się w wojnę domową. Wojna trwała dwa lata i obróciła królestwo w perzynę.

Potomkowie garstki pozostałych przy życiu wydali zarządzenie, do którego miały się zastosować nawet dzieci: Każdy z nas jest tak w sprawach drobnych, jak i wielkich odpowiedzialny za swoje czyny oraz zaniechania. Ignorowane małe problemy urastają do ogromnych. I całe królestwo może ulec zagładzie z powodu jednej jedynej kropli miodu."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"W Etiopii opowiada się, że dawno, dawno temu mieszkały we wspólnym dużym domu ogień, woda, prawda oraz kłamstwo, nawzajem się respektując i dobrze ze sobą żyjąc. Zważały jednak na to, by nie utrzymywać nazbyt bliskich kontaktów lub też by nie popaść w konflikt. Prawda i kłamstwo siedziały zawsze po przeciwległych stronach pokoju. A ogień z zasady schodził z drogi wodzie.

Pewnego dnia nasi współmieszkańcy udali się wspólnie na polowanie. Spędzili liczne zwierzęta i teraz mieli zagnać je do domu.

- Podzielmy naszą zdobycz tak, by każdy dostał po równo – zaproponowała prawda, gdy wraz ze stadem przemierzali pastwiska.

Nikt nie miał nic przeciwko temu, poza kłamstwem. Chciało ono mieć większy udział, ale nie sprzeciwiło się propozycji prawdy, lecz umyśliło sobie pewien plan.

Gdy dalej podążali w kierunku domu, kłamstwo zostało po pewnym czasie trochę w tyle i zbliżyło się ukradkiem do wody.

- Jesteś o wiele potężniejsza niż ogień – szepnęło kłamstwo. – Zagaś go, a otrzymamy większy udział.

Mając na względzie własną korzyść, woda rozlała się na ogień i po krótkiej walce ugasiła go. Potem popłynęła dalej i była zadowolona, że teraz otrzyma o wiele więcej zwierząt.

Tymczasem kłamstwo zbliżyło się do prawdy i sekretnie jej szepnęło:

- Spójrz, co się stało: woda z czystej zachłanności pozbyła się naszego serdecznego przyjaciela. Musimy się ratować przed mordercą. Zagońmy czym prędzej nasze stado w góry. Tam nie będzie nam grozić żadne niebezpieczeństwo.

Prawda wraz z kłamstwem oraz zwierzętami udała się w góry. Woda próbował podążyć za nimi. Coraz bardziej się pieniąc, wykonywała wciąż nowe podejścia, ale ponieważ nie była w stanie płynąć pod górę, szaleje i pieni się po dzień dzisiejszy wokół skał.

Kłamstwo i prawda dotarły bez przeszkód na szczyt. Po czym kłamstwo zawołało prowokacyjnie do prawdy:

- Jestem o wiele potężniejsze od ciebie. Dlatego będziesz mi w przyszłości służyć jako swemu władcy! Do mnie też należy całe stado!

Prawda uniosła się i zawołała:

- Nigdy nie będę ci służyć!

Następnie doszło między nimi do walki, która trwała wiele godzin i wiele dni, lecz żadne z nich nie mogło pokonać drugiej strony. Wyczerpane postanowiły, że ich spór rozstrzygnie wiatr, który wiejąc po świecie miał pytać ludzi o to, czy potężniejsza jest prawda, czy też kłamstwo. Jednak i on był tu bezradny.

Jedni ludzie twierdzili:

- Najmniejsze kłamstewko jest w stanie pokonać największą prawdę.

- Ciemność nie może zagasić światła – mówili inni i byli przekonani, że prawda jest niczym płomyk świeczki, który rozjaśnia mrok kłamstwa.

W końcu wiatr powrócił i rzekł:

- Dowiedziałem się, że kłamstwo jest bardzo potężne. Ale jest bez szans, dopóki prawda nie ustanie w walce o to, by była słyszalna.

I tak pozostało do dnia dzisiejszego."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"W rozmowie z mędrcem pewien człowiek uskarżał się na sytuację współczesnego świata.

- Mamy ogromne problemy z przestępczością, anomalia klimatyczne, wojny, korupcję i tak dalej, a także kupę idiotów, którzy nie wiedzą, jak ten świat uratować. Nawet ja potrafiłbym stworzyć lepszy świat niż oni.

- I oto właśnie chodzi! – odpowiedział z uśmiechem mędrzec."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Dwaj mieszkający po sąsiedzku chłopcy razem wzrastali i przez wszystkie lata byli nierozłącznymi przyjaciółmi. Kiedy założyli własne rodziny, tak to urządzili, że ich domostwa znajdowały się obok siebie, a między nimi biegła tylko wąska ścieżka.

Któregoś dnia pewien zawistny człowiek postanowił wystawić ich przyjaźń na próbę. Nałożył na siebie płaszcz, którego prawa połowa była cała niebieska, a lewa od góry do dołu czerwona. Następnie, głośno śpiewając frywolną piosenkę, przeszedł graniczną dróżką w czasie, gdy obaj przyjaciele pracowali na swych poletkach. Każdy z nich podniósł wzrok i spojrzał na niego od swojej strony.

Wieczorem przyjaciele usiedli przed swymi domami i odpoczywając po pracy, popijali sobie po szklaneczce piwa. W pewnej chwili jeden z nich zapytał:

- Nie uważasz, że ten człowiek w czerwonym płaszczu świetnie śpiewał?

- Ten płaszcz był niebieski – odrzekł drugi.

- Dobrze mu się przyjrzałem, gdy przechodził między naszymi polami. Płaszcz był z całą pewnością czerwony – oponował pierwszy.

- Chyba wiem, co widziałem. I mówię ci: Płaszcz był niebieski!

- Nie, mylisz się! Płaszcz był czerwony – twierdził z uporem pierwszy.

- Musiałeś nagle stać się daltonistą – irytował się drugi. – Jeszcze raz ci powtarzam: Płaszcz był niebieski!

- Chyba masz mnie za głupka?! Płaszcz był czerwony.

- Niebieski!

- Czerwony!

- Niebieski!

- Czerwony!

A ponieważ słowa nie wystarczyły, by przeforsować swoją rację, skoczyli na siebie z pięściami i tak długo się nimi okładali, aż padli z nóg.

Wówczas zawistnik, który odczuwając ogromne zadowolenie, z ukrycia obserwował bieg wypadków, podszedł do walczących i rozdzielił ich.

- Oto skończyła się wasza rzekomo wieczna przyjaźń! – zawołał pełen złośliwej satysfakcji.

- Spójrzcie tu, przekonani o swych racjach durnie! Obejrzyjcie sobie mój wspaniały płaszcz: lewa strona czerwona, prawa niebieska.

- Sprowokowałeś nas! – zawołali przyjaciele. – Zasiałeś między nami niezgodę, aby nas poróżnić i zniszczyć naszą przyjaźń!

- Nie obwiniajcie mnie – zaprotestował zawistnik i odpierając ich zarzut, powiedział:

- Nie wezwałem was do walki. Obaj macie słuszność. I obaj jej nie macie. To, co każdy z was powiedział, jest prawdą. Ale nie poznaliście całej prawdy. Walczyliście ze sobą, narażając swoją przyjaźń, ponieważ każdy z was spojrzał na mój płaszcz tylko ze swojego miejsca lub innymi słowy: ze swojego punktu widzenia."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

Pewien rabin zebrał swoich uczniów i zapytał:

- Kiedy możemy zauważyć moment, gdy kończy się noc a zaczyna dzień?

- Wtedy, gdy jesteśmy w stanie odróżnić owcę od psa - powiedział jeden chłopiec.

- Nieprawda - odezwał się drugi - Wiemy, że zaczyna się dzień, kiedy z dużej odległości możemy odróżnić drzewo oliwne od figowca.

- To niezbyt dobre wytłumaczenie.

- A jaka jest odpowiedź? - spytali chłopcy.

Rabin odparł:

- Kiedy podchodzi do nas obcy człowiek, a my bierzemy go za naszego brata i znikają spory - to jest chwila, gdy kończy się noc, a zaczyna dzień.

 

***

 

"Na przedmieściu małego miasteczka, w starym jak świat domu mieszkał samotnie podeszły w latach mężczyzna. Nikt go nigdy nie odwiedzał i nikt się o niego nie troszczył, dlatego też nie było nikogo, kto by mógł coś o nim powiedzieć. Jednak każdy z sąsiedztwa miał wyrobione zdanie na jego temat. Niektórzy uważali go jedynie za niegroźnego, samotnego starego człowieka. Inni mówili, że jest dziwny i ma nie po kolei w głowie. A kto trzymał w karbach swoje dzieci, ten straszył je nim, zwłaszcza córki.

Chłopcy nie dawali się jednak tak łatwo odstraszyć. Wręcz przeciwnie. Chcieli wykazać się odwagą, ciskając w jego dom kamieniami, kradnąc mu z drzew owoce i wyrywając kwiatki w ogródku. Obrzucali go przy tym, dopóki byli w bezpiecznej odległości, stekiem różnorakich grubiańskich wyzwisk, po czym uciekali.

Któregoś dnia pewnemu starszemu już chłopcu przyszła do głowy myśl, by wystawić staruszka na próbę.

- Mam już dość tych bzdur opowiadanych o nim przez dorosłych. Jedni uważają go za podejrzanego, ponieważ wszystkich unika i z nikim nie rozmawia. Inni mówią, że jest byłym więźniem, paru uważa go za piekielnie bogatego, ale jednocześnie starego sknerę. Słyszałem nawet, że ma być ponoć profesorem, czy kimś takim. Ale myślę, że jest on tylko starym blagierem i to wszystko. Poddam go próbie. Złapię ptaka i postawię mu dwa pytania. Na pewno za każdym razem przegra. Wtedy będzie oczywiste, że jest tylko starym blagierem.

Oczywiście wszyscy chcieli mu asystować w tej zapowiadającej się świetnie zabawie.

Gdy chłopak pochwycił w sidła ptaka, cała gromada ruszyła hurmem pod dom staruszka, by okrzykami wywołać go z domu.

Chłopak trzymał oburącz ptaka, którego chował za plecami i spytał staruszka, czy mógłby zgadnąć, co ma w swoich rękach.

Staruszek dobrze wiedział, że dzieci chciały go ośmieszyć. A ponieważ zauważył na swetrze chłopca białe ptasie piórko, powiedział, uśmiechając się:

- Ptaszka o białych piórkach.

Kilkoro dzieci zbladło ze zdumienia. Skąd mógł to wiedzieć? Może jest czarodziejem albo czarnoksiężnikiem, który mógłby ich wszystkich przemienić w świnie lub w dżdżownice?

Jednak ów chłopak zachował spokój. Teraz zamierzał zadać decydujące pytanie, a mianowicie, czy ptak w jego rękach jest martwy, czy też żywy. Jeśli staruszek powie „martwy”, to wypuści go na wolność. Jeśli jednak powie „żywy”, to w tej samej chwili szybko ptaszka zadusi. Zatem tak, czy tak staruszek się zblamuje.

- Powiedz mi teraz dziadku, żyje ten ptak, czy jest martwy?

Staruszek zajrzał ze smutkiem każdemu dziecku w oczy. Następnie spojrzał na chłopca i powiedział cicho:

- To zależy tylko od ciebie. Odpowiedź jest w twoich rękach."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Żyjącego w dżungli lwa bały się z powodu jego nieopanowania wszystkie leśne stworzenia. Zabijał każde zwierzę, jakie mu się tylko nawinęło.

Mieszkańcy puszczy utracili przez to radość życia. Na tajnym zgromadzeniu postanowili więc, że każdego dnia uda się do niego jedno wybrane losowo zwierzę, aby ofiarować mu się za pozostałe.

Zwierzęta przybyły pod jaskinię lwa i zawołały:

- Potężny władco, składamy ci królewską ofertę. Jeśli zaniechasz swojego bezwzględnego polowania, to będziemy ci przysyłać każdego dnia na obiad jedno z nas. Przyznasz z pewnością, że samorzutne przybywanie do ciebie pożywienia stanowić będzie dużą wygodę. Uganianie się za jakąś strawą jest naprawdę poniżej twojej godności.

Po krótkim zdziwieniu lew ryknął:

- Słusznie! Zgadzam się. Nie będę już odtąd polował. Ale moja strawa ma przybywać do mnie punktualnie. Nie cierpię czekania na jedzenie.

Następnego dnia zwierzęta wysłały lwu na obiad starego mądrego zająca. Ale nie było mu wcale spieszno do tego, by dać się pożreć. Kiedy przybył wreszcie pod lwią jaskinię, słońce chyliło się właśnie ku zachodowi. Lew był wściekły.

- Przybywasz bardzo późno. Dlaczego kazałeś mi tak długo na siebie czekać?

- Nie z mojej winy – powiedział stary wyga. – Potężny lew powstrzymał mnie od przybycia tu wcześniej. Mogę ci go dokładnie opisać: Miał silne łapy z długimi, ostrymi pazurami, takie same jak ty; imponującą grzywę i piękną sierść, dokładnie jak ty; napawające lękiem kły i potężną paszczękę, tak jak ty.

- Co proszę? – ryknął lew, płonąc gniewem. – Inny lew w moim lesie? Zaprowadź mnie do niego natychmiast!

- Jeśli Wasza Wysokość zechce za mną podążyć – powiedział uniżenie zając, mogę Go natychmiast do niego zaprowadzić.

Mądry zając przyprowadził lwa do głębokiej studni, wypełnionej po brzegi wodą. Wskazał na nią łapą i powiedział:

- Niech Wasza Wysokość tu zajrzy, a zobaczy najniebezpieczniejszego lwa dżungli.

Lew podszedł do studni, zajrzał do środka i zobaczył w spokojnej tafli wody swoje własne odbicie. Mniemając, że widzi obcego lwa, swojego wroga, wydał z siebie przeraźliwy ryk: GRR-OO-AA-RRR!

Jego ryk wypełnił wnętrze studni i odbił się echem od jej ścian: GRR-OO-AA-RRR!

- Kim jesteś? – ryknął jeszcze głodniej.

A echo również spytało:

- Kim jesteś?

- Jestem panem dżungli! – ryknął.

A echo odpowiedziało:

- Jestem panem dżungli.

- Ważysz się samego siebie nazywać władcą?! – grzmiał lew.

- Ważysz się samego siebie nazywać władcą?! – zagrzmiało w odpowiedzi echo.

Tego lew nie mógł zdzierżyć. Wściekły rozwarł paszczękę i uniósł swoje potężne łapy, pokazując przeciwnikowi niebezpieczne pazury. Jednym susem skoczył do oczu pretendującemu do władzy przeciwnikowi. W tej samej chwili rozległ się potężny plusk i lwa nigdy więcej już nie widziano."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Do mędrca przyszli dwaj mężowie i ojcowie rodzin, którzy wiedli ze sobą spór o kawałek ziemi.

- Ta ziemia należy do mojej rodziny od wielu pokoleń – powiedział przedstawiciel jednej strony. – Mogę to udowodnić w niepodważalny sposób, przedstawiając stosowne dokumenty.

- Nic mi o tym nie wiadomo – powiedział przedstawiciel drugiej strony. – Ziemia ta leżała wiele lat odłogiem. Nikt się o nią nie troszczył. Tak wiec zaczęliśmy ją zagospodarowywać. Teraz, kiedy ziemia dzięki naszej pracy wydaje plon, przychodzą ci ludzie i chcą nas przepędzić. Wprawdzie nie mamy papierów, ale mamy za to odciski na dłoniach, a naszych plecach odczuwamy ciężar poniesionych trudów.

Powiedziawszy swoje, każdy z nich napierał na mędrca, aby rozstrzygnął spór na jego korzyść.

Mędrzec nie dał się jednak skołować. Poprosił skłóconych, aby zaprowadzili go na ową ziemię, która była przyczyną ich sporu. Przybywszy tam, przeszedł po niej parę kroków, ukląkł, pochylił się, przyłożył do niej ucho i nasłuchiwał. Po chwili podniósł się i udał się w stronę czekających w napięciu mężczyzn.

- Nie wiem wprawdzie, co zrobiłeś – zawołał jeden z nich – ale powiedz już wreszcie, że ziemia należy do mnie.

- Nie, nie, powiedz, że należy do mnie – zawołał drugi.

- Ponieważ nie możecie dojść do porozumienia – powiedział wreszcie mędrzec – zapytałem o to samą ziemię. A ona mówi, że żaden z was jej nie posiada. Ziemia mówi, że to ona was posiada."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"W wysokiej trawie pod lasem pewien ptasznik upolował kiedyś całe stado przepiórek. Przyniósł je do domu i zamknął w klatce. Cały dzień w niej hałasowały, w kółko biegały i urągały na swoją niewolę. Tylko gdy dostawały karmę, były jakiś czas cicho, całkowicie zajęte napełnianiem swoich żołądków. Wszystkie przepiórki w klatce zachowywały się tak samo, poza jedną, która cicho siedziała w kącie.

Przepiórka ta nie biegała nerwowo w kółko. Nie włączała się do głośnego protestu z powodu niewoli. Nie spierała się też z innymi o karmę, tylko cicho siedziała i oszczędzała swoje siły.

Inne przepiórki były coraz bardziej krągłe, nie mając nic innego do roboty, jak tylko się objadać, przy czym bez konieczności zabiegania o pokarm, bo serwowano go im pod dostatkiem. Z czasem też były coraz bardziej spokojne, czując się w złotej klatce coraz lepiej. Tylko ta jedna przepiórka wciąż jeszcze nic nie jadła i wyraźnie chudła.

Po pewnym czasie ptasznik postawił klatkę na dużym wozie z zamiarem udania się na targ, by sprzedać tam swoje dobrze odkarmione przepiórki i wziąć za nie sporo grosza.

Przedtem przejrzał jeszcze raz swój towar i okrył chudego ptaszka, który siedząc skulony w kątku, nie rzucił mu się dotychczas w oczy. Wyjął zupełnie wycieńczoną przepiórkę z klatki i dokładnie ją obejrzał.

- Pozostała z ciebie tylko skóra i kości. Czy jesteś chora? Nic mi po tobie. Ciebie nie będę mógł sprzedać. Popsujesz mi tylko moją ofertę – zawyrokował ptasznik. I jednym ruchem ręki odrzucił ją.

Gdy tylko przepiórka poczuła, że jest wolna, uniosła się w górę i pofrunęła na pobliskie drzewo.

Scena ta nie uszła uwadze utuczonych przepiórek w klatce i nagle znowu zaczęły jedna przez drugą nerwowo krzyczeć, gdy zobaczyły swoją byłą towarzyszkę niedoli na wolności.

Wówczas rozległ się smutny i słaby głos przepiórki z drzewa:

- O wy zachłanne, głupie stworzenia! Brałyście karmę ptasznika, który zrabował wam waszą wolność i pozwalałyście sobie dogadzać. Teraz zdechniecie. Ja byłam w niewoli blisko końca, za to obecnie jestem wolna.

Po czym resztką sił wzbiła się w powietrze i odfrunęła."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Mistrz pouczał swoich uczniów, jak należy sobie radzić z wyzwaniami stawianymi przez życie. Rozczarowań, chorób, biedy, strat i śmierci musi, jak mówił, doświadczyć podczas swojego bytowania na ziemi każdy człowiek.

- Jaki jest największy ciężar, który człowiek ma do udźwignięcia w czasie swojego życia? – pytali uczniowie.

- Największe obciążenie dla człowieka – odpowiedział mistrz – ma miejsce wtedy, gdy nigdy nie musi dźwigać żadnego ciężaru."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Nie wiem, jak to dłużej wytrzymam – żaliła się sekretarka podczas obiadowej przerwy swojej najlepszej koleżance. – mojemu szefowi zawsze się coś nie podoba. Ten typ doprowadzi mnie do szału!

- Tak, to prawda, jesteś rozdrażniona i nerwowa. Coraz bardziej pogrążasz się w swojej złości. A im bardziej się człowiek złości, tym bardziej się rozprasza i tym więcej popełnia błędów. Musisz reagować z większym spokojem – powiedziała koleżanka, próbując dotrzymać kroku gnającej sekretarce.

- Z większym spokojem! Też mi rada! Nie mogę tego słuchać! Całą jestem sfrustrowana, a ty oczekujesz ode mnie, że zachowam spokój. Jak miałabym to zrobić? – utyskiwała sekretarka.

- Starając się przede wszystkim dostrzec w szarej codzienności to, co cudowne, wyjątkowość w tym, co zwyczajne. Musisz się tylko dokładnie przyglądać, cieszyć się tym odkrywaniem i nie brać siebie i innych tak poważnie.

- Co za brednie! – zawołała sekretarka i zatrzymała się oburzona. – Niedobrze mi się robi, gdy słyszę taką ezoteryczną gadkę. Gdzie ty chcesz odkryć coś cudownego wśród tego całego przemysłu, hałasu, spalin, wiecznego zagonienia, urągania, przeklinania, narzekania?

- Spójrz przykładowo na ten mlecz. Przebił się nawet przez asfalt i kwitnie, jeśli go dostrzeżesz, tylko dla ciebie. Tam w górze latają jaskółki… A czy nie ogarnia cię rozmarzenie na widok puchatego, białego obłoku?

- Powiedzmy, że tak jest – bąknęła sekretarka – ale przecież nie przyglądasz się temu wszystkiemu każdego dnia.

- Każdego dnia nie, ale codziennie dzieje się coś cudownego. Tak jak teraz – powiedziała koleżanka i wskazała na motyla, który usiadł na kolorowej bluzce sekretarki. – To wprawdzie tylko bielinek, ale on bierze cię za cudownie pachnący, kolorowy kwiat.

- Przynajmniej jeden, który jeszcze mnie znosi – powiedziała śmiejąc się sekretarka i nagle oczy jej zaszły łzami.

Wieczorem zamyślona zapisała w swoim notatniku: „Motyl bierze mnie za pachnący kwiat” i zauważyła, jak dobrze się jej zrobiło na tę myśl. Tak więc zapisywała teraz co wieczór jakieś małe spostrzeżenie. Dostrzegała szeroki uśmiech portiera, kiedy rankiem mijała go w pośpiechu, życzliwość i szacunek, jakie jej okazywano, dziwiła się z powodu uprzejmego gestu szefa („Czy zawsze był taki?”, pomyślała nagle), rejestrowała wdzięk młodej współpracownicy, dziękowała kierowcy, który się zatrzymał i ruchem ręki zaprosił do przejścia przez ulicę, życzyła zmęczonej, ale uśmiechniętej kasjerce miłego wieczoru, spoglądała z uśmiechem za hałasującymi dziećmi. Następnego dnia delektowała się filiżanką cappucino jak trwającym parę minut urlopem we Włoszech i postanowiła mieć od tej chwili zawsze na swoim biurku bukiecik świeżych kwiatów.

Jej życie pozostało to samo, a jednak bardzo się zmieniło. Tak jak patrzyła teraz na świat, tak też świat odsłaniał przed nią o wiele bardziej pogodne, pełne pokoju oblicze."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Filozof Diogenes siedział w cieniu oliwkowego drzewa i jadł soczewicę z chlebem. Przypadkiem przechodził tamtędy filozof Arystypus, który schlebiając królowi, doszedł do pewnego dobrobytu. Zobaczywszy swojego biednego kolegę podczas jego skromnej kolacji, rzekł:

- Gdybyś był gotów służyć królowi, nie musiałbyś żywić się soczewicą.

Diogenes wzruszył ramionami i odparł:

- Gdybyś był gotów żywić się soczewicą, nie musiałbyś służyć królowi."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Było sobie raz małe, bardzo ubogie królestwo. Miało ono jednak coś, czego nie posiadał żaden inny kraj na świcie: cudowny, zdumiewających rozmiarów diament o wyjątkowym blasku, który stanowił dumę mieszkańców i przysparzał im poważania. Diament był wystawiony pod ścisłym nadzorem na widok publiczny, by każdy mógł przyjść i cieszyć oko jego pięknem. Ale pewnego dnia przybył przed oblicze króla blady jak ściana komendant straży i roztrzęsiony powiedział:

- Panie, wielkie nieszczęście spadło na nasz kraj. Choć żaden człowiek nie dotykał diamentu, jest on uszkodzony. Przebiega przez niego rysa.

Król z przerażeniem pospieszył do hali wystawowej, by osobiście się o tym przekonać. Rzeczywiście: diament miał na środku pęknięcie. Władcy potoczyły się łzy po policzkach, a stojący wokół osłupieli i bardzo się zasmucili. Stało się co, co nie miało prawa się stać: diament miał skazę. Był już nic nie wart. I tak też poczuli się wkrótce wszyscy mieszkańcy kraju.

Król wyłożył dużo pieniędzy na sprowadzenie ekspertów, którzy mieli oszacować uszkodzenie diamentu. Jednak każdy potrząsał głową i mówił:

- Nie do naprawienia. Nie da się tu już nic zrobić. Chyba trzeba się będzie z tym pogodzić.

Pewnego dnia także jakiś stary człowiek – nikt nie wiedział skąd się wziął – chciał obejrzeć uszkodzony szlachetny kamień. Był on, jak powiedział, jubilerem z dużym doświadczeniem. Poproszono go więc, by jeszcze raz oszacował ten bezwartościowy klejnot. Starzec ostrożnie obracał kamień na wszystkie strony, uniósł go w górę pod światło i badał długo przez lupę. Następnie odłożył diament i powiedział:

- Mogę naprawić. Uczynię go piękniejszym niż był uprzednio.

Król i wszyscy, którzy to słyszeli, zastygli w bezruchu.

- Daj mi ten diament, królu, na tydzień. Po tym terminie otrzymasz go z powrotem w całej jego krasie.

W sprawie tak wielkiej wagi król naradził się najpierw ze swoimi ministrami. Dzielili się opiniami, obawami i nadziejami. W końcu doszli do porozumienia, postanawiając zaryzykować. Poprowadzili starca do surowo strzeżonego pomieszczenia, zatroszczyli się o to, aby czuł się tam jak najlepiej i dali mu wszystko, czego potrzebował do pracy. Po czym rozpoczął się tydzień pełnego napięcia oczekiwania, który wszystkim w królestwie wydawał się nieskończenie długi.

Ósmego dnia starzec opuścił swój warsztat, powolutku i uważnie niosąc na czerwonej poduszeczce naprawiony diament. Następnie włożył go królowi ostrożnie w dłoń. Król nie wierzył wprost własnym oczom. Niewiarygodne! Był czarujący! Ten stary jubiler uczynił kamień piękniejszym, niż był uprzednio. Znajdującą się na środku diamentu rysę wygrawerował w formie łodyżki z listkami oraz kolcami przepięknej, delikatnej róży, która rozkwitła we wnętrzu klejnotu. Cóż za wyjątkowe piękno!

Król był zachwycony. W porywie radości zaofiarował staremu jubilerowi połowę swojego królestwa, ponieważ, jak powiedział, był jedynym, który potrafił dzięki swoim umiejętnościom uczynić to, co piękne i doskonałe, jeszcze wspanialszym. Jednak starzec z uśmiechem odmówił.

- Nie dokonałem nic szczególnego. Po prostu naprawiłem i uczyniłem pięknym to, co miało wadę i było w swym sercu rozbite."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Po wieloletnich studiach mnich, który osiągnął stan duchowego oświecenia, dostał utrzymywaną w sekrecie mantrę. Jego mistrz napominał go z naciskiem, by w żadnym wypadku nikomu jej nie zdradzał. Absolwent będąc pod wrażeniem mocy mantry, która objawiła mu tajemnicę życia i śmierci, spytał, dlaczego tej wiedzy nie może przekazać dalej, skoro jest tak bardzo pomocna.

Pytanie to najwyraźniej uraziło mistrza. Odebrał je bowiem jako zarzut pod swoim adresem i z całą surowością odrzekł:

- Mantra jest tylko dla tych, którzy osiągnęli stan oświecenia. Jeśli przekażesz ją innym, jej moc przeniesie się na nich. Ty zaś pogrążysz się w ciemnościach, nawet wówczas, gdy wokół ciebie będzie światło i jasność. Troski i cierpienia będą nękać twoją duszę i twoje ciało przez całe życie. Będziesz miał zamęt w głowie i nie rozpoznasz prawdy, choć będzie widoczna gołym okiem. A co najgorsze, zatracając stan duchowego oświecenia, utracisz także swoją duszę i będziesz potępiony na wieki.

Serce mnicha ogarnęło ogromne przerażenie. W milczeniu opuścił klasztor. Ciągle dręczyły go wątpliwości. Tylko lęk utrzymywał w ryzach jego myśli i uczucia. Całymi dniami i nocami walczył z sobą, po czym stało się dla niego jasne, co ma uczynić.

Udał się do najbliższego większego miasta, wmieszał się w tłum i zaczął mówić. Swoimi historiami i swoją wiedzą przykuwał uwagę ludzi. Wsłuchiwali się w jego słowa i brali je sobie do serca. Następnie zaczął wypowiadać swoją sekretną mantrę, każąc powtarzać ją ludziom linijka po linijce i nauczyć się jej tak, jak on sam to uczynił. A ludzie szeptali te do niedawna sekretne słowa.

Znajdowało się tam również kilku jego dawnych współuczniów. Byli zszokowani zdradą największej tajemnicy. Natychmiast wysłali delegację do klasztoru, by otrzymać potwierdzenie, że mają ująć zdrajcę i zamknąć w klasztornej celi.

- Nie, niczego takiego nie uczynimy – powiedział mistrz ku ich wielkiemu zdziwieniu. – Tak czy tak zostanie strasznie ukarany. Wiedział dokładnie, jaki go spotka los, gdy zdecyduje się przekazać wiedzę nieoświeconym. Wpadnie w ciemność oraz rozpacz i nie ujdzie ludzkiemu cierpieniu. Będzie musiał żyć samotnie i umrzeć niepocieszony. Jaka kara mogłaby być gorsza? Dokładnie wiedział, co go czeka.

Po tych słowach mistrz podniósł się i zebrał swój nieliczny dobytek, by wyruszyć w drogę z zamiarem opuszczenia klasztoru.

- Dokąd chcesz się udać? –zapytali zdumieni uczniowie.

Mistrz spojrzał na nich ze smutkiem i powiedział łamiącym się głosem:

- Opuszczam to miejsce wiedzy i nauki, ponieważ nie jestem już godzien was uczyć. Idę do człowieka, który przekazał mantrę życia i śmierci niegodnym tego i nieoświeconym. Ze wszystkich moich uczniów jest jedynym, który rozpoznał różnicę między wiedzą a mądrością. Tylko on kieruje się w swoim postępowaniu mądrością i współczuciem. On jest moim mistrzem. Pójdę w ślad za nim."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Zdawało się, że dobre czasy dla klasztoru definitywnie się skończyły. Nie mógł już wyżywić swoich mnichów. Od dłuższego czasu nie wyłonił się spośród nich żaden charyzmatyczny duchowy przywódca. Upadek wydawał się być nieuchronny. Wielu mnichów opuściło już klasztor, szukając sobie nowych miejsc nauki i medytacji. Konflikty oraz wątpliwości stały się zaś codziennością garstki tych, którzy jeszcze wytrwali żywiąc nadzieję na lepszą przyszłość.

Któregoś wieczoru przybył przypadkiem do owego klasztoru odbywający podróż mędrzec, prosząc o schronienie na jedną noc. Przyjęto go nadzwyczaj życzliwie. Spożył z mnichami skąpą, marną kolację i odmówił wraz z nimi modlitwy.

Po modlitwie porannej mędrzec chciał wyruszyć w drogę, by kontynuować swoją podróż. Jednak opat klasztoru podszedł do niego i poprosił o rozmowę. Z powodu okazanej gościnności mędrzec zgodził się na nią ochoczo i podążył za opatem do ciasnej ustronnej celi.

- Niewątpliwie spostrzegłeś, w jak trudnym położeniu znajduje się nasz klasztor – powiedział opat. Jeśli coś się tu zasadniczo nie zmieni, będziemy musieli spisać go na straty. Wtedy w tych przepojonych tradycją murach nie będzie już życia. Z wszystkich mych sił szukam jakiegoś wyjścia, by uratować klasztor. Ale sądzę, że bez cudu jest to niemożliwe. Wdzięczny będę za każdą radę. Proszę cię, byś mi powiedział, co twoim zdaniem powinien zrobić.

- Jestem tylko prostym człowiekiem – rzekł mędrzec. – Nie wiem, co mam wam poradzić. Ale może będzie wam pomocna pewna moja obserwacja.

- Czy zauważyłeś coś szczególnego?

- Tak, a jakże! – powiedział mędrzec. Jestem pewien, że w jednym z was mieszka Bóg.

- W jednym z nas? Właśnie w jednym z nas?! – zawołał opat w najwyższym stopniu zdumiony. Kto to taki?

- Tego nie jestem w stanie powiedzieć. Jednak ty wraz z pozostałymi mnichami sam możesz sprawdzić, czy moja obserwacja jest słuszna. Wówczas wszystko się wyjawi.

Opat podziękował mu serdecznie za te słowa i mędrzec wyruszył w dalszą podróż.

W klasztorze zapanowało ogromne poruszenie po tym, jak opat poinformował o spostrzeżeniu gościa.

- Bóg w jednym z nas?! – zawołali mnisi. – W kim? I każdy zastanawiał się, którego ze współbraci mógł wybrać Bóg. Tego? Tamtego? Czy to on? Lub on? Może nasz najmłodszy? Czasami wydaje mi się, że… Czy też nasz najstarszy? Ma przecież coś w sobie… Nasz opat? Wielkie nieba – czyżbym to był ja sam?

Z początku niezauważalnie, potem zaś coraz wyraźniej zaczął zmieniać się klimat w klasztorze, ponieważ każdy doszukiwał się w drugim Boga i słyszał słowa Boga w słowach innych.

Klasztor ożywił nowy duch. Wkrótce też przybyli do niego nowi mnisi, by w tym szczególnie uduchowionym miejscu zdobywać mądrość i poznanie."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Pewnego razu, wracając z długiej podróży, mistrz siedział w pociągu i rozmawiał ze współpasażerem, pytając go, dokąd i w jakim celu się udaje.

- Już od trzech dni jestem w drodze, aby odwiedzić mistrza. Jest on wielkim mędrcem i świętym.

Mistrz nie dał nic po sobie poznać. Z poważną miną zapytał:

- Dlaczego nazywasz go mędrcem i świętym? Niczym specjalnym się przecież nie wyróżnia, lecz jest zwykłym człowiekiem, jak ty i ja.

- Jakim prawem ważysz się obrażać mistrza? – uniósł się gniewem podróżny. Po czym na znak sprzeciwu i oburzenia lekko uderzył mistrza w pierś.

Jakże mu było wstyd, kiedy dwa dni później przybył do niego i rozpoznał w nim swojego współpasażera. Skruszony prosił mistrza, by wybaczył mu jego nieokrzesanie i zuchwałość.

- Nie mam ci czego wybaczać – powiedział z uśmiechem mistrz. W końcu broniłeś tylko mojej czci. Ale zajście to stanowi nauczkę, że nie należy o nikim mówić źle, a już w żadnym wypadku o sobie samym."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Chociaż już wiele lat staram się zbliżyć do duchowego oświecenia, nachodzą mnie czasem znienacka gwałtowne zachcianki – wyznał pewien uczeń.

- I jak do tego podchodzisz? – spytał inny.

- Traktuję je jako źródło informacji, dające orientację i sprowadzające na właściwe tory."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"W dawnych czasach pod pewną ładną wioską usadowi się straszny smok. Nikt nie wiedział, skąd się ten potwór nagle wziął. Nikt nie wiedział, czego chciał. Nikt też nie wiedział, jak go pokonać i jak się go pozbyć. W każdym razie zagradzał jedyne wygodne dojście do wsi, która położona była w kotlinie. Smok musiał zniknąć, jeśli wieś chciała przeżyć. To było pewne. Rozesłano przez góry posłańców, by za wysoką opłatą zwerbowali dzielnych rycerzy.

Pierwszy rycerz uderzył w smoka potężną, żelazną maczugą. Ale smok z furią zabił go dwa razy większą. Drugi rycerz chciał smoka spalić, ciskając w niego żagiew. Jednak z ogniem smok był za pan brat i zwęglił rycerza dwukrotnie większym płomieniem. Trzeci rycerz pokładał ufność w swoim mieczu. Lecz smok rozpłatał go mieczem dwa razy większym i dwa razy ostrzejszym niż jego własny.

Po tych wydarzeniach już żaden inny rycerz nie odważył się stanąć do walki ze smokiem, który uchodził odtąd za niepokonanego.

Zbliżała się zima. Zapasy w wiosce prawie się wyczerpały, ze względu na blokadę wszelkiego transportu towarowego szosą. Zrozpaczenie zataczało stopniowo coraz szersze kręgi. Rada gminna wciąż się zbierała na naradę. Ale nikt nie potrafił zaproponować niczego rozsądnego.

Wówczas zgłosił się miejscowy chłopek, deklarując gotowość udania się do smoka, aby rozwiązać problem. Wszyscy go wyśmiali. Właśnie on, wiejski gamoń, miałby to uczynić? Niechże sobie idzie, mówili niektórzy i przykładając rękę do ust, dodawali: takiego nie szkoda.

Chłopak schował do torby dwa piękne jabłka. Do każdej ręki wziął wiadro z wodą i udał się do smoka.

- Tym chcesz pokonać smoka? Czego nie dokonały maczuga, ogień i miecz, ten nasz chłopek dokona dwoma jabłkami i dwoma wiadrami wody! – pokpiwali sobie.

Z ręką wyciągniętą do przodu, w której trzymał oba jabłka, chłopek przybliżał się do smoka krok po kroczku. Ten uniósł swój potężny, naszpikowany kolcami łeb i łypał z zaciekawieniem na małego człowieczka. Wieśniacy, stojąc w bezpiecznej odległości, wstrzymali dech.

- Czy jesteś głodny? – spytał chłopek. Smok podniósł się. Oczy mu się zwęziły, a z nozdrzy, gdy cicho sapał, wychodził dym. Otworzył szeroko paszczę i zębami ostrożnie wziął jabłka z ręki chłopka. Następnie uniósł ku niebu swoją potężną łapę, po czym spuścił ją gwałtownie, jakby chciał zadać chłopkowi śmiertelny cios, ale zamiast tego otworzył swoje niebezpieczne szpony i podał mu dwa jabłka, większe, czerwieńsze i bardziej soczyste niż te, które dał mu chłopek. Każde z wiader smok opróżnił jednym haustem. W zamian dał chłopkowi dwa złote dzbany z wyśmienitą źródlaną wodą. Chłopek zaśmiał się, a wtedy na pokrytym łuskami obliczu pojawił się grymas, jakby smok chciał wyszczerzyć w uśmiechu zęby.

Teraz wieśniacy zrozumieli wszystko. Pospieszyli z powrotem do wsi i opowiedzieli wszystkim, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Zrozumieli wreszcie, że to, co uważali za zagrożenie, było dla nich błogosławieństwem."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"W małym domku na skraju miasta mieszkała wdowa ze swoim synem. Wiedli oni proste życie. Stara matka dzień w dzień oporządzała ogród i swoje kury, prała bieliznę i troszczyła się o domowe gospodarstwo.

Pewnego dnia syn powiedział do niej:

- Wyruszam w góry. Chcę wstąpić do klasztoru, aby zdobyć u sławnego mistrza wiedzę i osiągnąć stan oświecenia.

Matka pożegnała się ze swoim synem z ciężkim sercem. Wiedziała, że nie będzie mogła go zatrzymać, bo życie niewiele jeszcze go nauczyło. Spakowała mu mały węzełek, życzyła szczęścia na drogę i prosiła, by nie zapomniał o swojej starej matce.

Młody człowiek uszedł już parę dni drogi, kiedy późnym wieczorem przybył do chaty pustelnika i poprosił o nocleg. W skąpym świetle małego ogniska zjedli do spółki postną zupę, po czym pustelnik spytał go o cel jego wędrówki.

- Zamierzam pobierać naukę u pewnego sławnego mistrza, aby zdobyć mądrość i oświecenie. Dlatego udaję się w góry do klasztoru.

- Masz przed sobą jeszcze daleką, pełną niebezpieczeństw drogę. Skąd u ciebie ta nadzieja, że znajdziesz w górach swojego mistrza oraz oświecenie, recytując latami święte wersety? Zawróć! Do oświecenia możesz dojść u tego, kto stanie na twej drodze z lampą w dłoni i z nałożonymi na opak butami.

Usłyszawszy słowa pustelnika, wędrowiec zrazu nie wiedział, co ma uczynić. Ponieważ jednak poprzysiągł sobie, że będzie słuchał słów mędrców, udał się następnego dnia rano w drogę powrotną do swojego rodzinnego miasta.

Kiedy już zmierzchało, zaczął rozglądać się za osobami z lampą i bacznie się przyglądał ich stopom. Ale nie zauważył nic nadzwyczajnego. Ani tego wieczora, ani w następne.

Była noc, kiedy przyszedł do swojego miasta. Żaden człowiek nie pojawił się na jego drodze. Wszyscy mieszkańcy zdawali się już dawno spać. Zapukał niepewnie do drzwi swojego domu, a pukanie to wydało mu się w nocnej ciszy niesłychanie hałaśliwie. Ponieważ nie było żadnego odzewu, zapukał głośniej i ogarnął go nagły lęk o starą matkę. Zapukał jeszcze raz i zawołał:

- Mamo, to ja, twój syn! Otwórz mi!

Wówczas usłyszał wreszcie spieszne, posuwiste kroki. Klucz w zamku obrócił się i drzwi się otworzyły. Przed nim stała jego matka. Zobaczył jej szczęśliwe oczy w blasku lampy trzymanej w dłoni oraz… pantofle, które w pośpiechu wsunęła na nogi – prawy na lewą, a lewy na prawą stopę."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Klasztor leżał na skalnym występie z dala od zgiełku świata, tuż pod ośnieżonym górskim szczytem. Mistrz i jego uczeń od wielu godzin byli w drodze, przemierzając odludną, górską okolicę. Mieli nadzieję, że jeszcze przed nocą dotrą do klasztoru. Jednak nagle niebo się ściemniło. Chmury w mgnieniu oka przybrały czarną barwę, a w oddali przeszywały horyzont pierwsze błyskawice. Zapowiadała się połączona z burzą nawałnica. Taki zimowy huragan wysoko w górach był śmiertelnie niebezpieczny. Musieli więc spiesznie podjąć decyzję, jak mają się zachować. Na ostatnim odcinku ścieżki do klasztoru nie było żadnej możliwości schronienia. Zawrócić już nie mogli, bowiem droga do jakiegoś dającego ochronę miejsca była zbyt daleka. Musieli zatem kontynuować swoją wędrówkę, by tak szybko, jak to było możliwe, dotrzeć do bezpiecznego klasztoru.

Zebrali wszystkie swoje siły i podjęli dalszy trud górskiej wspinaczki. Porywisty wiatr przypierał ich do skalnej ściany, po czym zaczęło tak gwałtownie sypać śniegiem, że panującym zmroku z ledwością byli w stanie rozpoznać w tej śnieżycy swoją ścieżkę. Jednak przycupnięcie gdzieś i przeczekanie oznaczałoby ich pewną śmierć na skutek zamarznięcia.

A więc przedzierali się dalej do przodu. Kiedy w ciemnościach nie mogli dostrzec ścieżki, przyciskali się do skał tak długo, aż jakaś błyskawica rozjaśniła im kilka najbliższych metrów. Tracąc orientację w drodze i bojąc się kroczyć naprzód, czekali z nadzieją na kolejną błyskawicę, by następnie przemierzyć zapamiętany odcinek.

Tak to z narażeniem życia, będąc u kresu swych sił, dotarli wreszcie do klasztoru.

Kiedy przebrani w suchą odzież popijali przed pójściem na spoczynek herbatę, uczeń wyznał, że w ostatnich godzinach bał się w swoje życie, przede wszystkim daleko, ponieważ sądził, że przyjdzie mu umrzeć bez osiągnięcia oświecenia.

- Oświecenie to nie słońce – powiedział mistrz. – Nie jest ono świecącym cały dzień światłem. Składa się raczej z błyskawic, które wciąż od nowa pozwalają nam na rozpoznanie fragmentu naszej drogi, tak iż możemy posuwać się naprzód od jednego niepewnego miejsca do drugiego.

- Również ty, mistrzu?

- Odnosi się to do większości z nas – powiedział cicho mistrz."

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites

"Kiedy siedzieli jeszcze razem po wieczornej medytacji, jeden z uczniów powiedział:

- Mistrzu, już od trzech lat studiuję i medytuję u ciebie. Ale mam wrażenie, że nawet o krok nie zbliżyłem się do stanu oświecenia. Wciąż jeszcze nie wszystko, co mówisz, rozumiem. Czasami twoje słowa bardzo mnie irytują.

- To twoja ogromna szansa – powiedział mistrz"

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

Było raz stare majestatyczne drzewo, którego gałęzie rozpościerały się ku niebu. Gdy kwitło, motyle rozmaitych kształtów, barw i rozmiarów przelatywały i tańczyły wokół niego. Gdy rodziło owoce przylatywały do niego ptaki z dalekich krajów. Jego gałęzie były jak ramiona wyciągnięte na wietrze, całe wyglądało tak cudnie, tajemniczo, pięknie. Codziennie mały chłopiec przychodził bawić się pod nim i drzewo zakochało się w małym chłopcu. Wielki drzewo nie uważało się za wielkie-tylko ludzie mieli o nim takie wyobrażenie. Dla miłości nie ma małego, dużego, nikt nie jest mały, obejmuje wszystkich.

A więc w drzewie obudziła się miłośc do chłopca, który bawił się blisko niego. Jego gałęzie były wysoko, ale ono je zgięło by mógł się bawić, by mógł zrywać kwiaty i zbierać owoce. Miłość zawsze była gotowa się zgiąć.

Przychodziło swawolne dziecko, a drzewo zginało gałęzie. Gdy dziecko zrywało kwiaty, drzewo się cieszyło, że może coś dać.

Chłopiec rósł, czasem spał w zagłębieniach drzewa, czasem jadł owoce, czasem nosił koronę z kwiatów i zachowywał się jak mały król. Wspinał się na drzewo, huśtał się w jego gałęziach.

Z upływem czasu na chłopca spadł nadmiar obowiązków, pojawiły się ambicje. Zdawał egzaminy, rywalizował z przyjaciółmi, więc nie przychodził regularnie.

A drzewo czekało cierpliwie. Przywoływało go całą duszą "przyjdz do mnie, czekam na Ciebie". Było smutne gdy chłopiec nie przychodził, było smutne bo nie mogło mu dać wszystkiego.. Chłopiec przychodził coraz rzadziej. Był ambitny i pochłonięty swoimi sprawami. Dlaczego miałby odwiedzać drzewo?

Pewnego dnia gdy przechodził obok niego drzewo zawołało "czekam na Ciebie każdego dnia" , ten głos unosił się w powietrzu. Chłopiec zapytał "co masz takiego, nic nie możesz mi dać, ja chcę pieniędzy a Ty ic nie masz, nie zamierzam tracić z Tobą czasu".

Drzewo odpowiedziało "nie mam pieniędzy, nie znam pieniędzy, kwitną na mnie kwiaty, tańczę na wietrze i śpiewam pieśni, daję kojący cień, mogę Ci dac wszystko co mam, zerwij wszystkie moje owoce i sprzedaj je".

Chłopiec zrobił to, zerwał wszystkie owoce, nawet te niedojrzałe. Działał tak gwałtownie, że liście opadły i odszedł nawet się nie oglądając.

A drzewo było szczesliwe, że mogło coś dać... szczesliwe połamane drzewo...

Nie wracał. A drzewo smutne tęskniło. Po wielu latach jako dorosły mężczyzna przechodził tamtędy a drzewo powiedziało "chodź do mnie i obejmij mnie". Na co mężczyzna odpowiedział: "skoncz wreszcie z tym nonsensem i przestań gadać na próżno, ja chcę zbudowac dom".

Drzewo rzekło "dom, ja nie znam domu, ale mozesz obciąć moje gałęzie-wtedy będziesz mógł zbudowac dom". Mężczyzna nie zwlekając przyniósł siekierę i odrąbał wszystko. Nie raczył nawet podziękować. Zbudował dom.

Mijały lata. Pień czekał. Nikt go nie odwiedzał. Chciał przywołać chłopca, ale nie miał gałęzi ani głosu, wiatry wiały a on nie mógł wydobyć głosu. Ale w duszy rozbrzmiewał głos "przyjdz".

Upłynęło wiele czasu, mężczyzna stal się starcem. Przechodził kiedyś i stanął przy pniu. Pień zapytał co jeszcze może dla niego zrobić. "Nic nie możesz zrobic"-zirytował się starzec-"potrzebuję łodzi by popłynąć do ciepłych krajów". Drzewo radośnie odrzekło "zetnij mój pień i zrób łódź".

Starzec przynósł piłę, ściął pień i odpłynął.

Teraz drzewo to tylko kawałek pnia, nic już nie ma...

Pewnej nocy odpoczywałam koło tego pniaka i usłyszałam:

"Mój przyjaciel jeszcze nie wrócił, bardzo się o niego martwię, czy nie utonął, czy nie zginął. gdybym jeszcze mógł mu coś dać, wtedy mógłbym umrzeć szcześliwie..."

Link to post
Share on other sites

"Zaproszenie go do wygłoszenia przemówienia na tegorocznym kongresie można było uznać za szczytowy punkt jego działalności. Małżonka, syn pracujący u niego od dawna oraz synowa przybyli już do jego hotelowego pokoju, by w drodze do audytorium wesprzeć go moralnie, jak żartobliwie mówili.

On sam też był już gotów. Nienagannie ubrany, z przygotowanym manuskryptem. Za parę minut można było wyruszać. Wyciągnął rękę, aby spojrzeć na zegarek, lecz oto stwierdził, że go nie ma. Gdzie też mógł go położyć? Żona pospieszyła do łazienki, ale tam go nie było. Teraz wszyscy biegali zdenerwowani po pokoju, podnosili i przesuwali sprzęty, zaglądali pod meble i przekrzykiwali się wzajemnie. Zaczął się denerwować. Zegarek był mu potrzebny, by mógł punktualnie rozpocząć swoje przemówienie i nie przeciągnąć go, mieszcząc się w ściśle określonych ramach czasowych.

„Takie rzeczy zdarzają się naturalnie zawsze wtedy, kiedy są najmniej pożądane”, pomyślał. „Zostało już niewiele czasu”.

- Stop! – zawołał. – Bądźcie cicho i nie ruszajcie się!

Wszyscy czworo stali w bezruchu jak odrętwiali, wsłu****ąc się w ciszę. Aż usłyszeli ciche tykanie. W ciszy odnaleźli zagubiony zegarek."

 

Norbert Lechleitner

 

***

 

"Mistrz oraz jeden z jego uczniów szli opustoszałą, okrytą pyłem szosą. Byli zmęczeni i mieli nadzieję, że wkrótce dotrą do swojego schroniska.

Nagle, w powoli niknącym świetle zniżającego się słońca, wzbiła się na horyzoncie potężna kurzawa. Kiedy jeszcze snuli co do tej chmury kurzu domysły, posłyszeli dudnienie i stukot wozu ciągniętego przez sześć galopujących koni, który w zawrotnym tempie pędził w ich kierunku. Chociaż powożący z całą pewnością dostrzegł wędrowców, nie uczynił nawet najmniejszego ruchu, aby wziąć konie mocniej w cugle, lecz bezwzględnie kierował się wprost na nich, tak iż byli zmuszeni, niewiele myśląc, paść do przydrożnego rowu, lądując przy tym w błocie.

Wóz minął ich i pomknął dalej. Kiedy się podnieśli, mistrz krzyknął za bezwzględnym stangretem:

- Oby spełniły się wszystkie twoje najskrytsze marzenia!

- Dlaczego pod adresem tego chama wyrażasz tak dobre życzenia? – spytał uczeń, podczas gdy otrzepywali zabrudzoną odzież.

- Pomyśl tylko – odrzekł mistrz. – Czy gdyby spełniły się jego najgłębiej skrywane marzenia, maltretowałby innych tak jak teraz nas?"

 

Norbert Lechleitner

Link to post
Share on other sites