Jump to content

Jan Brzechwa - Dla dorosłych


Guest Vampirella
 Share

Recommended Posts

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Agonia

 

Od dnia wcielenia mego smierć mi przesłania drogę,

Aż tak nawykłem do niej, że umrzeć już nie mogę,

Jeno wieczyście konam i w tym konaniu trwam.

Skąd wziąłem się na świecie - już nie pamiętam sam.

 

Jest we mnie zgrzyt ostatni wszystkiego, co przemija,

I klęska jest - nie moja, i rozpacz jest - niczyja;

Nad każdym zamieraniem staję jak czarny mnich,

Spoglądam w mgły niebytów siebie nie widząc w nich.

 

Rozpływam się, rozpylam - niech mnie zawieje zdmuchna!

Jest we mnie jesień liści i drzew umarłych próchno,

Chłód dnia uchodzącego, nocy śmiertelny nów...

Zatracam się, przemijam na to, by powstać znów.

 

Jestem radością żagli oddychających burzą,

Ich walka i zagłada, gdy w głębiach sie zanurzą,

Gdy zdarte i przemokłe jak niepotrzebny łach

Całują wiekuiście dna zamyślony piach.

 

Jestem ostatnim tchnieniem zachodzącego słońca,

Które codziennie kona i kona tak bez końca,

I oczom sie wydaje, gdy na przyziemiu tkwi,

Czerwonym napomknieniem o mej zakrzepłej krwi.

 

Jestem przydroąną męką, kurzawa znojnej perci,

W stu bytach pogrążonym żebrakiem jednej śmierci,

Gdy zasłuchany w świata niepowściągliwy zew,

Konam na przekór sobie i żyje Bogu wbrew.

 

I jeno grob gościnny krzyk moich ust oniemia,

Bo wiem, że nikt nie będzie kochał mnie tak jak ziemia,

Co zawsze wolą, nęci i wciąga mnie w swój cień,

I czeka na mój powrót jak na weselny dzien.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Anioł

 

Za życia byłem aniołem;

Anioł orze - kto inny zbiera.

Aureole miałem nad czołem

Z puli premiera.

 

Mimo anielskiej dobroci

Nieraz swierzbiły mnie kości,

Bo aureola sie złoci -

Każdy zazdrości.

 

A zreszta ludzie dokoła

Okropnie są podejrzliwi,

Gdy który spotka anioła,

Tylko sie dziwi.

 

Koledzy śmiali się ze mnie,

Ze skrzydła sobie przypiałem;

Nikt nie wie, jak nieprzyjemnie

Być dzis aniołem.

 

Aż wreszcie pewnej jesieni

Duch wątłe opuścił ciało.

Lekarze byli zdziwieni

Tym, co sie stało.

 

A ja? Znalazłem się w ziemi,

By sie przekwalifikować.

Nie będzie - myślałem - źle mi,

Losie mój, prowadź!

 

Droga przenikań i osmoz,

Nie znanych dotąd nauce,

Dostałem się w antykosmos

I już nie wrócę.

 

Tu wreszcie znajdę odmianę,

Tu bedę duchem-golasem,

Kim innym teraz się stanę,

Tak!... A tymczasem...

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Ballada o małej księżniczce

 

Lat temu trzysta na pewno

Byłabyś dumną krolewną,

Dumna infantka z Kastylii

O dłoniach bielszych od lilii.

 

Jaśniałaby twa uroda

W pałacach albo w ogrodach,

I oczy barwy metalu

Siałyby lek w Escorialu.

 

O twoją chłodną grandezze,

O twoje wdzięki kobiece,

Kruszono by stal co ranka

Na mauretanskich krużgankach.

 

Żebrzący o twoją łaskę

Malowałby cię Velazquez,

I swoim pędzlem, księżniczko,

Uwieczniłby twoje liczko.

 

Pierwszy poeta Madrytu

Zabawiałby cię do świtu

Niepokojąca historia

O Don Juanie Tenorio.

 

A ja - twój przyszły małżonek,

W kryzach z barbanckich koronek

Przez wąskie, tajemne drzwiczki

Szedłbym do mojej księżniczki,

 

I niósłbym ci w podarunku

Prócz serca i pocałunku

Szkatułę rzezaną w kości

Na dowód mojej miłości.

 

A w tej szkatule pierscienie,

Klejnoty o wielkiej cenie

I dwieście naramienników

Od genuenskich złotnikow.

 

Lecz dziś żyjemy w epoce,

Gdy dni są smutne i noce,

I życie coraz to pustsze,

Jak lustro odbite w lustrze.

 

Nie jestem grandem hiszpańskim,

Tylko poetą bezpańskim,

Który nieśmiało na randkę

Zaprasza swoją infantke.

 

Przychodzi moja królewna

W trepkach z prostego drewna,

I po kawiarniach z nią błądze

Za pożyczone pieniądze.

 

Tulisz sie do mnie łaskawie,

Stajesz przy każdej wystawie,

Gdzie leżą rzeczy niedrogie,

Których ci kupić nie moge.

 

I tylko milość jest tania

Pachnąca smutkiem rozstania,

Więc rzucam ci ją pod nogi,

Choć jestem taki ubogi,

 

I ślę ci na znak tęsknoty

Fiołki za jeden złoty,

I moje serce uparte

Jednego grosza nie warte.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Banita

 

Banita twego serca i ciała, i życia,

Trędowaty, przed którym zamyka się drzwi,

Szukam w zamglonym lustrze własnego odbicia,

Rysów twarzy, rumieńców, uśmiechów i krwi.

 

Co za bladość! Ach, nie patrz! Wszystko się zapadło,

Zostało kilka wąskich i bolesnych bruzd,

Przebóg! Zlituj się! Zabierz straszne to zwierciadło,

Szaleństwo patrzy z oczu i z grymasu ust.

 

Przypominam: umarłem. To było niedawno.

Kochanymi rękami kopałaś mi grób;

I miałem śmierć jak nędznik, smutną i niesławną,

Jestem cieniem. I leżę jak cień u twych stóp.

 

Nikomu niepotrzebny w popiołach zagrzebię

Moje wiersze. I koniec. Urwała się nić.

Módl się za mną. To wszystko... Umarłem przez ciebie,

Chociaż właśnie dla ciebie tak pragnąłem żyć.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Bezpotomność

 

Jestem sam założycielem mego rodu

I na mnie ten ród wygaśnie;

Nie dbałem o męskiego potomka za młodu,

A może syn mi przydałby się właśnie?

 

Kto bowiem przejmie glorię mojego nazwiska?

Kto puści honoraria za pisma zebrane?

Gdy tak o tym pomyślę, serce mi się ściska,

Że bez potomka zostanę.

 

Ale zaraz myśl inna starość mi umila,

Że mieć syna nie zawsze jednak się opłaci,

Bo a nuż bym przypadkiem spłodził imbecyla,

Grafomana lub syjamskich braci?

 

I zresztą skąd mam pewność, na co syn by wyrósł?

Nie modliłby się przecież i nie śpiewał kolęd,

Lecz mógłby zeń być pijak, podrywacz i szmirus

Albo zwykły chuligan typu Made in Poland.

 

Mówię tak, bo znam życie. Jabłko od jabłoni

Pada dzisiaj daleko, więc już się nie łudzę.

Sam potrafię roztrwonić to, co syn by strwonił.

Wolę mieć raczej wnuczki. Oczywiście - cudze.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Biały wiersz

 

Pewno już będę nieśmiertelny,

Jeśli przez ciebie nie umarłem;

Oto jest prawda mego życia,

Którą mi pisał wiatr na czole.

 

Tak było dawniej: białe dłonie

Kładłaś na białych mych powiekach,

Dzieje te bliskie, choć dalekie,

Dzisiaj wspominam białym wierszem.

 

Lecz z rymem, tak jak niegdyś z tobą,

Tylko na krótko się rozstaję:

Powraca ptak do swego gniazda,

A noc do snu, a sen do powiek.

 

Niechaj twe serce odpoczywa

W moim spokoju, w mojej ciszy;

Byłaś niewierna mnie i sobie,

Gdy przybywałaś na nizinach.

 

Teraz powracasz dniem i nocą

Z drogi dalekiej chociaż z bliska,

Do ust przyciskam twoje smutki,

Twoje pomyłki, twoje winy...

 

Dopiero teraz, ukochana,

Możemy spojrzeć sobie w oczy

Jak w dwa zwierciadła przeciwległe

Zamykające nieskończoność.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Błękit i kameń

 

Cóż się dziwić błękitowi, cóż się dziwić kamieniowi,

Myśmy wszyscy sobie bliscy, myśmy wszyscy jednakowi.

 

Nasze oczy wypłakane nie zagoją się miłością,

Kamień leży na nizinach, błękit szumi wysokościom,

 

Wzrok ku górze błękitnieje, kamień w dole kamienieje -

Oto ciemne nasze pieśni, oto wierne nasze dzieje.

 

Ciepłą dłonią wyrzucony kamień stygnie na błękicie,

Oczy ścielą się po ziemi, rosą ścielą się o świcie,

 

A ja chodzę pode drzwiami, pode drzwiami zamkniętemi,

I dobijam się do nieba, i dobijam się do ziemi,

 

I oddaję, wykrzykując ciemnie pieśni bezimienne,

Błękitowi, co błękitne, kamieniowi, co kamienne.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Bratowa

 

Żona mego brata nie bardzo szczęśliwa,

Chodzi po ogrodzie, tulipany zrywa,

 

Pyta się obłoków żeglujących w poprzek,

Kiedy wreszcie na nich smutne czoło oprze.

 

Furtka nie domknięta, klucz zgubiony w stawie,

A za furtką ścieżka niewidoczna prawie...

 

Do mojego domu nie ma kroków trzystu,

Można przyjść nie pisząc pachnącego listu;

 

Mieszkam niewesoło w akacjowym chłodzie,

Milczą okiennice zamykane co dzień,

 

I w ramiomach moich miękko odpoczywa

Żona mego brata nie bardzo szczęśliwa.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Cień dwoisty

 

Cień dwoisty - dusza i ciało

Patrzy w zwierciadło:

Co być mogło, być nie umiało,

Poszło, przepadło.

 

W dnach głębokich czynią się gusła:

Umarli wskrzesną!

Duszo biedna, czemuś tak uschła

Śmiercią cielesną?

 

Ach, to tylko życie dalekie

W mrokach przepadło.

Idą czasy, gasną powieki,

Milczy zwierciadło.

 

Twarz spogląda z głębin odbicia

Ciemna i niema -

Jak powrócić do tego życia,

Ktorego nie ma?

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Do Matek

 

Które swoim dzieciom czytają moje wiersze

 

Powiedział ktoś, żem zmyślny strateg,

Bo gdy dla dzieci piszę wiersze,

Właściwie piszę je dla matek.

Te złośliwości nie są pierwsze;

Niech szydzi ten, kto lubi szydzić,

A zresztą... czego mam się wstydzić?

 

Wyznaję, nieraz żal mi szczerze

Mateczki, mamy czy mamusi,

Która do rąk mą książkę bierze

I swemu dziecku czytać musi.

Żal mi, że drogi czas jej kradnę

I że się męczą oczka ładne...

 

Wyznaję, myślę nieraz czule,

Jak wyglądają te mateczki,

Mamusie, mamy i matule,

Kiedy czytają me książeczki?

I o czym każda skrycie marzy?

I czy ma miły wyraz twarzy?

 

Czy spośród mam śpieszących z biura

Lub z pracy, już zmęczonych trochę,

Uśmiechnie się niekiedy która,

Gdy wspomni moje wiersze płoche?

Czy się uśmiechnie i, być może,

Pomyśli czasem o autorze?

 

Wiadomo przecież od stuleci,

Że taki rzeczy jest porządek:

Do matek trafia się przez dzieci

Tak jak do mężczyzn - przez żołądek.

Czy to uwłaszcza matkom miłym?

No cóż, przyznaję się. Zgrzeszyłem.

 

Lubię twarzyczki wasze młode

I często sobie wyobrażam

Wasz wdzięk i powab, i urodę,

I mimo woli się rozmarzam.

A gdy marzenie mnie kołysze,

Wtedy dla dzieci wiersze piszę.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Do podlotka

 

Masz dopiero szesnaście lat,

A ja przesło trzy razy więcej,

Co powiedziałby na to świat,

Gdybym teraz twą miłość skradł

I twe głupie serce dziewczęce?

 

Ale wie o tym każde z nas,

Że różnica wieku się zmniejsza,

Że gdy jakiś upłynie czas,

Ja dla ciebie będę w sam raz

I ty zrobisz się stateczniejsza.

 

Mam na włosach siwizny śnieg,

Spiesz się, prędzej swe włosy ośnież,

Goń mój, goń mój podeszły wiek,

A ja pilnie będę cię strzegł,

Będę czekał, kiedy wyrośniesz.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Droga

 

Niemiłowany idę drogą,

Idę sam jeden - bez nikogo,

 

Pełen żałości i goryczy

Idę bez celu sam i niczyj.

 

Złe niepokoje serce pieką,

Dom niedaleko, lecz daleko,

 

A ja tak smutnie i ubogo

Idę bez celu, idę drogą,

 

I niepotrzebny już nikomu

Idę i wracam - nie do domu.

 

Ileż mi życia pozostało?

Nie wiem. Za dużo czy za mało?

 

Śnieg jest na prawo i na lewo,

Na lewo słup, na prawo drzewo,

 

A ja tak idę sobie drogą

Niemiłowany przez nikogo.

 

Nikt mnie nie żegnał, nikt nie czeka,

I wisi ciemność niedaleka,

 

A ja, czekając aż się zmierzchnie,

Idę - poeta! Jak to śmiesznie...

 

1943

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Druga ballada o Małej Księżniczce

 

Maleńka moja księżniczko,

Nikt losu zmienić nie zdoła:

Znajomą wąską uliczką

Udamy się do kościoła.

 

Za nami pójdą dworzanie,

Książęta i ich kochanki,

Panowie możni i panie

Z Madrytu i z Salamanki.

 

I pójdą długą czeredą

Admirałowie Armady,

Astrologowie z Toledo,

I bakałarze z Grenady.

 

Dwór cały kornie uklęknie,

Ksiądz włoży srebrzystą komżę,

I pomyśl, jak będzie pięknie,

Gdy stułą nam ręce zwiąże.

 

A potem złotą karetą

Wrócimy do Escorialu;

Księżniczka z mężem - poetą,

Jak słońce z kroplą opalu.

 

Stu paziów tren twojej sukni

Poniesie na drżących rękach,

I będą paziowe smutni,

Księżniczko moja maleńka!

 

I tylko ja, twój małżonek,

Omdlewać będę z radości,

I w kryzach z białych koronek

Powitam weselnych gości.

 

Ty na swym tronie książęcym

Zasiądziesz dumna i biała,

Ażeby sto razy więcej

Uroda twoja jaśniała.

 

Sam cesarz i król ci złoży

W prezencie ślubnym Kastylię,

Z Wenecji wysłannik doży

Przywiezie ci srebrne lilie;

 

Król Francji da ci różaniec

Z diamentów czystych dobrany,

A młody car - samozwaniec -

Dwa sobolowe kaftany;

 

Królowie polski i szwedzki

I Kurfürst, i Ojciec Święty,

I szach, i sułtan turecki

Przyślą ci cenne prezenty.

 

Ty lubisz siedząc na tronie

Jedwabiom, drogim kamyczkom

Przyglądać się, brać je w dłonie,

Maleńka moja księżniczko.

 

Po uczcie wszystkie podarki

Zaniosą do twej sypialni,

Kastylskie młode harfiarki

Zagrają ci pożegnalnie.

 

Frejliny i damy dworu

Rozplotą twe wonne włosy,

I z ciasnych sukien rozbiorą,

I do łożnicy zaniosą.

 

Ustami usta twe musnę,

I musnę cudne twe liczko,

I w twoich ramionach usnę,

Maleńka moja księżniczko.

 

Nazajutrz znów jak codziennie

Uklęknę przy tobie blady,

I będę kochał niezmiennie,

I oto koniec ballady.

 

Lat temu trzysta na pewno

Byłoby tak, nie inaczej.

A dziś, maleńka królewno,

Z tęsknoty za tobą płaczę.

 

I kocham ciebie daremnie,

I łzy mych ran nie zagoją;

Szczęśliwa jesteś beze mnie,

I żoną jesteś - nie moją.

 

Lecz jutro znów jak codziennie

Uklęknę przy tobie blady,

I będę kochał niezmiennie,

I to już koniec ballady.

 

1941

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Dytyramb

 

Dla ciebie żyję i śpiewam. Bez ciebie dawno już sam bym

Poległ na fali burzliwej, co w Styksie podziemnym płynie.

Opiewać cię dzisiaj pragnę. Chcę uczcić cię dytyrambem

Wzorem helleńskich poetów sławiących swoje boginie.

 

Rozpocznę od twej postaci: nie było takiego dłuta,

Co w doskonalszym natchnieniu rzeźbiło greckie posągi,

Z marmuru karraryjskiego jak Hera jesteś wykuta

I nieśmiertelna, i piękna jak Hera bywała ongi.

 

Zielone są twoje oczy jak wody u skał Rodosu,

Czerwone są twoje wargi pomalowane cynobrem

I słodsza od dźwięku fletni jest gędźba twojego głosu

Dla skroni, która spoczywa na sercu twoim niedobrym.

 

Twe piersi są jak puchary wezbrane nektarem złotym,

Pozwalasz mi je wychylać, gdy pieszczot nadchodzi pora,

Lecz płaczesz w moich ramionach od wymuszonej pieszczoty,

Jak Andromeda płakała nad pohańbieniem Hektora.

 

Zarysu twojego ciała zazdrości ci Afrodyta,

Odkąd w mym łożu dostrzegła twe białe biodra bez skazy;

Leżałaś wtedy jak nimfa i nagość twoja odkryta

Zwabiła bogów Olimpu kształtami etruskiej wazy.

 

Na koniec wspomnę twe stopy. Bo kiedy palce ich pieszczę,

Zda się, że samo natchnienie wypijam z głębiny Lety.

O, nieśmiertelni bogowie! Pozwólcie pieścić mi jeszcze

Te drobne stopy dziewczęce tak drogie sercu poety!

 

U stóp tych składam dytyramb pisany na twoją chwałę,

Bogini moja prawdziwa przeze mnie w pieśni sławiona;

Ja ci Panteon buduję i słowa moje zuchwałe

Unieśmiertelnią cię wreszcie, choć płaczesz w moich ramionach.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Dziecko

 

To dziecko takie małe, to dziecko takie chore,

To biedne dziecko umrze na pewno dziś wieczorem.

 

Lekarstwa napoczęte bezużytecznie stoją,

I chore dziecko rzęzi maleńką śmiercią swoją.

 

Za oknem zima skrzypi i kaszle wiatr na dworze,

Już nic biednemu dziecku na ziemi nie pomoże.

 

Śnieg pada bezszelestnie, zwyczajnie i powszednio,

Śmierć brodzi po pokoju i świece gasną przed nią.

 

Przy łóżku siedzi matka i cała trwa w podziwie;

Nie czuje nic, nie widzi, uśmiecha się leniwie...

 

Pogasły świece. Dnieje. Śnieg wisi na błękicie,

I w śniegu tym stopniało maleńkie, biedne życie;

 

Aż matka się zdziwiła, że stało się tak biało,

Że stało się tak śnieżnie, gdy dziecko umierało.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Dzień zaduszny

 

Kiedy miedzianą rdzą

Pożółkłych jesiennych liści więdną obłoki,

Zgadujemy, czego od nas obłoki chcą,

Smutniejące w dali swojej wysokiej.

 

Na siwych puklach układa się babie lato,

Na grobach lampy migocą umarłym duszom,

Już niedługo, niedługo czekać nam na to,

Już i nasze dusze ku tym lampom wkrótce wyruszą.

 

Jeżeli życie jest nicią - można przeciąć tę nić,

I odpłynąć na obłoku niby na srebrnej tratwie...

Ach, jak łatwo, ach, jak łatwo byłoby żyć,

Gdyby nie żyć było jeszcze łatwiej!

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Faust

 

Od pół roku już stąpam zwinnie po krawędzi.

Jaki wybór w tym stanie dyktuje rzetelność?

Tu starość schorowana, co cherla i zrzędzi,

Tam ulga wiekuista, raj i nieśmiertelność.

 

Tak, prawda. Ale tutaj są jeszcze wspomnienia,

Które w ludzkim umyśle żłobią swe odbicia.

Co utkwiło w pamięci, to się już nie zmienia,

Lecz trwa, by stać się nowym powtórzeniem życia.

 

Jam życie moje wypĄł do dna jednym haustem,

Toteż na stare lata dusza mi osłabła;

Zaprzedałbym ją diabłu, byłbym drugim Faustem...

Lecz czy w naszym ustroju można znaleźć diabła?

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Infantka

 

Kiedy byłaś infantką, lilio najczystsza,

Przywołałaś do siebie Wielkiego Mistrza.

 

Na skinienie twe przybył Mistrz Torquemada,

Wielki Mistrz Inkwizycji, infantko blada,

 

I prosiłaś żarliwie Wielkiego Mistrza,

By cię tortur nauczył, lilio najczystsza.

 

Wielki Mistrz się przybliżył do stopni tronu,

Do księżniczki Kastylii i Aragonu,

 

I przemówił do ciebie Mistrz Torquemada:

Pierwszej z tortur, infantko, na imię - zdrada;

 

Druga jeszcze straszniejsza, gorsza niż trumna,

Ma na imię - chłód serca, infantko dumna;

 

Wreszcie trzecia tortura - niemiłowanie!

Niech się stanie - krzyknęłaś - niech tak się stanie!

 

Odtąd klęczę u stopni twojego tronu,

Lilio biała Kastylii i Aragonu,

 

A ty wszystkie tortury Wielkiego Mistrza

Wbijasz mi w samo serce, lilio najczystsza.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Listopad

 

Złote, żółte i czerowne

Opadają liście z drzew,

Zwiędłe liście w obcą stronę

Pozanosił wiatru wiew.

 

Nasza chata niebogata,

Wiatr przewiewa ją na wskroś,

I przelata i kołata,

Jakby do drzwi pukał ktoś.

 

W mokrych cieniach listopada

Może ktoś zabłąkał się?

Nie, to tylko pies ujada.

Pomyśl także i o psie.

 

Strach na wróble wiartu słucha,

Sam się boi biedny strach,

Dmucha plucha-zawierucha,

Całe szyby stoją w łzach.

 

Jakiś wątły wóz na szosie

Ugrzązł w błocie aż po oś,

Skrzypią, jęczą w deszczu osie,

Jakby właśnie płakał ktoś.

 

Mgły na polach, ciemność w lesie,

Drga jesieni smutny ton,

Przyjdzie wieczór i przyniesie

Sny i mgły, i stada wron.

 

Wyjść się nie chce spod kożucha,

Blady promyk światła zgasł,

Dmucha plucha-zawierucha,

Zimno, ciemno, spać już czas.

Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share

×
×
  • Create New...