Jump to content

Bardzo długi i wyraźny sen


Aurora89
 Share

Recommended Posts

Właściwie to nie wiem jak zaczął się ten sen. Im dłużej o nim myślę tym więcej mi się przypomina, zwłaszcza o jego początku. Na chwilę obecną pamiętam, że byłam w jakimś dziwnym, zatłoczonym miejscu, którego nie znałam i w którym nigdy wcześniej nie byłam. Byli tam także moi obecni znajomi, niewielu, tylko kilka znajomych postaci. Reszta to „ludzie bez twarzy”, może za słabo się przyjrzałam żeby je zobaczyć, a może były zamazane, jakby za mgłą. Początkowo myślałam, że to jakiś kościół, ale chyba tylko dlatego, że zauważyłam tam jednego księdza. Może i było ich tam więcej, ale ja widziałam tylko tego. Zresztą nie wiem skąd mi przyszło do głowy, że to ksiądz, przecież był ubrany jak zwykły świecki człowiek i stał pośród tego tłumu niczym szczególnym się nie wyróżniając. Być może to jego twarz wywołała we mnie takie wrażenie, całkiem prawdopodobne, że wydała mi się znajoma. (chyba w rzeczywistości znam człowieka o tej twarzy i jest to ksiądz) Ale to miejsce to nie był kościół, nawet pomimo murów z czerwonej cegły, nie był to też zamek czy pałac, na co wskazywała architektura tego miejsca. Może kiedyś był to jakiś zamek, a teraz to, co z niego pozostało (fundamenty, ruiny) tworzą coś na kształt teatru, a może opery. Budynek wysoki, bez pięter i jakichkolwiek ścian działowych. Po prostu wielka wolna przestrzeń, a w niej tłum ludzi. W centralnym miejscu była scena, ale nie taka normalna tzn. nie nowoczesna, ale taka w starym stylu i niezbyt zadbana. Właściwie całe to miejsce wydawało się stare, średniowieczne i gdyby nie ci „ludzie bez twarzy” powiedziałabym, że opuszczone. (może tylko wtedy byli tam ludzie, a na co dzień nikt tam nie przebywa) Było sporo ławek takich trochę kościelnych i w starym stylu, również zniszczonych, drewnianych i sądzę, że niezbyt wygodnych. Może dlatego większość ludzi, w tym my, stała. A może po prostu coś się tam właśnie skończyło, jakieś przedstawienie, czy koncert? Ludzie chyba się już rozchodzili. My wyszliśmy jakimś tylnym lub bocznym wyjściem, o którym chyba niewiele osób wiedziało. To śmieszne, ale szliśmy przez jakąś starą klatkę schodową, podobną do tych, które można spotkać w starych, przedwojennych kamienicach. I o dziwo wyszliśmy na jakieś podwórko, na którym już nie było budynków z czerwonej cegły, tylko takie zwykłe, szare… Przez bramę wjazdową dla samochodów wyszłam na ulicę. (wcześniej pisałam „my”, ale właściwie nie wiem kto ze mną szedł, chyba tych kilka osób, które wcześniej rozpoznałam, ale kto to był dokładnie, nie wiem) Gdy szłam chodnikiem zorientowałam się, że nie ma już żadnych „my”, że idę gdzieś przed siebie zupełnie sama. I wcale nie wiem gdzie szłam, bo okolice nie przypominały mi niczego znajomego, ale nie bałam się. Może dlatego, że był to środek słonecznego, letniego dnia. Mimo, że nie było wokół żywej duszy nie czułam się samotna. (ciekawe tylko gdzie podział się ten cały tłum, ale chyba wtedy idąc wzdłuż tamtej nieznanej ulicy nie nad tym się zastanawiałam…) Nawet nie pamiętam w co byłam ubrana… W pewnej chwili zauważyłam, że nie jestem już sama. Pojawił się jakby z nikąd mój dobry kolega – Kuba. Chyba wcześniej nie widziałam go w tym tłumie. W każdym razie ucieszyłam się na jego widok, pomyślałam, że nie muszę już spacerować sama. (swoją drogą czemu myślałam wtedy o spacerowaniu, a nie o znalezieniu drogi powrotnej do domu, przecież nawet nie wiedziałam gdzie jestem i skąd się tam wzięłam) Ale Kuba chyba wiedział gdzie jesteśmy, a może miałam tylko taką nadzieję, że wie. Spojrzałam na niego i z jego twarzy wyczytałam zdenerwowanie. Nie wiedziałam co się stało i czego on się właściwie boi, ale to nie mogło być nic dobrego. Bez słów wyjaśnień, których zresztą nie chciałam wtedy słuchać, podałam mu dłoń i obiecałam mu pomóc. Najpierw przez jakiś czas biegliśmy, a później szliśmy już powoli. Miałam przeczucie, że ktoś uważa, że Kuba zrobił coś złego i teraz przed tym kimś uciekamy, ale ja wiedziałam, że Kuba jest zupełnie niewinny. Z oddali zauważyliśmy zaparkowany na chodniku samochód, a przy nim dwóch postawnych mężczyzn. (Kuba raczej do postawnych nie należy, więc nie wiem czemu czułam się z nim bezpieczniej, może po prostu razem było nam raźniej i oboje staraliśmy się ukryć przed drugim strach, może obecność drugiej osoby dodawała nam odwagi…) Kuba poprosił żebym udawała jego dziewczynę i w razie rozmowy z dwoma „obcymi”, żebym to ja udzielała odpowiedzi, bo ponoć mnie prędzej uwierzą. Wersja była taka, że odkąd tu jesteśmy, cały czas jesteśmy razem i jedno od drugiego nie oddalało się na krok. Więc szliśmy w stronę tych „obcych” trzymając się za rączki jak parka zakochanych, rozmawiając i śmiejąc się. (wyglądaliśmy uroczo dla nieznajomych, ale gdyby ktoś znajomy zobaczył nas w tym stanie zrywałby boki ze śmiechu) „Obcy” pełnili rolę policji, ale ubrani byli raczej po cywilnemu, zresztą nazwa policja wcale do nich nie pasowała, już prędzej strażnicy. Otóż ci strażnicy ewidentnie kogoś szukali, no a my oczywiście wiedzieliśmy, że chodzi o Kubę. (nie wiem skąd ta pewność skoro strażnicy tylko stali i rozmawiali, może to moja intuicja doprowadziła mnie wtedy do takich wniosków…) Chwilkę z nimi porozmawiałam, właściwie nawet nie wiem o czym. W każdym razie doszli do wniosku, że to nie o nas im chodzi i puścili nas wolno. A my szliśmy dalej przed siebie, zmierzając jak mi się wydawało do nikąd. W pewnym momencie Kuba powiedział, że czegoś szukamy, chodziło o jakieś dokumenty. Kuba miał przy sobie jakieś stare i zniszczone, a musiał odnaleźć nowe, aktualne. (nie wiem po co ich szukaliśmy, dziwne to było, ale który sen jest zupełnie normalny, mój chyba żaden nigdy normalny nie był…) Zobaczyliśmy jakieś budynki z czerwonej cegły, podobne do tego w którym znajdowałam się na początku. Chyba bardziej przypominały one ruiny, niż domy i w normalnych warunkach bym raczej do nich nie weszła. No ale cóż trzeba było coś znaleźć właśnie tam, więc szukaliśmy. Chodziliśmy po tych rozległych ruinach, ale nie rozdzielaliśmy się ani na chwilę, chyba ze strachu, że w pojedynkę to się tam pogubimy. (racjonalnie patrząc prędzej byśmy coś znaleźli szukając oddzielnie, ale cóż to sen wybitnie mało racjonalny, więc widocznie tak musiało być..) Chyba właśnie wtedy Kuba pokazał mi te stare dokumenty, nie wiem czego dotyczyły, ale prawie rozpadały się w dłoniach. Pożółkła kartka papieru zapisana, a raczej zabazgrana, niebieskim atramentem. Widać było, że nie raz przemokła, bo w wielu miejscach atrament był rozmyty. Ktoś kazał Kubie odnaleźć nowe dokumenty, bo w przeciwnym razie Kuba nie oczyści się ze stawianych zarzutów i prawdopodobnie nie wrócimy do domu… (swoją drogą po co szukać czegoś nowego w starych ruinach, które przypominają coś na kształt zamku czy pałacu przerobionego na więzienie, wniosek wysunięty ze względu na czarne kraty zamiast okien, ale może mylny, we śnie jednak nie nad tym się zastanawiałam, chyba nie zastanawiałam się wcale, bo i po co…) I nagle ni z gruszki ni z pietruszki znalazłam się w zupełnie innym miejscu, przed drzwiami jakiejś restauracji. Nie było już ze mną Kuby. Do restauracji wprowadził mnie sympatyczny Chińczyk i zaprowadził do stołu, przy którym siedziała jego rodzina: matka, chyba trzech braci z dziewczynami lub żonami, młodsza siostra i możliwe, że jeszcze kilkoro dzieci, na które nie zwróciłam większej uwagi. Wszyscy wyglądali bardzo podobnie, żeby nie powiedzieć jednakowo. Matka mojego towarzysza bardzo uważnie mi się przyglądała, zresztą nie tylko ona. Ubrana byłam dość elegancko, w moją nową sukienkę, w kolorową kratkę, ale zupełnie nie pasowałam do towarzystwa siedzącego przy stole. Oni mieli na sobie czarno-biało-szare stroje bardzo wytworne przypominające garnitury. Nawet kobiety miały na sobie garnitury tylko takie przystosowane dla kobiet. Jedynie matka była ubrana nieco swobodniej w jakąś granatową cienką bluzkę z rękawem ¾, w jasne chyba kwiatowe wzorki. Mała dziewczynka miała na sobie granatową lub szarą sukieneczkę. Wśród tego bezbarwnego i jednolitego towarzystwa, ja drobna blondyneczka o zielonych oczach, w swojej kolorowej sukience, nie ma co ukrywać, bardzo się wyróżniałam. Jednak nie przeszkadzało mi to wcale a wcale, nawet chyba byłam z tego dumna. Zastanawiałam się tylko co ja tam właściwie robię, widziałam wyraźnie twarze tych ludzi, wszyscy poza mną byli Chińczykami i żadnego z nich nigdy wcześniej nie znałam. Chociaż ten, z którym przyszłam wydawał się dziwnie znajomy, wyjaśnił mi, że zaprosił mnie, dlatego że znam dobrze angielski i dzięki temu będę mogła porozumieć się z jego rodziną. Poza nim rozmawiałam tylko z jego matką, właściwie to ona prowadziła ze mną wywiad, zadawała masę pytań: co robię, co lubię, ile chce mieć dzieci, itp. (właściwie to nie wiem w jakim języku rozmawiałam z tymi ludźmi, a już raz, całkiem niedawno w innym śnie rozmawiałam z kimś po angielsku, pełnymi zdaniami, płynniej niż w rzeczywistości, po przebudzeniu byłam w niezłym szoku…) W każdym razie doszłam do wniosku, że ta kobieta chce mnie wyswatać ze swoim synem, na co ja wybitnie nie miałam ochoty. (przecież to moje życie i nie życzę sobie żeby się ktoś w nie wtrącał, a poza tym to zamiast siedzieć bezczynnie z nimi w tej „chińskiej” restauracji, powinnam pomagać Kubie…) Nie wiem czy była to chińska restauracja, bo prawie wcale się jej nie przyjrzałam, chyba nie było w niej nic interesującego. Początkowo byłam dla wszystkich miła i serdeczna, ale cała ta sytuacja zdenerwowała mnie do tego stopnia, że chciałam wstać i wyjść i wrócić skąd przyszłam, tyle, że ja wcale nie wiedziałam skąd przyszłam i jak się tu znalazłam, a świadomość tego była jeszcze bardziej frustrująca. Jednak wiedziałam, że nie wolno mi się stąd ruszyć ani na krok, bo tak właściwie to nie przyszłam tu wcale ze względu na tych Chińczyków. Ja po prostu musiałam tu na coś poczekać, a właściwie na kogoś. Tak byłam pewna, że zaraz ktoś się tu zjawi, ktoś kogo znam i zabierze mnie stąd i wreszcie wszystko się wyjaśni. Czułam się tak jakby z każdym ułamkiem sekundy wracała mi pamięć. Ale nadal nie wiedziałam kto to będzie, na kogo tak czekam. Patrzyłam na szklane drzwi i marzyłam żeby wreszcie się otworzyły. I niestety (a może stety) właśnie w tej chwili się obudziłam i już pewnie nigdy się nie dowiem na kogo czekałam i jak potoczyłaby się dalej ta cała historia…

Link to comment
Share on other sites

Guest winteer

Aurora89

Ksiądz i mur mogą oznaczać coś lub kogoś, kto wg Ciebie jest niedostępny.. jednak okazuje się że Twoje przeczucie było błędne, jakbyś nie była do końca zorientowana w sytuacji i nie znasz wszystkich szczegółow. Scena i wychodzeniew tylnym wyjsciem sugeruje ze inni mogą przestać sie interesować Twoimi sprawami bądz przestali Cię oceniać co nieco poprawi Ci to humor (ładna pogoda).

Spacer we dwójkę jest zapowiedzią spólnie spędzonych chwil - początkowe szybkie tempo rozwoju znajomości się spowolni (najpierw biegniecie, póniej idziecie). Dokumenty stanowią o tym kim się jest albo raczej było ponieważ dokumenty są stare - widocznie przeszłość sie nadal wlecze (ruiny) - dlatego oszukujesz się że to prawdziwa przyjaźń (udawanie przed strażnikami).

Piszesz że następnie zmierzaliście do nikąd - prawdopodobnie ta znajomość też tam zmierza bo nie ma dla niej perspektyw, ponieważ przeszłość to uniemozliwia.

Niektóre osoby uważasz za ludzi z zasadami (uniformy) pomimo ze starasz się im pokazać z jak najlepszej strony (sukienka). Płynna rozmowa w innym jezyku - widocznie masz łatwość porozumiewania sie z innymi, ale mozesz mieć wrażenie ze ktoś zbytnio interesuje sie Twoimi prywatnymi sprawami (wywiad) - możliwe ze poznasz kogoś innego, kogo rodzina Cię zaakceptuje.. lecz Ty najwyraźniej nie masz na to ochoty i wolałabyś być z Kubą..

Link to comment
Share on other sites

Guest
This topic is now closed to further replies.
 Share

×
×
  • Create New...