Jump to content

Jan Brzechwa - Dla dzieci


Guest Vampirella
 Share

Recommended Posts

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Androny

 

"Pan Marcin plecie androny!"

"Z czego plecie?"

"Ano - z łyka.

Taki andron upleciony

Jest podobny do koszyka.

Po cichutku się wymyka,

Niespodzianie psa nastraszy,

Wrzuci stary gwóźdź do kaszy,

Wszystkie jabłka zerwie z drzewa,

Z garnków wodę powylewa,

W oknach szyby powybija,

Wysamruje miodem stryja,

Ciotkę weĄmie na barana,

Sad posypie śniegiem w lecie...

Nie wierzycie?"

"Proszę pana,

Takie pan androny plecie!"

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Arbuz

 

W owocarni arbuz leży

I złośliwie pestki szczerzy;

Tu przygani, tam zaczepi.

"Już byś przestał gadać lepiej,

Zamknij buzię,

Arbuzie!"

 

Ale arbuz jest uparty,

Dalej sobie stroi żarty

I tak rzecze do moreli:

"Jeszcześmy się nie widzieli,

Pani skąd jest?"

"Jestem Serbka..."

"Chociaż Serbka, ale cierpka!"

 

Wszystkich drażnią jego drwiny,

A on mówi do cytryny:

"Pani skąd jest?"

"Jestem Włoszka..."

"Chociaż Włoszka, ale gorzka!"

 

Gwałt się podniósł na wystawie:

"To zuchwalstwo! To bezprawie!

Zamknij buzię,

Arbuzie!"

 

Lecz on za nic ma owoce,

Szczerzy pestki i chichoce.

Melon dość już miał arbuza,

Krzyknął: "Głupiś! Szukasz guza!

Będziesz miał za swoje sprawki!"

Runął wprost na niego z szafki,

Potem stoczył go za ladę

I tam zbił na marmoladę.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Atrament

 

Nikt opisać nie potrafi,

Jaki w szkole powstał zamęt,

Gdy na lekcji geografii

Nagle rozlał się atrament.

 

Porozlewał się po mapie,

Co leżała na katedrze,

Tutaj cieknie, tam znów kapie,

Wnet do różnych miast się wedrze.

 

W Kocku, Płocku, Radzyminie

Czarne kleksy się rozprysły

I atrament dalej płynie,

I już wlewa się do Wisły.

 

Pewien strażak dla ochłody

Miał się kąpać w tym momencie,

Zdjął ubranie, wszedł do wody,

Lecz się znalazł w atramencie.

 

Strażakowi zrzedła mina:

"Cóż to znowu za pomysły!"

I czarniejszy od Murzyna

Wyszedł strażak z nurtów Wisły.

 

Długo martwił się i smucił:

"W straży tak się nie pokażę..."

Więc do straży nie powrócił,

Tylko został kominiarzem.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Atrament i kreda

 

Wzdychała kreda: "Wciąż jestem biała,

Nie chcę być biała!..." No i - sczerniała.

 

Jęczał atrament: "O, losie marny,

Wciąż jestem czarny, kompletnie czarny,

 

Jak gdyby we mnie kto smołę przelał.

Nie chcę być czarny! Dość już!" I zbielał.

 

W szkole straszliwy zrobił się zamęt:

Ładna historia! Biały atrament!

 

Któż go na białym dojrzy papierze?

Nikną litery i kleksy świeże,

 

Nie zda się na nic wypracowanie,

Gdy z liter nawet ślad nie zostanie.

 

Zbladł nauczyciel i bladolicy

Przez chwilę z kredą stał przy tablicy,

 

Lecz nic napisać na niej się nie da:

Czarna tablica i czarna kreda!

 

Jak tu rozwiązać można zadanie,

Gdy cyfr odróżnić nikt nie jest w stanie.

 

Rzekł nauczyciel zakłopotany:

"Dziwne to, bardzo dziwne przemiany!

 

Kreda jest czarna, atrament biały...

Wiemy, kto robi takie kawały!"

 

Mówiąc to palec przytknął do czoła,

GroĄnym spojrzeniem powiódł dokoła

 

I mnie, choć ja się winnym nie czuję,

Ze sprawowania postawił dwóję.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Babulej i Babulejka

 

Pod Oszmianą nad Wilejką

Żył Babulej z Babulejką,

Ona była czarodziejką,

On - rzecz prosta - czarodziejem

I jadali mak z olejem

Babulejka z Babulejem.

 

Babulejka raz powiada:

"Babuleju, tak się składa,

Że mam starą koźlą skórę

Odwieźć dziś na Łysą Górę."

 

Więc Babulej z Babulejką

Pojechali taradejką.

 

Nagle koń okulał w drodze,

Aż Babulej zaklął srodze.

"Jeśli kuleć chcesz, to kulej!" -

Rezolutnie rzekł Babulej

I zostawił konia w tyle.

 

Taradejka jedzie milę,

Jedzie drugą, wtem na trzeciej

Koło wprost do rowu leci,

Aż Babulej parsknął śmiechem:

"Ładna jazda z takim pechem,

Cóż - na miotle jeżdżą wiedźmy,

To my na trzech kołach jedźmy!"

 

Jadą dalej, wtem na szosie

Pogubili obie osie.

"Mocniej siedź na taradejce" -

Rzekł Babulej Babulejce

I ze śmiechem ściągnął lejce.

 

Tym sposobem znów przebyli

Siedem mil. Na ósmej mili

Taradejka się rozpadła,

Babulejka tylko zbladła,

A Babulej tak powiada:

"Zawsze jest na wszystko rada -

Bat nam został w tej podróży,

Niech w podróży dalszej służy."

 

Więc na bacie siedli wierzchem,

Pojechali, a przed zmierzchem

Byli już na Łysej Górze

I na koźlej siedząc skórze

Zajadali mak z olejem

Babulejka z Babulejem.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Bajka o królu

 

Daleko stąd, daleko,

W stolicy, lecz nie w naszej,

Był król, co pijał mleko

I jadał dużo kaszy.

 

Martwili się kucharze:

"O, rety! Co się dzieje?

Król kaszę podać każe,

Król nic innego nie je!

 

Jak tu pracować można

I jak takiemu służ tu?

Król nie chce kaczki z rożna

Ani łososia z rusztu,

 

Król nie tknie nawet jaja,

Król nie zje nawet knedli,

Które we wszystkich krajach

Królowie zwykle jedli."

 

A król się śmiał: "Mnie wasze

Nie wzruszą narzekania,

Ja jadam tylko kaszę,

Zabierzcie inne dania!

 

Niech zbliży się podczaszy,

A choć i on narzeka,

Niech z flaszy mi do kaszy

Naleje szklankę mleka!"

 

Wzdychała Wielka Rada:

"Jadamy niczym chłopi,

Bo państwem naszym włada

Kaszojad i Mlekopij.

 

Codziennie nam na tacy

Podają miskę kaszy -

Tak mogą jeść biedacy

Z suteren lub z poddaszy,

 

Lecz my, Królewska Rada,

Narodu straż najstarsza,

Nam nawet nie wypada,

By kiszki grały marsza!"

 

A król wciąż rósł i mężniał,

Był coraz zdrowszy z wiekiem,

I mężniał, i potężniał

Jadając kaszę z mlekiem.

 

Lecz nie był zawadiaką

I nienawidził wojen,

A miał zasadę taką:

Co twoje, to nie moje.

 

Wróg trzymał się daleko,

Bo wroga król odstraszył.

A ty czy pijesz mleko?

Czy jadasz dużo kaszy?

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Baran

 

Przyszedł baran do barana

I powiada: "Proszę pana,

Nogi bolą mnie od rana,

Pan mnie weźmie na barana."

 

Baran tylko głową kręci:

"Nosić pana nie mam chęci,

Ale znam pewnego wilka,

Który nosił razy kilka."

 

Trwoga padła na barany:

"Dobrze pomyśl, mój kochany,

Wiesz, co było swego czasu?

Nie wywołuj wilka z lasu!"

 

Baran słysząc to zbaraniał,

Baran dłużej się nie wzbraniał,

I - choć rzecz to niesłychana -

Wziął barana na barana.

Edited by Niezarejestrowany
Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Baśń o korsarzu Palemonie

 

I

 

Kiedy król Fafuła Czwarty

Zachorował nie na żarty,

Do doktora rzekł: Doktorze,

Nic mi widać nie pomoże,

Przeznaczenie jest nieczułe,

Przyszła kreska na Fafułę.

Muszę umrzeć - wola boża.

Niechaj zbliżą się do łoża

Królewicze i królewny,

Do nich mam interes pewny.

 

Przed królewskie więc oblicze

Przyszli czterej królewicze

I królewny przyszły cztery,

Tłumiąc w sercach smutek szczery.

Król powiedział: Już dogasam

Z dziećmi zostać chcę sam na sam.

Proszę wszystkich wyjść z pokoju

I zostawić nas w spokoju.

 

Gdy nie było już nikogo,

Król przemówił z miną srogą:

Drogie dzieci, trudna rada,

Żyć bez końca nie wypada,

Trzeba umrzeć na ostatku.

Dostaniecie po mnie w spadku

Złotych monet dziesięć garnków,

Dwieście wiosek i folwarków,

Wszystkie stada, psiarnie, stajnie,

Pola żyzne nadzwyczajnie,

Lasów obszar niezmierzony,

Wszystko, wszystko - prócz korony.

Bo korona przeznaczona

Jest dla tego, kto pokona

Kapitana Palemona.

Ma on okręt nad okręty,

Nie zwyczajny - lecz zaklęty.

Od stu lat żeglarzy płoszy,

Wszystko niszczy i pustoszy,

Kto go ujrzy choć z daleka,

Tego śmierć niechybna czeka,

Kto się za nim w pogoń puści,

Znajdzie śmierć na dnie czeluści,

Kto go schwyta i pokona,

Temu tron mój i korona!

 

Ledwie rzekł to król Fafuła,

Zła gorączka go zatruła,

Strasznych drgawek dostał potem

I zmarł z piątku na sobotę.

No, a już w niedzielę rano

Króla godnie pochowano.

Dzieci ojca opłakały,

Płakał z nimi naród cały,

A gdy minął rok z kawałkiem,

Zapomniano o nim całkiem.

 

II

 

Płynie okręt przez odmęty,

Nie zwyczajny - lecz zaklęty:

Pokład pusty, burta pusta,

Poprzez burtę fala chlusta,

Wicher pędzi go i nagli,

Chociaż nie ma na nim żagli.

 

Lecz co dzień koło południa

Pokład nagle się zaludnia:

Dźwięczą głosy, dudnią buty,

Ukazuje się z kajuty

Twarz przepita i czerwona

Kapitana Palemona...

Jego broda rozwichrzona,

Oczy ostre jak sztylety,

Dwa za pasem pistolety,

Jednym słowem - postać dzika

Kapitana - rozbójnika.

Ukazuje się załoga

Rozbójnicza i złowroga:

A więc sternik-kuternoga,

Pięćdziesięciu marynarzy,

Starszych zbójów i korsarzy,

A na końcu kucharz-Chińczyk

I kudłaty pies pekińczyk.

 

Gdy zaczyna szaleć burza,

Okręt w nurtach się zanurza

I na morskim dnie osiada,

Gdzie niejedna śpi armada.

To kraina niezmierzona

Kapitana Palemona.

Tam z kryształu są pałace,

Tam korsarze kończąc pracę

Odbywają uczty swoje,

Tam planują swe rozboje,

Tam chowają swe zdobycze,

Tam małżonki rozbójnicze

Śpią na skórach rozciągniętych,

Pośród złotych ryb zaklętych.

Ośmiornice straż tam pełnią,

Księżyc złotą swoją pełnią

Koralowy gaj oblewa,

W którym chór rusałek śpiewa.

 

Płynie okręt przez odmęty,

Nie zwyczajny - lecz zaklęty,

Z dna wypływa na powierzchnię,

A gdy tylko dzień się zmierzchnie,

Okręt wznosi się do góry

Nad obłoki i nad chmury

I zawisa niespodzianie

W lazurowym oceanie.

To kraina niezmierzona

Kapitana Palemona.

Tam gdzie mleczna biegnie droga,

Schodzi sternik-kuternoga,

I kapitan, i załoga.

Z grubej blachy księżycowej

Wykuwają pancerz nowy

I gwiazdami z firmamentu

Przybijają do okrętu.

 

Tam na szczycie srebrnej góry

Mieszka ptak ognistopióry,

Żeby w jego piór pożodze

Ciepło było spać załodze.

Błyskawice straż tam pełnią,

Księżyc srebrną swoją pełnią

Szmaragdowy mrok oblewa,

W którym ptak ognisty śpiewa.

 

III

 

Już w tronowej wielkiej sali

Królewicze się zebrali,

Siadły obok nich królewny

Tłumiąc w sercach smutek rzewny.

W oddaleniu, jak wypada,

Stanął rząd i dumna rada,

Stary kanclerz z twarzą czerstwą,

Poczet książąt i rycerstwo.

Z królewiczów wstał najstarszy,

Piękne czoło groźnie zmarszczy,

Słucha rząd i dumna rada,

A królewicz tak powiada:

My, waleczni królewicze,

Przez odmęty tajemnicze

Wyruszamy jutro w drogę.

Mamy okręt i załogę,

Rusznikarzy mamy dzielnych,

Dziesięć armat szybkostrzelnych,

Nurków zastęp wyćwiczony,

Broń, latawce i balony,

I latarnię czarnoksięską,

Która chronić ma przed klęską.

Siostry z nami się zabiorą,

A więc jedzie nas ośmioro.

Cały świat przewędrujemy,

Aż w kajdanach przywieziemy

Kapitana Palemona.

Sprawa jest postanowiona.

Niech tymczasem dumna rada

Mądrze państwem naszym włada,

Rząd niech pieczę ma nad ludem,

Niechaj kanclerz zbożnym trudem

Dla zwycięzcy tron zachowa,

Król to będzie czy królowa!

 

Całą noc i dzień bez małą

Pożegnalna uczta trwała.

Rzeką lał się miód stuletni

I bawiono się najświetniej.

 

A w przystani na kotwicy,

Walcząc z wichrem nawałnicy,

Stał, jak delfin rozpostarty,

Okręt Król Fafuła Czwarty.

Królewicze i królewny

Pożegnali wszystkich krewnych,

Rząd i radę pożegnali

I na okręt się udali.

Świszczą liny okrętowe

Do podróży już gotowe,

Furczą żagle, skrzypią reje,

Wyjąc - wiatr pomyślny wieje.

Płynie okręt przez odmęty

W świat nieznany, niepojęty.

Fale pienią się i ryczą,

Biją serca królewiczom,

A królewnom w tajemnicy

Śnią się morscy rozbójnicy.

 

IV

 

Mija tydzień, drugi, trzeci,

Okręt lotem wichru leci,

Niecierpliwi się załoga,

Że nie widać nigdzie wroga.

Królewicze z bezczynności

Na pokładzie grają w kości,

A królewny w swych kajutach

Robią ciepły szal na drutach.

Naraz jedna z nich powiada:

Ja bym była bardzo rada,

Gdyby postać wymarzona

Kapitana Palemona

Ukazała się w kajucie.

A ja dziwne mam przeczucie -

Rzecze druga - że z nas jedna

Z tym korsarzem się pojedna

I zostanie pokochana

Przez strasznego kapitana.

Rzecze trzecia: Jako żona

Kapitana Palemona

Jedna z nas królową będzie.

Czwarta na to: Niech przybędzie,

Niech podejmie walkę z braćmi

I odwagą wszystkich zaćmi.

 

Ledwie rzekły to królewny,

Runął z nieba wicher gniewny.

Porwał liny, stargał żagle,

Ciemna noc zapadła nagle,

Skotłowały się bałwany

I w ten odmęt skotłowany

Uderzyła nawałnica.

Mrok rozdarła błyskawica

I jej światło zielonkawe

Ukazało dziwną nawę,

Która w mrokach, na obłokach

W dół spuszczała się z wysoka.

 

Królewicze patrzą z trwogą

I zrozumieć nic nie mogą:

Płynie okręt przez odmęty,

Nie zwyczajny - lecz zaklęty,

Wicher pędzi go i nagli,

Chociaż nie ma na nim żagli,

I z daleka już dolata

Jego srebrnych blach poświata.

Rozhukały się armaty,

Biją w środek tej poświaty,

Przez latarnię czarnoksięską

Jasność sączy się zwycięsko,

Rozpryskują się pociski

Po spienionej fali śliskiej.

Odrzucono pistolety.

Królewicze przez lunety

Patrzą w ciemną dal i sami

Już kierują armatami,

 

Płynie okręt przez odmęty,

Nie zwyczajny - lecz zaklęty,

Niby stwór niesamowity

W zielonkawą mgłę spowity.

Pokład pusty, burta pusta,

Poprzez burtę fala chlusta,

A on płynie jak na skrzydłach

Prosto z bajki o straszydłach

W ciemność, w burzę i w zawieję

I w ciemności olbrzymieje.

Kto go ujrzy choć z daleka,

Tego śmierć niechybna czeka.

 

Królewicze więc od razu

Dali rozkaz. W myśl rozkazu,

By móc patrzeć w tamtą stronę,

Każdy włożył szkła zaćmione,

Szkła przedziwnie szlifowane,

Czarem snu zaczarowane.

W królewiczach zapał płonie:

Kapitanie Palemonie,

Nie bądź tchórzem, wyjdź z ukrycia,

Walcz, nie żałuj swego życia!

 

Ale okręt pustką zieje.

Przez odmęty, przez zawieje

Lekko mknie po fali śliskiej,

Nie trafiają weń pociski,

Maszt nietknięty w górze sterczy,

I jedynie śmiech szyderczy,

Straszliwego kapitana

Dźwięczy w wichrach i bałwanach.

 

V

 

Z królewiczów jeden rzecze:

Na nic kule, na nic miecze.

Kapitana Palemona

Oręż zwykły nie pokona.

A to dla nas kwestia tronu!

Wsiądźmy razem do balonu,

Wieje właśnie wiatr północny,

Wiatr ten będzie nam pomocny.

Napadniemy okręt wraży,

Uderzymy na korsarzy

Granatami, latawcami,

Nie poradzą sobie z nami!

 

Projekt został wnet przyjęty:

Balon wzniósł się nad odmęty,

Wicher pognał go przed siebie

I pogrążył w mrocznym niebie.

Lecą dzielni królewicze

W dale mgliste i zwodnicze.

Zimny wiatr napełnia płuca,

Balon szarpie i podrzuca,

I nad wrogi niesie statek.

Dobywając sił ostatek,

Królewicze w jednej chwili

Na piratów uderzyli.

Przebiegają pokład żwawo,

Patrzą w lewo, patrzą w prawo:

Pokład pusty, burta pusta,

Poprzez burtę fala chlusta.

Z kim tu walczyć? Gdzie załoga?

Na okręcie nie ma wroga!

I okrętu nie ma wcale,

Jeno płynie poprzez fale

Księżycowa mgła zielona,

Której oręż nie pokona.

 

Królewicze byli wściekli,

Że w tę mgłę się przyoblekli

I że wiatr ich niesie żwawo

Z tą zaklętą, dziwną nawą.

Ale już koło południa

Nawa nagle się zaludnia.

Ukazuje się załoga

Rozbójnicza i złowroga:

A więc sternik-kuternoga,

Pięćdziesięciu marynarzy,

Strasznych zbójów i korsarzy,

A na końcu kucharz-Chińczyk

I kudłaty pies pekińczyk.

Nie ma tylko kapitana.

Cóż za sprawa niezbadana?

Gdzie przebywasz? W jakiej stronie,

Kapitanie Palemonie?

 

Przybliżyli się korsarze,

Królewiczom patrzą w twarze.

Co za jedni? Skąd się wzięli?

Czy zjawili się z topieli?

Szczerzy zęby kucharz-Chińczyk,

Obwą****e ich pekińczyk,

Każdy milczy, każdy czeka,

Nawet pies - i ten nie szczeka.

 

Nagle sternik śmiechem parska,

Parska śmiechem brać korsarska,

Aż za brzuch się trzyma kucharz,

Nawet pies ze śmiechu spuchł aż.

Wreszcie sternik tak powiada:

Jest to zwykła maskarada!

Myśmy rząd i dumna rada.

Król Fafuła w testamencie

Zlecił takie przedsięwzięcie,

By wybadać wasze męstwo.

Osiągneliście zwycięstwo

I pochwały, i zdobycze,

Wielce dzielni królewicze.

Właśnie są królewny cztery,

Które mają zamiar szczery

Ofiarować wam swe trony,

Wybór jest postanowiony.

Cztery statki stoją w porcie -

Z wygodami i w komforcie

Do swych królestw pojedziecie,

By zasłynąć w całym świecie!

Tak już czeka lud stęskniony,

Złote berła i korony.

 

Gdy to sternik rzekł, korsarze

Odmienili swoje twarze,

Zdjęli wąsy, zdjęli brody

I wrzucili je do wody.

 

Królewicze są jak we śnie:

Spoglądają jednocześnie

Na sternika, co zamierza

Przeistoczyć się w kanclerza,

Przyglądają się obliczom

Dobrze znanym królewiczom,

Członków rady obejmują,

Z ministrami się całują.

Zaraz kanclerz na okręcie

Wydał na ich cześć przyjęcie

I rzekł żartem w swej przemowie:

Czterech królów piję zdrowie:

Karowego, Kierowego,

Pikowego, Treflowego.

Zmarły król Fafuła Czwarty

Bardzo lubił zagrać w karty.

 

Uczta była znakomita,

Każdy najadł się do syta,

Rzeką lał się miód stuletni

I bawiono się najświetniej.

 

VI

 

A w kajutach swych królewny

Rozważają los niepewny:

Odlecieli królewicze

W dale mroczne i zwodnicze,

Może już nie żyją, może

Powpadali wszyscy w morze?

A tu przyjdą rozbójnicy,

Tacy straszni, tacy dzicy,

I królewny uprowadzą,

I do ciemnych lochów wsadzą.

Jak się bronić przed tą zgrają?

Gdy tak smutnie rozmyślają,

Nagle drzwi się otwierają,

Wchodzi młodzian bardzo zgrabny,

Bardzo młody i powabny,

I królewnom ukłon składa.

Żadna z nich nie odpowiada,

Jednocześnie wszystkie zbladły

I jak stały, tak usiadły.

Wyciągają drżące dłonie:

Nie zabijaj, Palemonie!

 

Młodzian znowu ukłon składa,

Po czym śmiejąc się powiada

Wprost bez żadnej ceremonii:

Jam jest władcą Palemonii,

Król Palemon, proszę bardzo,

Niechaj panie mną nie gardzą,

Łagodnego jestem serca

I nikogo nie uśmiercam.

A historia o piracie

To jest bajka, czy ją znacie?

Choć to bajka nieprawdziwa -

Sens ukryty w bajce bywa.

 

Zapłoniły się królewny

Tłumiąc w sercach smutek rzewny:

Wymarzyły w snach pirata,

A tu król jest! Taka strata.

Los niekiedy figle płata.

Król Palemon się przywitał,

Siadł, o zdrowie grzecznie pytał

I rozwodził się nad statkiem,

I rozglądał się ukradkiem.

 

Trzy królewny były cudne:

Zgrabne, gładkie, białe, schludne,

Czwartej zaś los figla spłatał:

Czwarta była piegowata,

Niepozorna i brzydula.

Uśmiechnęła się do króla.

A ślicznotki trwały dumnie.

Brzyduleńko, zbliż się ku mnie -

Rzecze król Palemon czule. -

Chcę za żonę mieć brzydulę!

A ślicznotki klaszczą w dłonie:

Świetnie, królu Palemonie!

Choć siostrzyczka nie jest ładna,

Ale dobra tak jak żadna.

Niezrównana będzie żona

I królowa wymarzona!

 

Ucałował król brzydulę,

Pierścień dał, co miał w szkatule -

Bo tak zawsze robią króle.

 

VII

 

Połączono dwa okręty:

Ten zwyczajny i zaklęty.

 

Wszyscy są już na pokładzie,

Stoi rząd przy dumnej radzie,

Królewicze i królewny,

Król Palemon, poczet krewnych,

Nawet stary kucharz-Chińczyk

I kudłaty pies pekińczyk.

 

Gdy skończyła się parada,

Wyszedł kanclerz i powiada:

Król Fafuła w testamencie

Zlecił taki przedsięwzięcie,

Że korona przeznaczona

Jest dla tego, kto pokona

Kapitana Palemona.

Pokonała go królewna,

A więc rzecz jest całkiem pewna,

Że jej miejsce jest na tronie

Przy małżonku Palemonie.

 

Zaraz kanclerz na okręcie

Wydał na ich cześć przyjęcie

I rzekł żartem w swej przemowie:

Czterech dam wypijmy zdrowie:

Bo to jasne jest, że mamy

Na pokładzie cztery damy:

Jest Kierowa, jest Karowa,

I Pikowa, i Treflowa.

Zmarły król Fafuła Czwarty

Bardzo lubił zagrać w karty!

 

Uczta była znakomita:

Każdy najadł się do syta,

Rzeką lał się miód stuletni

I bawiono się najświetniej.

 

Choć to bajka nieprawdziwa -

Sens ukryty w bajce bywa.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Baśń o rudobrodym koźle

 

Za siedmioma rubinami,

Za siedmioma turkusami,

Za siedmioma uśpionymi

Zielonymi jeziorami

Mieszka Kozioł Rudobrody,

Który pił ze srebrnej wody.

 

Kozioł szklane ma kopyta,

Kto go ujrzy, ten go pyta:

Z jakich pastwisk, z jakiej trzody

Jesteś, Koźle Rudobrody?

 

Kozioł tylko nogą wierzga:

Stoi w polu siwa wierzba

Pod tą wierzbą - moje państwo,

Chodź, to wezmę cię w poddaństwo!

 

Stoi w polu wierzba siwa,

Tam się bajka ta rozgrywa.

 

Za siedmioma jeziorami

Kozioł dzwoni kopytami.

Kiedy pierwszy raz zadzwoni,

Biegnie siedem białych koni.

Gdy zadzwoni po raz drugi,

Przepływają srebrne strugi,

Gdy zadzwoni po raz trzeci,

Paw o siedmiu piórach leci,

Siedem srebrnych strug wypija,

Potem siedem nocy mija

I z każdego pióra pawia

Młody jeździec się pojawia.

 

Gdy dosiądą jeźdźcy koni,

Kozioł po raz czwarty dzwoni,

Wtedy paw na wierzbie siada,

Taką bajkę opowiada:

 

Pędzi Kozioł Rudobrody,

Za nim jeźdźcy mkną w zawody,

Pędzą jeźdźcy w siedem koni,

Żaden Kozła nie dogoni.

Już minęli bramę z tęczy,

Siedem jarów i przełęczy,

Cztery stawy i dwa mosty -

Jeden krzywy, drugi prosty -

I znów dalej popędzili,

Aż ujrzeli w pewnej chwili

Niebotyczną złotą wieżę

Malowaną na papierze,

A na wieży wśród mozaiki

Lśniły takie słowa bajki:

 

Oto Kozioł Rudobrody

Dudniąc wbiegł na złote schody,

Na spienionych koniach rześcy

W cwał ruszyli za nim jeźdźcy,

Aż im w pędzie tym wichura

Pozrywała pawie pióra.

 

Sadził w górę Kozioł chyży,

Mknęli jeźdźcy coraz wyżej,

Coraz wyżej na szczyt wieży,

Gdzie się mur ząbczasty jeży.

 

A na szczycie tym w koronie

Sam Szczur-Praszczur spał na tronie.

Stary był, miał lat ze dwieście,

Lecz go tętent zbudził wreszcie.

Szczur na tronie dumnie siedział,

Taką bajkę opowiedział:

 

Stoi w polu wierzba siwa,

Tam się bajka ta rozgrywa.

I tam kończy się, gdyż wątek

Miał pod wierzbą swój początek.

 

Wrócił Kozioł Rudobrody

Jak niepyszny do swej trzody,

Tylko jeźdźcy jeszcze stali,

Jeszcze stali i czekali,

I czekały konie rącze,

Kiedy wreszcie wiersz ten skończę.

 

A ja go skończyłem w piątek

Właśnie tam, gdzie bajki wątek

Miał pod wierzbą swój początek

I gdzie nieraz się rozgrywa

Ta historia żartobliwa.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Baśń o stalowym jeżu

 

Na ulicy Czterech Wiatrów

Niedaleko Bonifratrów

Do zachodnich ścian przytyka

Sklep Magika Mechanika.

Sklep ten zawsze jest zamknięty,

Lecz przez okno wystawowe

Widać różne dziwne sprzęty,

Różne części metalowe,

Tajemnicze instrumenty,

Automaty, lalki, skrzynki,

Nakręcane katarynki,

Śpiewające psy i świnki.

 

Z głębi sklepu znad stolika

Patrzą oczy Mechanika.

Widać jego twarz niemłodą,

Okoloną rudą brodą,

Duże uszy, nos spiczasty

I krzaczaste brwi jak chwasty

 

Całe noce Magik siedzi

Pośród zwojów drutu z miedzi,

Warzy zioła, praży kwasy

I uciera kuperwasy.

Kto zobaczy Mechanika,

Tego zaraz lęk przenika,

Ten ucieka od wystawy,

Choćby nawet był ciekawy.

 

Dnia pewnego w październiku

Napłynęło chmur bez liku,

Runął wicher porywiście,

Poleciały żółte liście,

Zaciemniły się błękity,

Zgęstniał mrok niesamowity.

Snadź żałosny śpiew jesieni

Albo napływ nocnych cieni,

Albo gwiazd zupełny zanik

Sprawił właśnie, że Mechanik

Usnął nagle przy stoliku

Dnia pewnego, w październiku.

 

Spał jak kamień. A tymczasem

Drzwi rozwarły się z hałasem

I ze sklepu na ulicę

W noc, w jesienną nawałnicę

Wybiegł z chrzęstem jeż stalowy

Miał przyłbicę zamiast głowy,

Od przyłbicy aż po pięty

W stal hartowną był zaklęty.

Miał też pancerz - z każdej strony

Mnóstwem igieł najeżony,

Nadto miecz ze stali twardej,

Tarczę tudzież halabardę.

 

Jeż przez chwilę nasłuchiwał,

Coś wspominał, coś przeżywał.

Spojrzał w noc październikową

I zacisnął pięść stalową.

W krąg ulica była pusta.

Mrok narastał, wiatr nie ustał,

Deszcz jesienny w szyby chlustał.

 

Co się stało, to się stało,

Widać tak się stać musiało,

Jeż więc naprzód ruszył śmiało,

Pędził w dal opustoszałą,

Pod murami się przemykał

I w zaułkach ciemnych znikał.

A gdy biła jedenasta,

Jeż opuścił mury miasta.

 

Minął sady i ogrody,

Przebiegł szybko gaik młody,

Aż wydarłszy się zawiei

Jeż stalowy dopadł kniei.

Tu odetchnął. Leśne zmory

W dziuplach jadły muchomory,

W opuszczonym jarze strzygi

Odprawiały na wyścigi

Swoje pląsy i podrygi,

Wiedźmy spały w gniazdach wronich,

Sowy piały, a koło nich,

Wyskoczywszy na wierzchołek,

Na piszczałce grał Dusiołek.

 

Jeż przez chwilę odpoczywał,

Coś wspominał, coś przeżywał,

Lecz niebawem ruszył dalej,

Budząc wiedźmy chrzęstem stali.

 

Brzask od wschodu jaśniał złudnie,

A Jeż zdążał na południe,

Stanął właśnie na polanie,

Gdy znienacka, niespodzianie

Ujrzał tam, gdzie rzednie knieja,

Czarodzieja Babuleja.

 

Miał Babulej łeb jak skała,

Z nozdrzy para mu buchała,

Wylatywał ogień z gęby,

Miał ramiona jak dwa dęby,

Każdą nogę miał jak wieża.

Gdy się ocknął, spostrzegł Jeża.

 

Był Babulej tak potężny,

Że Jeż mężny i orężny

Zbladł - o ile jeże bledną,

Ale to jest wszystko jedno.

Rzekł Babulej: "Hej, rycerzu,

Hej, stalowy dzielny Jeżu,

Jaka moc i jaka władza

Do tej kniei cię sprowadza?

Czy przybywasz do mnie w gości,

Czy chcesz zabrać moje włości,

Czy też cel masz niedościgły,

Aby we mnie wbić swe igły?"

 

Jeż zawołał: "Dobrodzieju,

Czarodzieju Babuleju,

Od przyłbicy aż po pięty

Jam stalowy Jeż - zaklęty

Przez Magika Mechanika -

I wprost żałość mnie przenika,

Kiedy patrzę na mą zbroję,

Na stalowe igły moje.

Twoja mądrość jest bez miary,

Powiedz, jak mam zrzucić czary?

Dokąd iść mam? Wskaż mi drogę,

Bo tak dłużej żyć nie mogę."

 

Zastanowił się Babulej

I do Jeża rzekł już czulej:

"Z tej krynicy wody ulej.

Kiedy nią przemyjesz oczy,

Wnet przed tobą się roztoczy

Gładka droga. Idź nią żwawo,

Byle w prawo, zawsze w prawo!

Gdy dotrzymasz tego święcie,

Spadnie z ciebie złe zaklęcie."

Jeż uściskał Babuleja.

"W tobie cała ma nadzieja"-

Rzekł z wdzięcznością. Bez przeszkody

Nalał w dłoń cudownej wody,

Wodą plusnął sobie w oczy,

Aż tu nagle się roztoczy

Droga gładka, lecz zawiła:

Cała we mgle się gubiła,

Porośnięta przy tym była

Migotliwą srebrną trawą.

Jeż tą drogą ruszył w prawo.

 

Szedł bez przerwy aż do zmroku,

Nie zwalniając nawet kroku,

Ani nie jadł, ani nie pił,

Tylko chłodem się pokrzepił.

Dziwne dziwy widział z lewa:

Migdałowe kwitły drzewa,

Kolorowych słońc ulewa

Oblewała piękne place,

Na nich domy i pałace,

A w pałacach rajskie ptaki,

A w ogrodach złote maki,

A wokoło mleczne rzeki

Zdążające w świat daleki.

 

Jeża złudy nie skusiły.

Wytężając wszystkie siły,

Ciągle w prawo szedł po drodze,

Pamiętając o przestrodze.

I po stronie właśnie prawej

Ujrzał Jeż rtęciowe stawy.

Falowała rtęć srebrzyście

I srebrzyła się faliście,

I jaśniała uroczyście,

Blask rzucając na wybrzeża,

Na dal mroczną i na Jeża.

 

Jeż przed siebie śmiało dążył,

W żywym srebrze się pogrążył

I przez rtęci śliskie fale

Płynął silnie i wytrwale.

Stoczył przy tym bój zajadły,

Bowiem zewsząd go opadły

Wygłodniałe, złe trytony,

Ale on, niezwyciężony,

Mieczem rąbał i wywijał,

Aż je wszystkie pozabijał.

Gdy Jeż stawy wreszcie przebrnął,

Połyskiwał zbroją srebrną.

 

Kroczył naprzód niestrudzony,

Rtęcią złudnie posrebrzony,

Miecz wyostrzył, jak należy,

A gdy mrok się rozlał szerzej,

Zszedł w Dolinę Nietoperzy.

Czuł, że bój nie będzie błahy:

Nietoperze z kutej blachy,

Z metalicznym skrzydeł chrzęstem,

Uderzyły rojem gęstym,

Ćmy blaszane o północy

Przyleciały do pomocy,

A ze szczelin pełzły strachy,

Nocne strachy z kutej blachy.

 

Jeż odważnie się najeżył,

Halabardą się zamierzył,

Wpadł w sam środek nietoperzy

I na oślep ciął z rozmachem

Napastliwą groźną blachę.

Ciem padały całe stosy,

A on wciąż zadawał ciosy,

Nietoperzy chmary tępił,

Tarczę pogiął, miecz przytępił,

Deptał blachę pokonaną,

A gdy bój się skończył rano,

Stwierdził Jeż swój tryumf świeży,

Więc z Doliny Nietoperzy,

W której posiał śmierć i trwogę,

Wyszedł znów na gładką drogę.

 

Mgła, jak zwykle, drogi strzegła,

Droga prawą stroną biegła.

A gdy świt był niedaleko,

Stanął Jeż nad wielką rzeką.

Nurt burzliwy i spieniony

Tworzył wiry z prawej strony.

Jeż to zoczył, lecz nie zboczył,

Tylko w środek wirów skoczył.

Płynął śmiało jak na połów,

A gdy przemógł moc żywiołów,

 

Ujrzał Wyspę Trzech Bawołów.

Był na wyspie las potężny,

Nie drewniany, lecz mosiężny,

Z lasu, sadząc przez wądoły,

Wyskoczyły trzy bawoły

I ruszyły wprost na Jeża,

Który dotknął już wybrzeża.

Ziemia drżała, tratowana

Przez bawoły. Gęsta piana

Wystąpiła im na pyski,

W ślepiach drgały krwawe błyski,

A kopyta ich potężne,

Nie zwyczajne, lecz mosiężne,

I mosiężne wielkie rogi

W sposób groźny i złowrogi

Skierowały się na Jeża:

Tylko bawół tak uderza.

Jeż, do walki już gotowy,

Wyjął z pochwy miecz stalowy,

W bok uskoczył i zawzięcie

Rąbnął mieczem. Straszne cięcie

Zmiotło sześć bawolich rogów,

Które spadły wśród rozłogów.

Ich mosiężny dźwięk rozbrzmiewał,

O mosiężne tłukł się drzewa

I przez echo powtórzony,

Brzmiał i grzmiał na wszystkie strony.

 

A bawoły chyląc głowy

Legły rzędem. Jeż stalowy

Stał podparty halabardą

I przyglądał się z pogardą

Pokonanym swoim wrogom

I mosiężnym wielkim rogom,

Po czym w prawo ruszył drogą.

 

Dziwne dziwy widział z lewa:

Z białych skał sfrunęła mewa

Trzepotliwa, śnieżnobiała,

W dziobie złoty klucz trzymała,

Kluczem skały otwierała,

Otwierała złote bramy,

Skarbce, zamki i sezamy.

 

On szedł w prawo, ciągłe w prawo,

Gardził złotem, gardził strawą,

Szedł bez przerwy, aż do zmroku,

Nie zwalniając nawet kroku.

Ani nie jadł, ani nie pił,

Tylko chłodem się pokrzepił.

 

Kiedy tak przez piachy kroczył,

Z pochwy naraz miecz wyskoczył

I pofrunął w dal z łoskotem,

Tarcza za nim w ślad, a potem

Halabarda, mknąc przed siebie,

Znikła szybko w nocnym niebie.

 

Jeż oniemiał, Jeż się zdumiał,

Ale zanim coś zrozumiał,

Jakaś siła niebywała

Nagle z ziemi go porwała

I poniosła jak źdźbło słomy

W świat daleki, niewiadomy.

 

Jeż w niezwykłym swoim locie

Widział gwiazd jarzących krocie,

A pod sobą czarną chmurę,

A przed sobą wielką górę

Niebotyczną i wyniosłą -

Do niej właśnie Jeża niosło.

 

Jeż wytężył wyobraźnię,

Wzrok wytężył i wyraźnie

Widział teraz i miarkował,

Że to Góra Magnesowa

Z dali ciemnej się wyłania,

Że jej siła przyciągania,

Nieodparta i straszliwa,

Stal unosi i porywa.

 

Leciał Jeż jak srebrna kula,

Brzęczał tak jak pszczoła z ula,

Góra przed nim w oczach rosła

Niebotyczna i wyniosła,

Wreszcie gniewny i ponury

Przylgnął Jeż do zbocza góry.

 

Stał bezbronny, pełen trwogi,

Magnes więził jego nogi

I krępował wszystkie ruchy,

Tak jak muchę lep na muchy.

 

Chcąc się wydrzeć z tej niewoli,

Jął poruszać się powoli,

Jął powoli piąć się w górę,

Nie zważając na wichurę.

Szedł pięć godzin, aż o świcie

Wreszcie znalazł się na szczycie.

 

Był tam pałac z gwiazd wysnuty

I był człowiek w złocie kuty

I obuty w złote buty.

A dokoła w barwnej śniedzi

Stali ludzie z brązu, miedzi

I z mosiądzu, i z ołowiu -

Stali wszyscy w pogotowiu.

Władca Góry Magnesowej

 

Do zdobyczy swojej nowej

Krzyknął: "Jam jest w złocie kuty

I obuty w złote buty,

Bezprzykładna dzielność twoja

Ani pancerz, ani zbroja

Nie uchronią cię przede mną.

Ja mam taką moc tajemną,

Że się tylko stalą żywię

I na górze tej szczęśliwie

Miedzią, brązem i mosiądzem

Jak posłusznym ludem rządzę.

Broń się, Jeżu! Mam ochotę

Stal twą przebić ostrzem złotym!"

 

Jeż zawołał: "Niech się stanie!

Chodź, przyjmuję twe wyzwanie.

Nie mam miecza ani tarczy,

Ale igieł mi wystarczy!"

Po tych słowach pięść zacisnął,

Złoty rycerz tarczą błysnął,

Błysnął złotym swym pancerzem,

A gdy stanął tuż przed Jeżem,

Porwał szybko w dłoń waleczną

Złotą klingę obosieczną.

 

Zawrzał bój. I brzęk metali,

Naprzód złota, potem stali,

Dookoła się rozlegał

I wraz z echem w dal wybiegał.

Nagle dopadł Jeż rycerza

I straszliwa igła Jeża

W pancerz wbiła się ze zgrzytem.

Rycerz zachwiał się, a przy tym

Krwi czerwonej kropla spadła,

Krew trysnęła na wiązadła,

Na napierśnik, na przyłbicę,

Na stalowe rękawice.

 

Właśnie krwi tej kropla świeża

Złe zaklęcie zdjęła z Jeża.

Pękła stal, przyłbica spadła

I dziewczyny twarz pobladła

Wyłoniła się ze stali,

A tu stal pękała dalej,

Opadała jak łupina -

Wyszła z niej na świat dziewczyna

Jawiąc wdzięki swe dziewczęce

I dziewczęce białe ręce,

I kibici kształt powabny,

Obleczony w strój jedwabny.

Rycerz patrzał ze zdumieniem,

Podszedł, objął ją ramieniem

I na jego pierś złocistą

Łza jej spadła kroplą czystą.

 

I - o Boże! - łza ta świeża

Zdjęła czary złe z rycerza,

Złoto spadło zeń. Okowy

Władcy Góry Magnesowej

Nie zdołały już się ostać

I młodzieńca piękna postać

Przed dziewczyną kornie stała,

A dziewczyna promieniała,

Biale ręce wyciągała.

 

Świat spowiła mgła róźowa,

W mgle tej Góra Magnesowa

Rozpłynęła się, przepadła,

Tak jak nikną złe widziadła

I dokoła zaszła zmiana

Niewidziana, niespodziana:

Migdałowe kwitły drzewa,

Kolorowych słońc ulewa

Oblewała piękne place,

Na nich domy i pałace,

A w pałacach rajskie ptaki,

A w ogrodach złote maki,

A dokoła mleczne rzeki

Zdążające w świat daleki.

 

Cały bezmiar grał i śpiewał.

Z białych skał sfrunęła mewa,

Trzepotliwa, śnieżnobiała,

W dziobie złoty klucz trzymała,

Kluczem skały otwierała,

Otwierała złote bramy,

Skarbce, zamki i sezamy.

 

A młodzieniec rzekł najczulej:

"Zaczarował mnie Babulej,

Zakuł w złoto swym zaklęciem,

A ja jestem sławnym księciem,

Dzielnym księciem Złotowojem,

Właśnie jesteś w państwie moim."

 

"A ja - rzekła mu dziewczyna -

Jestem panna Klementyna,

Pasierbica Mechanika -

Śledziennika i magika.

Ach, to złośnik jest nieczuły,

Jego słowa mnie zakuły

W stal okrutną, w postać Jeża,

Który nie wie, dokąd zmierza."

"Porzuć troskę nadaremną -

Rzekł Złotowój. - Zostań ze mną.

Mowie serca chciej uwierzyć,

Pragnę z tobą życie przeżyć,

Będziesz dobrą moją żoną,

Szanowaną i wielbioną,

Mieszkać będziesz w tych ogrodach,

Wchodzić będziesz po tych schodach,

Siedzieć będziesz na tym tronie,

Jak przystało mojej żonie!"

 

Klementyna się zgodziła,

Była dobra, była miła,

Z mężem dużo lat przeżyła

W wielkim szczęściu i bez waśni -

I to właśnie koniec baśni.

 

Na ulicy Czterech Wiatrów

Niedaleko Bonifratrów

Do zachodnich ścian przytyka

Sklep Magika Mechanika.

Sklep, zamknięty na trzy spusty,

Jest od dawien dawna pusty,

Lecz przez szybę wystawową,

Gdy do szyby przylgnąć głową,

Widać wielką pajęczynę.

Pająk wątłą swą tkaninę

Utkał z nudów i z nawyku

Dnia pewnego, w październiku.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Brudas

 

Józio oświadczył: "Woda mi zbrzydła,

Dość już mam szczotki, wstręt mam do mydła!"

I odtąd przybrał wygląd straszydła.

 

Płakała matka i ojciec gryzł się:

"Ten Józio wszystkie soki z nas wyssie,

Od dwóch tygodni już się nie myje,

Czarne ma ręce, nogi i szyję,

Twarz ma od ucha brudną do ucha,

Czy kto takiego widział smolucha?

Poradzcie ludzie, pomóżcie, ludzie,

Przecież nie można żyć w takim brudzie!"

 

Józiona prośby wszelkie był głuchy,

Lepił się z brudu jak lep na muchy,

Czego się dotknął, tam była plama,

Wołał: "Niech mama myje się sama,

Tato niech kąpie się nieustannie,

Stryjek i wujek niech siedzą w wannie,

Niech się szorują, a ja tymczasem

Będę brudasem! Chcę być brudasem!"

 

Przezwał go stryjek "Józio - niemyjek",

Wujek doń mówił "niemyty ryjek",

Błagała ciotka: "Józiu mój złoty,

Myj się!" Lecz Józio nie miał ochoty.

Wyniósł się w końcu z domu na Czystem

I zawiadomił rodziców listem,

Że myć się nie ma zamiaru, trudno!

I poszedł mieszkać - dokąd? - na Bródno.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Cap na grapie

 

Wlazł kotek

Na płotek,

Ujrzał capa na grapie.

- Zmykaj, capie,

Bo cię podrapię!

A cap nic - tylko sapie.

 

Na grapie zebrali się gapie,

Wszyscy patrzą na capa,

A kota aż świerzbi łapa.

- Zmykaj, capie,

Bo cię podrapię!

A cap nic - tylko sapie.

 

Patrzą na kota gapie.

- Daj mu, capie, po czapie!

A cap nic - tylko sapie.

I nie dziwota,

Bo cap nie złapie

Kota,

A kot podrapie

Capa,

Jako że cap jest gapa.

 

Kot mu wciąż grozi i grozi:

- Zmykaj, capie,

Bo cię podrapię!

Więc wziąwszy na rozum kozi,

Do domu umknął cap.

Teraz go, kocie, łap!

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Chrzan

 

Płacze chrzan na salaterce,

Aż się wszystkim kraje serce.

"Panie chrzanie,

Niech pan przestanie!"

 

Chudy seler płacze także,

Mówiąc czule: "Panie szwagrze,

Panie chrzanie,

Niech pan przestanie!"

 

Rozpłakała się włoszczyzna:

"Jak to można? Pan mężczyzna,

Panie chrzanie,

Niech pan przestanie!"

 

Pochlipuje bochen chleba:

"No, już dosyć! No, nie trzeba!

Panie chrzanie,

Niech pan przestanie!"

 

Ścierka łka nad salaterką:

"Niechże pan nie będzie ścierką,

Panie chrzanie,

Niech pan przestanie!"

 

Wszystkich żal ogarnął wielki,

Płaczą rondle i rondelki:

"Panie chrzanie,

Niech pan przestanie!"

 

A chrzan na to: "Wolne żarty,

Płaczę tak, bo jestem tarty,

Lecz mi nie żal tego stanu,

A łzy wasze są do chrzanu!"

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Chrząszcz

 

W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie

I Szczebrzeszyn z tego słynie.

 

Wół go pyta: "Panie chrząszczu,

Po co pan tak brzęczy w gąszczu?"

 

"Jak to - po co? To jest praca,

Każda praca się opłaca."

 

"A cóż za to pan dostaje?"

"Też pytanie! Wszystkie gaje,

 

Wszystkie trzciny po wsze czasy,

Łąki, pola oraz lasy,

 

Nawet rzeczki, nawet zdroje,

Wszystko to jest właśnie moje!"

 

Wół pomyślał: "Znakomicie,

Też rozpocznę takie życie."

 

Wrócił do dom i wesoło

Zaczął brzęczeć pod stodołą

 

Po wolemu, tęgim basem.

A tu Maciek szedł tymczasem.

 

Jak nie wrzaśnie: "Cóż to znaczy?

Czemu to się wół prożniaczy?!"

 

"Jak to? Czyż ja nic nie robię?

Przecież właśnie brzęczę sobie!"

 

"Ja ci tu pobrzęczę, wole,

Dosyć tego! Jazda w pole!"

 

I dał taką mu robotę,

Że się wół oblewał potem.

 

Po robocie pobiegł w gąszcze.

"Już ja to na chrząszczu pomszczę!"

 

Lecz nie zastał chrząszcza w trzcinie,

Bo chrząszcz właśnie brzęczał w Pszczynie.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Ciaptak

 

Siedzi Ciaptak na dachu

I wszystkim napędza strachu.

Ludzie patrzą, brednie plotą,

Bo żaden z nich nie wie. co to.

 

- Widzieliście Ciaptaka?

Czy to jest odmiana ptaka?

Czy może roślina taka?

Czy może garnek, czy bania?

Czy może głowa barania?

A może to rodzaj grzyba?

A może po prostu ryba?

A może zwyczajny płaz?

 

Ktoś go gdzieś widział już raz,

Ale też nie na pewno,

Bo wtedy wyglądał jak drewno

Pomalowane z dwóch stron,

Więc chyba to nie był on.

 

Sprowadzono z drabiną strażaka,

Żeby ściągnął z dachu Ciaptaka.

Rzekł strażak: - To rzecz nieklawa,

Nie mój dach i nie moja sprawa...

 

Wezwali wójta sąsiedzi,

A Ciaptak na dachu siedzi,

Syczy, burczy i prycha.

A cóż to za stwór, do licha?

 

Wójt do urzędu wszedł i

Zagłębił się w encyklopedii.

- Ce... Ciaptak... Nie ma Ciaptaka...

A może to rodzaj buraka,

Ogórka albo ziemniaka?

 

A ciaptak na dachu siedzi,

Natrząsa się z gawiedzi.

 

Tłum rośnie, gapią się gapie,

No, kto go za ogon złapie?

- Też mądry! Ciaptak nie wrona,

On wcale nie ma ogona!

- Co ty tam wiesz, patałachu?!

 

A Ciaptak siedzi na dachu,

Nabzdyczył się i nadął.

Aż nagle zleciał na dół.

 

Ludzie za nim pognali w te pędy,

A on kluczył tędy, owędy,

Przez pole, przez rzeczkę, przez las,

Tam szybko na drzewo wlazł

I wskoczył do dziupli w drzewie.

 

A co to jest Ciaptak - nikt nie wie.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Ciotka Danuta

 

Chuda ciotka Danuta

Robi swetry na drutach.

 

Już po pięciu minutach

Dowiedziały się o tym jaskółki,

Gwałt podniosły do spółki:

"Jak to? Ciotka Danuta

Robi swetry na drutach?

Na drutach siadają ptaki,

Lecz ciotka? Skąd pomysł taki?

A lećcież do niej gromadnie,

Bo wam ciotka z drutów spadnie!

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Czarodziejski pies

 

Przed laty

Żył pies kudłaty.

Nie pokojowy, nie podwórzowy,

Nie miejski, nie wiejski,

Ale od ogona do głowy

Całkowicie czarodziejski.

 

Był mistrzem Polski w dominie,

I to nie są bynajmniej przechwałki,

Grał na pianinie,

Chodził po linie

I sam zapalał zapałki.

 

Powiecie pewnie, że to żadna sztuka,

Że tego uczy dowolna psia szkółka,

Ale zważcie, że pies ten nie szczekał,

Lecz kukał -

Jak rodowita kukułka.

 

A grał w ping-ponga? Grał!

A znał arytmetykę? Znał!

Rozumiał po czesku? Rozumiał!

I tylko szczekać nie umiał.

 

Miał pies swego pana,

Nazywał się Kołodziejski.

Raz w poniedziałek z rana

Powiedział pan: - Panie dziejski,

Po diabła mi pies czarodziejski?

Potrzeba mi kundla, co szczeka,

A taki pies - to kaleka.

 

I żeby dłużej nie zwlekać,

Oddał psa do pewnego maga,

Który nauczył go szczekać -

Bo się więcej od psa nie wymaga.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Czy to prawda

 

Źle się w oliwie poczuły szprotki.

Cukier się martwił, że jest za słodki,

 

Czapla wzdychała: "Mam grube nogi",

Mól na suficie szukał podłogi.

 

Kreda się gryzła, że taka biała,

Krowa nad własnym mlekiem biadała,

 

Sól uważała, że jest nie słona,

Wąż biegł i wołał: "Nie mam ogona!"

 

Atrament płakał, że jest w żałobie,

Zegar rzekł stojąc: "Pójdę już sobie",

 

Ślimak zapewniał, że nie jest brzydki,

Woda jęknęła: "Zmokłam do nitki".

 

Wierzba zdębiała. Dąb się zaperzył.

Jeż się okocił, a kot najeżył.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Depesza

 

Miasto Klouszki

Ulica Kościuszki

Numer dwadzieścia,

U swego teścia

Mieszka

Leszek Kulesza.

Do Leszka

Przyszła depesza:

 

OB

KULESZA KOŚCIUSZKI KOLUSZKI

STOP

PRZYJEŻDŻAJ DO KIELC NA RACUSZKI

BOB

 

Listonosz depeszę bierze

I spieszy

I spieszy

I spieszy

 

Na rowerze

Na rowerze

Na rowerze

 

Z tą depeszą do Leszka Kuleszy.

 

"Czy tu mieszka pan Leszek Kulesza?

Jest do pana Kuleszy, depesza."

 

"Nie ma go, proszę pana.

Właśnie we wtorek z rana

Wyjechał do Warszawy

Załatwić ważne sprawy.

Zamieszkał pod piątym na Bema,

A tu go, niestety, nie ma."

 

Listonosz z rozpędu na rower - hops!

Przyjeżdża do urzędu zziajany jak mops,

Biegnie do naczelnika

I ze słów jego właśnie wynika,

Że nie doręczył depeszy,

Gdyż nie ma w Koluszkach Kuleszy.

 

Naczelnik telegrafu, człek obowiązkowy,

Rzekł, nie wdając się w zbędne rozmowy:

"Co? Kulesza wyjechał? Znajdziemy Kuleszę!

Do Warszawy w ślad za nim wyślemy depeszę."

 

Dwaj telegrafiści przy dwóch aparatach

Tę samą depeszę ślą do adresata:

Wystukują kolejne litery

Stuk-stuk-stuk

Jedna, dwie, trzy, cztery...

Litery

 

Biegną po drucie

Stuk-stuk-stuk

W Warszawie w tej samej minucie

Telegrafista odbiera:

Ka - litera, U - litera, eL - litera

Kul... Kule... Kulesza...

Układa się z liter depesza:

 

KULESZA BEMA WARSZAWA

JEST WAŻNA NIEZMIERNIE SPRAWA

STOP

PRZEKAZUJĄ DEPESZĘ KOLUSZKI

STOP

PRZYJEŻDŻAJ DO KIELC NA RACUSZKI

BOB

 

Listonosz depeszę bierze

I spieszy

I spieszy

I spieszy

 

Na rowerze

Na rowerze

Na rowerze

 

Z tą depeszą do Leszka Kuleszy.

 

"Czy tu mieszka pan Leszek Kulesza?

Jest do pana Kuleszy, depesza."

 

"Owszem, mieszkał na Bema,

Lecz go od wczoraj już nie ma.

Wyjechał do Krakowa,

Adres: ulica Basztowa,

Numer domu piętnaście,

Tam mu depeszę przekażcie."

 

Listonosz wraca, rzecz oczywista,

Znów wystukuje telegrafista

Szereg tych samych liter i znaków:

 

KULESZA BASZTOWA KRAKÓW...

 

Znów listonosz depeszy doręczyć nie może,

Bo Kulesza wyjechał nad morze.

I znów aparat stuka,

I znów listonosz szuka:

 

KULESZA SŁONECZNA SOPOT...

 

I znowu z Kuleszą kłopot,

Bo wyjechał do Łomży, do stryja.

Znów telegraf litery wybija,

Za Kuleszą depesza podąża:

 

KULESZA TRAUGUTTA ŁOMŻA...

 

Ale w Łomży ta sama nowina -

Wyjechał do Szczecina!

Depesza w ślad za nim leci:

 

KULESZA PORTOWA SZCZECIN...

 

A w Szczecinie ta sama nowina -

Wyjechał do Lublina.

Z Lublina do Olsztyna,

Z Olsztyna do Raszyna,

Z Raszyna do Cieszyna...

 

Taką miał z nim telegraf robotę!

Wreszcie wrócił do domu w sobotę.

Ledwo wrócił, przychodzi depesza:

 

OB

KULESZA KOŚCIUSZKI KOLUSZKI

WARSZAWA KRAKÓW SOPOT

ŁOMŻA SZCZECIN LUBLIN

OLSZTYN RASZYN CIESZYN KOLUSZKI

STOP

PRZYJEŻDŻAJ DO KIELC NA RACUSZKI

BOB

 

Ledwo przyszła depesza,

Skoczył Leszek Kulesza

I po chwili już był w autobusie,

Bo bardzo spieszyło mu się.

 

Przyjechał do Kielc w samą porę

Wieczorem,

Kiedy na stół wnoszono racuszki.

A racuszki - wprost lizać paluszki,

Takich nigdzie i nikt wam nie poda!

 

Nie proszono was?

A szkoda!

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Drzewa

 

Drzewo jest mocniejsze niż lew i niż wół,

Drzewo nawet przerasta żyrafę,

A człowiek jak zechce, to zrobi z drzewa stół

Albo drzwi, albo nawet szafę.

 

Kiedy się przebiega aleją,

Widać drzewa potężne i masywne,

Ale chodzić drzewa nie umieją -

Czy to nie dziwne?

 

A gdyby nawet poszły, to gdzieżby?

Gdzieżby poszły, powiedzmy, wierzby?

Nad rzekę? I tak są nad rzeką,

A nad morze iść - za daleko.

 

Topole pobiegłyby drogą,

Bo najłatwiej przy drodze stąc mogą,

Sosny ruszyłyby do Jeziorny,

Gdzie z nich robi się papier wyborny.

 

Brzozy poszłyby do Sierpca, gdzie z brzóz

Ludzie robią i koła i wóz...

Do Sierpca? A może do Nieszawy?

Brzozy lubią dalekie wyprawy.

 

Dęby udałyby się do Piły

I szukały tam pił w niemałym trudzie.

A jawory by się bawiły

W "Jawor, jawor, jaworowi ludzie."

 

I tylko nikt nie wie,

Dokąd poszłyby sobie modrzewie,

Bo modrzewie to takie drzewa,

Które myślą o tym, czego się nikt nie spodziewa.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Dwa koguty

 

W Lututowie pod Sieradzem

(Zresztą wieść tę sprawdzić radzę)

Żyły niegdyś dwa koguty,

Dwa koguty-kałakuty.

Każdy pięknie był obuty

I na obie nogi kuty,

Każdy miał ostrogę złotą,

Miał ostrogę właśnie po to,

By ją mieć, gdy szedł piechotą.

 

Cóż to były za koguty!

Każdy z nich miał grzebień suty,

Każdy piał co do minuty,

Trząsł grzebieniem. Gdy zaś ucichł,

Wracał do swych spraw kogucich.

 

Lecz rozumu dwa koguty

Miały mało - ze dwa łuty,

Zresztą, miały czy nie miały,

Nadzwyczajnie pięknie piały,

Aż się panny zachwycały,

Gdy na różne piały nuty

Dwa koguty-bałamuty.

 

Szły koguty ulicami

Pobrzękując ostrogami,

Bardzo godnie, bardzo zgodnie,

W pas kłaniali się przechodnie,

Każdy ich się bał, rzecz prosta,

Nawet burmistrz i starosta,

Nawet wszelka inna władza

Ze Złoczewa i z Sieradza.

 

A już jeśli o tym mowa,

Straż ogniowa z Lututowa,

Chociaż była pełna buty,

Drżała widząc dwa koguty,

Dwa koguty-kałakuty.

 

Miała straż orkiestrę dętą,

Która grała w każde święto

Niezależnie od pogody,

Lecz kapelmistsz, choć niemłody,

Nie śmiał podnieść swej batuty,

Kiedy piały dwa koguty.

 

Miały taki plan uknuty

Dwa koguty-kałakuty,

Że na wiosnę oraz w lecie

Sprawowały straż w powiecie.

Więc na targach i jarmarkach

Próbowały mleko w garnkach,

Skoro świt budziły ludzi,

A kto w porę się nie zbudził,

Ten miał cały dzień zatruty,

Tak mu piały dwa koguty.

 

Już o siódmej głośne pianie

Zwoływało na śniadanie,

Ściśle kwadrans przed dwunastą

Jadło obiad całe miasto,

Potem znów koguty piały

Dając pianiem tym sygnały,

By się sklepy zamykały.

A wieczorem o dziewiątej

Rozbrzmiewały wszystkie kąty

Powtarzanym wprost bez liku:

Kukuryku! Kukuryku!

I natychmiast cała dziatwa

Spać się kładła gasząc światła.

 

Dużo lat koguty piały,

Piejąc władzę sprawowały.

Aż któregoś piątku z rana

Zaszła rzecz niespodziewana:

Jeden z miejskich szałaputów

Był niegrzeczny dla kogutów.

"Cóż to - wołał - za zwyczaje,

Że mi drób na drodze staje?

Ja kogutów nie uznaję,

Ja mam każdy dzień zatruty

Przez koguty-kałakuty!"

 

Rozgniewały się koguty,

Podciągnęły tylko buty,

Jeden śmiałka kopnął w nogę,

Drugi w łydkę wbił ostrogę,

I walczyły z nim dopóty

Dwa koguty-kałakuty,

Aż pobity i pokłuty

Uciekł w pole klnąc koguty.

 

Ale im poprzysięgł zemstę,

Więc się zaszył w krzaki gęste,

A że był to sam Boruta,

Znał się dobrze na kogutach.

 

W czas jesiennych, złych niepogód

Szedł na spacer jeden kogut,

A gdy miał już dość szarugi,

Szedł na spacer kogut drugi.

 

Więc Boruta raz wieczoram

Za drzewami stanął z worem,

A gdy kogut szedł, Boruta

Wór narzucił na koguta

I przydeptał jeszcze butem,

Po czym wór zawiązał drutem.

 

Gdy się drugi kogut zjawił,

Z nim tak samo się rozprawił,

I ten drugi wór w kogutem

Też zakręcił mocno drutem.

 

Mruknął: "To mi się podoba!"

Wziął na plecy worki oba

I do Łodzi, na Bałuty

Zaniósł w workach dwa koguty,

Dwa koguty-kałakuty.

Tam na targu się wychytrzył

I jak drób najpospolitszy

Sprzedał je handlarzom z Łaska,

Którzy dali, ile łaska.

 

Ot, i koniec. A Lututów

Wnet podupadł bez kogutów.

Odtąd nikt nie wstawał w porę,

Obiad jadło się wieczorem,

Straż o cały dzień bez mała

Do pożaru się spóźniała,

Nawet mleko na odmianę

Było stale fałszowane.

 

Odtąd z rzadka w Lututowie

O kogutach ktoś opowie:

"Były sobie dwa koguty,

Dwa koguty-kałakuty..."

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Dwa razy dwa

 

Niech mi powie, kto ma chęć

I kto chce być ze mną szczery,

Czy dwa razy dwa jest pięć,

Czy dwa razy dwa jest cztery.

 

Kot zamruczał: "Chyba kpisz,

Czy to dla mnie jest robota?

Mnie obchodzi jedna mysz,

A rachunki - nie dla kota."

 

Pies wykonał dziwny ruch:

"Ja nie jestem na usługi!

Umiem liczyć, lecz do dwóch."

Po czym warknął raz i drugi.

 

Koń powiedział jednym tchem:

"Łeb mam duży, lecz ubogi.

I to tylko dobrze wiem:

Każdy koń ma cztery nogi."

 

Wół najpewniej z nich się czuł,

Rzekł: "Sprawdziwszy cztery kąty,

Stwierdzam fakt, że jako wół

W mej oborze jestem piąty."

 

Kogut zapiał: "Ja mam raj -

Macham tylko pióropuszem,

Lecz nie znoszę przecież jaj,

A więc liczyć też nie muszę."

 

Rzekła kaczka: "Kwa-kwa-kwa,

Z dziećmi chadzam na spacery,

Mam ich tu dwa razy dwa,

Czyli mam kaczątka cztery."

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Dwa widelce

 

Szły sobie dwa widelce

Zarozumiałe wielce.

Rzekł jeden: "Widzę woła,

Wół dwóm nam nie podoła,

Wół dla mnie nie nowina,

Bo wół - to wołowina,

To zwykła sztuka mięsa,

Co w polu się wałęsa."

Odrzecze na to drugi:

"Znam dobrze twe zasługi,

Ja także, bez przesady,

Przebijam funt sztufady,

A ile to już razy

Kłułem wołowe zrazy,

Rumsztyki, antrykoty -

Miałem z tym dość roboty."

Rzekł pierwszy szczerząc zęby:

"Ja do niejednej gęby

Wpychałem polędwicę,

Czym po dziś dzień się szczycę.

Wołową pieczeń stale

Przebijam na trzy cale

I jestem dosyć mądry,

By zmóc najtwardsze szpondry."

Rzekł drugi: "Dość złorzeczeń,

Wiadomo już, raz pieczeń,

Raz befsztyk, raz sztufada -

To świetnie nam się składa,

Bo z faktów tych wynika,

Że bijąc przeciwnika

Kawałek za kawałkiem,

Pobiliśmy go całkiem!"

A wół kopnięciem nogi

Zrzucił widelce z drogi

I wobec późnej pory

Spać poszedł do obory.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Dwie gaduły

 

Ponoć dotąd ziemski padół

Nie znał jeszcze takich gaduł,

Jak dwie panie: Madalińska

Z Gadalińską z miasta Młyńska.

 

W domu, w sklepie czy na rynku

Językami, tak jak w młynku,

Mielą wciąż bez odpoczynku;

Każda gada - byle długo,

Jedna z drugą i przez drugą,

A gdy zasną, nawet we śnie

Rozmawiają jednocześnie:

O tym, co się z wiatrem dzieje,

Wtedy, kiedy wiatr nie wieje,

Że na poczcie wybuchł pożar,

Że się mydlarz z praczką pożarł,

Że aptekarz dostał pryszczy,

Że sędzinie nos się błyszczy,

Że kokoszka od sąsiadki

Zniosła cztery jajka w kratki,

Że cioteczna spod Piaseczna

Okazała się stryjeczna,

Bo kuzynka z Ciechocinka

Zamiast córki miała synka,

Po czym właśnie znikła z Młyńska

Ciechocińska Madalińska.

 

Madalińska rada gada,

Gadalińskiej opowiada:

Kto, dlaczego, jak i kogo.

A sąsiedzi spać nie mogą.

 

Krzyczy piekarz: "Moje panie,

Czas już skończyć to gadanie!"

Doktor także lubi ciszę,

Do milicji skargę pisze.

 

Przyszła władza, jak to władza,

Upomina i doradza:

"Dość już, pani Madalińska,

Dość już, pani Gadalińska,

Bo wyjadą panie z Młyńska!"

 

Lecz to dla nich rzecz nienowa,

Niechaj wobec nich się schowa

Cała Rada Narodowa.

 

Gadalińska rada gada,

Madalińskiej opowiada:

"Mówią w maglu, moja pani,

Że na wiosnę będzie taniej,

A po drugie, że już w lecie

Będzie wojna, a po trzecie,

Że się wszystko jeszcze zmieni,

Jak śnieg spadnie na jesieni."

 

Tak już siedem lat bez przerwy

Wszystkim w mieście szarpią nerwy

Dwie plotkarki: Gadalińska

Z Madalińską z miasta Młyńska.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Dwie krawcowe

 

Wędrowały dwie krawcowe,

Szyły piękne suknie nowe.

 

Szyły suknie w groszki, w kwiatki,

W paski, w kratki i w zakładki,

 

W krążki, w prążki oraz w cętki,

Aż cieszyły się klientki.

 

Kiedy przyszły do Skierniewic,

Zobaczyły osiem dziewic,

 

Osiem panien burmistrzanek

Różowiutkich jak poranek.

 

Wezwał burmistrz dwie krawcowe:

"Dla mych córek zróbcie nowe,

 

Piękne suknie w różny deseń,

Niech wystroją się na jesień!"

 

Rozłożyły dwie krawcowe

Materiały kolorowe.

 

Siedem panien skromny gust ma,

A kaprysi właśnie ósma:

 

Nie chce krążków, prążków, kratek

Ani groszków na dodatek,

 

Na desenie wciąż się dąsa,

Oczy we łzach, buzia w pąsach.

 

Burmistrz łamie sobie głowę,

Wreszcie woła dwie krawcowe:

 

"W magistracie, jak to bywa,

Dokumenty mam w archiwach,

 

Mogę dać wam z dokumentów

Pięćset kropek z atramentu,

 

Dość już mam tej całej szopki,

Niechaj będzie suknia w kropki!"

 

Burmistrzanka się uśmiecha:

"Z kropek może być pociecha!"

 

Bardzo długo trwało szycie,

Lecz wypadło znakomicie

 

I na balach tym ślicznościom

Przyglądano się z zazdrością.

 

Odtąd panny w Skierniewicach

Mają kropki na spódnicach.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Dziura w moście

 

Na obiad jadą goście.

- Uwaga! Dziura w moście!

 

Pod mostem płynie rzeka,

Wiadomo, że z daleka.

 

Do morza wpada rada,

Inaczej nie wypada.

 

- Uwaga! Dziura w moście!

Lecz goście, jak to goście,

 

Czy dziura, czy też woda -

To dla nich nie przeszkoda.

 

Więc pierwszy wpadł do wody

Aptekarz niezbyt młody,

 

A za nim w ślad sędzina

I doktor z Krotoszyna.

 

Następnie z mostu leci

Dentystka z trojgiem dzieci,

 

Mierniczy, pisarz gminny

I rejent niezbyt zwinny,

 

I burmistrz, smakosz wielki,

I dwie nauczycielki.

 

Płynęli, jak umieli,

Od środy do niedzieli,

 

Do Płocka dopłynęli,

Dość mieli tej kąpieli.

 

Więc pierwszy wyszedł z wody,

Aptekarz niezbyt młody,

 

A za nim w ślad sędzina,

Dentystka cała sina,

 

A potem jej rodzina

I doktor z Krotoszyna,

 

Mierniczy cały drżący

I rejent kichający,

 

I burmistrz, smakosz wielki,

I dwie nauczycielki,

 

I w końcu pisarz gminny,

A obiad zjadł kto inny.

 

Bo czyż potrzebni goście?

Owszem. Jak dziura w moście!

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Dziurawe buty

 

Dwa dziurawe buty szły po podłodze,

W każdym bucie było po jednej nodze,

A na dwóch nogach ubranych w spodnie

Jan Marcin Szancer przechadzał się godnie.

To ten artysta, słynny ilustrator,

Znany od Amsterdamu aż po Ułan-Bator.

Jan Marcin Szancer psa rudego miał,

Pies ten był rasy, do zwie się czau-czau

I nie używa języka hau-hau,

Gdyż na przekór psim obyczajom

Psy czau-czau mruczą, ale nie szczekają.

 

Otóż pies ten codziennie od rana

Mruczał u nóg swego pana

I łasił się do niego dopóty,

Aż z miłości zaczynał obgryzać mu buty.

Taką sobie wymyślił zabawę!

 

Dlatego właśnie buty te były dziurawe.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Entliczek-pentliczek

 

Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek,

A na tym stoliczku pleciony koszyczek,

 

W koszyczku jabłuszko, w jabłuszku robaczek,

A na tym robaczku zielony kubraczek.

 

Powiada robaczek: "I dziadek, i babka,

I ojciec, i matka jadali wciąż jabłka,

 

A ja już nie mogę! Już dosyć! Już basta!

Mam chęć na befsztyczek!" I poszedł do miasta.

 

Szedł tydzień, a jednak nie zmienił zamiaru,

Gdy znalazł się w mieście, poleciał do baru.

 

Są w barach - wiadomo - zwyczaje utarte:

Podchodzi doń kelner, podaje mu kartę,

 

A w karcie - okropność! - przyznacie to sami:

Jest zupa jabłkowa i knedle z jabłkami,

 

Duszone są jabłka, pieczone są jabłka

I z jabłek szarlotka, i kompot, i babka!

 

No, widzisz, robaczku! I gdzie twój befsztyczek?

Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Foka

 

Mole foce zjadły futro.

"W czym na spacer wyjdę jutro?"

Poszła foka do oposa:

"Jestem naga jestem bosa,

Co ja teraz, biedna, pocznę?

Daj choć futro zeszłoroczne".

Opos tylko drzwi zatrzasnął:

"Każdy nosi odzież własą!"

 

Poszła foka między bobry:

"Może będzie kto tak dobry

I ponosić futro da mi?

Futro przecież się nie splami"

Bobry rzekły na to: "Foko,

Bieda u nas jest w tym roku,

Może jednak ci niedzwiedzie

Dopomogą w twojej biedzie".

 

Ale niedzwiedz tylko mlasął:

"Każdy nosi odzież własą!"

Borsuk zmierzył ją z wysoka:

"Z pani jest po prostu - foka!"

Nie pomogły również lisy-

Lis przeważnie sam jest łysy.

Nie zastała gronostajów,

Szynszyl kazał przyjść jej w maju,

Jeszcze gorzej poszło z lutrą,

Skunks miał w pralni swoje futro.

Poszła foka w złym humorze:

"Nikt mi, widzę, nie pomoże".

Pozbierała na dnie szafki

Zniszczonego futra skrawki

I zaniosła do kuśnierza.

Kuśnierz mierzy i przymierza.

Poupinał skrawki modnie,

Potem szył przez dwa tygodnie,

Lecz by dziury zaszyć w futrze,

Musiał futro zrobić krótsze.

Jak tu foka w złość nie wpadnie!

"Ależ mnie pan ubrał ładnie!

Przód jest krótszy o trzy cale,

Moich rąk nie widać wcale,

Pan mi zeszył nogi obie,

Co ja teraz, biedna zrobię?"

Kuśnierz zmrużył jedno oko:

"Trudno. Będzie pani foką"

Odtąd foka nieszczęśliwa

Już nie chodzi, tylko pływa.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Fruwająca krowa

 

Wszystkie krowy na świecie, jak wiecie,

Obyczaje miewają jednakie,

Ale żyła w skowrońskim powiecie

Taka krowa, co chciała być ptakiem.

 

Zazdrościła gawronom i srokom,

Że tak sobie latają wysoko,

 

Spoglądała z pastwiska na szczygły

I na szpaki, co lot mają śmigły,

 

Zazdrościła wesołym jaskółkom,

Że nad ziemią fruwają wciąż w kółko.

 

Pomyślała: "Polecę do nieba,

Bo mi tego dla zdrowia potrzeba,

 

Jestem ciężka i trochę opasła,

Ale kocham ten bezmiar szeroki,

Będę odtąd na chmurkach się*pasła,

Będę jadła soczyste obłoki."

 

Weszła tedy na górę pobliską,

A ujrzawszy pod sobą*urwisko,

Wnet zabrała się mądrze do dzieła:

Wzięła rozpęd, pobiegła przed siebie,

I wysoko jak ptak pofrunęła,

A po chwili znalazła się w niebie.

 

Zjadła kilka obłoków ze smakiem,

Gdy zaś wreszcie już dość miała jadła,

Rzekła: "Wolę być krową niż ptakiem."

I na ziemię wolniutko opadła.

 

Wy mi zaraz na pewno powiecie,

Że historia ta jest niebywała,

A ja wiem, że w skowrońskim powiecie

Była krowa, co fruwać umiała.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Globus

 

W szkole

Na stole

Stał globus -

Wielkości arbuza.

Aż tu naraz jakiś łobuz

Nabił mu guza.

Z tego wynikła

Historia całkiem niezwykła:

 

Siedlce wpadły do Krakowa,

Kraków zmienił się w jezioro,

Nowy Targ za San się schował,

A San urósł w górę sporą.

 

Tatry, nagle wywrócone,

Okazały się w dolinie,

Wieprz popłynął w inną stronę

I zawadził aż o Gdynię.

 

Tam gdzie wpierw płynęła Wisła,

Wyskoczyła wielka góra,

Rzeka Bzura całkiem prysła,

A powstała góra Bzura.

 

Stary Giewont zląkł się wielce

I przykucnął pod parkanem,

Każdy myślał, że to Kielce,

A to było Zakopane.

 

Łódź pobiegła pod Opole

W jakichś bardzo ważnych sprawach -

Tylko nikt nie wiedział w szkole,

Gdzie podziała się Warszawa.

 

Nie było jej na Śląsku ani w Poznańskim,

Ani na Pomorzu, ani pod Gdańskiem,

Ani na Ziemiach Zachodnich,

Ani na północ od nich,

Ani blisko, ani daleko,

Ani nad żadną rzeką,

Ani nad żadnym z mórz.

Po prostu przepadła - i już!

 

Trzeba prędko oddać globus do naprawy,

Bo nie może Polska istnieć bez Warszawy!

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Głowa w piasku

 

Dla uniknięcia domowych

niesnasek

Struś schował głowę w piasek.

Tymczasem szła pani strusiowa.

- A któż to ukrywa tu się?

A któż to przede mną się chowa?

Poznaję pióra strusie,

A po piórach poznaję osobę.

I mówiąc to kolnęła strusia dziobem.

- Tuś, mój mężusiu, tuś!

Struś skoczył jak oparzony,

Bo to wcale nie był mąż tej żony,

Tylko zupełnie inny struś.

 

Strusiowa widząc nieporozumienie

Przepraszała strusia szalenie,

On zaś jęknął: - Rozumiem pomyłkę, rzecz prosta,

Ale com dostał, tom dostał.

 

No widzisz, kochany głuptasku,

Pomyśl, czy watro chować głowę w piasku?

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Grzebień i szczotka

 

Jurek bardzo był niedbały,

Aż się ciotki zamartwiały,

Aż ze złości ciotki chudły:

"Masz nie włosy, tylko kudły,

Potargane, rozczochrane,

To są rzeczy niesłychane!

Raz się uczesz, raz przynajmniej,

Dużo czasu to nie zajmie,

Masz tu szczotkę, masz tu grzebień,

Musisz zacząć dbać o siebie."

 

Grzebień zęby szczerzy,

A szczotka się jeży:

"Czesz się, Jerzy, jak należy,

Czesz się, Jerzy, jak należy!"

 

Poszedł Jurek raz przy święcie

Do kolegów na przyjęcie,

Oczywiście - nieczesany,

Potargany, rozczochrany,

Dzwoni - chciałby wejść do środka -

Patrzy: grzebień, patrzy: szczotka!

 

Grzebień zęby szczerzy,

A szczotka się jeży:

"Czesz się, Jerzy, jak należy,

Czesz się, Jerzy, jak należy!"

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Grzyby

 

Król Borowik Prawdziwy szedł

lasem

Postukując swym jedynym obcasem,

A ze złości brunatny był cały,

Bo go muchy okrutnie kąsały.

Tedy siadł uroczyście pod dębem

I rozkazał na alarm bić w bęben:

"Hej, grzyby, grzyby,

Przybywajcie do mojej siedziby,

Przybywajcie orężnymi pułkami.

Wyruszamy na wojnę z muchami!"

 

Odezwały się*pierwsze opieńki:

"Opieniek jest maleńki,

A tam trzeba skakać na sążeń,

Gdzie nam, królu, do takich dążeń?!"

 

Załkały surojadki:

"My mamy maleńkie dziatki,

Wolimy życie spokojne,

Inne grzyby prowadź na wojnę."

 

Zaszemrały modraczki:

"Mamy całkiem zniszczone fraczki,

Mamy buty wśród grzybów najstarsze,

Nie dla nas wojenne marsze."

 

Zastękały czubajki:

"Wpierw musimy wypalić fajki,

Wypalimy je, królu, do zimy,

W zimie z tobą na wojnę ruszymy."

 

A król siedzi niezmiennie pod dębem,

Każe znowu na alarm bić w bęben:

"Przybywajcie, pieczarki, maślaki,

Trufle, gąski, purchawki, koźlaki,

Bedłki, rydze, bielaki i smardze,

Przybywajcie, bo tchórzami pogardzę!"

 

Ledwo rzekł to, wtem patrzy, a z boru

Maszeruje pułk muchomorów:

"Przychodzimy z muchami wojować,

Ty nas, królu, na wojnę prowadź!"

 

Wojowały grzybowe zuchy,

Pokonały aż cztery muchy.

Król Borowik winszował im szczerze

I dał wszystkim po grzybowym orderze.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Hipopotam

 

Zachwycony jej powabem

Hipopotam błagał żabę:

"Zostań żoną moją, co tam,

Jestem wprawdzie hipopotam,

Kilogramów ważę z tysiąc,

Ale za to mógłbym przysiąc,

Że wzór męża znajdziesz we mnie

I że ze mną żyć przyjemnie.

Czuję w sobie wielki zapał,

Będę ci motylki łapał

I na grzbiecie, jak w karecie,

Będę woził cię po świecie,

A gdy jazda już cię znuży,

Wrócisz znowu do kałuży.

Krótko mówiąc - twoją wolę

Zawsze chętnie zadowolę,

Każdy rozkaz spełnię ściśle.

Co ty na to?"

"Właśnie myślę...

Dobre chęci twoje cenię,

A więc - owszem. Mam życzenie..."

 

"Jakie, powiedz? Powiedz szybko,

Moja żabko, moja rybko,

I nie krępuj się zupełnie,

Twe życzenie każde spełnię,

Nawet całkiem niedościgłe..."

 

"Dobrze, proszę: nawlecz igłę!"

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Indyk

 

Szedł indyk ulicą Wolską.

"Czy umie pan mówić po polsku?"

"Nie umiem." "A po jakiemu?"

"Po indyczemu,

A jeszcze po gęsiemu, po kaczemu i po kurzemu."

"A czemu pan jest taki srogi?"

"Bo chodzę po ulicy i mokną mi nogi."

"A ile pan ma nóg?"

"Miałbym cztery, gdybym mógł,

Ale że czterech nie mam,

Więc zadowalam się dwiema."

"A gdzie pan ma swoje kalosze?"

"Ja kaloszy w ogóle nie noszę."

"A może mieszkania pan nie ma?"

"Owszem, mam. Na ulicy Bema."

"A wysoko mieszka pan indyk?"

"Na piątym piętrze, bez windy."

"Tak wysoko? Mój Boże,

Toteż pewno pan zdążyć na obiad nie może?"

"No właśnie! A w domu zamieszanie,

Wszyscy zaczynają narzekać,

Towarzystwo do stołu zasiadło..."

"A czy muszą na pana czekać?"

"Cóż za pytanie:

Przecież nie ja będę jadł, tylko się mnie będzie jadło."

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Jajko

 

Było sobie raz jajko mądrzejsze od kury.

Kura wyłazi ze skóry,

Prosi, błada, namawia: "BądĄ głupsze!"

Lecz co można poradzić, kiedy ktoś się uprze?

 

Kura martwi się bardzo i nad jajkiem gdacze,

A ono powiada, że jest kacze.

 

Kura prosi serdecznie i szczerze:

"Nie trzęś się, bo będziesz nieświeże."

A ono właśnie się trzęsie

I mówi, że jest gęsie.

 

Kura do niego zwraca się z nauką,

Że jajka łatwo się tłuką,

A ono powiada, że to bajka,

Bo w wapnie trzyma się jajka.

 

Kura czule namawia: "ChodĄ, to cię wysiedzę."

A ono ucieka za miedzę,

Kładzie się na grządkę pustą

I oświadcza, że będzie kapustą.

 

Kura powiada: "Nie chodĄ na ulicę,

Bo zrobią z ciebie jajecznicę."

A jajko na to najbezczelniej:

"Na ulicy nie ma patelni."

 

Kura mówi: "Ostrożnie! To gorąca woda!"

A jajko na to: "Zimna woda! Szkoda!"

Wskoczyłu do ukropu z miną bardzo hardą

I ugotowało się na twardo.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Jak rozmawiać trzeba z psem

 

Wy nie wiecie, a ja wiem,

Jak rozmawiać trzeba z psem,

 

Bo poznałem język psi,

Gdy mieszkałem w pewnej wsi.

 

A więc wołam: - Do mnie, psie!

I już pies odzywa się.

 

Potem wołam: - Hop-sa-sa!

I już mam przy sobie psa.

 

A gdy powiem: - Cicho leż!

Leżę ja i pies mój też.

 

Kiedy dłoń wyciągam doń,

Grzecznie liże moją dłoń.

 

I zabawnie szczerzy kły,

Choć nie bywa nigdy zły.

 

Gdy psu kość dam - pies ją ssie,

Bo to są zwyczaje psie.

 

Gdy pisałem wierszyk ten,

Pies u nóg mych zapadł w sen,

 

Potem wstał, wyprężył grzbiet,

Żebym z nim na spacer szedł.

 

Szliśmy razem - ja i on,

Pies postraszył stado wron,

 

Potem biegł zwyczajem psim,

A ja biegłem razem z nim.

 

On ujadał. A ja nie.

Pies i tak rozumie mnie,

 

Pies rozumie, bo ja wiem,

Jak rozmawiać trzeba z psem.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Jaś i Małgosia

 

Narrator:

Posłuchajcie, oto bajka,

Stara bajka-samograjka,

Ale dla was, daję słowo,

Wymyśliłem ją na nowo.

Jeśli nie znacie jej, to poznacie.

A było tak:

W małej chacie,

Od ludzkich osiedli z dala

Mieszkała rodzina drwala

Z czterech osób złożona.

Był więc drwal, jego żona

I - jak to się w bajkach kleci -

Było także dwoje dzieci,

W waszym wieku, mniej więcej.

Ja piosenkę im poświęcę,

Przysłuchajcie się piosence:

 

Jaś:

My mieszkamy w chatce drwala.

 

Razem:

Trala-lala, trala-la.

 

Małgosia:

Naszą chatkę las okala.

Trala-lala, trala-la.

 

Jaś:

A nazywamy się,

Jaś i Małgosia.

 

Małgosia:

Bardzo kochamy się,

Jaś i Małgosia.

 

Razem:

Razem trzymamy się,

Mamy słuchamy się,

Tralala-la!

 

Matka:

Dzieci kochane, śpiewacie cudnie,

Ale już minęło południe,

Ojciec czeka na obiad w lesie,

Dziś Małgosia kobiałkę zaniesie.

 

Małgosia:

Pójdziemy z Jasiem we dwoje,

Bo ja troszeczkę się boję.

 

Jaś:

Dlaczego puszczać ją samą?

Pójdę z Małgosią, mamo.

 

Matka:

A kto mi w domu pomoże?

A kto uprzątnie w oborze?

A kto zamiecie w komorze?

No, dobrze już. Tym razem

Pozwalam iść wam razem.

To zresztą niedaleko.

W kobiałce jest chleb, jest mleko,

A tu gorące pierogi.

Nie zbaczajcie więc z drogi,

Lećcie szybko jak dwa szczygły,

By pierogi nie wystygły.

 

Jaś:

Już biegniemy, mamo droga,

Pamiętamy o pierogach!

 

Każdy ptak nam w lesie śpiewa.

Trala-lala, trala-la.

 

Małgosia:

Znamy w lesie wszystkie drzewa.

 

Razem:

Trala-lala, trala-la.

 

Jaś:

A nazywamy się

Jaś i Małgosia.

 

Małgosia:

Razem trzymamy się,

Jaś i Małgosia.

 

Razem:

Borem skradamy się.

Wilkom nie damy się,

Tralala-la!

 

Jaś:

Spójrz, Małgosiu, jakieś zwierzę!

 

Małgosia:

Ojej, Jasiu, strach mnie bierze,

Wszak to wilk. Jest pewno zły,

Bo okropnie szczerzy kły.

Uciekajmy.

 

Jaś:

Wilk jest prędszy,

On po śladach nas wywęszy.

 

Wilk:

Wilk jest panem w lesie,

A gdy jeść my chce się,

Idzie sobie w lasu głąb,

Żeby znaleźć coś na ząb.

Trzeba szybko jeść -

I cześć!

 

Oto widzę jadło,

Co mi z nieba spadło.

Idzie jakiś smaczny kęs,

Idzie para świeżych mięs,

Trzeba szybko jeść -

I cześć!

 

Ruszam prosto na nie,

Będę miał śniadanie,

Chyba to są owce dwie,

Do nich język aż się rwie,

Trzeba szybko jeść -

I cześć!

 

Nie, to dzieci! Mam więc pecha!

Cóż mi z dzieci za pociecha?

 

Małgosia:

Patrz, on prosto ku nam zmierza...

Tak się boję tego zwierza,

Uciekajmy!

 

Wilk:

Ja nie radzę,

Bo choć tu sprawuję władzę,

Choć mi w brzuchu burczy z głodu,

Ale wilki z mego rodu

Tym się szczycą od stuleci,

Że nie krzywdzą małych dzieci.

 

Jaś i Małgosia:

Dziękujemy ci, wilku, za to.

 

Wilk:

Jadła wyrzekam się z własną stratą.

Teraz zmiatajcie stąd. Do widzenia!

Już nie drażnijcie mi podniebienia.

Idźcie prosto przez polanę,

A ja o suchym pysku zostanę.

 

Małgosia:

Lećmy, Jasiu, tędy przez knieję!

 

Jaś:

Wilk na szczęście pierogów nie je,

A tato lubi je i czeka,

Słyszę już jego głos z daleka.

 

Drwal:

Zetnę sosnę, sosnę zetnę,

Będą z sosny deski świetne,

Piło, rżnij, siekiero, wal,

Róbcie to, co każe drwal.

 

Lubię chodzić na wyręby,

Ścinać graby, ścinać dęby,

Piło, rżnij, siekiero, wal,

Róbcie to, co każe drwal!

 

Gdy spiłuję dąb wiekowy,

Dąb się nada do budowy,

Piło, rżnij, siekiero, wal,

Róbcie to, co każe drwal.

 

Gdy zawiozę grab do szkoły,

Będą z niego piękne stoły,

Piło, rżnij, siekiero, wal,

Róbcie to, co każe drwal!

 

Jaś:

Przynieśliśmy, tato, kobiałkę,

Lecz pierogi wystygły już całkiem.

 

Małgosia:

Pierogi są smaczne, z grzybami,

A te grzyby zbieraliśmy sami.

 

Drwal:

Co? Pierogi? A to ci dopiero!

Zamachnąłem się właśnie siekierą,

Zostawcie kobiałkę, zjem potem,

Zmykajcie, dzieci, z powrotem,

Bo tu wkoło drzazgi lecą,

A ja popracuję nieco,

Nie mam czasu do stracenia.

 

Jaś:

Żegnaj, tato!

 

Małgosia:

Do widzenia!

 

Drwal:

Wracajcie tą dróżką na wprost.

 

Małgosia:

Słyszysz, Jasiu? Śpiewa drozd.

 

Jaś:

Małgosiu, nie drozd, lecz pliszka.

 

Małgosia:

Popatrz, jaka dziwna szyszka.

 

Jaś:

Na szyszkę trochę za gładka,

Spójrz, to przecież czekoladka!

 

Małgosia:

Tu jest irys, tu cukierek!

 

Jaś:

Ktoś je poukładał w szereg,

Jak w sklepie - taki równiutki.

 

Małgosia:

Tu znowu leżą ciągutki...

 

Jaś:

Wyborne...

 

Małgosia:

I słodkie szalenie.

 

Jaś:

Trzeba napełnić kieszenie.

 

Małgosia:

Najeść się też nie zawadzi.

A dokąd ta droga prowadzi?

Bo tam dalej na odmianę,

Widzę krówki rozsypane.

 

Jaś:

A tu znów inne słodycze!

Jak dużo! Wprost ich nie zliczę!

Marmoladki, czekoladki

Rosną wprost jak leśne kwiatki.

 

Małgosia:

To ci dopiero przygoda!

Nie zjemy wszystkich, a szkoda!

 

Jaś:

Stój! Popatrz! Domek z piernika!

Czy to sen? Nie! Domek nie znika.

Gdzie popatrzeć - wszędzie piernik,

Zbudował go chyba cukiernik.

 

Małgosia:

Zaraz kawałek ułamię...

Pyszny! Trzeba zanieść mamie.

 

Jaś:

Spójrz, Małgosiu, na tę ścianę...

To pierniki lukrowane,

 

Małgosia:

A z tej strony nadziewane.

Skosztuj, czy czujesz smak róży?

 

Jaś:

Ułamiemy kawał duży!

Kiedy mama go dostanie,

Będzie miała używanie.

 

Narrator:

Dość długo dzieci drwala zbierały łakocie

Ani myśląc o powrocie,

A domkiem z pierników tak były zajęte,

Że dały się wziąć na przynętę.

To właśnie czarownica zła i gniewna srodze

Rozsypała słodycze na drodze.

I w ten sposób zwabiła Jasia i Małgosię.

Czarownicę poznacie po głosie!

 

Czarownica:

Hola! Cóż to za przybłędy

Mają śmiałość chodzić tędy?

Kto mi domek z pierników objada?

O, to zuchwalstwo nie lada!

 

Małgosia:

Jasiu, słyszysz? Ładne rzeczy!

Ktoś nam okropnie złorzeczy.

 

Czarownica:

Jestem groźna czarownica,

Cha-cha!

Zna mnie cała okolica,

Cha-cha!

Kiedy dnieje, kogut pieje,

Ja się śmieję

Ucha-cha!

 

Mam ja wilka na posługi,

Cha-cha!

Czy to słoty, czy szarugi,

Cha-cha!

Wicher wieje, z nieba leje,

Ja się śmieję

Ucha-cha!

 

Piernikami dzieci nęcę,

Cha-cha!

Kto tu wszedł, nie wyjdzie więcej.

Cha-cha!

Piec się grzeje, żarem zieje.

Ja się śmieję

Ucha-cha!

 

Małgosia:

Słyszysz, co ona śpiewa?

Jasiu, Jasiu, będzie krewa!

 

Czarownica:

Dawno miałam na was chrapkę,

Wpadliście w moją pułapkę!

Droga do mnie wydawała się słodka,

A czy wiece, co teraz was spotka?

 

Jaś:

Myśleliśmy, że pierniki są dla nas...

 

Czarownica:

Dobry z ciebie ananas!

 

Małgosia:

Niepotrzebnie pani się złości,

Myśmy przyszli do pani w gości,

A przecież ludzie w Polsce słyną z gościnności.

 

Jaś:

Niech nas pani wypuści!

 

Czarownica:

Wypuścić was? A juści!

Zaraz w szpony was pochwycę

I - poznacie czarownicę!

 

Małgosia:

Pani tylko tak straszy...

 

Jaś:

Nauczyciel w szkole naszej

Od dawna uczy nas przecie,

Że czarownic nie ma na świecie.

 

Czarownica:

Co? Tego uczą was w szkole?

Ja drwić z siebie nie pozwolę!

To zuchwalstwo, daję słowo!

Kim więc jestem? Owcą? Krową?

Czy może po prostu sową?

W mojej szkole jest inaczej,

Kto nie wierzy, ten zobaczy.

Będę trzymać was pod kluczem

I upasę, i utuczę,

Bo nie lubię chuderlaków -

Mięso chude jest bez smaku,

A w dodatku łykowate.

Potem wrzucę na łopatę

I pod blachą wczesnym rankiem

Upiekę was z majerankiem.

 

Jaś:

Proszę pani, ja nie wierzę!

Nawet wilk, żarłoczne zwierzę,

Choć był głodny, nas oszczędził.

 

Czarownica:

Wilk ma w lesie dość żołędzi.

To punkt pierwszy. A punkt drugi -

Wilk jest u mnie na posługi.

Kiedy sidła me zastawię,

On już wie, co piszczy w trawie.

Może nawet szpetnie szczeknie,

Lecz mojego łupu nie tknie.

A teraz już skończmy gadanie,

Jako rzekłam, tak się stanie.

 

Małgosia:

My jesteśmy dziećmi drwala,

Tato jeść nas nie pozwala!

 

Jaś:

On siekierę ma ze stali

I siekierą mocno wali.

 

Małgosia:

Ma on także ostrą piłę.

Jeśli pani życie miłe...

 

Czarownica:

Dość już! Więcej ani słowa!

Klatka dla was jest gotowa.

Wilku, hej! Mój wilku bury,

Do mnie! Wysuń swe pazury,

Pokaż kły zuchwałej parce

I niech skończą się te harce.

 

Wilk:

Nim zawołasz po raz drugi,

Jestem już na twe usługi.

 

Jaś:

Ojej, wilk! Był grzeczny, gładki,

Teraz wpycha nas do klatki.

 

Małgosia:

Wilku, nie drap tak, powoli...

 

Jaś:

Delikatniej, bo ją boli!

Czy to jest obyczaj wilczy?

 

Wilk:

Niech kawaler lepiej milczy,

Przykro słuchać tych złorzeczeń.

Ma być pieczeń - będzie pieczeń!

 

Czarownica:

Ja zabieram klucz od klatki,

A wam daję czekoladki,

Marmoladki i karmelki,

Strucle, ciastka, piernik wielki,

Wór irysów i ciągutek -

Jedzcie! By przyspieszyć skutek,

Sprawiam ucztę. Na tej uczcie

Należycie się utuczcie,

Bo gdy wam przybędzie ciała,

To ja będę ucztowała.

 

Małgosia:

Pani jest bez serca.

 

Jaś:

Pani jest ludożerca!

 

Wilk:

Przykro słuchać tych złorzeczeń.

Ma być pieczeń - będzie pieczeń!

 

Czarownica:

Ich mowa już mi obrzydła,

Chodźmy, wilku, zastawić sidła,

Pójdziemy przez bór, przez knieję,

Zobaczymy, co tam się dzieje.

Wy zaś, dziatki, jedzcie dużo

I niech wam łakocie służą.

 

Smażę, warzę smołę w kotle

Cha-cha!

A jak jeżdżę, to na miotle,

Cha-cha!

Trzeszcą knieje, źle się dzieje,

Ja się śmieję

Ucha-cha!

 

Jaś:

Poszła sobie lasem-borem,

Pewno wróci przed wieczorem,

Słodyczami nas upasie,

No i zje po pewnym czasie.

 

Małgosia:

Niby ładna, niby młoda,

A taka niedobra. Szkoda!

 

Jaś:

Trzeba pójść po rozum do głowy,

Posłuchaj, mam plan gotowy:

Zawsze noszę drut przy sobie,

Z drutu różne rzeczy robię,

A tym razem w sposób chytry

Mój drut przerobię na wytrych.

Pomóż mi, bo drut jest grudy,

Przystąpię zaraz do próby.

Krata jest trochę za ścisła...

 

Małgosia:

Czyżby więc nadzieja prysła?

 

Jaś:

Rozsuniemy trochę kratę,

Ty ciśnij na tę, ja na tę,

Mocniej, mocniej! Jeszcze ździebko!

 

Małgosia:

Ty, Jasiu, rękę masz krzepką,

A ja...

 

Jaś:

Pchaj łokciem, kolanem!

Już teraz się tam dostanę,

Jestem w zamku. Drutem kręcę...

Mam trochę za krótkie ręce...

 

Małgosia:

Musisz się przecisnąć więcej!

 

Jaś:

Opór w zamku nieco słabnie...

 

Małgosia:

Ach, jak ty to robisz zgrabnie,

Majster z ciebie i mądrala,

Znać, że jesteś synem drwala!

 

Jaś:

Zamek zgrzytnął! Do roboty,

Jeszcze tylko dwa obroty,

Lecz ręka mi już omdlała...

 

Małgosia:

Będę ją podtrzymywała,

Jasiu, jeszcze chwilka mała!

 

Jaś:

Wytrych znowu się obraca,

Drut ostatni zatrzask maca,

Wnet skończona będzie praca.

 

Małgosia:

Z czoła pot ci spływa strugą,

Trzeba wytrwać!

 

Jaś:

Już niedługo.

Co to? Czy się zamek zatkał?

Nie! To już! Otwarta klatka!

 

Małgosia:

Znów jesteśmy wolni! Brawo!

Uciekajmy teraz żwawo.

 

Jaś:

Uciekajmy! Mrok zapada.

 

Małgosia:

Ciszej! Ktoś ku nam się skrada.

To na pewno czarownica...

Skryjmy się, bo sierp księżyca

Na nas rzuca swoje światło.

 

Jaś:

Teraz uciec już niełatwo.

 

Czarownica:

Co to? Klatka jest otwarta?

Gdzie więźniowe? Cóż, do czarta?!

Pewno w kąt się gdzieś zaszyli...

Odezwijcie się w tej chwili!

Prędzej! Nie ma żartów ze mną,

Wnet was znajdę, choć jest ciemno,

Zrewiduję całą klatkę!

 

Jaś:

Patrz, Małgosiu... Mamy gratkę!

Podkradnijmy się czym prędzej

I zamknijmy w klatce jędzę.

 

Małgosia:

Ciszej... Skryjmy się za drzewa.

Ty idź z prawa, a ja z lewa,

Cichuteńko, bez szelestu,

Gdzie się podział drut mój?

 

Małgosia:

Jest tu!

 

Jaś:

No, to bierzmy się do dzieła,

By nam jędza nie umknęła.

Jeden ruch drucianym prętem...

Hops! I drzwiczki już zamknięte.

 

Czarownica:

W klatce nie ma ich. A co to?

O, smarkaczu! O, niecnoto!

Mnie uwięzić tak szkaradnie?

Ciężka na was kara spadnie!

Wilku, hej! Mój wilku bury,

Do mnie! Wysuń swe pazury,

Ostre kły i zęby ukaż,

Wilczą paszczą dzieci ukarz!

 

Wilk:

Jestem, pani czarownico,

Ale tym się właśnie szczycą

Wszystkie wilki z mego rodu,

Że choć kiszki burczą z głodu,

Żaden z nich nie skrzywdzi dzieci -

I tak jest już od stuleci.

Żegnaj! Niech się co chce dzieje,

A ja precz odchodzę, w knieję.

 

Czarownica:

No to koniec już zabawy!

Chodźcie do mnie bez obawy,

Powiem wam, jak stoją sprawy.

Bardzo lubię zażartować -

I was chciałam wypróbować.

Bajka nasza się nie liczy:

Tu jest fabryka słodyczy,

Za drzewami, z tamtej strony,

Widać szklane pawilony.

A te wszystkie czekoladki,

Marmoladki, raczki, krówki

Spadły dzisiaj z ciężarówki.

Ja pracuję w magazynie,

Odpowiadam, gdy coś zgnie.

Towar ten to rzecz nietania,

A wy właśnie bez pytania

Pozrywaliście pierniki.

Chciałam was ukarać, smyki,

Bo cudzego się nie zjada!

 

Małgosia:

Więc to była maskarada?

 

Jaś:

Więc te dziwy się nie dzieją?

 

Małgosia:

Czarownice nie istnieją?

 

Czarownica:

O tym wiecie już ze szkoły.

To był tylko żart wesoły.

Na nim bajka jest oparta,

Chyba znacie się na żartach?

 

Jaś:

No, a chatka piernikowa?

 

Czarownica:

To produkcja eksportowa

Dla nabywaców z zagranicy,

Zwie się Chatką Czarownicy.

Pakujemy chatki w klatki,

Ładujemy je na statki

I tak właśnie w świat przez Gdynię

Towar nasz na zachód płynie.

 

Małgosia:

No a wilk, co tu, wśród sosen,

Mówił do nas ludzkim głosem?

 

Czarownica:

To nie wilk, to pies po prostu,

Lecz większego nieco wzrostu,

Wilczur - mądry, tresowany,

Czy nie znacie tej odmiany?

 

Jaś:

Lecz on gadał najwyraźniej.

 

Czarownica:

Chyba w waszej wyobraźni.

Pies nie gada, tylko szczeka,

A on szcekał już z daleka.

 

Jaś:

Wilk się nam przywidział? Szkoda!

 

Małgosia:

Piękna była to przygoda...

 

Jaś:

No to bardzo przepraszamy

 

Małgosia:

I wracamy już do mamy!

 

Jaś:

Tato nas na pewno zgani.

Tak nam przykro, proszę pani!

 

Czarownica:

Powiem wam na pożegnanie,

Żeście dzielni niesłychanie.

Za to każde z was dostanie

Po pudełku czekoladek,

A dla mamy, na wypadek,

Gdyby bardzo się gniewała,

Będzie ciastek torba cała.

Może Jaś by sam je dobrał...

 

Małgosia:

Pani dla nas taka dobra!

 

Czarownica:

Moja dobroć was zachwyca?

Przecież jestem czarownica.

Ale o tym - sza - nikomu!

Teraz lećcie już do domu.

 

Jaś:

Do widzenie!

 

Czarownica:

Bądzcie zdrowi.

Tędy, prostu ku domowi!

 

Jaś i Małgosia:

Tak się kończy nasza bajka.

Trala-lala!

Trala-la!

Stara bajka-samograjka.

Trala-lala!

Trala-la!

Bajka nazywa się

Jaś i Małgosia.

Tu już urywa się

Jaś i Małgosia.

Co z bajką łaczy się,

To dobrze kończy się.

Trala-lala,

Trala-lala,

Trala-lala,

Trala-la!

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Jasne jak słońce

 

Gdy pełzną dwa zaskrońce,

Z nich każdy ogon ma.

To jasne jest jak słońce

I jak dwa razy dwa.

 

Gdy wierzgnąć kogoś koń chce,

W tył wierzga, a nie w przód.

To jasne jest jak słońce,

To proste jest jak drut.

 

Kij zawsze ma dwa końce,

A sroka nogi dwie,

To jasne jest jak słońce

I każdy o tym wie.

 

Gdy grać na trąbie słóń chce,

Nie potrzebuje nut,

To jasne jest jak słońce,

To proste jest jak drut.

 

Lecz co dzień, zanim zasnę,

Zamyślam się przed snem:

Choć słońce takie jasne,

Cóż ja o słońcu wiem?

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Jeż

 

Idzie jeż, idzie jeż,

Może ciebie pokłuć też!

 

Pyta wróbel: "Panie jeżu,

Co to pan ma na kołnierzu?"

 

"Mam ja igły, ostre igły,

Bo mnie wróble nie ostrzygły!"

 

Idzie jeż, idzie jeż,

Może ciebie pokłuć też!

 

Zoczył jeża młody szczygieł:

"Po co panu tyle igieł?"

 

"Mam ja igły, ostre igły,

Żeby kłuć niegrzeczne szczygły!"

 

Sroka też ma kłopot świeży:

"Po co pan się tak najeżył?"

 

"Mam ja igły, ostre igły,

Będę z igieł robił widły!"

 

Wzięła sroka nogi za pas:

"Tyle wideł! Taki zapas!"

 

W dziesięć chwil już była na wsi:

"Ludzie moi najłaskawsi,

 

Otwierajcie drzwi sosnowe,

Dostaniecie widły nowe!"

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Jeż, który zaspał

 

Na czubku sosny rozsiadł się szczygieł

I tak wydziwiał: - O, ile igieł!

Jak dużo igieł! Cóż to za wygląd?

Szkoda, że nie ma tu moich szczygląt,

Uśmiałyby się do łez na pewno

Widząc igłami pokryte drewno.

 

Odrzekła sosna: - Nie dotkniesz nas tym.

Sosna jest przecież drzewem iglastym;

Każde iglaste drzewo ma igły,

A to dla szczygłów twór niedościgły.

 

Część tej rozmowy podsłuchał jeż,

Pomyślał sobie: "Mam igły też,

Innymi słowy, jestem iglasty."

Podreptał szybko przez mchy i chwasty

Wołając: - Patrzcie, igły mi rosną,

Nie chcę być jeżem, stanę się sosną!

Już wiem, co zrobię: pobiegnę w puszczę

I tam korzenie w ziemię zapuszczę.

 

Niebawem w lesie zaczął ryć norę

W głąb gdzie sięgają korzenie spore,

Lecz gdy się zarył po czubek głowy,

Ziewnął i zapadł w swój sen zimowy.

 

Spał, aż się wreszcie zbudził na wiosnę.

Pomyślał: "Pewno wysoko rosnę..."

Wyszedł odetchnąć powietrzem świeżym.

A szczygieł szydzi: - Furt jesteś jeżem,

Jeżem - nie sosną! Zaspałeś trochę...

Jeśli chcesz piąć się, to nie bądˇ śpiochem.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Kaczka-Dziwaczka

 

Nad rzeczką opodal krzaczka

Mieszkała kaczka-dziwaczka,

Lecz zamiast trzymać się rzeczki

Robiła piesze wycieczki.

 

Raz poszła więc do fryzjera:

"Poproszę o kilo sera!"

 

Tuż obok była apteka:

"Poproszę mleka pięć deka."

 

Z apteki poszła do praczki

Kupować pocztowe znaczki.

 

Gryzły się kaczki okropnie:

"A niech tę kaczkę gęś kopnie!"

 

Znosiła jaja na twardo

I miała czubek z kokardą,

A przy tym, na przekór kaczkom,

Czesała się wykałaczką.

 

Kupiła raz maczku paczkę,

By pisać list drobnym maczkiem.

Zjadając tasiemkę starą

Mówiła, że to makaron,

A gdy połknęła dwa złote,

Mówiła, że odda potem.

 

Martwiły się inne kaczki:

"Co będzie z takiej dziwaczki?"

 

Aż wreszcie znalazł się kupiec:

"Na obiad można ją upiec!"

 

Pan kucharz kaczkę starannie

Piekł, jak należy, w brytfannie,

 

Lecz zdębiał obiad podając,

Bo z kaczki zrobił się zając,

W dodatku cały w buraczkach.

Taka to była dziwaczka!

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Kaczki

 

Po podwórku chodzą kaczki,

Wszystkie bose nieboraczki,

A w dodatku nieodziane,

To są rzeczy niesłychane!

 

Choć serdaczek, choć kubraczek

Mógłby znaleˇć się dla kaczek,

A na nogi - jakieś kapce,

A na głowy choć po czapce,

 

Bo to zima akurat,

Chwycił mróz i śnieg już spadł.

 

Poszły kaczki do krawcowej:

"Chcemy mieć kubraczki nowe,

Zimno wszystkim nam szalenie,

Pani przyjmie zamówienie.

Lecz uwzględnić pani raczy,

Że to ma być fason kaczy.

Tu zakładka, a tu szlaczek,

To jest coś w sam raz dla kaczek,

 

Krój warszawski, bąddź co bądź,

Zechce pani miarę zdjąć."

 

Potem kaczki na Królewskiej

Odszukały zakład szewski

I już pierwsza kaczka kwacze:

"Pan nam zrobi kapce kacze,

 

Takie małe, zgrabne kapce,

By na małej kaczej łapce

Należycie się trzymały

I na sprzączki zapinały."

 

Odrzekł szewc, bo nie był leń:

"Zrobię kapce w jeden dzień."

 

Już nazajutrz poszły kaczki

Do krawcowej po kubraczki

I po kapce na Królewską,

Ale wpadły w pasję szewską:

 

Szewc zażądał pięć tysięcy,

A krawcowa jeszcze więcej.

"Bez pieniędzy, drogie panie,

Dzisiaj nic się nie dostanie.

 

Zapytajcie zręsztą dam,

One to potwierdzą wam."

 

Kaczki kwaczą i tłumaczą:

"Pieniądz nie jest rzeczą kaczą,

Żadna z nas się nie bogaci,

Nam za jajka nikt nie płaci."

 

Ale na to szewc z krawcową

Powtórzyli słowo w słowo

To co przedtem: "Drogie panie,

Darmo nic się nie dostanie."

 

Z tej przyczyny kaczy ród

Jest ubrany tak jak wprzód,

A tu zima akurat,

Chwycił mróz i śnieg już spadł.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Kanato

 

W pociągu ścisk, w pociągu tłok,

Już się zakończył szkolny rok

I na wakacje jedzie dziatwa,

Lecz z wakacjami rzecz niełatwa,

Bo ten pojechać chce nad morze,

A ów nad morzem być nie może;

Ten chciałby w góry po raz wtóry,

Ale mu właśnie szkodzą góry.

Są jeszcze pola, zieleń lasu,

Jeziora, rzeki... Nie trać czasu!

W końcu znalazłeś się w przedziale,

Lokomotywa już ospale

Wypuszcza dyn, ruszają tłoki

I jedziesz, jedziesz w świat szeroki!

 

"Gdzie są walizki? Jednej brak!"

"A ta nie nasza?" "Ależ tak!"

"Czyja to teczka? Pan troszeczkę

Zechce posunąć swoją teczkę."

"Gdzie nasze miejsca? Wprost nie sposób!

W jednym przedziale tyle osób..."

"Przepraszam, tutaj pan ten siedział..."

"Józefie, chodż, to inny przedział..."

"Mamusiu, pić!" "Tam była woda,

Przepraszam, może pan mi poda..."

"Otworzyć okna? Ja otworzę..."

"Tu jeszcze dziecko usiąść może..."

"Gdzie klucze? Czyś ty nie brał kluczy?..."

A pociąg sapie, dudni, huczy,

A pociąg pędzi, pędzi w świat.

Nareszcie każy jakoś siadł,

Więc przede wszystkim czworo dzieci:

Helenka, Ryś i Henio trzeci,

A czwatry Jurek, brat przyrodni.

"Czy nie jesteście jeszcze głodni?"

"A co dziś mamy do jedzenia?"

"Bułeczki z szynką są dla Henia,

A dla was jajka i kotlety."

Tu ojciec wyjrzał zza gazety,

Inni się także poruszyli,

Wyjęli żywność i po chwili

Podróżni, jakby od niechcenia,

Wzięli się wszyscy do jedzenia.

 

Kołysze kół miarowy stuk,

I wkrótce sen podróżnych zmógł.

A gdy znużeni ludzie zasną,

Nie czują tego, że jest ciasno,

Nie słyszą krzyków konduktora,

A tu wysiadać właśnie pora.

Zerwał się ojciec, zbudził matkę,

A matka dzieci swych gromadkę,

Przed okno wyrzucają bagaż.

"Dlaczego, Heniu, nie pomagasz?"

"Helenko, szukaj kapelusza!"

"Chodź, Jurku, pociąg zaraz rusza!"

"Pilnujcie Rysia! Koc zabierzcie!"

"Gdzie Henio? Prędzej! No, nareszcie!..."

 

A więc wakacje! Piękny czas!

W oddali widać siny las,

Gdzie pełno jagód i poziomek,

A w słońcu stoi mały domek.

Tu państwo Solscy po raz trzeci

Spędzają lato z czworgiem dzieci.

Pan Solski, jeżdżąc raz po kraju,

Ten domek spostrzegł i wynajął,

Bo tu co rok odpocząć może,

Bo tutaj z okna widać morze,

Jego przypływy i odpływy.

Dla dzieci tu jest raj prawdziwy!

Przy drodze sklep i młyn nad rzeką,

I wieś rybacka niedaleko.

 

Tu pani Solaska ma swój sad,

I sadzi w nim od paru lat

Gatunek drzew nie spotykany.

Inżynier Solski kreśli plany,

Rysuje szkice, mierzy, liczy,

Bo jest warszawskim budowniczym

I - jak to często u nas bywa -

Przy pracy właśnie odpoczywa.

A dzieci? Dzieci ledwo wstaną,

Już biegną drogą dobrze znaną

Do lasu, w groźne, ciemne gąszcze,

Gdzie brzęczą muchy i chrabąszcze

I dokąd poprzez mur zarośli

Nie mogą dostać się dorośli.

 

Tam w gęstwinie drzew panuje mrok,

Tam, gdzie postawić tylko krok,

Przeróżne dziwy widać z bliska:

Można więc podejść do mrowiska,

Można podpatrzeć, jak z pagórka

W dół ześlizguje się jaszczurka,

A obok tuż wiewiórka zwinnie

Wbiega po pniu, jak kot po rynnie

Śpi jeż zaszyty w liście suche,

Zły pająk czai się na muchę,

Tu dzięcioł puka w korę buka,

Gdzie indziej znależć można żuka,

A tam kukułka znowu kuka,

Lecz jej nie wierzcie, bo oszuka.

 

Gdy się zapuścić głębiej w las,

Jest miejsce, dokąd żaden z was,

Chociaż się uczył geografii,

Na pewno dotrzeć nie potrafi.

A szkoda, bo tam jest polana

Przez starszych dotąd nie zbadana,

Jest wielka dziupla w starym dębie,

A od niej, gdy się spuścić głębiej,

Prowadzą długie korytarze

Do wydm piaszczystych i na plażę.

Tak twierdzi Henio. Lecz nikt nie wie,

Co jest naprawdę w starym drzewie.

Pod wodzą Henia na polanie

Rozbili obóz swój "Indianie."

Wódz się nazywa Dzielny Żuk,

Za wodzem Jurek nosi łuk

I ma na imię Orzeł Płowy,

Helenka zwie się Skrzydło Sowy,

A Ryś, choć jeszcze bardzo mały,

Otrzymał imię Krwawej Strzały.

gdy raz na obiad była kura,

Henio pozbierał kurze pióra

I umocował je na głowie,

Jak wykle robią to wodzowie.

Jeszcze wynalazł wśród zabawek

Coś, co udaje tomahawek,

I dziś wymaga od rodzeństwa

Czci i ślepego posłuszeństwa.

 

Wódz ma dopiero dziesięć lat,

A jednak idąc w ojca ślad

Buduje miasto na polanie,

By mogli mieszkać w nim "Indianie."

Obmyślił wszystko należycie

I wyrysował plan w zeszycie,

Potem przez kilka dni wytrwale

Wymierzał teren, wbijał pale,

Oznaczał sznurkiem ogrodzenia

I napisami na kamieniach

Zaznaczał place i ulice.

Do pnie przywiązał zaś tablicę

Z napisem: MIASTO INDIAN POLSKICH

WZNIESIONE PRZEZ RODZEŃSTWO SOLSKICH.

 

Poprzez polanę strumyk biegł,

Wódz nad strumykiem stojąc rzekł:

"Popatrzcie, oto nasza rzeka!

Tutaj nas wielka praca czeka,

Bo choć ta rzeka niejest długa,

Musi na rzece być żegluga.

Jeśli mi cały szczep pomoże,

Stąd wypłyniemy aż na morze.

Ja stanę sam na czele floty!

Niech ojciec da nam ze sto złotych,

A wnet popłynie łódź indiańska

Aż do Szczecina, aż do Gdańska

I przemierzymy wszystkie morza

Tak, jak to czyni ŤDar Pomorzať."

 

I mówił dalej Dzielny Żuk:

"Tutaj położyć trzeba bruk,

Bo tutaj będzie Plac Zwycięstwa.

Na lewo, tam gdzie krzaków gęstwa,

Będzie nasz rejon przemysłowy...

Innymi słowy, Orzeł Płowy

Narzędzia swoje tu przyniesie,

I urządzimy warsztat w lesie.

Bardziej na zachód, przy tym dębie

Będzie coś niby jak Zagłębie,

Czyli kopalnie oraz huty.

Będziemy kopać tam dopóty,

Dopóki kopać nam wypadnie,

By zbadać, co jest w dziupli na dni.

Na wzgórzu, na północo-wschód,

Gdzie położyłem wczoraj drut,

Wybudujemy radiostację,

Bo chyba mi przyznacie rację,

Że wódz bez radia nic nie znaczy,

I że nie może być inaczej."

 

"Ma słuszność! - krzyknął Orzeł Płowy -

Radio być musi. Nie ma mowy!

Dasz oszczędności swe, Helenko!"

"Nie dam..." - Helenka rzekła cienko.

Wódz słuchał groźny i surowy:

"Nie dasz, to skalp ci zedrę z głowy!"

Helenka aż pobladła z trwogi:

"Już dam, lecz nie bądź taki srogi."

 

I mówił dalej Dzielny Żuk:

"Tam na południu, gdzie ten buk,

Stanie Muzeum Narodowe.

Mamy pocztówki kolorowe,

Muszelki, znaczki, fotografie...

Już ja urządzić to potrafię.

Tam, gdzie deska leży, z czasem

Wybudujemy własną trasę

Na wzór W-Z, co jest w Warszawie,

I to by było wszystko prawie."

"A port gdzie? - spytał Orzeł Płowy. -

O tym nie było dotąd mowy!"

Rzekł Dzielny Żuk: "Nie będę przeczył,

Port... zbudujemy! Wielkie rzeczy..."

"I ja mam także jedną myśl! -

Zawołał nagle mały Ryś. -

Musimy zoo mieć tak samo,

Bo dokąd będę chodził z mamą?"

 

Krzyknęli wszyscy: "Racja! Zgoda!"

I Dzielny Żuk z powagą dodał:

"Tak, zoo będzie tam, na lewo,

Gdzie leży to złamane drzewo.

Z palików zrobi się sztachety,

Tylko nam zwierząt brak, niestety!"

"Jest kret! To nasza zdobycz świeża."

"Ja obiecuję przynieść jeża!"

"A Jurek?" "Ja - zawołał Jurek -

Nałapię żabek i jaszczurek!"

 

Już lato w pełni. W znojny dzień

Choć człowiek nawet nie jest leń,

Od pracy stroni. Słońce praży,

Więc państwo Solscy są na plaży,

A razem z nimi dzieci czworo.

Morze jest ciche jak jezioro

I taka dzisiaj ciepła woda,

Że z wody wyjść po prostu szkoda.

Pan Solski Henia uczy pływać,

Helenka woli odpoczywać,

Ryś zbiera muszle, a w oddali

Łódka kołysze się na fali.

 

To Jurek z matką. I cóż więcej?

Szczęśliwy, piękny wiek dziecięcy!

Na obiad wreszcie przyszedł czas.

"Idziemy już, wołają nas!

Czy towarzystwo jest gotowe?

Rysiu, weź majtki kąpielowe!

Chodźcie, pójdziemy koło młyna."

Szybko zebrała się rodzina -

Mają do domu niedaleko -

Oto już sklep i młyn nad rzeką,

Uśmiecha się uprzejmie młynarz...

Czy młyn ten sobie przypominasz?

Helenka z matką idą pierwsze,

Henio ugania się za świerszczem,

A Jurek wszystkim figle płata...

Wesołe dni, szczęśliwe lata!

 

Ze smakiem każdy obiad zjadł,

I można znowu ruszyć w świat,

Więc niecierpliwiąc się ogromnie

Zawołał wódz: "Indianie, do mnie!"

I po kolana brodząc w chwastach

Do indiańskiego poszli miasta.

Wychodząc, Henio po kryjomu

Mała siekierkę zabrał z domu

I rzekł, gdy przyszli na polanę:

"Będziemy rąbać dąb na zmianę!

Ja pierwszy zacznę, drzewo zgnębię,

Bo muszę wiedzieć, co jest w dębie,

I co się wewnątrz dziupli dzieje.

Sił nam wystarczy, mam nadzieję!"

 

Gdy wódz uderzył pierwszy raz,

Żałosnym echem rozbrzmiał las.

Kiedy uderzył po raz drugi,

Rozległ się w lesie lament długi.

Kiedy uderzył po raz trzeci,

Trzasnęła kore - patrzą dzieci -

Powstała w dębie mała dziurka,

Z dziurki wychyla się jaszczurka,

Lecz nie zwyczajna, wiedzcie o tym!

Na niej czapraczek szyty złotem,

Nóżki w trzewiczkach z miękkiej skórki,

I łuska nie jak u jaszczurki,

Jeno ze srebra, co się mieniąc,

Brzęczy jak mały srebrny pieniądz.

 

Tym razem Dzielny Żuk się zląkł,

Siekiera mu wypadła z rąk,

Patrzy i oczom swym nie wierzy.

Na jego miejscu, bądźmy szczerzy,

My byśmy także się zdziwili.

Wódz opanował się po chwili,

Skinął na "Indian" i rzekł szeptem:

"Nie przewidziałem tego przedtem,

Że w dziupli będzie właśnie ona.

Popatrzcie, jaka wystraszona,

Trzeba ją złapać, nim ochłonie."

I... delikatnie wziął ją w dłonie.

Jaszczurka drżała z przerażenia,

Patrząc nieufnie w oczy Henia.

 

I nagle rozległ się jej głos:

"Żałosny los, nieszczęsny los...

Żyłam sto lat w stuletnim dębie,

A jednak dotąd nikt w obrębie

Mojego dępu nie przebywał

I snu mojego nie przerywał."

Dzieci słuchały tej przemowy

Z zapartym tchem. Już zmierzch lipcowy

Pogłębiał mroczne cienie lasu.

Jurek się zbliżył bez hałasu

I nad jaszczurką schylił głowę,

By lepiej słyszeć jej przemowę,

Ona zaś rzekła tak to Jurka:

 

"Jestem jaszczurka Srebrna Chmurka...

Pod ziemią srebrny pałac mam

I tajemnice wszelkie znam.

Jeśli mnie z rąk swych wypuścicie,

Odwdzięczę się wam należycie

I spełnię wszystko na żądanie.

Czego pragniecie, to się stanie!"

 

Dzieci słychały tej przemowy

Z zapartym tchem. Już zmierzch lipcowy

Pogłębił mroczne cienie lasu,

Więc Henio rzekł: "Nie traćmy czasu,

Musimy w domu być na siódmą,

A przecież wybrać nie jest trudno.

Chcemy jednego: na polanie

Prawdziwe miasto niechaj stanie!"

 

Po wysłuchaniu jego słów

Jaszczurka cicho rzekła znów:

"Jak zażądaliście, tak będzie,

Lecz miejcie jeszcze to na względzie,

Że nim się stanie czar tak rzadki,

Musicie zgadnąć dwie zagadki.

Więc pierwsza: "Mieszka, gdzie się zdarzy,

I choć jest zimna, jednak parzy."

Ten się namyślał, ów zgadywał,

Gdy naraz krzyknął Ryś: "Pokrzywa!"

"Następna: Mieszka śród dąbrowy

I ma kapelusz zamiast głowy!

No, co? Czy z was odgadnie które?"

"Grzyb!" - zawołały dzieci chórem.

 

Jaszczurka, brzęcząc srebrem łusk,

Szepnęła: "Sprawny macie mózg,

Nic nie poradzę! Odgadliście!

Dotrzymam słowa, oczywiście,

Bo nie dotrzymać go nie mogę,

Ale wam muszę dać przestrogę:

Skoro na wasze zawołanie

Prawdziwe miasto tutaj stanie,

Jednego strzeżcie się wyrazu,

Bo utracicie je od razu.

Wyraz, co grozi mu zatratą -

Zapamiętajcie - brzmi: KANATO.

Miasto przepadnie, gdy ktoś powie:

KANATO. Taka moc w tym słowie!"

 

Rzekła i znikła. Czarny mrok

Ogarnął las, przesłonił wzrok.

Myślały dzieci, że oślepły,

Ale po chwili promień ciepły

Oświetlił drzewa i polanę,

A na niej... miasto murowane.

 

I znowu słońce jasno świeci,

Po mieście spacerują dzieci,

Jadą tramwaje: "trójka", "czwórka",

W basenie pluszcze się jaszczurka,

W domach są kina, sklepy, szkoły,

Wśród ulic krąży tłum wesoły,

A środkiem mista płynie rzeka

I widać duży port z daleka...

 

Na przodzie pędził Dzielny Żuk,

A za nim tuż trzy pary nóg.

Do domu z krzykiem wpadły dzieci:

"Prędzeej, niech ojciec z nami leci...

Jest nowe miasto!... Mama wstanie!...

W lesie... Prawdziwe... Na polanie...

Srebrna jaszczurka... Prędzej, mamo!"

Każde powiedzieć chce to samo,

Bezładnie krzyczą w podnieceniu,

Aż wreszcie rzekł pan Solski: "Heniu,

Już niecierpliwić się zaczyman,

O co wam chodzi? Powiedz ty nam!"

Henio wziął oddech i co wiedział,

Rodzicom wiernie opowiedział.

 

Ojciec roześmiał się: "No tak,

Jeszcze nam tego tylko brak,

Żeby dzieciaki w lesie spały.

Sen rzeczywiście był wspaniały!"

Tu Henio podbiegł i na nowo

Jął przekonywać: "Daję słowo,

Kiedym powiedział: Na polanie

Prawdziwe miasto niechaj stanie,

Odrzekła mi jaszczurka na to...

Jaszczur-ka-na-to... - zbladł - KANATO...

Słowo KANATO wymówiłem...

Co ja zrobiłem!... Co zrobiłem!"

Jurek się zerwał: "Mamo! Tato!

Wszystko przepadło przez... KANATO!"

Podniósł się zamęt, lament, płacz...

Ryś rzekł z wyrzutem: "Heniu, patrz,

Taki wódz z ciebie... Po coś gadał?"

Helenka w kącie stała blada,

A Dzielny Żuk opuścił głowę

I łzy połykał. Jednym słowem,

Ogólny smutek był tak duży,

Że już pan Solski nie mógł dłużej

Patrzeć na twarze zapłakane.

Rzekł tedy: "Chodźmy na polanę!

Jeżeli miasto, drodzy moi,

Stało, to na pewno stoi,

Może więc będzie po zmartwieniu?

Chodźmy! Helenko, Jurku, Heniu!"

 

Aczklwiek dzień pomału gasł,

Odgłosem gwaru rozbrzmiał las.

Szli wszystcy naprzód szybkim krokiem

Przez chwasty gęste i wysokie,

Między krzakami berberysu,

A gdy poznali już z zarysu

Stojące w cieniu drzew mrowisko,

Powiedział Ryś: "Jesteśmy blisko!"

Dokoła w lesie było głucho,

Dzięcioł zapukał w korę suchą,

Kukułka siedząc gdzieś na buku

Odpowiedziała: "Ku-ku, ku-ku..."

I wiatr wśród liści zaszeleścił

Jak w tajemniczej opowieści.

Jeszcze dwa krzaki... Jeszcze krzak...

Niestety! Stało się! No tak!...

Polana... Ani śladu miasta,

Po lewej stronie dąb wyrasta,

W tym dębie stara dziupla milczy,

Opodal krzew jagody wilczej,

Wysoko szumią drzew wierzchołki,

A dole sterczą wbite kołki,

Przez Henia sznurkiem połączone.

Popatrzał Dzielny Żuk w tę stronę

I rzekł posępnie: "Miasta nie ma!"

Przez chwilę trwała scena niema,

Wreszcie pan Solski przerwał ciszę...

Mam pisać dalej? A więc piszę!

Pan Solski tak do dzieci rzekł:

"Słuchajcie, jest dwudziesty wiek,

W dwudziestym wieku świat nasz stary

Nie wierzy w dziwy ani w czary,

I owo miasto najwyraźniej

Powstało w waszej wyobraźni.

Tu nic nie było na tej trawie.

Zresztą... widzieliście w Warszawie,

Że odbudowa czy budowa,

To nie są czarodziejskie słowa,

To nie są cuda ani dziwy,

Ale człowieka trud prawdziwy.

Praca! Wytrwała i planowa -

Na tym opiera się budowa.

Aby osiedle nowe wznieść,

Moc działań trzeba z sobą spleść.

Pomyśleć tylko: chcesz budować,

To wpierw żelazne belki sprowadź.

Do tego jest niezbędna huta,

Gdzie taka belka jest wykuta.

Huta bez maszyn nic nie zdziała,

Więc znów robota jest niemała:

Czym wprawić w ruch motory liczne?

Zbuduj maszyny elektryczne!

Masz już maszyny wykończone,

Trzba je przywieźć. Czym? Wagonem!

Lecz żeby wagon wiózł maszyny,

Położyć trzeba będzie szyny.

By ruszył motor - włączasz prąd,

Ale ten prąd otrzymasz skąd?

Musisz zbudować elektrowinię,

Lecz zastanawiasz się ponownie,

Jak uruchomić tę potęgę?

Do tego jest konieczny węgiel!

 

I znowu myślisz, naturalnie,

O tym, że musisz mieć kopalnię.

Lecz łańcuch tu się nie urywa,

Bo węgiel człowiek wydobywa,

Człowieka zaś wyżywić trzeba,

Więc musisz mu dostarczyć chleba.

I znów potrzebne są wagony,

By wieźć do miasta wiejskie plony..."

 

Zdziwiony wielce szumiał las,

Bo słyszał o tym pierwszy raz.

Dąb się zamyślił: "Rzecz zawiła,

By drzewo ściąć - potrzebna piła,

Piły wyrabia się ze stali,

Stal daje huta, i tak dalej...

Jak liczne ręce się złożyły

Na fabrykę zwykłej piły!"

 

Dzieci słuchały zamyślone,

Bo zrozumiały także one,

Że nie jaszczurki, tylko luczie

Budują miasta w wielkim trudzie,

Budują, wznoszą według planu

I nic nie zmieni tego stanu.

 

Pan Solski przerwał, siadł na pniu

I rzekł po chwili: "Chodźcie tu,

Słuchajcie! Dzięki wam do głowy

Przyszedł mi pomysł całkiem nowy.

Mieliście rację! Na polanie

Prawdziwe miasto niechaj stanie!

Gdy tylko wrócę do Warszawy,

Zaraz się wezmę do tej sprawy.

Pomówię o tym w mej centrali,

Tam pomoc dla was się ustali,

W ten sposób już w niedługim czasie

Zbudować Miasto Dzieci da się.

Marzeniu więc się stanie zadość!

Pomyślcie, jaka będzie radość!...

Marzenia wasze wcielać w czyn,

To będzie woda na nasz młyn!

Zrobimy tutaj wszystko sami,

Wy, oczywiście, a my z wami.

W tym roku teren wyrównamy,

Kilofy są, łopaty mamy...

Poruszę też miejscową władzę,

I z kierownictwem się naradzę.

Przez zimę opracuję plany

Na przyszły sezon budowlany,

I fundamenty pod budowę

Już mogą być za rok gotowe.

I stanie miasto, jak się patrzy,

Już za dwa lata albo za trzy."

 

Wypieków dostał Dzielny Żuk,

Zdarł z głowy pióra, kopnął łuk

I ojcu rzucił się na szyję

Wołając: "Ojciec nasz niech żyje!"

Ogarnął wszystkich taki zapał,

Że nawet Ryś na pień się wdrapał

I krzyczał, choć go dusił kaszel:

"A jak nazwiemy miasto nasze?"

Pan Solski dłonią potarł czoło,

Uśmiechnął się i rzekł wesoło:

"Można je nazwać, dajmy na to...

Jaki to wyraz był? Kanato?

Niech się KANATO nazwą stanie

Osiedla dzieci na polanie!

 

KANATO! - skacząc wołał Ryś.

KANATO! - a to świetna myśl!

KANATO! - powtórzyło echo.

Dzieci z radością i uciechą

Taniec zwycięstwa odtańczyły

Krzycząc KANATO z całej siły.

 

Na tym skończyła się narada,

Bo coraz gęstszy mrok zapadał.

 

Gdy stanie miasto, jak się patrzy,

Już za dwa lata, albo za trzy,

Pewno zaprosi mnie KANATO,

Żebym wśród dzieci spędził lato.

Co tam zobaczę i usłyszę,

To w nowej książce wam opiszę.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Kapce

 

Babka ma dziurawe buty,

A tu idzie mroźny luty -

Trzeba kupić babce

Kapce.

 

Zgromadziła się rodzina,

Córka, syn i córka syna:

Gdzie tu kupić babce.

Kapce?

 

Rozważali, rozmyślali,

Nie wie nikt, co robić dalej.

Za co kupić babce

Kapce?

 

Napisali do kuzyna,

Żeby kuzyn ze Szczecina

Szybko przysłał babce

Kapce.

 

Kuzyn skąpy był z zasady,

Nie odpisał. Nie ma rady,

Trzeba kupić babce

Kapce.

 

To dopiero są kłopoty!

Uzbierali dziesięć złotych -

Jak tu kupić babce

Kapce?

 

Rozmyślali, a czas płynął,

Minął luty, marzec minął,

Czas już kupić babce

Kapce.

 

Już pieniądze mieli na to,

A tymczasem przyszło lato,

Na co w lecie babce,

Kapce.

 

Niepotrzebne kapce w lecie.

Za to teraz wszyscy wiece,

Jak kupwać babce

Kapce.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Katar

 

Spotkał katar Katarzynę -

A - psik!

Katarzyna pod pierzynę -

A - psik!

 

Sprowadzono wnet doktora -

A - psik!

Pani jest na katar chora -

A - psik!

 

Terpentyną grzbiet jej natarł -

A - psik!

A po chwili sam miał katar -

A - psik!

 

Poszedł doktor do rejenta -

A - psik!

A to właśnie były święta -

A - psik!

 

Stoi flaków pełna micha -

A - psik!

A już rejent w michę kicha -

A - psik!

 

Od rejenta poszło dalej -

A - psik!

Bo się goście pokichali -

A - psik!

 

Od tych gości ich znów goście -

A - psik!

Że dudniło jak na moście -

A - psik!

 

Przed godziną jedenastą -

A - psik!

Już kichało całe miasto -

A - psik!

 

Aż zabrakło terpentyny -

A - psik!

Z winy jednej Katarzyny -

A - psik!

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Kijanki

 

Wystroiły się kijanki

W sukieneczki z wodnej pianki.

 

Podziwiały je szczupaki:

Proszę państwa, kto to taki?

 

Nie kijanki, lecz panienki,

Takie strojne ich sukienki!

 

Nie bywało takich jeszcze -

Zachwycone rzekły leszcze.

 

Moda piękna i na czasie -

Odezwały się karasie.

 

Tak pochlebne słysząc wzmianki

Napuszyły się kijanki.

 

Rzekła jedna: Szczupak zna się,

Również znają się karasie,

 

A na przykład głupie żaby

Za nic mają te powaby.

 

Druga rzekła: Moja miła,

Ja bym zaraz się zabiła,

 

Gdybym była taką żabą.

Nie mów! Robi mi się słabo,

 

Gdy pomyślę o tym tylko,

Już wolałabym być kilką,

 

Szprotką, flądrą w galarecie,

Ale żabą? Za nic w świecie.

 

Tak ze sobą rozmawiały,

A tu dzień upłynął cały

 

Chciały zacząć od początku,

Lecz coś było nie w porządku,

 

Bo spostrzegły nagle nocą,

Że nie mówią, lecz rechocą.

 

I ujrzały w brzasku ranka,

Że kijanka - nie kijanka,

 

Tylko żaba, co rada by

Iść czym prędzej między żaby.

 

Otóż macie prawdę mądrą:

Flądra zawsze będzie flądrą,

 

Szprotka szprotką, kilka kilką,

A kijanka - żabą tylko.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Kłamczucha

 

- Proszę pana, proszę pana,

Zaszła u nas wielka zmiana:

Moja starsza siostra Bronka

Zamieniła się w skowronka,

Siedzi cały dzień na buku

I powtwrza "Kuku, kuku!"

 

- Pomyśl tylko, co ty pleciesz!

To zwyczajne kłamstwo przecież.

 

- Proszę pana, proszę pana,

Rzecz się stała niesłychana:

Zamiast deszczu, u sąsiada

Dziś padała oranżada,

I w dodatku całkiem sucha.

 

- Fe, nieładnie! Fe, kłamczucha!

 

- To nie wszystko, proszę pana!

U stryjenki wczoraj z rana

Abecadło z pieca spadło,

Całą pieczeń z rondla zjadło,

A tymczasem na obiedzie

Miał być lew i dwa niedzwiedzie.

 

- To dopiero jest kłamczucha!

Proszę pana niech pan słucha!

Po południu na zabawie

Utonęła kaczka w stawie.

Pan nie wierzy? Daję słowo!

Sprowadzono straż ogniową,

Przecedzono wodę sitem,

A co ryb złowiono przy tym!

 

- Fe, nieładnie! Któż tak kłamie?

Zaraz się poskarżę mamie!

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Klej

 

Idzie klej i po kolei

Napotkane rzeczy klei:

Stołki, szklanki, filiżanki,

Salaterki, wazy, dzbanki,

Talerzyki, flaszki, miski,

Garnki, wiadra i półmiski,

Nawet ławki, nawet szafki,

Nawet książki i zabawki.

Już posklejał kuchnię całą,

A tu ciągle mu za mało,

Wysmarował w pół godziny

Wszystkie kołdry i pierzyny,

Cały dom się klei, lepi,

A on chciałby jeszcze lepiej.

Naraz wzięła go ochota,

Co się rzadko komu zdarza,

Że przykleił psa do kota,

Kota zaś do kominiarza,

Zlepił z sobą dwie kumoszki,

Które miały jakieś sprawki,

Szyld przykleił do dorożki,

A burmistrza do sikawki.

W mieście straszne widowisko.

Z każdą chwilą coraz gorzej,

Już się wszystkim lepi wszystko

I odlepić się nie może.

Już nie idzie nikt aleją,

Posklejane lampy gasną

I powieki tak się kleją,

Że za chwilę wszyscy zasną.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Kłótnia rzek

 

Jaki powód rzeki miały,

Że się nagle posprzeczały

I tak długo trwały w gniewie,

Tego nikt naprawdę nie wie.

Ponoć pierwsza rzekła Warta,

Że jest Noteć nic nie warta,

Warcie na to rzekła Odra,

Że jest głupia i niedobra.

 

Wtedy padły słowa Wieprza:

Sama też nie jesteś lepsza!

 

Wieprza znów skarciła Raba:

Oby cię wypiła żaba!

 

Na to się odezwie Nida:

Tobie samej też się przyda!

 

Biebrza na to rzecze grzecznie:

Mówisz, rzeko, niedorzecznie.

 

Jak nie skoczy San na Biebrzę:

Sama wciąż u Narwi żebrze,

A dla innych - niełaskawa!

 

San, a głupi! - rzekła Skawa.

 

I tak trwały kłótnie długie

Sanu z Sołą, Wieprza z Bugiem,

Ledwie coś tam powie która,

A już Nysa, a już Bzura,

A już Odra czy Barycza

Wszystkie wady jej wylicza.

To się tak sprzykrzyło Wiśle,

Że im rzekła po namyśle:

 

Drogie rzeki, biorąc ściśle,

Waszych słów naprawdę szkoda,

Przecież to jest wszystko woda.

Jednakowy los nas czeka,

W morze wpadnie każda rzeka.

 

Gdy tak rzekła mądra Wisła,

Cała zwada zaraz prysła.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Kokoszka-Smakoszka

 

Szła z targu kokoszka-smakoszka,

Spotkała ją pewna kumoszka.

"Co widzę? Wątróbka, ozorek?

Ja do ust tych rzeczy nie biorę!"

 

Kura na to: "Kud-ku-dak,

A ja - owszem! A ja - tak!"

 

"No, co też paniusia powiada!

A taka, na przykład, rolada?

Toż nie ma w niej nic oprócz sadła,

Już ja bym rolady nie jadła!"

 

Kura na to: "Kud-ku-dak,

A ja - owszem! A ja - tak!"

 

"Lub weźmy, powiedzmy, makaron

Czy gulasz, czy rybę na szaro,

Czy jakieś tam flaki z olejem...

O, nie! Takich potraw ja nie jem!"

 

Kura na to: "Kud-ku-dak,

A ja - owszem! A ja - tak!"

 

"Są ludzie, paniusiu kochana,

Co jajka już jedzą od rana.

Nie dla mnie są takie rozkosze,

Bo jajek po prostu nie znoszę!"

 

Kura na to: "Kud-ku-dak,

A ja - owszem! A ja - tak!"

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Konik polny i boża krówka

 

Konik polny z bożą krówką

Poszli raz ku Kalatówkom.

 

Patrzą w górę - a tu góra

Cała szczytem tonie w chmurach.

 

Konik polny rzekł, pobladłszy:

"Popatrz, góra jak się patrzy!"

 

Boża krówka aż struchlała:

Idzie na nas góra cała!"

 

Co tu robić? Konik polny,

Do decyzji szybkich zdolny,

 

Rzecze: "Mam ja wyjście proste;

Trzeba jej dorównać wzrostem,

 

W walce z górą ten coś wskóra,

Kto się stanie sam jak góra!"

 

Szybko wzięli się do dzieła,

Boża krówka się nadęła,

 

Rosła, rosła i pęczniała,

Wkrótce miała metr bez mała.

 

Rósł też dzielnie jej towarzysz

I wciąż pytał: "Ile ważysz?"

 

Bo im przecież z każdą chwilą

Przybywało po pięć kilo.

 

Tak więc rośli, rośli, rośli,

Aż wyrośli znad zarośli,

 

Aż się stali, daję słowo,

Jedno koniem, drugie krową.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Kopciuszek

 

Bardzo dawno, może przed wiekiem,

Przed dwoma wiekami czy trzema,

W pewnym królestwie dalekim,

Ktorego dzisiaj już nie ma

I na mapie go znaleźć nie można,

Mieszkała wdowa zamożna.

A taka była bogata,

Że sypiała na pięciu piernatach,

Otulała się w kołdry puchowe

I trzy jaśki wkładała pod głowę.

 

Miała trzy krowy, trzy kozy,

Trzy konie i trzy powozy,

A do tego dwie córki-brzydule,

Które kochała czule,

I pasierbicę-sierotę,

Której w domu najgorszą dawała robotę,

Taką, co to brudzi i smoli.

 

Dwie córki-brzydule do woli

Wylegują się w łóżku,

A Macocha sierotkę pogania:

 

Macocha:

Kopciuszku,

Bierz się do pracy ostro,

Śniadanie podaj siostrom

I rób tak, jak ci mówię:

Zmyj naczynia, wyczyść obuwie,

Napal w piecach i wymieć sadze,

A śpiesz się, ja ci radzę!

Nanoś mi drew ze dworu,

Garnki w kuchni wyszoruj

I posprzątaj, bo za ciebie nie sprzątnę,

A córeczki moje są wątłe,

Szkoda ich każdego paluszka.

Ruszaj się! To robota w sam raz dla kopciuszka!

 

Stąd poszło, że sierotkę przezwano Kopciuszkiem.

A ona ocierała tylko łzy fartuszkiem.

Szorowała, harowała,

I przy pracy cichutko tak sobie śpiewała:

 

Kopciuszek:

Hejże, płynie woda,

Woda płynie, hejże,

A ja jestem młoda,

To się w wodzie przejrzę!

 

Niech mi powie woda,

Czyja to uroda,

Czy odbija woda mnie,

Czy to jestem ja, czy nie?

 

Wezmę wody strużkę

Zmyję kurz i sadze,

Nie chcę być Kopciuszkiem,

Wody się poradzę.

 

Niech mi powie woda,

Czyja to uroda,

Czy odbija woda mnie,

Czy to jestem ja, czy nie?

 

A macocha z corkami siedziały w salonie,

Kremem nacierały dłonie,

Szlifowały paznokietki różowe

I taką prowadziły rozmowę:

 

Macocha:

Czemu moja córeczka jest w pąsach?

Czemu moja haneczka się dąsa?

 

Haneczka:

Bo lusterko się ze mnie natrząsa,

Nie pomogą koronki i tiule,

Gdy wydałaś, matko, na świat brzydulę

Piegowatą i zezowatą,

I nic nie poradzisz na to!

 

Macocha:

A ty czemuś, córeńko, taka krzywa?

Na czym ci, Kasieńko, zbywa?

 

Kasieńka:

Mam ja, matko, zgryzotę nieustanną,

Żem brzydka i zostanę starą panną.

Ja bym chętnie wszystkie lustra potłukła,

Bo wyglądam w nich po prostu jak kukła:

Nos perkaty, pod nosem puszek...

Nie chcę brzydsza być niż Kopciuszek!

 

Macocha:

To nieprawda, buziaczek masz słodki...

Dla mnie obie jesteście ślicznotki,

Porównać was można z kwiatuszkiem,

A nie z takim kocmołuchem - Kopciuszkiem!

Ja po prostu głowę tracę,

Wymyślam dla Kopciuszka coraz nowe prace,

Teraz jeszcze schowam mydło,

Niech wygląda jak straszydło!

W popiół nasypię grochu,

Niech go wybiera po trochu.

Gdy usmoli się ohydnie,

Wtedy już na pewno zbrzydnie!

 

Haneczka:

Gdybym wyładniała,

Wszystko bym oddała:

Sukienkę z koronek

I złoty pierścionek.

 

Haneczka i Kasieńka:

Oj, mamo, oj, mamo!

 

Macocha:

Ciągle w kółko to samo!

 

Haneczka i Kasieńka:

Lepiej już Kopciuszkiem zostać,

Byle mieć

Gładką płeć

I powabną postać.

 

Kasieńka:

Nie chcę być księżniczką,

Chcę mieć ładne liczko

I stopy, i ręce,

I nie chcę nic więcej.

 

Haneczka i Kasieńka:

Oj, mamo, oj, mamo!

 

Macocha:

Ciągle w kółko to samo!

 

Haneczka i Kasieńka:

Lepiej już Kopciuszkiem zostać,

Byle mieć

Gładką płeć

I powabną postać.

 

Macocha:

Czy słyszycie, Kasieńko, Haneczko,

Trąby grają gdzieś niedaleczko!

Może z lasu wracają myśliwi?

Hey, Kopciuszku! No, ruszaj się! Żywiej!

Otwórz okna! Nie tak! Jeszcze szerzej!

Może jadą na turniej rycerze?

Patrzcie! Widać już... Godła królewskie...

Na różowym tle lilie niebieskie.

Tak! To herold! No, dość smutnych minek!

Dość narzekań! Lecimy na rynek!

Przypudrujcie noski, córuchny,

A ty wracaj, Kopciuszku, do kuchni!

 

Haneczka:

Mamo, mamo, gdzie rękawiczki?

 

Kasieńka:

Mamo, wolnie, bo pogubię trzewiczki!

 

Macocha:

Ciszej! Posłuchajmy, co herold obwieszcza.

 

Herold:

Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan...

Król Jegomość kieruje orędzie:

Niech lub pozdrowiony będzie,

I niech każdy nadstawi ucha,

I niech każdy uważnie słucha.

Król Jegomość, wielce wzruszony,

Ogłasza na wszystkie strony,

Że, jak każe pradawny zwyczaj,

Szuka nadobnej żony dla syna-Królewicza,

Gdyż Królewicz jest tak rycerski,

Że porzucić chce stan kawalerski,

Obwieszczam więc wszystkim i wszędzie,

Że dnia pierwszego czerwca

W pałacu bal się odbędzie,

I Król z całego serca

Na królewskie komnaty swoje

Zaprasza wszystkie dziewoje.

A którą Królewicz wybierze,

Którą pokocha szczerze,

Której da pierścień i słowo,

Ta będzie przyszłą Królową.

 

Mieszczanin:

Niech żyje Król miłościwy,

Dobrotliwy i sprawiedliwy!

 

Mieszczanka:

Niech żyje Królewicz młody!

 

Lodziarz:

Lody sprzedaję, lody!

 

Sklepikarz:

Hej, do mnie, białogłowy!

Mam w sklepie towar nowy,

Wstążek wybór bogaty,

Atłasy i brokaty,

Wszystko paryskiej mody!

 

Lodziarz:

Lody sprzedaję, lody!

 

Mieszczanin:

Spieszcie się, piękne panny,

Agnieszki i Marianny,

Telimeny, Iwonki,

Klementyny, Agaty,

Bierzcie jedwab, koronki,

Sprawiajcie nowe szaty.

Ślicznotka czy brzydula

Pójdzie na bal do Króla!

 

Kasieńka:

Mamo, chcę być na balu!

 

Haneczka:

Chcę pójść w złocistym szalu!

 

Kasieńka:

Kup dla nas jedwab cienki!

 

Haneczka:

Spraw nam nowe sukienki!

 

Macocha:

Ech, wy, córeczki głupie!

Wszystko w mieście wykupię,

By wam dodać urody.

 

Lodziarz:

Lody sprzedaję, lody!

 

Macocha:

Kopciuszku, do roboty!

 

Haneczka:

Zawiń mi papiloty!

 

Macocha:

Kopciuszku, patrz, brudasie,

Jest plama na atłasie!

 

Kasieńka:

Przynieś moje pończoszki!

 

Haneczka:

Daj mi chusteczkę w groszki!

 

Kopciuszek:

Już niosę, daję, lecę...

 

Macocha:

Kopciuszku, zapal świecę!

Oj, ciężki los mój wdowi,

Cóż to za niedołęga!

Idź, powiedz stangretowi,

Niech już konie zaprzęga.

Pojedziemy karetą.

No. spiesz się, bo jak nie, to...

A szyby przetrzyj szmatką!

 

Kopciuszek:

Już lecę, pani matko!

 

Haneczka:

Mamo, jestem gotowa!

 

Macocha:

Jak cię ujrzy Królowa,

Chyba jej serce zmięknie,

Bo wyglądasz tak pięknie!

 

Kasieńka:

A ja? Co powiesz, mamo?

 

Macocha:

Ty wyglądasz tak samo.

Napatrzeć się nie mogę!

Królewicz się zakocha...

No, ale czas już w drogę!

 

Kopciuszek:

Pojechała Macocha,

Siostry się wystroiły...

A ja już nie mam siły,

Muszę wciąż jak kocmołuch

Wybierać groch z popiołu.

Smutny jest los Kopciuszka,

Czyż ja nie mam serduszka?

Słyszę jego pukanie...

 

Sąsiadka:

To ja pukam, kochanie,

Jestem waszą sąsiadką,

Lecz bywam tu bardzo rzadko,

Więc nie widziałaś mnie jeszcze.

Słuchaj, dziecko, pokrótce się streszczę:

Jestem stara, lecz byłam młoda,

I młodości mi twojej szkoda.

Nie masz matki, masz złą Macochę,

O tym wszystkim słyszałam trochę.

Chcę spełnić marzenia twoje,

Pożyczę ci moje stroje,

Złoty pierścień i złoty szal,

Pantofelki ze złotego atłasu...

Pojedziesz do Króla na bal.

Spiesz się, dziecko, i nie trać czasu.

Masz tu jeszcze mydełko pachnące,

Kto się umyje nim - jaśniejszy jest niż słońce.

Spiesz się, dziecko, będziesz czysta i gładka,

Nie zostanie śladu z Kopciuszka.

 

Kopciuszek:

Chyba śnię... Pani nie jest sąsiadka,

Pani pewno jest dobra wróżka?

 

Sąsiadka:

Wróżka musi być młoda, jeśli w ogóle wróżka bywa.

A ja jestem stara i siwa.

Zmyj szybko popiół i sadze

I rób wszystko tak, jak ci radzę.

Zasznuruję ci teraz staniczek...

Nie zapomnij też wziąć rękawiczek.

 

Kopciuszek:

Ach, jak pięknie, jak pięknie, mój Boże!

 

Sąsiadka:

Jeszcze pierścień na palec ci włożę,

Włosy upnę... poprawię sukienkę...

 

Kopciuszek:

To sen chyba...

 

Sąsiadka:

A szal weź na rękę.

Chodź... Pojedziesz moją karocą,

Lecz pamiętaj: wróć przed północą,

Ten warunek musisz spełnić dokładnie,

Bo inaczej wszystko przepadnie,

Wszystko pryśnie, a zostanie niewiele:

Brudne łachy i groch w popiele,

Więc powtarzam...

 

Kopciuszek:

Ach, nie ma po co!

Wiem, że wrócić mam przed północą.

Dzięki... dzięki... Jestem taka szczęśliwa...

 

Sąsiadka:

A pamiętaj, że wróżek nie bywa.

Idź już, dziecko, karoca czeka.

Ja popatrzę tylko z daleka.

 

Ochmistrz:

Jego Królewska Mość

Nadchodzi wraz z Królewiczem,

Każdy przybyły gość

Ma przejść przed ich obliczem.

Każda z młodych dziewoi

Ma skłonić się, jak przystoi.

Do której Któlewicz wyciągnie dłoń,

Niech ta dziewoja się zbliży doń

I niechaj w krótkim słowie

O sobie mu opowie.

Proszę więc wszystkie damy

Iść za mną... Zaczynamy...

 

Haneczka:

Spójrz mamo... Wchodzi po schodach

Jakaś Księżniczka młoda...

 

Głos męski:

Kto to? Co za uroda!

Jakie ma ręce, szyję...

 

Głos kobiecy:

Blask jaki od niej bije!

 

Głos męski:

Księżniczka czy królewna?

 

Głos kobiecy:

Królewna! Jestem pewna!

 

Kasieńka:

Mamo...

 

Macocha:

No co, Kasieńko?

 

Kasieńka:

Jak ona stąpa miękko.

Jak lekko... Daję słowo...

 

Głos męski:

Ciszej,

Bo nic nie słyszę!

 

Głos kobiecy:

Królewicz skinąl głową...

 

Głos męski:

Królewicz się uśmiechnął...

 

Głos kobiecy:

Królewicz patrzy wkoło...

 

Głos męski:

Królewicz zmarszczył czoło...

 

Głos kobiecy:

Ciszej,

Bo nic nie słyszę!

 

Głos męski:

Ochmistrz damy przedstawia,

Imię każdej wymawia...

 

Ochmistrz:

Panna Adela ze Srebrnego Strumyka,

Szlachcianka Fryderyka,

Panna Anna, córka Złotnika,

Panna Jola spod Mądralina,

Córka wdowy, panna Katarzyna,

Hrabianka Klementyna,

Panna Alina, córka Dworzanina,

Kasztelanka Helena,

Księżniczka Telimena,

Dwie panny Doroty:

Jedna - córka Starosty, druga - Dowódcy Floty.

A to... panna nieznana w mieście,

Która w skromności niewieściej

Nie zdradza i nie wymienia

Imienia ni pochodzenia.

 

Głos I:

Jaka piękna!

 

Głos II:

Przyjrzyjcie się jej włosom i oczom!

 

Głos III:

Panowie, tak nie można!

 

Głos IV:

Niech panie się nie tłoczą!

 

Przed tronem zrobił się zator,

Więc głos teraz ponownie zabierze Narrator.

Powiem wam, moi drodzy, do uszka,

Że w pannie bezimiennej poznałem Kopciuszka.

A królewicz się nagle zapłonił,

Z tronu powstał i dwornie się skłonił,

I wyciągnął do niej ręce swe obie

Prosząc, by mu coś więcej powiedziała o sobie.

Dziewczyna dumnie wzniosła czoło blade

I zamiast mówić, taką zaśpiewała balladę:

 

Ballada Kopciuszka:

Jechał Królewicz królewską drogą,

Spotkał na drodze pannę ubogą,

Był miesiąc maj,

Szumiał gaj...

 

Miała we włosach kwiatek niebieski,

Czy mnie poznajesz? Jam syn królewski.

Był miesiąc maj,

Szumiał gaj...

 

A jam sierota z biednego domu,

Taka się przecież nie zda nikomu.

Był miesiąc maj,

Szumiał gaj...

 

Rzecze Królewicz: Piękne masz liczko,

Ale nie przyszłaś na świat księżniczką.

Był miesiąc maj,

Szumiał gaj...

 

Więc cię za żonę pojąć nie mogę -

I każde w inną ruszyło drogę.

Był miesiąc maj,

Szumiał gaj...

 

Królewicz:

To nieprawda! Ballada kłamie!

Pozwól, że podam ci ramię.

Choćbyś była sierotą biedną,

Z tobą tańczyć chcę, z tobą jedną!

 

Głos męski:

Królewicz tańczy... To wprost nie do wiary...

Nie ma chyba wdzięczniejszej pary!

 

Głos kobiecy:

Wszyscy tańczyć przestali,

Oni dwoje zostali na sali.

 

Królewicz:

Jesteś piękna, i lekka, i zwiewna

Jak z bajki wyśniona Królewna...

 

Kopciuszek:

Królewiczu, to tylko złudzenie...

 

Królewicz:

Nie złudzenie, lecz olśnienie!

Już uczuć mych nie odmienię,

Za twe serce dziewczęce

Wszystko dam i poświęcę,

Ciebie mieć pragnę za żonę,

Na twe skronie włożę koronę.

 

Kopciuszek:

Królewiczu, to szczęście i zaszczyt,

Każda panna się na to połaszczy.

Ale ja muszę wracać do miasta,

Bo już północ bije... Dwunasta!

Nie mam chwili do stracenia.

Królewiczu, do widzenia,

Wypuść mą dłoń ze swej dłoni...

 

Królewicz:

Nie uciekaj! Zaczekaj! Dworzanie!

Zatrzymajcie ją! A kto ją dogoni,

Złoty pierścień ode mnie dostanie!

 

Głos I:

Prędzej... Prędzej...!

 

Głos II:

Rozsuńcie się, panie!

 

Głos III:

Lećmy tędy...

 

Głos IV:

Już zbiega po chodach...

 

Głos V:

Znikła...

 

Głos VI:

Nie ma jej...

 

Głos VII:

A to szkoda...

 

Ochmistrz:

Pantofelek zgubiła na schodach!

 

Głos I:

Pantofelek...

 

Głos II:

Zgubiła...

 

Głos III:

Zgubiła...

 

Ochmistrz:

To sprawa nader zawiła,

Bo Królewicz w rozpaczy się miota.

 

Głos I:

Pantofelek...

 

Głos II:

Pantofelek ze złota...

 

Głos:

Posłuchajmy, co herold obwieszcza!

 

Herold:

Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan

Król Jegomość kieruje orędzie:

Straż Królewska poszukiwać ma wszędzie,

A gdy znajdzie się właściciekla

Złotego pantofelka,

W otoczeniu dam i rycerzy

Do pałacu ją sprowadzić należy.

 

Gdy ta wieść się rozeszła po mieście,

Panien chyba ze dwieście

Czekało, proszę mi wierzyć,

By złoty pantofelek przymierzyć.

A królewscy strażnicy

Chodzili od ulicy do ulicy,

Chodzili od domu do domu

I nic nie wówiąc nikomy

Szukali, gdzie ta nóżka niewielka,

Która do złotego pasuje pantofelka.

Przyszli wreszcie do mieszkania Macochy.

A córeczki w jedwabne pończochy

Stopy swoje przystroiły

I w złory pantofelek pchają z całej siły.

Lecz na nic to się nie zdało,

Bo wybranka Królewicza miała stopkę bardzo małą.

 

Strażnicy ruszają dalej,

Przy kuchni się zatrzymali,

A Macocha się złości,

Aż jej oczy migocą,

Nie chce przepuścić gości.

 

Macocha:

Wchodzić tam nie ma po co.

Jest tam domowa służka,

Nosi miano Kopciuszka.

 

Strażnik:

Czy to służka, czy szlachcianka bez skazy,

My spełniamy królewskie rozkazy.

Musimy wejść i do służki,

Pantofelek przymierzyć do nóżki.

Pokaż, miła panienko,

Czy masz stopkę maleńką.

 

Kopciuszek:

Jam, panowie, sierota,

Gdzie do mnie pantofelek ze złota?

 

Strażnik:

Nie możemy ci, panienko, wierzyć,

Musimy pantofelek przymierzyć...

A to ci niespodzianka!

Więc to ty jesteś królewska wybranka!

Pantofelek leży, jak ulał!

Pójdziesz z nami, panienko, do Króla!

 

Haneczka:

Mamo, ja się czyba zabiję!

 

Kasieńka:

Mamo, ja tego nie przeżylę!

 

Macocha:

Świat się kończy, daję słowo,

Nasz Kopciuszek zostanie Królową!

 

Ochmistrz:

Jego Królewska Mość

Wszem i wobec obwieszcza,

Tym z bliska i tym z daleka...

 

Królewicz:

Niech Pan Ochmistrz się streszcza,

Bo ślubny orszak już czeka.

 

Ochmistrz:

Dobrze, powiem więc krótko:

Nadszedł kres wszystkim smutkom,

Jesteśmy uszczęśliwieni,

Że nasz Królewicz się żeni!

Król nasz wyprawia wesele huczne,

A was wszystkich zaprasza na ucztę!

 

Głos I:

Młoda para niech żyje!

 

Głos II:

Niech żyje!

 

Haneczka:

Mamo, ja się chyba zabiję...

 

Macocha:

Świat się kończy, daję słowo...

Nasz Kopciuszek zostanie Królową!

 

Kopciuszek:

Pobłogosław mnie, pani matko,

Bo za chwilę już będę mężatką.

Nie gniewajcie się na mnie, siostrzyczki,

Podaruję wam złote trzewiczki

I z obu was uczynię

Królewskie ochmistrzynie.

 

Królewicz:

Spiesz się, spiesz, mój kwiatuszku,

Nie ma czasu, niestety,

Trzeba zamknąć drzwi od karety

I w ten sposób zakonczyć bajkę o Kopciuszku.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Kos

 

Kos wszedł na rzece na mostek,

Przemoczył nogi do kostek.

Jęknął więc na cały głos:

"Rany koskie, jakem kos,

Na pewno będę miał katar!

Niechby mi plecy ktoś natarł,

Niechby dał ktoś aspirynę,

Bo na pewno marnie zginę!"

 

Poleciał kos do lekarza:

"Doktorku, to mnie przeraża,

Przemoczyłem sobie nogi,

Ratuj mnie, doktorku drogi!"

 

Lekarz się roześmiał w głos

I spojrzał na kosa z ukosa:

"Do kataru potrzebny jest nos,

A kos przecież nie ma nosa.

Chętnie z tobą się założę:

Dziecku to zaszkodzić może,

Lecz ty, kosie, co chcesz rób,

Nie masz nosa, tylko dziób.

Mój drogi, ptakom katar nie zagraża".

 

Kos jak niepyszny wyszedł od lekarza,

Zawstydzony kroczył lasem,

A ptaki dookoła ćwierkały tymczasem:

"Patrzcie,patrzcie, idzie kos,

Ależ mamy z kosem los,

Kosi-kosi łapki,

Pogadaj do babki!

Co, kosie? Co, kosie? Co, kosie?

Dostało ci się po nosie!"

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Koziołeczek

 

Posłał kozioł koziołeczka

Po bułeczki do miasteczka.

 

Koziołeczek ruszył w drogę,

Wtem się natknął na stonogę.

 

Zadrżał z trwogi, no i w nogi,

Gaik, steczka, mostek, rzeczka,

A tam czekał ojciec srogi

I ukarał koziołeczka:

 

"Taki tchórz! Taki tchórz!

Ledwo wyszedł, wrócił już!

Ładne rzeczy! Ładne rzeczy!"

 

A koziołek tylko beczy:

"Jak nie uciec, ojcze drogi?

Przecież sam rozumiesz to:

Ja mam tylko cztery nogi,

A stonoga ma ich sto!"

 

Posłał kozioł koziołeczka

Do miasteczka po ciasteczka.

 

Koziołeczek mknie raz-dwa-trzy.

Nagle staje, nagle patrzy:

 

Chustka wisi na parkanie...

Koziołeczek tedy w nogi

I znów dostał w domu lanie,

Bo był ojciec bardzo srogi:

 

"Taki tchórz! Taki tchórz!

Ledwo wyszedł, wrócił już!

Ładne rzeczy! Ładne rzeczy!"

 

A koziołek tylko beczy:

"Jak nie uciec, ojcze drogi,

Czyż jest słuszna kara twa?

Chustka ma wszak cztery rogi,

A ja mam zaledwie dwa!"

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Krasnoludki

 

Krasnoludki z wszystkich miast

Urządziły w lesie zjazd.

Program zjazdu był taki:

Po pierwsze -

Gdzie zimują raki?

Po drugie -

Czy brody są dosyć długie?

Po trzecie -

Czy zima może być w lecie?

Po czwarte -

Co robić, żeby dzieci nie były uparte?

Po piąte -

Skąd wiadomo, że zawsze po czwartku jest piątek?

Po szóste -

Dlaczego niektóre orzechy są puste?

 

Pierwszy mówić miał najstarszy,

Ale tylko czoło zmarszczył;

Drugi mówić miał najmłodszy,

Więc powiedział coś, trzy-po-trzy;

Potem głuchy streścił szeptem

Wszystko to, co słyszał przedtem;

Ślepy mówił o kolorach,

Lecz przeoczył coś, nieborak;

Zaś niemowa opowiedział

O tym, czego sam nie wiedział.

Mańkut milcząc spojrzał wokół

I napisał tak protokół:

"Krasnoludki z wszystkich miast

Urządziły w lesie zjazd.

O czym tam się mówiło przez dwanaście godzin,

To pana, proszę pana, zupełnie, ale to zupełnie nie obchodzi!"

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Król i błazen

 

Był król, co prosto z błota

Szedł w pałacowe wrota

I nie wycierał nóg,

Chociaż je wytrzeć mógł.

 

Silili się ochmistrze,

By mieć podłogi czystsze,

Lecz brud przynosił król

Z polowań, z łąk i pól.

 

Martwili się dworzanie,

Że pałac jest w tym stanie,

Bo nikt już nie miał sił,

By zmiatać brud i pył.

 

Podłoga jest ze złota,

Lecz pełno na niej błota,

Osiada wszędzie kurz...

Któż skarci króla, któż?

 

Wzdychały dworskie damy:

"Jakżeż powiedzieć mamy -

Nasz królu, tak a tak...

Odwagi na to brak."

 

Radzili ministrowie,

Kto to królowi powie,

Lecz każdy z nich się bał:

A nuż król wpadnie w szał?

 

Miał błazna król na dworze.

Raz król był nie w humorze,

Więc gońca wysłał wnet,

By błazen zaraz szedł.

 

I król powiada: "Błaźnie,

Mam humor zły wyraźnie,

Coś wesołego mów,

Chcę słuchać twoich słów!"

 

Popatrzył błazen chytrze:

"Niech król wpierw nogi wytrze,

Nie znoszę, gdy jest brud,

A tu jest brudu w bród."

 

Król uniósł w górę palec:

"A cóż to za zuchwalec!"

Wtem rozpogodził twarz:

"Wiesz, błażnie, rację masz!

 

Masz rację, kiedy wchodzę,

Zostawiam na podłodze

I brud, i pył, i kurz,

Z tym trzeba skończyć już!

 

Hej, służba! Hej, sprzątaczki!

Przynoście wycieraczki!

A kto nie wytrze nóg,

Nie wpuszczać go przez próg!

 

Wycierać trzeba nogi,

Bo brudzą się podłogi,

Kurz wdziera się do płuc,

Brudasów każę tłuc!"

 

I odtąd król ten srogi

Dbał bardzo o podłogi,

A gdy przez próg szedł, wprzód

Wycierał każdy but.

 

Ta bajka jest zmyślona,

Ale zachęca ona,

Jak każdy stwierdzić mógł,

Do wycierania nóg.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Księżyc

 

Plotkowały drzewa w borze:

Pan Księżyc jest nie w humorze.

Pan Księżyc miał jakieś przykrości.

Pan Księżyc jest blady ze złości.

Pan Księżyc ma twarz taką srogą.

Pan Księżyc dziś wstał lewą nogą.

Pan Księżyc jest trochę nie w sosie.

Pan Księżyc dziś muchy ma w nosie.

 

Jak tu Księżyc się nie zgniewa:

Cóż, myślicie, głupie drzewa,

Że ja mam przyjemne życie?

Wy słońce tylko cenicie,

Was tylko słońce zachwyca,

Wy kpicie sobie z Księżyca,

A ja wam na to odpowiem -

Uważam, że jest rzeczą po prostu bezwstydną

Porównywać słońce ze mną,

Bo słońce świeci we dnie, gdy i tak jest widno,

A ja w nocy, gdy jest ciemno.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Kto z kim przestaje

 

Kto z kim przestaje, takim się staje -

Na pewno znacie te obyczaje?

 

Bocian po deszczu człapał piechotą,

Bo lubi nogi zanurzać w błoto.

 

Świnia podobne miewa słabostki

I chętnie w błoto włazi po kostki.

 

Bocian odwiedzał świnię z ochotą.

Plaskał i mlaskał: - Błoto jak złoto!

 

Ona do niego szła przy sobocie,

Żeby jej pomógł nurzać się w błocie.

 

Kwiczał: - Dzięki, dzięki stokrotne,

Bardzo mi służą kąpiele błotne!

 

Tak spotkali się wciąż na zmianę

Bocian ze świnią, świnia z bocianem.

 

Lecz minął okres pierwszych uniesień,

Powiało chłodem, nastała jesień

 

I bocian starym swoim zwyczajem

Właśnie zamierzał rozstać się z krajem.

 

Wtem wpadła świnia zirytowana.

- To w błocie byłam dobra dla pana?

 

W błocie, w kałuży i nawet w bagnie,

A teraz pan mnie porzucić pragnie?

 

Niech pan pomyśli, co pan wyczynia?

Odrzecze bocian: - Wiem, jestem świnia!

 

"Kto z kim przestaje, takim się staje."

Rzekł. I odleciał w dalekie kraje.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Kuma

 

Przy gumnie siedzi kuma

I duma.

Kum przyszedł: "Nie siedĄ przy gumnie,

Przybliż się, kumo, ku mnie!

A kuma.

Duma.

 

O zmierzchu przyszli sąsiedzi:

"A po co kuma tam siedzi?

To wcale nie jest w porządku

Tak dumać, i to przy piątku."

A kuma.

Duma.

 

Zebrali się ludzie tłumnie,

Stanęli wszyscy przy gumnie,

Milicjant przyjechał z miasta,

Już wieczór, już jedenasta,

A kuma.

Duma.

 

Kum jest po prostu w rozpaczy:

"Wytłumacz mi, co to znaczy?"

Już noc minęła, już dnieje,

A kume nie pije, nie je,

A kuma.

Duma.

 

Już minął tydzień i drugi,

Już miesiąc upłynął długi,

Pół roku, rok minął cały

I znowu żniwa nastały,

A kuma.

Duma.

 

Kum umarł trzeciego lata,

Brat kuma i żona brata,

Pomarli wszyscy sąsiedzi,

A kuma przy gumnie siedzi,

A kuma.

Duma.

 

Sto lat już duma bez mała,

Gdzie klucz od gumna podziała,

A niepotrzebnie się biedzi,

Bo właśnie na kluczu siedzi.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Kwoka

 

Proszę pana, pewna kwoka

Traktowała świat z wysoka

I mówiła z przekonaniem:

"Grunt to dobre wychowanie!"

Zaprosiła raz więc gości,

By nauczyć ich grzeczności.

Pierwszy osioł wszedł, lecz przy tym

W progu garnek stłukł kopytem.

Kwoka wielki krzyk podniosła:

"Widział kto takiego osła?!"

Przyszła krowa. Tuż za progiem

Zbiła szybę lewym rogiem.

Kwoka gniewna i surowa

Zawołała: "A to krowa!"

Przyszła świnia prosto z błota.

Kwoka złości się i miota:

"Co też pani tu wyczynia?

Tak nabłocić! A to świnia!"

Przyszedł baran. Chciał na grzędzie

Siąść cichutko w drugim rzędzie,

Grzęda pękła. Kwoka wściekła

Coś o łbie baranim rzekła

I dodała: "Próżne słowa,

Takich nikt już nie wychowa,

Trudno... Wszyscy się wynoście!"

No i poszli sobie goście.

Czy ta kwoka, proszę pana,

Była dobrze wychowana?

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Łata i dziura

 

Miało palto dwa rękawy:

Łatany był rękaw prawy,

A lewy - dziurawy.

 

Rzecze lewy do prawego:

Fe, kolego,

Jak się zgodzić można na to,

Żeby świecić taką łatą?

 

Na to prawy odpowiada:

Łata, kolego, nie wada,

Dziura wiele nie wskóra,

Lepsza jest brzydka łata niźli ładna dziura.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Latający pogrzebacz

 

Niedaleko Sochaczewa

Stoi drzewo. Gdy od drzewa

Jechać cztery mile w lewo,

Widać miasto Błękitniewo.

I właściwie to nie miasto,

Lecz miasteczko - jedno na sto,

W którym zawsze błękit nieba

Jest bezchmurny, gdy potrzeba,

W którym wrzos, gdy zechce, kwitnie

Nie liliowo, lecz błękitnie,

Gdzie na moście każda deska,

Chce, czy nie chce, jest niebieska,

Gdzie na rynku każda ściana

Jest na błękit malowana,

I gdzie każdy dom za rynkiem

Jest pokryty modrym tynkiem.

 

W Polsce nikt zapewne nie wie,

Że w miasteczku Błękitniewie

Na ulicy Czereśniowej

Stoi jeden domek nowy

Nie błękitny, lecz różowy.

Domek ten jest wynajęty.

Mieszka w nim pan Prusz Wincenty,

Który, służąc Błękitniewu,

Uczy muzyki i śpiewu.

Nawet się nikomu nie śni,

Jakie piękne zna on pieśni,

Toteż zawsze śpiew rozbrzmiewa

Na ulicach Błękitniewa.

Nawet wójt i wszyscy radami,

I zwierzchnicy, i podwładni,

Cała młodzież Błękitniewa

Z Panem Pruszem lekcje miewa,

Więc kto spotka pana Prusza,

Ten uchyla kapelusza.

Pan Wincenty Prusz miał syna,

I tu... bajka się zaczyna:

 

Ojciec nazwał syna Protem.

Matka zmarła wkrótce potem,

I pozostał Prot sierota,

Lecz pan Prusz tak dbał o Prota,

Że mu ojcem był i matką

I strofował chłopca rzadko.

 

Prot miał siedem lat mniej więcej,

Siedem lat i pięć miesięcy,

A już chodził po sprawunki,

Umiał pisać, znał rachunki,

Lecz zrządzeniem dziwnym losu,

Nie miał słuchu ani głosu,

I był jednym w Błękitniewie,

Który nie znał się na śpiewie.

 

Ojciec tym ogromnie gryzł się,

Ale z palce nikt nie wyssie

Tego, co natura daje.

Prot miał inne obyczaje:

W swym pokoju na stoliku

Różnych kluczy miał bez liku,

Mnóstwo gwożdzi zardzewiałych,

Śrubek dużych, średnich, małych,

Drut, scyzoryk, stare dłutko,

Trochę blachy - mówiąc krótko,

Prota fach ślusarza nęcił,

Przy stoliku dłubał, kręcił,

Psuł, naprawiał, psuł na nowo,

A pan Prusz wciąż kiwał głową:

"To dopiero jest zgryzota!

Co wyrośnie z tego Prota?

Czego można się spodziewać

Po kimś, kto nie umie śpiewać?"

 

Był w miasteczku ślusarz młody,

Który co dzień dla wygody

Pań gospodyń, wczesnym rankiem

Zatrzymywał się przed gankiem

Nawołując: "Komu, komu

Trzeba coś naprawić w domu?"

Wybiegały gospodynie:

"Pan zlutuje mi naczynie!"

"Pan naprawi kran przy zlewie!"

"Co tam słychać w Błękitnieiwe?"

"Czy pan klucz dorobić może?"

"Proszę mi oaostrzyć noże!"

"Pan otworzy mi szufladę!"

"Niech pan wstąpi przed obiadem!"

Ślusarz robi wszystko świetnie,

Tu przybije, tam obetnie,

Tu pobieli, tam naprawi,

Rozweseli i zabawi.

Nic dziwnego, że ślusarza

Każdy lubi i poważa.

Każdy - oprócz pana Prusza.

 

Pana Prusza mało wzrusza

Ślusarz oraz jego praca:

"Chłopcu w głowie poprzewracał!

Zamiast uczyć się bemoli,

Prot rozkręcać zamki woli,

Woli dłubać w pęku kluczy,

Ale śpiewu się nie uczy!"

Nieraz mówił też do Protu:

"Śpiewać tobie nieochota,

Tobie ważny tylko ślusarz.

Popatrz, znów się umorusarz!

Widzisz? Dziura na rękawie,

Już ci więcej nic nie sprawię!"

 

W szkole inni chłopcy mali

Też Protowi dokuczali:

"Jak się dziś pan gwoździk miewa?"

"Dorób klucz do Błękitniewa!"

"Co ma łebek śrubki w środku?"

"Do widzenia Protku-Młotku!"

Prot zabawnie czoło marszczył:

"Zaczekajcie, będę starszy,

Wtedy wszystkim wam pokażę,

Co to znaczy być ślusarzem!"

 

Nikt z was jeszcze dotąd nie wie,

Że ów ślusarz w Błękitniewie,

Który wołał: "Komu, komu

Trzeba coś naprawić w domu",

Cały dzień poświęcał pracy,

A na imię miał - Pankracy.

 

Prot z Pankracym żył w przyjaźni,

Przy Pankracym czuł się raźniej,

Bo Pankracy lubił Prota,

I gdy przyszła mu ochota,

Uczył malca rzeczy prostszych;

A więc jak się noże ostrzy,

Jak się lutem spawa druty

Lub naprawia kran zepsuty.

 

Dnia pewnego przy sobocie

Rzekł Pankracy: "Słychaj, Procie,

Pójdziesz ze mną do fabryki,

Chociaż dotąd takie smyki

Do fabryki nie chodziły,

Ale z ciebie chłopiec miły

I masz zamiar być ślusarzem,

Więc fabrykę ci pokażę."

 

Choć pan Prusz się długo wzdragał,

Prot na koniec go przebłagał

I po chwili mu Pankracy

Pokazywał warsztat pracy.

Prot oglądał więc z zachwytem

Lśniące koła pod sufitem,

Wielkie świdry i strugarki,

Mechaniczne obrabiarki,

Ostre noże, ciężkie młoty

I narzędzia do roboty.

 

Prot przyglądał się tym dziwom

I tak jak istotę żywą

Głaskał dłonią stal narzędzi,

Z ciekawością zerkał wszędzie,

Dreptał przeszło dwie godziny

Od maszyny do maszyny,

I ze wzruszeń tych ogromu

Z wypiekami biegł do domu.

 

W domu zaś pan prusz tymczasem

Wyśpiewywał tęgim basem

Swoje "tirli" i "tralala",

Aż koguty piały z dala,

Aż się wróble zlatywały,

Świergotały i ćwierkały,

Nawet wilgi, nawet kosy

Zawodziły wniebogłosy,

A uczniowie w takt batuty

Powtarzali wszystkie nuty -

Jedni solo, inni chórem,

Potem wszyscy zgodnym wtorem

"Tirli-tirli" i "tralala..."

Urastała dźwięków skala.

A więc wójt z rozwianym włosem

Wyśpiewywał pełnym głosem,

Jeden z członków rady gminnej

Śpiewał w takt melodii innej,

Referenci z inspektorem

Wtórowali mu tenorem,

Zaś agronom z praktykantem

Powtarzali wtór dyszkantem.

Płynął śpiew jak wielka fala:

"Tirli-tirli" i "tralala"!

 

Tak każdego dnia wieczorem

Chór się zbiera i z uporem

Wyuczone pieśni ćwiczy.

Pan Prusz w pozie malowniczej

Stoi w środku na krzesełku,

Przewodniczy w śpiewnym zgiełku,

I chóralna pieśń rozbrzmiewa

Aż po krańce Błękitniewa.

 

Północ biła już na wierzy.

Prot od dawna w łóżku leży,

Lecz nie może spać zupełnie.

Księżyc toczy swoją pełnię,

Wpada w okno srebrną smugą,

A Prot nie śpi, nie śpi długo,

Wciąż wrażenia swe przeżywa,

Po nim srebrna smuga spływa...

 

Naraz gwizdnął ktoś i cmoknął.

Któż to? Wyjrzał Prot przez okno,

A za oknem, pod księżycem,

Szedł Pankracy przez ulicę,

W srebrnej smudze zamigotał,

Po czym zbliżył się do Prota

I powiada: "Słuchaj, Procie,

Dobrze siedzieć w samolocie,

Autem jechać doskonale,

Dobrze pruć okrętem fale,

Gorzej tłuc się autobusem,

Lepiej konno pędzić kłusem...

Ja dla ciebie, chłopcze drogi,

Nie mam nawet hulajnogi.

Nie mam nic dosłownie! Przebacz,

Ale daję ci pogrzebacz!

Jest on mego wynalazku,

Na nim siądź w księżyca blasku,

A pogrzebacz ten w podróży

Znakomicie ci posłuży."

 

Rzekł i zniknął, jak się zjawił,

Lecz pogrzebacz pozostawił

W rękach Prota. Prot zdziwiony

Bada go na wszystkie strony,

Nie wie, co ten dar oznacza...

 

Wreszcie - dosiadł pogrzebacza.

Nim pomyślał, pomknął w górę,

Nim się spostrzegł, minął chmurę.

Jeszcze widział w dole drzewa,

 

Widział światła Błękitniewa,

Jeszcze słyszał brzmiące z dala

"Tirli-tirli" i "tralala",

A gdy zrównał się z księzycem,

Księżyc zmarszczył srebrne lice

I po polsku rzekł do Prota:

 

"To dopiero jest dziwota!

Osiągnąłem wiek sędziwy

I widziałem różne dziwy,

Różne rzeczy się zdarzały,

Ale żeby chłopiec mały

Sam szybował w świat najszerszy,

To się zdarza po raz pierwszy!"

 

A Prot z woli pogrzebacza

Dalsze kręgi wciąż zatacza,

Mleczną Drogą się zachwyca,

Nage patrzy - jest tablica,

Na tablicy takie słowa:

WJAZD DO MIASTA PRZEMYSŁOWA

 

Siedząc miękko jak w fotelu

Prot przybliżał się do celu.

Nim pomyślał - rzekł: "Nareszcie!"

Nim się spostrzegł - był już w mieście.

Ze zdumieniem przetarł oczy,

Z pogrzebacza zsiadł i kroczy

Przez ulice Przemysłowa.

Czystość wszędzie jest wzorowa,

Na chodnikach nie ma śmieci,

Każda ławka aż się świeci,

A na ławkach siedzą dzieci

Wykąpane, uczesane...

Domy świeżo malowane,

Czystość sklepów oko nęci,

Ludzie chodzą uśmiechnięci,

Schludni, mili i weseli,

Tak jak u nas przy niedzieli.

 

Prot rozgląda się wokoło,

Jemu także jest wesoło.

Gdy na jezdni Prot przystaje,

Zatrzymują się tramwaje,

Auta mu zjeżdżają z drogi,

W bok skręcają hulajnogi,

A cykliści w półobrocie

Wykrzykują: "Witaj, Procie!"

 

A Prot idzie przez ulice,

Gdzie się wznoszą kamienice

Niby pałac przy pałacu.

Wreszcie znalazł sięna placu:

Naokoło dlaparady

Rosną drzewa z czekolady,

A na drzewach są słodycze

I wyroby cukiernicze.

 

Czekoladzie zawsze rade,

Smakowitą czekladę

Obłupują dzieci z miasta,

A co zjedzą - to odrasta.

Idąc w tamtych dzieci ślady

Prot zjadł kilo czekolady,

Potem poszedł ku fontannie,

Gdzie tryskała nieustannie

Słupem zimnym i różowym

Woda z sokiem malinowym.

 

Gdy Prot najadł się i napił,

Jeszcze trochę się pogapił,

Wreszcie spytał z grzecznym gestem:

"Proszę pana, gdzie ja jestem?"

A przechodzień mu odpowie:

"Jesteś, chłopcze, w Przemysłowie.

Tu najlepsi rzemieślnicy

Jadą, jak do swej stolicy,

Swe narzędzia doskonalić,

Wynikami się pochwalić...

Różne rzeczy się zdarzały,

Ale żeby chłopiec mały

Trafił tu, do Przemysłowa,

To historia całkiem nowa!"

 

Prot podciągnął tylko spodnie

I powiedział bardzo godnie:

"Mały... mały! I cóż z tego?

Jestem uczniem Pankracego

I potrafię bardzo wiele:

Noże ostrzę, rondle bielę,

Umiem lutem spawać druty

I naprawiać kran zepsuty...

Niech tu przyjdą ci ślusarze,

To im wszystko to pokażę!"

 

Pan pokręcił tylko głową:

"Niebywałe, daję słowo!

Różne rzeczy się zdarzały,

Ale żeby chłopiec mały

Opanował fach ślusarza,

To się po raz pierwszy zdarza!

A więc dobrze! Mam tu władzę,

Wnet ślusarzy przyprowadzę."

 

Prot na ławce siadł i czeka.

Tłum się snuje, a z daleka

Płynie znancyh dźwięków fala:

"Tirli-tirli" i "tralala."

Gdzie śpiewają - Prot już nie wie.

W Przemysłowie? W Błękitniewie?

 

Prot zamyślił się. Tymczasem

Z krzykiem, zgiełkiem i hałasem

Nadszedł wielki tłum w pochodzie.

"Oto oni! - rzekł przechodzień -

Oto nasi są ślusarze!

Co kto umie, niech pokaże!"

 

Pośród gwaru, śmiechów, krzyków,

Prot powitał rzemieślników,

Oni zaś krzyknęli chórem:

Prot niech żyje! Prota w gorę!"

Podrzucali go, a potem

Wdali się w rozmowę z Protem.

 

Rzekł najstarszy: "Drogi Procie,

Poznać trzeba nas w robocie!

Popatrz, wszyscyśmy ślusarze,

Zapamiętaj nasze twarze:

Pierwszy z prawa, tamten tęgi,

Skonstruował nowe cęgi,

Co z szybkością ośmiokrotną

Drut najtwardszy nawet potną.

Tamten młot udoskonalił,

Tamten znów piłkę do metali.

Kto używa tych narzędzi,

Dużo czasu zaoszczędzi!

 

Ten wynalazł imadełko,

Imadełko - arcydziełko!

Łatwiej można je obsłużyć

I połowę czasu zużyć.

 

Ten wymyślił znów przebijak,

Który się nie tępi nijak,

Czy to będzie blaszka błaha,

Czy najgrubsza nawet blacha.

 

Ten, co fajkę tam zapalił,

Pilnik tak udoskonalił,

Że dziś jeden mniej się trudzi,

Niż poprzednio pięciu ludzi.

 

Ten przysłużył się fabryce,

Bo wynalazł gwintownicę,

Co nacina śruby prędzej,

A kosztuje mniej pieniędzy.

U nas ślowa nic nie znaczą -

Trzeba się wykazać pracą.

Teraz twoja kolej, Procie!

Chcemy poznać cię w robocie!

Pomysłowość - to się ceni!

Tu Prot sięgnął do kieszeni,

Wyjął małe pudełeczko,

W pudełeczku podniósł wieczko

I powiedział jakby z łaski:

"Oto moje wynalazki!"

 

I wyjmować jął z pudełka

Kowadełka, imadełka,

Cyrkiel prosty i wygięty,

Stemple, klucze, śrubokręty,

Młotki, noże i pilniki,

Kątomierze, kątowniki,

Piły, cęgi i wiertarki,

Obrabiarki różnej marki

I szlifierki, i strugarki,

Mnóstwo nożyc znakomitych

I toczydła, i uchwyty,

I skrobarki do obróbki,

Druty, gwoździe, śruby, śrubki,

Przecinaki, wycinaki...

Wreszcie stos się zrobił taki,

Że ślusarze oniemieli.

Prot zaś do nich rzekł: "Jeżeli

Chcecie mieć wyniki dalsze

Lepsze, trwalsze, doskonalsze,

Chętnie wam to oddać mogę

Biorąc w zamian hulajnogę.

Chcę pojechać do Warszawy,

Gdzie dla dzieci do zabawy,

A dla starszych dla wygody

Czynne są ruchome schody."

 

Ucieszyli się ślusarze:

"Więc to wszystko dla nas w darze?

Taka hojność niebywała

Chyba w bajkach się zdarzała!"

I krzyknęli zgodnym chórem:

"W górę Prota! W górę! W górę!"

Pochwycili go na ręce.

Rąk tych było coraz więcej,

Podrzucili go do góry,

Podrzucili raz i wtóry,

Aż Prot wzbił się ponad chmury.

Leciał, leciał nieprzerwania

I zrozumieć nie był w stanie,

Czemu leci tak a leci,

Czemu księżyc już nie świeci,

Czemu świat się wokół mroczy?

Nic nie widział. Zamknął oczy,

Czuł, że płynie na obłokach

I że leci w dół z wysoka...

 

Wreszcie na coś opadł miękko.

Popróbował naprzód ręką,

Cóż to? Kołdra? I poduszka!

Prot wyskoczył szybko z łóżka,

Spojrzał w okno - słońce cudnie

Promienieje jak w południe.

Przez ulicę już Pankracy

Idzie z nocnej swojej pracy,

Ma pogrzebacz na ramieniu

I jak zwykle staje w cieniu

Nawołując: "Komu, komu

Trzeba coś naprawić w domu?"

Równocześnie tuż za ścianą

Śpiewa chór melodię znaną,

I urasta dźwięków fala

"Tirli-tirli" i "tralala."

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Leń

 

Na tapczanie siedzi leń,

Nic nie robi cały dzień.

 

- O wypraszam to sobie!

- Jak to? Ja nic nie robię?

- A kto siedzina tapczanie?

- A kto zjadł pierwsze sniadanie?

- A kto dzisiaj pluł i łapał?

- A kto się w głowę podrapał?

- A kto dziś zgubił kalosze?

- O - o! Proszę!

 

Na tapczanie siedzi leń,

Nic nie robi cały dzień.

 

- Przepraszam! A tranu nie piłem?

- A uszu dzisiaj nie myłem?

- A nie urwałem guzika?

- A nie pokazałem języka?

- A nie chodziłem się strzyc?

- To wszystko nazywa się nic?

 

Na tapczanie siedzi leń,

Nic nie robi cały dzień.

 

Nie poszedł do szkoły, bo mu się nie chciało,

Nie odrobił lekcji, bo czasu miał za mało.

Nie zasznurował trzewików, bo nie miał ochoty,

Nie powiedział "dzień dobry", bo z tym za dużo roboty,

Nie napoił Azorka, bo za daleko jest woda,

Nie nakarmił kanarka, bo czasu mu było szkoda;

Miał zjeść kolację - tylko ustami mlasnął,

Miał położyć się spać - nie zdążył - zasnął.

Śniło mu się, że nad czymś ogromnie się trudził;

Tak zmęczył się tym snem, że się obudził.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Lis i jaskółka

 

Namówił lis jaskółkę,

By z nim zawarła spółkę.

 

To - rzecze - proste całkiem:

Mam pola pręt z kawałkiem,

 

Coś na nim zasadzimy,

A przed nadejściem zimy

 

Zbierzemy plon pomału,

Pół na pół do podziału,

 

Pani się zna na roli,

Co z dwojga pani woli,

 

Wierzchołki czy korzonki?

Wyznaję bez obsłonki,

 

Że ja wierzchołki wolę.

Lis szybko pobiegł w pole

 

I zasiał pełno marchwi,

Więc się jaskółka martwi:

 

Plon każdy rolnik zbiera

I nawet lis przechera

 

Na marchwi się bogaci,

A ja mam kupę naci,

 

Po prostu kupę ziółek

Niezdatnych dla jaskółek.

 

Ha, wpadłam, trudna rada,

Lecz tylko raz się wpada!

 

A lis już krąży w kółko:

Cóż powiesz mi, jaskółko?

 

To powiem, że na zmianę

Tym razem ja dostanę

 

Korzonki. Co pan na to?

Ja na to jak na lato,

 

Wierzchołki nawet wolę.

To rzekłszy pobiegł w pole

 

I całą przestrzeń pustą

Obsadził w mig kapustą.

 

W ostatnim dniu kwartału,

Znów przyszło do podziału:

 

Lis wziął kapustę całą,

Jaskółce zaś zostało

 

Pięć wiązek i pół szóstej

Korzonków od kapusty.

 

Mówią odtąd jaskółki,

Że niedobre są spółki.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Magik

 

Gdy na zachód z Sandomierza

Iść przez dwa i pół pacierza,

Widać drogę, która zmierza

Wprost do Dwikóz. Tam przed laty

Żył Fikusów ród bogaty,

Co wyrabiał dzwony z brzozy,

A z konopi plótł powrozy

I rozsławił tym Dwikozy.

 

Tam, na samym skraju Dwikóz,

Mieszkał ongi magik Fikus,

Zwany Łysoń, trojga imion:

Bonifacy - Filip - Tymon.

 

Magik Tymon Fikus z Dwikóz

Co dzień inny robił psikus.

Raz, gdy wracał z Sandomierza,

Przeistoczył w oset jeża,

A gdy szedł do Zawichostu,

Wziął i zrobił jeża z ostu.

 

Sypał w gąsior piasek miałki,

A wylewał - sztof gorzałki.

 

Innym razem wziął koguta,

Schował w kieszeń do surduta.

A po chwili - zręcznie nader -

Wody wylał z niej pięć wiader.

 

Raz, gdy ujrzał muzykusa,

Dał przez cały rynek susa

I do warg przytknąwszy dłonie

Grał jak gdyby na puzonie,

Na klarnecie grał po troszku

I na flecie, i na rożku,

I nie wiedział nikt już z Dwikóz,

Czy gra Fikus, czy muzykus.

 

Już nie będę mówił o tem,

Jak udawał, że jest kotem,

I jak w psasię z,ienił potem;

Jak połykał kalosz stary,

A wypluwał okulary;

Jak ne lewej dłoni wsparty

Jedną z nóg tasował karty;

Jak wyjmował z ucha wróbla

I zamieniał wróbla w rubla;

Jak hodował ryby w szafie,

Bo ja sam to też potrafię!

 

Ale wreszcie przebrał miarę:

Spotkał dwie babiny stare

I przemienił je w dziewczęta;

Jedną wydał za rejenta,

Z drugą stanął w Zawichoście

I wyswatał ją staroście.

 

Gdy nadeszła więc niedziela,

Wyprawiono dwa wesela,

A że było to przedpoście -

Siedem dni weselni goście

Ucztowa w Zawichoście.

Lecz Juź rankiem przy niedzieli

Całą sztuczkę diabli wzięli:

Prysły młodych żon powaby,

A zostały stare baby,

Obie krzywe, obie siwe

I okropnie gadatliwe.

 

Wściekł się rejent, wściekł starosta,

Ale sprawa nie jest prosta,

Bo gdy ksiądz połączy ślubem

Luba musi zostać z lubym.

 

Poszły skargi na Fikusa,

Skrył się Fikus do lamusa,

Gdyż z powodu jego sztuczek

W Sandomierskiem powstał huczek

I już pleban oburzony

Chciał potępić go z ambony.

 

Uderzywszy więc w pokorę,

Fikus wybrał się wieczorem

Na plebanię i ze skruchą

Drapał się to w nos, to w ucho.

Ksiądz rzekł wreszcie: "Dobra nasza.

Moja kasza, twoja flasza,

Rozegramy to w mariasza?

 

Fikus szybko rozdał karfy,

A że bał się nie na żarty,

Przegrał tyle, ile trzeba,

Zeby dostać się do nieba.

 

Wziąwszy tedy rozbrat z grzechem,

Fikus rad pożegnał klechę,

Uśmiechnięty dosiadł konia,

Kłusem puścił się przez błonia

I wołając: "Znaj Łysonia!

Hokus-pokus, fikus pikus!" -

Pocwałował wprost do Dwikóz.

Wszedł do domu, staje, patrzy -

"Co to? Kto to?" - rzekł pobladłszy.

Podszedł bliżej - tak, to one,

Dwie staruchy nastroszone,

Starościna z rejentową

Zabawiają się rozmową.

Fikus groźnie spojrzał na nie:

"Cóż to znaczy, moje panie?"

 

"Co to znaczy? Nic nie znaczy,

Ot, nie mogło być inaczej.

Wypędzili nas mężowie,

No i dobrze, i na zdrowie!

Odstawili nas tu koczem,

Gadać teraz nie ma o czem."

 

Tymon Fikus zbladł ze złości:

"Ależ bies mi nasłał gości!

Po co? Na co? Jakim prawem?

Rozstaniemy się niebawem!"

I potrząsnął już rękawem,

Aby zakląć baby w żaby,

Ale rozmach wziął za słaby;

Chciał przemienić je w dwie miotły,

Lecz mu palce się zaplotły;

Zebrał w sobie cały zapał

I wysilał się, i sapał,

By je zmienić w łyżki stare,

W białe myszki, w kapców parę,

W dwie marchewki, w dwa rogale,

Lecz mu jakoś nie szło wcale.

 

Tupał, klaskał, bił się w łydki.

Klął pod nosem w sposób brzydki,

Wreszcie krzyczeć jął jak dzikus:

"Hokus-pokus, fikus-pikus!"

 

A staruchy zeń szydziły:

"Cóż to, kumie? Zbrakło siły?

Kum czarować już nie umie?

Z kumem już niedobrze, kumie!"

 

Poszły potem do spiżarki,

Wyciągnęły słoje, garnki,

Polędwice i półgęski.

Choć to przecie przysmak męski.

Jadły sobie do wieczora

Pociągając miód z gąsiora,

Obie krzywe, obie siwe

I okropnie gadatliwe.

 

Fikus patrzał z gniewu siny,

Wycierając pot z łysiny.

Stał na głowie pół godziny,

Do pomocy wziął koguta,

Sypał proso do surduta,

Szukał zaklęć w księdze grubej,

Coraz nowe robił próby,

 

Wreszcie zgrzytnął, gwizdnął, cmoknął

I wyskoczył w mrok przez okno.

Co z nim stało się - nikt nie wie.

Był podobno w Sochaczewie,

Ktoś go widział, jak w Piotrkowie

Na jarmarku stał na głowie,

Potem zjawił się w Prabutach

I udawał tam koguta.

 

Inni mówią, że w Jaworze

Zjadał szkło i łykał noże,

A znów inni, że w Będzinie

Popisywał się na linie.

 

Gdzie jest praiwda - nie wiem. Tu się

Kończą wieści o Fikusie.

 

Jeśli jeszcze coś usłyszę,

Zaraz dalszy ciąg dopiszę.

Może wierszem, może prozą,

I przekażę wnet Dwikozom.

Niech w archiwach to zachowa

Miejska Rada Narodowa.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Michałek

 

Był leń, co zwał się Michałek

Nie robił nic w poniedziałek,

 

Spać poszedł, a wstał we wtorek

Dopiero na podwieczorek.

 

Zaczekał, aż przyszła środa,

Lecz czasu było mu szkoda.

 

Do książki zabrał się w czwartek,

Lecz nawet nie rozciął kartek.

 

Pomyślał: Jutro jest piątek,

Więć w piątek zrobię początek.

 

A w piątek rzekł: - Na sobotę

Odłożę raczej robotę.

 

Przyszła sobota. - W niedzielę

Odpocznę wpierw mało-wiele,

 

A za to już w poniedziałek

Odrobię cały kawałek.

 

We wtorek rzekł: - Źle się czuję...

A w środę dostał dwie dwóje.

 

Do domu wrócił Michałek,

Przygładził smętnie przedziałek,

 

I w ojca wlepiwszy ślepia,

Rzekł: - Nauczyciel się czepia.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Mleko

 

- Co się stało, co się stało?

- Gwałtu, mleko wyleciało!

 

Przeraziła się kucharka,

Wyleciało mleko z garnka

 

I jak białe prześcieradło

Na patelni wierzchem siadło.

 

Jęło fruwać pod sufitem,

Przyśpiewując sobie przy tym:

 

- Dobre mleczko, smaczne mleczko,

Nie dla ciebie, kochaneczko!

 

Rozgniewała się kucharka

I na mleko głośno sarka:

 

- Któż to słyszał, żeby mleko

Wyleciało tak daleko?

 

Zsiądź z patelni, zsiądź już prędzej,

Bo na zawsze cię przepędzę!

 

Na te słowa mleko zbladło,

Przestraszyło się i zsiadło.

 

Chodźcie do nas. Zjedzcie z nami

Zsiadłe mleko z ziemniakami.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Mops

 

W kuchni stał na stole klops.

Mops do klopsa chyłkiem - hops!

Gdy się najadł tak, że spuchł aż,

Nagle zjawił się pan kucharz.

 

Patrzy, blednie - nie ma klopsa,

Rzecze tedy groźnie do psa:

Ja przepraszam pana mopsa,

Pan mi tu za bardzo hopsa,

Żeby pan nie dostał kopsa!

 

Na to mops wyszczerzył kły

I odszczeknął bardzo zły:

Fe! A cóż to za maniery?

Jeśli mam być całkiem szczery,

Na mnie nawet pan nie dmuchnie,

Bo i tak chcę zmienić kuchnię,

A to głównie z tej przyczyny,

Że nie znoszę siekaniny!

Po czym precz odrzucił sztuciec,

Warknął, burknął i chciał uciec.

 

Kucharz, widząc to, wpadł na psa,

Porządnego dał mu klapsa,

A na obied zamiast klopsa,

Spożył - zły jak mops - rolmopsa.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Mrówka

 

Wół

Miał odwieźć do szkoły stół.

 

Powiada do osła: Na wieś

Stół ten do szkoły zawieź.

 

Osioł pomyślał: O, źle!

I rzecze do kozła: Koźle,

 

Odwieź ten stół, bardzo proszę,

Dostaniesz za to trzy grosze.

 

Zawołał kozioł barana:

Odwieź ten stół jutro z rana.

 

Baran był na podwórku,

Do psa więc powiada: Burku,

 

Odwieź, bo mnie nie ochota!

Pies wezwał do siebie kota

 

I warknął: Kocie-ladaco,

Ty zająć się masz tą pracą!

 

Kot stołu wieźć nie zamierza,

Przywołał w tym celu jeża.

 

Jeż myśli: Gdzie stół, gdzie szkoła?

Więc szczura do siebie woła

 

I mówi: Do pracy, szczurze,

Stół odwieź szybko, a nuże!

 

Szczur chciał się myszą wyręczyć,

Lecz mysz nie lubi się męczyć,

 

Więc rzecze do żaby: Żabo,

Stół odwieź, bo mnie jest słabo.

 

Żaba jaszczurkę zoczyła:

Jaszczurko, bądź taka miła,

 

Najmocniej proszę cię, zawieź

Stół ten do szkoły na wieś.

 

Jaszczurka w pobliskich gąszczach

Zdołała dostrzec chrabąszcza:

 

Stół odwieź, chrabąszczu drogi,

Bo bardzo bolą mnie nogi.

 

Lecz chrabąszcz to okaz lenia,

Powiada więc od niechcenia:

 

Wiesz, mucho, zamiast tak brzęczeć

Mogłabyś mnie wyręczyć.

 

Mucha do mrówki powiada:

Jest to okazja nie lada,

 

Stół trzeba odwieźć do szkoły.

Ty lubisz takie mozoły.

 

Mrówka,

Nie mówiąc nikomu ani słówka,

Chociaż nie była zbyt rosła,

Wzięła stół i do szkoły zaniosła

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Mucha

 

Z kąpieli każdy korzysta,

A mucha chciała być czysta.

W niedzielę kąpała się w smole,

A w poniedziałek w rosole,

We wtorek - w czerwonym winie,

A znowu w środę - w czerninie,

A potem w czwartek - w bigosie,

A w piątek - w tatarskim sosie,

W sobotę - w soku z moreli...

Co miała z takich kąpieli?

Co miała? Zmartwienie miała,

Bo z brudu lepi się cała,

A na myśl jej nie przychodzi,

Żeby wykąpać się w wodzie.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Muł

 

Był sobie pewien muł.

Najlepiej muł się czuł,

Gdy stojąc przed wieczorem

Nad stawem lub jeziorem

Oglądał swe odbicie

I wołał: Czy widzicie?

Wprost oczom swym nie wierzę,

Żem takie piękne zwierzę!

Ten łeb, jak kocham mamę!

A uszy? Uszy same,

Powiedzcie, co są warte!

Nie! Nie chcę być lampartem,

Niedźwiedziem ani lwem,

Bo teraz wreszcie wiem,

Że każde mądre zwierzę

Na króla mnie wybierze!

 

Muł odtąd należycie

Oglądał swe odbicie.

Z odbicia taki czar bił,

Że muł się nad nim garbił,

I garbił, i pochylał,

I pysznił się co chwila:

Dopiero tu poczułem,

Jak dobrze jest być mułem!

 

Krakały wokół wrony:

Popatrzcie, muł zgarbiony!

Gil ćwierknął: Powiem coś ci:

Trzeba się trzymać prościej!

Koń doń przemówił czule:

Po co się garbisz, mule?

Szacunku nie zaskarbi

Ten, kto się stale garbi.

 

Muł wierzgnął opryskliwie:

Ogromnie wam się dziwię,

To bardzo brzydki nałóg

Udzielać innym nauk,

Sam jestem dosyć kuty!

 

I garbił się dopóty,

Aż w końcu już wyglądał

Jak młodszy brat wielbłąda.

 

A wielbłąd, chyba wiecie,

Ma duży garb na grzbiecie,

Wielbłąda żadne zwierzę

Na króla nie wybierze.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Mysikrólik

 

Ćwierkał w polu Mysikrólik,

Wtem się zjawia mysi królik:

"Jam jest królik z mysiej łaski,

A pan tu urządza wrzaski,

Pan tu ćwierka wciąż, a zwłaszcza

Sobie tytuł mój przywłaszcza,

To nie mysie widzimisię,

Lecz królewskie prawo mysie,

Gdy się mysie wojsko zbierze,

Spierze panu pańskie pierze!"

 

Zląkł się ptaszek niesłychanie:

"Najjaśniejszy mysipanie,

Jam jest ptaszek - Mysikrólik,

Chcesz mi za to sprawić bólik?

Mysibólik musi boleć,

Czyżbyś na to mógł pozwolić?

Czyćbym próżno wzywał dzisiaj,

Mysipanie, łaski mysiej?

Choć to sprawa bardzo ważka,

Jednak litość miej dla ptaszka."

 

Zmiękło serce mysiej mości,

Tak więć rzecze już bez złości:

"Proszę złożyć mi na piśmie,

Że pan więcej już nie piśnie

I że odtąd żadna z myszy

Ćwierkań pańskich nie usłyszy!"

 

Ptaszek wnet żądanie mysie

Spełnił grzecznie, lecz w podpisie

Zmienił - stracha widać mając -

Imię swe na - Mysizając.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Na straganie

 

Na straganie w dzień targowy

Takie słyszy się rozmowy:

- Może pan się o mnie oprze,

- Pan tak więdnie, panie Koprze.

- Cóż się dziwić, mój Szczypiorku,

- Leżę tutaj już od wtorku!

- Rzecze na to Kalarepka:

- -Spójrz na Rzepę - ta jest krzepka!

- Groch po brzuszku Rzepę klepie:

- - Jak tam, Rzepo? Coraz lepiej?

- - Dzięki, dzięki, panie Grochu,

- Jakoś żyje się po trochu,

- Lecz Pietruszka - z tą jest gorzej:

- Blada, chuda, spać nie może.

- - A to feler -

- Westchnął Seler.

- Burak stroni od Cebuli,

- A Cebula doń się czuli:

- Mój Buraku, mój czerwony,

- Czybyś nie chciał takiej żony?

- Burak tylko nos zatyka:

- Niech no pani prędzej zmyka,

- Ja chcę żonę mieć buraczą,

- Bo przy pani wszyscy płaczą.

- A to feler -

- Westchnął Seler.

- Naraz słychać głos Fasoli:

- Gdzie się pani tu gramoli?!

- Nie bądź dla mnie taka wielka!

- Odpowiada jej Brukselka.

- Widzieliście, jaka krewka!

- Zaperzyła się Marchewka.

- Niech rozsądzi nas Kapusta!

- Co, Kapusta?! Głowa pusta?!

- A Kapusta rzecze smutnie:

- Moi drodzy, po co kłótnie,

- Po co wasze swary głupie,

- Wnet i tak zginiemy w zupie!

- A to feler

- Westchnął Seler.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Na wyspach Bergamutach

 

Na wyspach Bergamutach

Podobno jest kot w butach,

 

Widziano także osła,

Którego mrówka niosła,

 

Jest kura samograjka

Znosząca złote jajka,

 

Na dębach rosną jabłka

W gronostajowych czapkach,

 

Jest i wieloryb stary,

Co nosi okulary,

 

Uczone są łosowie

W pomidorowym sosie

 

I tresowane szczury

Na szczycie szklanej góry,

 

Jest słoń z trąbami dwiema

I tylko... wysp tych nie ma.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Natka-Szczerbatka

 

Jest w naszym domu schodowa klatka,

A na tej klatce - lokali pięć.

W jednym z nich mieszka Natka-szczerbatka.

O niej napisać mam dzisiaj chęć.

 

Mam chęć napisać, bo to jest gratka,

Bo to okazja ogromnie rzadka.

Była więc sobie Natka-szczerbatka...

Czemu szczerbatka? Zaraz wyjaśnię.

Wiadomo: każdy człowiek, nim zaśnie,

Zęby szoruje, by zdrowym być,

Szczotką i pastą szoruje właśnie.

A Natka zębów nie chciała myć.

 

Mówiła: "Nie chcę,

Szczotka mnie łechce,

Niech inni myją zęby, gdy chcą,

A ja nie będę! I żadna siła

Już mnie nie zmusi, bym zęby myła!"

 

Co z taką robić? Powiedzcie, co?

 

Nie wiem, co robić. I wy nie wiecie.

Dużo jest takich Natek na świecie.

 

Myjemy zęby szczotką i pastą,

Cóż więc obchodzi i was, i mnie,

Cóż w rzeczy samej obchodzi nas to,

Czy Natka myje zęby, czy nie?

 

Coż nas obchodzi jakaś tam Natka?

Niech się nią zajmie ojciec i matka -

My z niej przykładu nie chcemy brać,

Bo to, po prostu, głupia dzierlatka,

Która o zęby nie umnie dbać.

 

Natka nie dbała, myć ich nie chciała.

Oto, po prostu, historia cała.

 

Czy opowiadać mam do ostatka,

Czemu sąsiedzi od paru lat

Mówią o Natce: "Natka-szczerbatka"?

Myślę, że każdy dawno już zgadł,

Co znaczy taka przypięta łatka

I to przezwisko: "Natka-szczerbatka."

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Nie pieprz Pietrze

 

Nie pieprz, Pietrze, pieprzem wieprza,

Wtedy szynka będzie lepsza.

 

Właśnie po to wieprza pieprzę,

Żeby mięso było lepsze.

 

Ależ będzie gorsze, Pietrze,

Kiedy w wieprza pieprz się wetrze!

 

Tak się sprzecza Piotr z Piorową,

Wreszcie posłał do teściową.

 

Ta aż w boki się podeprze:

Wieprza pieprzysz, Pietrze, pieprzem?

 

Przecież wie to każdy kiep, że

Wieprze są bez pieprzu lepsze!

 

Piotr pomyślał: Też nielepsza!

No, i dalej pieprzy wieprza.

 

Poszli wreszcie do starosty,

Który znalazł sposób prosty:

 

Wieprza pieprz po prawej stronie,

A tę lewą oddaj żonie.

 

Mądry sąd wydała władza,

Lecz Piorowi nie dogadza.

 

Klepać biedę chcesz, to klepże,

A ja chcę sprzedawać wieprze.

 

Błaga żona: Bądź już lepszy,

Nie pieprz wieprza! A on pieprzy.

 

To Piotrową tak zgniewało,

Że wylała zupę całą,

 

Piotr zaś poszedł wprost do Wieprza

I utopił w Wieprzu wieprza.

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

O Panu Tralalińskim

 

W Spiewowicach, pieknym miescie,

Na ulicy Wesolinskiej

Mieszka sobie slynny spiewak,

Pan Tralislaw Tralalinski.

 

Jego zona - Tralalona,

Jego corka - Tralalurka,

Jego synek - Tralalinek,

Jego piesek - Tralalesek.

No a kotek? Jest i kotek

Kotek zwie sie Tralalotek,

Oprocz tego jest Papuzka,

Bardzo smieszna Tralaluzka.

 

Co dzien rano, po sniadaniu,

Zbiera sie to zacne grono,

By powtorzyc na czesc mistrza

Jego piosnke ulubiona.

 

Gdy podniesie pan Tralislaw,

Swa paleczke - tralaleczke,

Wszyscy milkna, a po chwili

Spiewa caly chor piosneczke.

 

Trala trala tralalala,

Tralalala trala trala!

Jak to Pana Tralislawa

Jego swietny chor wychwala.

 

Wyspiewuja, tralaluja,

A sam mistrz batute ujal

I sam w spiewie sie zapala:

"Trala trala tralalala.

 

Jego szofer - Tralalofer

I kucharka - Tralalarka,

Pokojowka - Tralalowka

I gazeciarz - Tralaleciarz,

I sklepikarz - Tralalikarz,

I policjant - Tralalicjant,

I adwokat - Tralalokat,

I pan doktor - Tralaloktor,

 

Nawet mala myszka,

Stara Tralaliszka,

Choc sie boi kotka,

Kotka Tralalotka,

Siadla sobie w katku,

W ciemnym tralalatku,

I piszczy cichutenko,

Trala - trala - tralalenko...

Link to comment
Share on other sites

Guest Vampirella

Jan Brzechwa

Opowiedział dzięcioł sowie

 

Opowieści różne znacie:

Więc opowieść o piracie,

O magiku-mechaniku,

O zaklętym koguciku,

O północnym, groĄnym wietrze

I o chorym termometrze.

O uczonym kocie w butach

I o wyspach Bergamutach,

O diabełku na kominie,

O sierotce Klementynie,

O entliczku, o pentliczku

I o Janku Wędrowniczku,

O Paproszku - mądrym skrzacie -

Wszystkie te historie znacie.

Ale dziś mam - daję słowo -

Bajkę dla was całkiem nową.

 

Posłuchajcie: pod Dąbrową

Jest dąbrowa. W tej dąbrowie

Opowiedział dzięcioł sowie

O tym, czego się dowiedział,

Kiedy w leśnej dziupli siedział.

Ja to wszystko podsłuchałem

I czym prędzej zapisałem.

 

I

 

Było tak: w sędziwym lesie,

Który widać na bezkresie,

Mieszkał bury wilk Barnaba,

Zamożniejszy od nababa.

Miał on skarbów pełne wory

I wciąż znosił do komory

Smakołyki i frykasy,

Z których słyną polskie lasy.

 

Miał Barnaba spryt handlowy,

Więc założył wśród dąbrowy

Sklep dla zwierząt. Na polanie

Wybudował rusztowanie,

Poukładał mech u góry,

Pozatykał gliną dziury,

Gałęziami ściany pokrył

I, z wysiłku cały mokry,

Siadł za ladą. Na tej ladzie

Smakowite kęski kładzie.

Każdy łatwo coś wyszuka:

Jest tu przysmak dla borsuka,

Jest pachnący ser dla lisa,

Dla niedĄwiedzia pełna misa,

Coś dla kuny do zjedzenia,

Świeża marchew dla jelenia,

Dla jaszczurek smaczny żurek

I orzechy dla wiewiórek.

 

Siedzi wilk Barnaba w sklepie

I zmrużywszy jedno ślepie,

Wszystkich woła i zaprasza:

- Komu jaja, komu kasza,

Komu mleko na śniadanie?

U mnie w sklepie jest najtaniej!

 

Wielka była to przynęta,

A więc zbiegły się zwierzęta.

Wszystkie tłoczą się u lady:

- Proszę kilo marmolady...

- A ja garść orzechów proszę...

- Dla mnie sadła za trzy grosze...

- Dla mnie miodu dziesięć deka...

- A ja proszę kwartę mleka...

 

Wilk się krząta i na ladzie

Co najgorszy towar kładzie,

Nie doważa, nie domierza,

Marmolada jest nieświeża,

Sadło zgniłe i tłuste,

Gorzki ser, orzechy puste,

Zamiast mleka - sama woda.

Wprost każdego grosza szkoda!

 

- Jak tu drogo! - jęknął zając.

Na to rzekł Barnaba wstając:

- Kto powiedział, że jest drogo?

Nie prosiłem z was nikogo,

By odwiedzał moją knieję.

Komu drogo - niechaj nie je!

A jak chodzi o zające,

Radzę zmykać, bo przetrącę!

 

Czmychnął zając nie czekając -

Nie przekona wilka zając.

Sarna wstała pełna trwogi,

Tchórz wiewiórce szpenął: - W nogi!

I nie wziąwszy nawet reszty,

Zmykał szybko, gubiąc meszty.

 

II

 

Nieco dalej, stąd pół mili,

Mieszkał siwy ryś Bazyli.

Był wąsaty, zły i srogi;

Każdy rad był zejść mu z drogi,

A on prychał, a on mruczał,

Wszystkim bruĄdził i dokuczał.

Nawet rudy lis Mikita

Bardzo grzecznie rysia witał

I udając, że jest chory,

Szybko biegł do swojej nory.

 

Ryś miał także sklep swój w lesie;

Znał się ryś na interesie,

Toteż jego sklep był pełny

Ciepłych futer, pierza, wełny,

Ptasich czubków, barwnych piórek

I kapturków dla wiewiórek.

 

Siedział ryś Bazyli w sklepie

I zmrużywszy jedno ślepie,

Wołał ciągle: - Idzie zima,

Kto na zimę futra nie ma,

Kto linieje lub łysieje,

Niech tu biegnie poprzez knieję,

Bowiem każde leśne zwierzę

U mnie ciepło się ubierze,

Ptak - odnowi swoje pierze,

Wszystko można dostać u mnie!

Więc zwierzęta biegły tłumnie.

Ten coś kupił, ów coś kupił,

A Bazyli skórę łupił,

Zamiast futer wtykał szmaty,

Zamiast skórek - stare łaty,

Zamiast wełny - pęk badyli.

Taki to był ryś Bazyli!

 

Niedaleko sklepu rysia

Była w jarze jama lisia,

Dobrze pośród drzew ukryta.

Mieszkał w jamie lis Mikita.

 

Po wsiach znał kurniki liczne

I zagrody okoliczne,

Umiał świtenie w każdym czasie

Wykryć nowe gniazda ptasie,

Umiał gąskę podejść z bliska,

Wiedział, gdzie są kretowiska,

Po karasie biegł do rzeki

I wybierał miód z pasieki.

 

Zdobycz swoją co dni kilka

Lis Mikita niósł do wilka.

 

Wilk unosił się na ławce:

- Czekam, czekam na dostawcę.

Pokaż towar. Cóż to? Kaczka?

Ależ chuda nieboraczka!

Gęś? Nie będzie z niej pociechy;

Jajka małe jak orzechy.

Nie, Mikito, miód niesłodki,

A karasie są jak płotki.

Nędzna zdobycz, drogi lisie,

I na moje widzimisię

Warta cztery skórki krecie.

Ale więcej? Nigdy w świecie!

Lis miał mores przed Barnabą -

Potargował się dość słabo,

Schował skórki, a po chwili

Już go witał ryś Bazyli:

- Cóż przynosisz dziś, Mikito?

Cztery skórki? Dobre i to.

Mogę wziąść je, chętnie służę,

Dam ci za nie jajko kurze.

Lis podskoczył: - Nie kpij ze mnie!

Słuchać nawet nieprzyjemni.

Za te skórki, wyznać przykro,

Dałem trzy karasie z ikrą,

Dziesięć jajek, kaczkę młodą,

Gęś i duży plaster miodu.

Ryś uderzył groĄnie w ladę:

- Skórki biorę, jajko kładę

I nie radzę wszczynać kłótni,

Bo się skończy jeszcze smutniej.

 

Lis do kłótni nie był skory -

Poszedł z jajkiem do swej nory

I pomyślał, płaczu bliski:

"To są właśnie moje zyski."

 

III

 

Wilk bogacił się na sklepie,

Ryś stał także coraz lepiej.

Jeśli chodzi o Mikitę,

Ten się trzymał własnym sprytem.

 

Lecz zwierzęta - że wymienię

Tchórze, jeże i jelenie,

Nawet kuny i niedĄwiedzie -

Wszystkie były w wielkiej biedzie.

 

A tymczasem przyszła jesień,

Coraz głodniej było w lesie,

Coraz głodniej, coraz chłodniej,

Upływały dni, tygodnie,

W lesie było brak żywności,

Poszły wszystkie oszczędności,

A u rysia i u wilka

Ceny rosły co dni kilka.

 

Wilk Barnaba siedział w sklepie

I zmrużywszy jedno ślepie,

Wykrzykiwał: - Głodomory,

Opuszczajcie wasze nory,

Przybywajcie do mnie tłumnie!

Tylko u mnie, tylko u mnie

Są kiełbaski i serdelki,

I przysmaków wybór wielki!

 

Równocześnie z innej strony

Ryś Bazyli niestrudzony

Wołał: - Do mnie, chuderlaki!

Mam serdaki, mam kubraki,

Skórki ciepłe jak pierzyny

I zimowe peleryny.

Lecz zachęta nie pomoże,

Kiedy nędza jest w komorze,

Bo kupują ci, co płacą,

A kupować nie ma za co.

 

Tak cierpiała knieja cała,

Wreszcie miarka się przebrała.

 

Mieszkał w lesie niedĄwiedĄ Błażej.

Choć wyglądał nie najstarzej,

Szanowały go zwierzęta,

Tak jak ludzie - prezydenta.

Przyszły tedy do BłaĄeja:

- W tobie cała jest nadzieja!

W lesie chłodno, w domu głucho,

Daj nam radę niezawodną,

Bo Barnaba i Bazyli

Już doszczętnie nas złupili.

 

NiedĄwiedĄ w ucho się podrapał,

Długo myślał, długo sapał,

Wreszcie rzekł: - Mam pomysł taki:

Niech kukułka wszystkie ptaki

I zwierzęta z całej kniei

Zawiadomi po kolei,

Że w świetlicy "Pod Żołędziem"

Jutro się nasz sejm odbędzie.

- Świetnie! Świetnie! - krzyknął zając. -

Sejm zwołamy nie zwlekając!

 

- Racja - rzekły dwie kukułki,

Nierozłączne przyjaciółki. -

Obwieścimy wnet orędzie,

Że się jutro sejm odbędzie.

 

Zaraz wzięły się do dzieła,

Jedna w prawo pofrunęła,

Druga w lewo - i kukały

Dwie kukułki przez dzień cały.

 

IV

 

Wielkie tłumy sejm zgromadził.

NiedĄwiedĄ z braćmi się naradził,

Po czym wszedł na podwyższenie

I pozdrowił zgromadzenie:

- Witam sarny i jelenie,

Witam kuny, tchórze, jeże,

Nawet lisy witam szczerze

I borsuki, i zające,

Całe ptactwo śpiewające,

Nawet srokę, nawet sowę,

Witam wszystkich, jednym słowem.

Moi drodzy, znamy dzisiaj

Sprawki wilka, sprawki rysia.

Czas już skończyć z ich wyzyskiem,

Więc niech nad tym przede wszystkim

Sejm nasz dziś się zastanowi.

Głos oddaję borsukowi.

 

Borsuk wstał, poprawił przedział,

Chrząknął, po czym tak powiedział:

- Mogę wyznać nie bez dumy,

Żem tu wszystkie zjadł rozumy,

Żem obmyślił wszystko ściśle

I wam powiem to, co myślę.

Czas już wreszcie wyjść z potrzasku,

Przestać jadać babki z piasku,

Chleb ze śniegu, figi z makiem.

Otóż ja mam plany takie:

Każdy ptak i każde zwierzę

W swej komorze coś wybierze

I natychmiast tu przyniesie

Jako udział w interesie.

Gdy zbierzemy już udziały,

Otworzymy sklep wspaniały,

Gdzie się będą sprzedawały

Tanie, świeże wiktuały.

Wspólnym trudem i staraniem

Zdobędziemy futra tanie,

Tanie sadło, tanią kaszę.

Zjednoczymy siły nasze.

Wszyscy razem, nie oddzielnie,

Ale dzielnie tę spółdzielnię

Przed nadejściem jeszcze zimy

Wspólną pracą utworzymy.

Jeleń krzyknął: - Dobrze gada!

To przynajmniej mądra rada!

Tchórz zawołał: - Brawo, brawo,

Trzeba zająć się tą sprawą,

Bo gdzie jest wysiłek zgodny,

Tam dobrobyt niezawodny!

Tu przemówił lis Mikita:

- Myśl naprawdę znakomita,

Ruch spółdzielczy bardzo cenię,

Chętnie swą naturę zmienię

I zapewniam zgromadzenie,

Że od dzisiaj najrzetelniej

Chcę pracować dla spółdzieli.

 

- Świetnie! - rzekły dwie kukułki,

Nierozłączne przyjaciółki,

I uparcie coś kukały

W sposób dość niezrozumiały.

NiedĄwiedĄ przerwał to kukanie:

- Dosyć, dosyć, moje panie.

Sprawa jasna, szkoda czasu!

Budujemy sklep wśród lasu.

Wszystkich czeka ciężka praca -

Praca zawsze się opłaca.

Przekonajmy więc borsuka,

Że nie poszła w las nauka,

Że już wilk nas nie oszuka,

Że już ryś nas nie oszwabi -

Żeśmy silni, a nie słabi.

 

- Brawo!, brawo! - krzyknął zając. -

Sklep budujmy nie zwlekając,

Lecz uczcijmy wpierw Błażeja,

Kniei naszej dobrodzieja!

 

- Oczywiście! W górę! W górę! -

Zawołali wszyscy chórem

I wesoło, choć z wysiłkiem,

Podrzucali go jak piłkę,

A kukułka z przyjaciółką

Szybowały nad nim w kółko.

 

V

 

Wszyscy zgodnie pracowali:

Więc niedĄwiedzie - wzorem drwali -

Dostarczały pni i pali.

Sarny z wszystkich stron się zbiegły

I lepiły z gliny cegły.

Z wodnej tafli jeleń szybki

Pozdejmował szklane szybki.

Przy stawianiu pieców kuna

Wykonała pracę zduna.

Jeże igieł dostarczyły,

A dzięcioły z całej siły

Deski nimi przybijały

Do podłogi i powały.

 

Pracowali wszyscy zgodnie

I w niespełna dwa tygodnie

Sklep stał całkiem już gotowy

Na polanie wśród dąbrowy.

Wnet borsuki, tchórze, kozły

Najróżniejszy prowiant wiozły:

Sadło, kaszę i serdelki,

I przysmaków wybór wielki.

Oprócz tego sklep był pełny

Ciepłych futer, pierza, wełny,

Ptasich czubków, barwnych piórek

I kapturków dla wiewiórek.

 

A za ladą lis Mikita

Kupujących grzecznie wita,

Tu odważy, tam odmierzy,

Towar dobry, tani, świeży.

Nikt nikogo nie oszwabia,

Nikt na nikim nie zarabia,

Bo gdzie łączą wspólne cele,

Tam są wszyscy przyjaciele.

 

Sklep szedł odtąd jak najlepiej,

Każdy wszystko dostał w sklepie

I w powszechnym dobrobycie

Upływało leśne życie.

A kukułka z przyjciółką

Wciąż latały tylko w kółko

I na przekór innych ptakom

Ułożyły piosnkę taką:

 

- Powiedzcie, jaskółki,

Ku - ku,

Gdzie mam kupić bułki?

Ku - ku!

- W spółdzielczym sklepie,

Ku - ku,

Kupisz najlepiej,

Ku - ku!

- Powiedzcie mi, kraski

Ku - ku,

Gdzie mam kupić placki?

Ku - ku!

- W spółdzielczym sklepie,

Ku - ku,

Kupisz najlepiej,

Ku - ku!

- Powiedzcie, słowiki,

Ku - ku,

Gdzie kupić pierniki?

Ku - ku!

- W spółdzielczym sklepie,

Ku - ku,

Kupisz najlepiej,

Ku - ku!

Tak śpiewały i kukały

Dwie kukułki przez dzień cały.

 

Bury wilk przed sklepem swoim

Stał i patrzył z niepokojem.

 

Wreszcie zamknął go na kłódkę

I opuścił las ze smutkiem.

 

- Trudno! - westchnął ryś Bazyli.

Także zamknął sklep po chwili

I opuścił z żalem knieję.

 

Co się z nimi teraz dzieje,

Tego nawet dzięcioł sowie,

Choć jest plotkarz - nie opowie.

Link to comment
Share on other sites