Jump to content
Trida

Dyskusja z wątku o klątwie

Recommended Posts

Trida
...może zatem do Boga...?

A co jak ktoś niewierzący ;)?

Share this post


Link to post
Share on other sites
Seid

A co jak ktoś niewierzący ;)?

 

To się trzeba nawrócić ;]

Share this post


Link to post
Share on other sites
caliah
A co jak ktoś niewierzący ;)?

Wybór zawsze należy do człowieka :usmiech_na:

 

A swoją drogą...

Wierzy w magię, wierzy w istnienie i działanie klątwy..., ale w Boga... boi się uwierzyć?

Edited by caliah

Share this post


Link to post
Share on other sites
Trida
Wybór zawsze należy do człowieka :usmiech_na:

To w sensie, że co? Nagle źle się dzieje to mam się nawracać? Gdy trwoga to do boga?

 

To się trzeba nawrócić ;]

;>

Share this post


Link to post
Share on other sites
Seid

Wierzy w magię, wierzy w istnienie i działanie klątwy..., ale w Boga... boi się uwierzyć?

 

Niektórzy po prostu nie chcą, nie koniecznie musi to być związane ze strachem przed czymkolwiek/kimkolwiek.

Share this post


Link to post
Share on other sites
caliah
To w sensie, że co? Nagle źle się dzieje to mam się nawracać? Gdy trwoga to do boga?

Nie musi być źle i nie musi być nagle :)

 

Damianooo zapytał: "...do kogo może się w takim razie zgłosić...?"

Moim zdaniem do Osoby najbardziej kompetentnej, która z dość rozległego punktu widzenia potrafi zaproponować najlepsze w danej sytuacji rozwiązanie.

Nie znam lepszego doradcy i osoby trafniej wyciągającej z kłopotów niż Bóg.

 

Zapytałaś: "A co jak ktoś niewierzący?"

Jeżeli ktoś chce porozmawiać z Bogiem, to poziom jego wiary/niewiary nie ma znaczenia.

Jeszcze kilka lat temu wiara, duchowość były dla mnie zjawiskiem całkiem obcym :usmiech_na:

Jednakże szukając wyjaśnienia pewnej dość złożonej kwestii zaryzykowałam założenie istnienia Boga i wychodząc z tego założenia poprosiłam Go o pomoc w zrozumieniu natury rzeczy.

Jego odpowiedź na postawione przeze mnie pytanie była osią mojego nawrócenia.

 

To, do kogo, w którą stronę zwróci się ktoś po radę czy pomoc zależy tylko od danego "ktosia".

Czasem rzeczywiście ma to charakter przysłowiowego już "jak trwoga to do Boga", z czym w pewnej sytuacji również się zetknęłam.

Wcześniej jednak otrzymałam uprzedzającą radę: "Nie bój się prosić o pomoc", z której skorzystałam...

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
Trida

Damianooo zapytał: "...do kogo może się w takim razie zgłosić...?"

Moim zdaniem do Osoby najbardziej kompetentnej, która z dość rozległego punktu widzenia potrafi zaproponować najlepsze w danej sytuacji rozwiązanie.

Nie znam lepszego doradcy i osoby trafniej wyciągającej z kłopotów niż Bóg.

W jaki sposób on się porozumie? Sam rozwiąże za nas problemy?

 

Zapytałaś: "A co jak ktoś niewierzący?"

Jeżeli ktoś chce porozmawiać z Bogiem, to poziom jego wiary/niewiary nie ma znaczenia.

No chyba właśnie ma.

Skoro nie wierzę i zwracam się z prośbą do kogoś w kogo nie wierze to jest lekko nielogiczne.

 

Jeszcze kilka lat temu wiara, duchowość były dla mnie zjawiskiem całkiem obcym :usmiech_na:

A ja kilka lat temu byłam małą dewotą i fanatykiem :icon_smile: (nie jest to ironią, napisałam poważnie, wiara w boga katolickiego i wszelkie nauki były mi aż nadto dobrze znane)

 

Jego odpowiedź na postawione przeze mnie pytanie była osią mojego nawrócenia.

Ponawiam pytanie – w jaki sposób odpowiadał.

 

Wcześniej jednak otrzymałam uprzedzającą radę: "Nie bój się prosić o pomoc", z której skorzystałam...

Rada akurat bardzo ok.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Aura

 

Ponawiam pytanie – w jaki sposób odpowiadał.

.

Normalnie.

"Kto ma uszy niechaj słucha"

Nie ważne jak odpowiada, ważne kto gotowy Go usłyszeć.

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
caliah
W jaki sposób on się porozumie? Sam rozwiąże za nas problemy?

Pomoże rozwiązać, poprowadzi, jeżeli Go o to poprosimy i zechcemy posłuchać Jego rad.

Tak ustawi sytuacje i okoliczności, że rozwiązania zaczną się "same" układać.

W jaki sposób Bóg się z nami porozumiewa?

Jest wiele sposobów, trzeba jednak nauczyć się "słuchać", chcieć "usłyszeć" i otworzyć się na rozwiązania, które nie zawsze zgadzają się z naszymi wyobrażeniami, ale w efekcie przynoszą dużo korzystniejsze skutki.

A Bóg mówi do nas przez to, co widzimy słyszymy, czytamy. Czasem wprost przez innych ludzi, a czasem Jego głos pojawia się w formie myśli, natchnienia. W sytuacjach krytycznych, zwrotnych może przemawiać poprzez widzenie (obraz lub słowo). W ten sposób nas prowadzi nie naruszając naszej wolnej woli wyboru.

Tyle mogę powiedzieć na podstawie własnego doświadczania.

 

Skoro nie wierzę i zwracam się z prośbą do kogoś w kogo nie wierze to jest lekko nielogiczne.

Z ludzkiego punktu widzenia tak :)

To tak, jakbyś mi nie ufała, ale ot tak dla sprawdzenia o coś poprosiła (coś w zakresie moich możliwości :).

Jak myślisz, co bym zrobiła?

 

A Bóg? On ma możliwości nieograniczone i oprócz nieskończonego miłosierdzia, wielkie poczucie humoru :)

 

A ja kilka lat temu byłam małą dewotą i fanatykiem :icon_smile: (nie jest to ironią, napisałam poważnie, wiara w boga katolickiego i wszelkie nauki były mi aż nadto dobrze znane)

Być może byłaś tak bardzo zaangażowana, że Twoje wyobrażenie, pojmowanie Boga i wiary doprowadziło do tego, że zaczęłaś Boga dopasowywać do tych właśnie wyobrażeń.

Podświadomie chciałaś stworzyć Boga na swój obraz i podobieństwo. Może więcej mówiłaś niż słuchałaś...

 

Ponawiam pytanie – w jaki sposób odpowiadał.

Na moje pytanie o Jego istnienie - poprzez moją, wówczas chyba około 7 - 9 letnią córkę.

Wówczas nie byłam jeszcze osobą wierzącą, ale czując się odpowiedzialną za otwarte wychowanie moich córek, zaczęłam chodzić z nimi do kościoła, aby im pokazać jak mniej więcej wygląda obrzęd Mszy, aby mogły się zapoznać ze zwyczajami religii, z którą w tym kraju z pewnością będą się stale spotykały i mogły świadomie wybrać swoją drogę życia, wiary itd. Mąż nie z nami nie chodził, gdyż jego zdaniem nie było mu to do niczego potrzebne, a ja nie widziałam sensu poruszania z nim tego tematu. Po jakimś czasie takich wymuszonych wyjść (każdorazowa wyprawa do kościoła, który jest po drugiej stronie ulicy była wiązała się z poganianiem i strofowaniem dziewczynek, które absolutnie nie miały na nią ochoty) młodsza z nich zapytała: "A dlaczego tata z nami nie chodzi?" No cóż, przecież małemu dziecku nie będę tłumaczyła logiki argumentacji męża, ale jak jej odpowiedzieć w miarę zwięźle, aczkolwiek z sensem? I wtedy znikąd pojawiła się w moje głowie myśl, która niejako samoistnie się wypowiedziała: "Módl się, to zacznie". W sumie taka odpowiedź wyglądała całkiem sensownie, więc nie zastanawiając się nad nią dłużej - wyszłyśmy. Po kilku tygodniach, w trakcie kolejnego wypychania córek do kościoła kątem oka zauważyłam, że mąż ubiera się do wyjścia. Poprosiłam dziewczynki, aby tego nie komentowały, ale w spokoju udały się na Mszę. Po powrocie do domu zapytałam młodszą córkę czy się modliła. Odpowiedziała: "Tak". Od tego dnia chodziliśmy na Msze całą rodziną.

 

Na moje pytanie, o którym wspomniałam w poprzednim poscie odpowiedział dużo obszerniej.

Ponieważ już wcześniej tematy związane ze światem niematerialny dość istotnie mnie intrygowały, po opisanym wyżej zdarzeniu zerwała się w mojej głowie lawina pytań o sens istnienia, o sens życia. Nie mogąc znaleźć spójnej odpowiedzi zaryzykowałam, zadałam pytanie Bogu, w którego nie wierzyłam. Niestety mimo dalszych rozważań, próby złożenia w jedną całość analizowanych elementów nie byłam w stanie poskładać czegoś, co wyglądało jak zbiór niekompletnych puzzli. To było coś jak dialog, w którym ja nie potrafiłam w sposób poprawny złożyć odpowiedzi. Trwało to do chwili, w której się podałam.

Którejś niedzieli, idąc na Mszę w mojej głowie nadal szalały myśli, ale nie miałam już siły z nimi walczyć, gdy weszłam do kościoła powiedziałam: "Poddaję się. Ja nie mam już siły. Powiedz mi, o co w tym wszystkim chodzi" i po chwili dodałam: "Bądź wola Twoja, poddaję się poślij mnie dokąd zechcesz...".

W odpowiedzi usłyszałam: "Czy wiesz, o co prosisz?"

Ja proszę? Przecież to ja oddałam siebie do dyspozycji...

 

Taki był początek odpowiedzi. Po jakimś czasie zapomniałam o tym zdarzeniu, ale Bóg nie zapomniał. Po kilku miesiącach poprowadził mnie drogą, na której zetknęłam się z rzeczami, które jeszcze niedawno włożyłabym między bajki a scenariusz filmu sensacyjnego. Historia, nawet w skrócie, na kilka stron, a i tak już zrobiłam niezły off top :] Przepraszam.

Jeśli autor wątku zażąda usunięcia, oczywiście nie będę miała o to pretensji.

 

Rada akurat bardzo ok.

Rada ok, ale skorzystanie z niej wymagało całkowitego odrzucenia siebie, swojego Ego...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Trida

Żeby nie było, ja wierząca jestem, ale nie w jednego prawdziwego boga katolickiego.

 

Pomoże rozwiązać, poprowadzi, jeżeli Go o to poprosimy i zechcemy posłuchać Jego rad.

Tak ustawi sytuacje i okoliczności, że rozwiązania zaczną się "same" układać.

Tak tak to bóg prowadzi rękę lekarza podczas operacji itd. To nie ma nic wspólnego z kilkuletnią nauką i wyrzeczeniami.

Może z rzeczami natury psychicznej sobie poradzi ale z fizycznością już gorzej.

 

Jest wiele sposobów, trzeba jednak nauczyć się "słuchać", chcieć "usłyszeć" i otworzyć się na rozwiązania, które nie zawsze zgadzają się z naszymi wyobrażeniami, ale w efekcie przynoszą dużo korzystniejsze skutki.

Przepraszam, za stwierdzenie, jednak widzę tutaj typowe gadanie katolików…

Równie dobrze idąc drogą Rei KI (która przez KK jest zakazana) trzeba się otworzyć na zmiany. Na jedno wychodzi.

 

A Bóg mówi do nas przez to, co widzimy słyszymy, czytamy. Czasem wprost przez innych ludzi, a czasem Jego głos pojawia się w formie myśli, natchnienia.

Można to podpiąć pod wiele rzeczy – chociażby Opiekunów, zależy jaką kto wiarę wyznaje.

 

W sytuacjach krytycznych, zwrotnych może przemawiać poprzez widzenie (obraz lub słowo). W ten sposób nas prowadzi nie naruszając naszej wolnej woli wyboru.

Po co stawia nas w sytuacjach krytycznych?

 

To tak, jakbyś mi nie ufała, ale ot tak dla sprawdzenia o coś poprosiła (coś w zakresie moich możliwości :).

Jak myślisz, co bym zrobiła?

Nie wiem, co byś zrobiła, bo Cię nie znam ;)

Ale idąc logiką boga katolickiego byś mi dała to, o co proszę, żeby pokazać jaka to jesteś fajna, żebym się do Ciebie nawróciła a później zesłałabyś kataklizm na moje życie wspominając, ze mam w Ciebie dalej wierzyć, bo raz mi pomogłaś ^_^ a kataklizm przypisywałabyś komuś innemu oczywiście.

 

A Bóg? On ma możliwości nieograniczone i oprócz nieskończonego miłosierdzia, wielkie poczucie humoru :)

Oj tak tak, poczucia humoru mu nie brakuje…

 

Być może byłaś tak bardzo zaangażowana, że Twoje wyobrażenie, pojmowanie Boga i wiary doprowadziło do tego, że zaczęłaś Boga dopasowywać do tych właśnie wyobrażeń.

Podświadomie chciałaś stworzyć Boga na swój obraz i podobieństwo. Może więcej mówiłaś niż słuchałaś...

Eeee nie ;) po prostu zaczęłam logicznie myśleć :) i tutaj to był proces bardziej złożony.

 

Zadam to pytanie po raz 183 na tym Forum – czytałaś CAŁE PŚ? Stary i Nowy Testament?

Tak po krótce – ST – bóg zły, bóg zsyła potop itp.; NT – bóg oddaje się za nas, by pokazać swoje miłosierdzi i to, jaki jest cudowny. Czyli naprawia swój wizerunek i swoje błędy a co za tym idzie – jest bogiem niedoskonałym.

Tutaj mogłabym się rozpisać więcej, ale to chyba nie temat na takie dywagacje.

Oczywiście mogę, jak najbardziej.

 

 

Na moje pytanie o Jego istnienie - poprzez moją, wówczas chyba około 7 - 9 letnią córkę.

Wówczas nie byłam jeszcze osobą wierzącą, ale czując się odpowiedzialną za otwarte wychowanie moich córek, zaczęłam chodzić z nimi do kościoła, aby im pokazać jak mniej więcej wygląda obrzęd Mszy, aby mogły się zapoznać ze zwyczajami religii, z którą w tym kraju z pewnością będą się stale spotykały i mogły świadomie wybrać swoją drogę życia, wiary itd.

To powinnaś je zabrać również na msze prawosławne, zielonoświątkowców, jehowych, protestantów, buddystów etc. Niech mają wybór wśród wielu a nie wskazujesz im jedną drogę i niech wybierają. (Zdanie to nie ma na celu usprawnianie metod wychowawczych jednak zwrócenie uwagi na pewne kwestie, że jednak zapatrujesz się głownie na swoją wiarę, w żadnym wypadku nie chcę tym zdaniem wywołać wojny)

 

"Módl się, to zacznie".

Kolejny silny argument katolików.

 

W sumie taka odpowiedź wyglądała całkiem sensownie, więc nie zastanawiając się nad nią dłużej - wyszłyśmy. Po kilku tygodniach, w trakcie kolejnego wypychania córek do kościoła kątem oka zauważyłam, że mąż ubiera się do wyjścia. Poprosiłam dziewczynki, aby tego nie komentowały, ale w spokoju udały się na Mszę. Po powrocie do domu zapytałam młodszą córkę czy się modliła. Odpowiedziała: "Tak". Od tego dnia chodziliśmy na Msze całą rodziną.

A rozmawiałaś później z mężem, dlaczego się wybrał z Wami na mszę?

 

Taki był początek odpowiedzi. Po jakimś czasie zapomniałam o tym zdarzeniu, ale Bóg nie zapomniał. Po kilku miesiącach poprowadził mnie drogą, na której zetknęłam się z rzeczami, które jeszcze niedawno włożyłabym między bajki a scenariusz filmu sensacyjnego. Historia, nawet w skrócie, na kilka stron, a i tak już zrobiłam niezły off top :] Przepraszam.

Ja chętnie poczytam. Może niech modkownia wydzieli osobny wątek, bo temat zbacza z drogi i się rozjeżdżamy w offtopowaniu a konwersacja nie jest najgorsza.

 

Rada ok, ale skorzystanie z niej wymagało całkowitego odrzucenia siebie, swojego Ego...

Do wielu rzeczy w ezo potrzebne jest odrzucenie swojego Ego.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn

caliah - gdyby to było takie proste, że zwrócenie się do Boga rozwiązywałoby wszystkie problemy, to nikt (tudzież niemalże nikt) na świecie nie miałby problemów. A przynajmniej wszyscy wierzący, którzy codziennie (i to niekoniecznie katolicy, czy chrześijanie, bo w innych religiach też przecież jest Bóg itd) do niego zwracają się mieliby wszystkie sprawy załatwione "od tak".

 

Trida - dobrze prawisz. :)

 

 

PS:I jeszcze jedna kwestia, caliah. Jakoś dziwnym sposobem nie zaobserwowałem, aby w krajach bardzo religijnych ludziom się wiodło lepiej, tylko dlatego, że codziennie, czy co parę dni (tudzież raz w tygodniu) modlą się do Boga, w porównaniu do krajów, gdzie religia nie ma takiego wpływu na społeczność. A wręcz, jeśli weźmiemy kraje katolickie na ten przykład, to często okazuje się, że panuje tam bieda, syf i wysoka przestępczość - jak np. w Brazylii. Dziwne, co?

Edited by arkenas

Share this post


Link to post
Share on other sites
caliah
Żeby nie było, ja wierząca jestem, ale nie w jednego prawdziwego boga katolickiego.

Ok, tak wybrałaś, Twoja droga :usmiech_na:

 

Tak tak to bóg prowadzi rękę lekarza podczas operacji itd. To nie ma nic wspólnego z kilkuletnią nauką i wyrzeczeniami.

Pomoc, opieka Boga nie zwalnia nas od pracy czy nauki.

Bóg może nam w tym pomóc na tej samej zasadzie, na jakiej rodzice w sposób konstruktywny pomagają w nauce i wzrastaniu swoim dzieciom.

Jeżeli człowiek nie będzie nad sobą pracował, Bóg tego za niego nie zrobi.

 

Może z rzeczami natury psychicznej sobie poradzi ale z fizycznością już gorzej.

Poradzi sobie i z fizycznością, jeżeli będzie to miało konstruktywny wpływ na nasz rozwój duchowy.

Radził sobie w przeszłości (choćby uzdrowienia dokonywane przez Jezusa czy Apostołów) i radzi sobie również obecnie, czego przykładem są uzdrowienia, których nauka nie potrafi z żaden sposób wyjaśnić, a które opisane są w licznych świadectwach.

Poza tym, gdy psychika jest zdrowa, fizyczność w większości przypadków nie stanowi poważnego problemu.

 

Przepraszam, za stwierdzenie, jednak widzę tutaj typowe gadanie katolików…

Równie dobrze idąc drogą Rei KI (która przez KK jest zakazana) trzeba się otworzyć na zmiany. Na jedno wychodzi.

Typowe, bo gdy chcesz nauczyć się pływać, najpierw musisz wejść do wody. Niektórych zależności nie da się obejść :)

Gdy chcesz wejść głębiej w wiarę, czyli zbliżyć się w swoim istnieniu do Boga, musisz przejść określoną drogę, która w opisie teoretycznym wygląda podobnie, ale prowadzi przez bardzo odmienne doświadczenia.

W odniesieniu do Rei Ki nie wychodzi na jedno. Początki teoretycznie wyglądają podobnie, ale bardzo istotnie różni się ciąg dalszy.

 

Można to podpiąć pod wiele rzeczy – chociażby Opiekunów, zależy jaką kto wiarę wyznaje.

Masz rację, w podobny sposób kontaktują się z nami inne istoty duchowe, aniołowie, demony.

Pytanie z kim chcemy się kontaktować, do czego nas dane kontakty doprowadzają (jakie są ich owoce w naszym życiu).

Jeżeli do takich kontaktów podchodzimy w sposób świadomy, to powinniśmy postarać się o ich dobre rozeznanie.

 

Po co stawia nas w sytuacjach krytycznych?

Żeby nas pobudzić do myślenia, analizowania, działania, rozwoju…?

 

Nie wiem, co byś zrobiła, bo Cię nie znam ;)

Ale idąc logiką boga katolickiego...

Wydaje mi się, że gdybyś znała logikę Boga „katolickiego” wiedziałabyś dokładnie, co bym zrobiła.

Jednak:

„...myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami - wyrocznia Pana.

Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje - nad waszymi drogami i myśli moje - nad myślami waszymi.” Iz 55, 8-9

 

A dość istotnie obniżając loty..., w moją logikę też nie trafiłaś.

 

Dałabym Ci to, o co prosisz, gdybym przy moim zakresie wiedzy była pewna, że posłuży to Twojemu dobru i zastanawiałabym się/obserwowała co z tym zrobisz. A jeżeli dana rzecz przyniosłaby coś dobrego, cieszyłabym się, że mogłam Ci w ten sposób pomóc.

 

Odnosząc to do prawdopodobniej logiki przypisywanej Bogu, nie oczekiwałabym Twojego nawrócenia, ale logicznej analizy zdarzeń i wyciągnięcia wniosków, co do Twojej obecnej sytuacji.

Nawrócenie lub nie to sprawa Twojej indywidualnej decyzji, Bóg może Cię jedynie do tego zaprosić.

 

Kataklizm, czy też kara boża nigdy nie odnosiła się do udzielonej pomocy, ale była odpowiedzią Boga na ewidentne zerwanie przemierza przez lud.

Kolejność wyglądała za zwyczaj tak: lud wzywał Boga, Bóg odpowiadał, zawierali przymierze, lud zaczynał to przymierze łamać, Bóg przypominał, lud olewał przypomnienia, Bóg olewał lud (przestawał go chronić vel dopuszczał to, przed czy wcześniej go ochraniał).

 

Zadam to pytanie po raz 183 na tym Forum – czytałaś CAŁE PŚ? Stary i Nowy Testament?

Aż chciałoby się napisać: NIE!!!!! :mrgreen:

Ale "niestety" czytałam i czytam.

ST od dechy do dechy z powtórzeniami w odniesieniach, powrotach w czytaniach codziennych i w swoim czasie w modlitwie brewiarzowej.

NT jeszcze nie w komplecie – brakuje mi jeszcze literalnego przeczytania, a raczej przestudiowania tej części Pisma strona po stronie. Obecnie jestem w Ewangelii wg św. Mateusza.

Dlaczego dopiero tu? Już tłumaczę: moje nawrócenie miało miejsce w 2009 roku i dopiero od tamtego czasu zaczęłam się interesować Słowem Bożym.

Ale nie na zasadzie „przewalenia lektury”. Zresztą nie dałabym rady tak „na sucho”.

Dla mnie czytanie Biblii to nie przelatywanie kartka po kartce, ale poszukiwania, podążanie kolejnymi wątkami (co skutkuje kilkukrotnym wertowaniem przeczytanych już ksiąg).

 

Tak po krótce – ST – bóg zły, bóg zsyła potop itp.; NT – bóg oddaje się za nas, by pokazać swoje miłosierdzi i to, jaki jest cudowny. Czyli naprawia swój wizerunek i swoje błędy a co za tym idzie – jest bogiem niedoskonałym.

Niczego nie naprawiał i niczego nie zmieniał. :)

„ Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę. bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni.” Mt 5, 17-18

NT opiera się na nauczaniu Jezusa, a Ten przyszedł wyjaśnić ludziom błędy w pojmowaniu przez nich Prawa, gdyż logika Boga nie jest ludzką logiką. Ludzie popełniają wiele błędów podejmując się interpretacji Słowa, gdyż czynią to opierając się jedynie na wycinku informacji, które posiadają.

Jezus w czasie swojej misji tłumaczył Prawo, objaśniał Pisma. Na koniec zaś dopełnił Prawa w akcie, który bynajmniej nie kojarzy się z miłosierdziem.

 

Bóg „Starego Testamentu” owszem, jawi się nam obecnie jako ktoś srogi, okrutny. Jeżeli jednak odniesiemy relacje dotyczące ówczesnych wydarzeń do warunków kulturowo-społecznych, do mentalności, wartości etycznych żyjących wówczas plemion wschodu, to sposób w jaki Bóg do nich przemawiał, w jaki odpowiadał na ich deklaracje da obraz Boga sprawiedliwego i niezmiennego w swych postanowieniach.

 

Bóg zesłał potop…, a wiesz dlaczego?

Pytanie, wiem szkolne, na zasadzie „czy czytałaś Biblię”. :]

Ale czy tatuś zły, bo przylał w tyłek…

Proponowałabym rozważyć ten fragment pisma również jako tekst moralizatorski.

 

To powinnaś je zabrać również na msze prawosławne, zielonoświątkowców, jehowych, protestantów, buddystów etc. Niech mają wybór wśród wielu a nie wskazujesz im jedną drogę i niech wybierają. (Zdanie to nie ma na celu usprawnianie metod wychowawczych jednak zwrócenie uwagi na pewne kwestie, że jednak zapatrujesz się głownie na swoją wiarę, w żadnym wypadku nie chcę tym zdaniem wywołać wojny)

Wróćmy zatem do początku…

Zbierając je do kościoła nie byłam jeszcze osobą wierzącą. Religia katolicka była jedyną, z którą kiedykolwiek miałam bliższy kontakt, ale z którą się w żaden sposób nie identyfikowałam.

Wiedziałam, że istnieje wiele innych, ale nie interesowałam się wiarą, a w odniesieniu do córek wyszłam z założenia, że jeżeli będą chciały, to same poszukają sobie osób, które im te religie przybliżą.

Bo niby co ja im mogę powiedzieć nt czegoś o czym sama nic nie wiem. W kościele to sobie przynajmniej popatrzą i będą wiedziały przynajmniej jak to mniej więcej wygląda.

Nie za bogato, ale tylko tyle byłam wówczas w stanie zrobić.

 

Kolejny silny argument katolików.

Być może nie napisałam tego wystarczająco wyraźnie, ale to nie były moje słowa, to nie były słowa wypływające z moich myśli. W sumie to sama byłam nimi zaskoczona.

A sięgając głębiej…

O potrzebie modlitwy mówiono już o wiele wcześniej, tak więc nie jest ona wymysłem katolików.

 

A rozmawiałaś później z mężem, dlaczego się wybrał z Wami na mszę?

Tak, zapytałam go dlaczego poszedł z nami do kościoła.

Odpowiedział: ”Po prostu. A czy musi być jakiś istotny powód?”

 

Ja chętnie poczytam…

Jeżeli w nawiązaniu do jakiegoś tematu będą to wartościowe odniesienia, to przypuszczam, że we fragmentach będę mogła co nieco napisać.

 

Do wielu rzeczy w ezo potrzebne jest odrzucenie swojego Ego.

Ego można "pokonywać" z różnych powodów, trudno jest jednak prosić o pomoc w zakresie, który dla wielu ludzi jest jedynie wytworem fantazji, a osoba, do której się o tą pomoc zwracasz może potraktować cię zupełnie niepoważnie.

Co innego, gdy „rezygnuje się” ze swojego ego w zaciszu tajemnic swoich, co innego natomiast, gdy musi się je przed kimś otworzyć. Przed kimś, kto zupełnie nie jest na to przygotowany, podobnie jak osoba, która prosi o pomoc.

Share this post


Link to post
Share on other sites
caliah
caliah - gdyby to było takie proste, że zwrócenie się do Boga rozwiązywałoby wszystkie problemy, to nikt (tudzież niemalże nikt) na świecie nie miałby problemów. A przynajmniej wszyscy wierzący, którzy codziennie (i to niekoniecznie katolicy, czy chrześijanie, bo w innych religiach też przecież jest Bóg itd) do niego zwracają się mieliby wszystkie sprawy załatwione "od tak".

 

arkenas :)

Gdyby to było takie proste...

Masz rację, to niej jest proste.

Nie chodzi tu o zwrócenie się do Boga, bo nie jest On stolikiem spełniającym życzenia, ale o Wiarę, tą żywą, rzeczywistą, a ta wcale nie jest tematem ani prostym, ani łatwy,

Ja, patrząc z perspektywy na wszystkie moje doświadczenia, i te z okresu nawrócenia, i te późniejsze powinnam mieć wiarę silną, niepodważalną, a co za tym idzie moje życie powinno być wzorem, wręcz ideałem.

Tym czasem moja wiara jest mała i krucha.

Słaba do tego stopnia, że po krótkim czasie od wydarzeń zaczęłam się zastanawiać czy to, czego doświadczyłam aby na pewno zaszło, czy przypadkiem nie są to jakieś moje fantazje, nadinterpretacji, urojenia...

A i samo codzienne życie również dalekie jest od ideału zgodnego z Prawem.

 

Masz rację, gdyby to było proste....

Ale jak wielu jest ludzi prawdziwie, tak na co dzień żyjących wiarą?

Nawet Żydzi, którzy w odłamach ultraortodoksyjnych mogą uchodzić za tych najbardziej poprawnych popełniają wiele błędów/grzechów, którymi sami oddalają się od Boga.

 

Dlaczego tak się dzieje?

Przyczyn jest co najmniej kilka a leżą one zarówno w słabości duchowej ludzi, jak i przewrotnym działaniu istot, które nam trochę w tym życiu mieszają.

 

PS:I jeszcze jedna kwestia, caliah. Jakoś dziwnym sposobem nie zaobserwowałem, aby w krajach bardzo religijnych ludziom się wiodło lepiej, tylko dlatego, że codziennie, czy co parę dni (tudzież raz w tygodniu) modlą się do Boga, w porównaniu do krajów, gdzie religia nie ma takiego wpływu na społeczność. A wręcz, jeśli weźmiemy kraje katolickie na ten przykład, to często okazuje się, że panuje tam bieda, syf i wysoka przestępczość - jak np. w Brazylii. Dziwne, co?

Patrząc na mentalność tamtych ludzi: nie, nie dziwne.

Czym jest religijność? To zewnętrzne okazywanie wiary, którą się oficjalnie wyznaje. Ale religijność nie jest tożsama z wiarą.

Cóż po religijności, gdy po zakończonej modlitwie człowiek nie żyje zgodnie z wiarą?

 

Pytanie co oznacza to „lepiej”?

Czy większą ilość pieniędzy, większe mieszkania…

Jeżeli posiadanie dawałoby szczęście, to w porównaniu z ubogimi mieszkańcami wspomnianej Brazylii obywatele Europy powinni trwać w ciągłej euforii.

A jednak tak nie jest.

 

A może "lepiej", to być szczęśliwym, być z drugim człowiekiem, któremu ufasz i na którego możesz liczyć, żyć w miłości?

Szczęście, stan bycia szczęśliwym nie jest zależny od stanu posiadania.

Może nie patrz w kontekście kraju, ale na konkretnych ludzi, na tych realnie żyjących Bogiem.

Oni nie uzależniają swojego szczęścia od posiadania, od ilości pieniędzy. Oni opierają swoje szczęści na miłości, miłości do Boga i do drugiego człowieka.

Takich ludzi znajdziesz zarówno w ubogiej Brazylii, jak i w bogatej Szwajcarii.

Nie jest ich wielu i różnią się oni od pozostałych. Są cisi, pogodni, spokojni, niezależnie od stanu posiadania.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn
Nie chodzi tu o zwrócenie się do Boga, bo nie jest On stolikiem spełniającym życzenia, ale o Wiarę, tą żywą, rzeczywistą, a ta wcale nie jest tematem ani prostym, ani łatwy,

A co jeśli Ci powiem caliah, że ja tak samo wierzę w Boga i zwracam się również niejednokrotnie do istot także tych chrześijańskich, tyle, że po prostu się nie zamykam na jedną religię, tradycje religijną, dogmaty etc? :) Tylko nie ograniczam się po prostu do religii katolickiej? :) (Już nie wspominając, że różne istoty powtarzają się w wielu religiach, jak np. niektórych Archaniołów także masz w Islamie... jest wiele podobnych przykładów).

 

Religie mają w sobie moc... choćby przez ilość osób wierzących, czy też istoty, do których się powołują... egregory religii katolickiej są dosyć silne, dlatego też zwracanie się do znanych istot religijnych jak najbardziej ma sens, zresztą one oczywiście one istnieją (tak jak istoty w wielu innych tradycjach religijnych, czy wierzeniach). Zdarzały się też w historii niesamowite uzdrowienia wśród katolików... były też wśród osób związanych z innymi tradycjami religijnymi, wierzeniami... a były też takie, gdzie ktoś nie wierzyć w nic, poza mocą swojego umysłu... jeśli zwrócisz się z wiarą do Boga, czy na ten przykład istot z hiduizmu, to również możesz doznać cudownego uzdrowienia... Tak samo należy pamiętać, że sam umysł, wiara ma w sobie dużą moc... Jednak widzisz, ja do tego nie podchodzę tak samo jak Ty - nie ograniczam się po prostu do religii katolickiej, jej dogmatów, wolę samemu poszukiwać prawdy. Czaisz bazę mam nadzieję, że tak powiem? ;)

Tak samo nie zamierzam się ograniczać do rytuałów akurat katolickich, tylko dlatego, że są one powszechnie dostępne. Co oczywiście nie zmienia faktu, że mają one swoją moc, energię, etc itd itp.

 

 

Wiesz caliah, żyjemy w mocno przesiąkniętym katolicyzmem kraju.. myślę, że zdecydowana większość z nas zna te "klimaty" i Twoje opinie w sumie są mocno przesiąknięte katolickim podejściem - nawet używasz tej typowej dla katolików terminologii... Dlatego trochę mnie to zniechęca do dyskusji, bo widzę tą typową katolicką terminologię, widzę co piszesz, z jakiego typu myślenia wychodzisz i jak odbierasz sprawy związane z duchowością, rozwojem itd, to już wiem, że Twoje poglądy prawdopodobnie mogą być mocno zawężone (przypuszczenie - może się mylę, bo Cię nie znam itd)... I powiem Ci, że trochę Cię nie rozumiem, w sensie - i nie odbierz tego, jako złośliwy przytyk, bo nie jest to moim celem - nie bardzo rozumiem, jaki jest Twój cel "nawracania na jedyną słuszną prawdę" ludzi na forum ezoterycznym. ;) Nie sądzisz, że znaczna większość z nas (ludzi, którzy siedzą na tym forum) najprawdpodobniej "przerabiała" ten okres w życiu, gdy była zagorzałym katolikiem? Trida Ci napisała, że była katoliczką praktykującą. Ja również nim kiedyś byłem. A skoro jesteśmy na takim forum, to nie pomyślałaś, iż "być może" coś stało się, że zaczęliśmy poszukiwać czegoś więcej, iż z jakiś względów dogmatyzacja umysłów nie koniecznie każdemu pasuje? Mówię teraz może trochę na wyrost, w imieniu także innych userów tego zacnego forum, ale w moim przypadku jest to dosyć oczywiste i wydaje mi się, że jest podobnie w przypadku wielu innych ludzi tutaj. ;) Nie chodzi o to, że katolicyzm jest zły, ale serio... czytając Twoje posty trochę się czuję, jakbym słyszał przemówienie jakieś - co prawda miłej - ale dziewczyny z jakieś młodzieżowej wspólnoty katolickiej. ;) Oczywiście nie mówię, że katolicyzm jest zły, czy coś - ale myślę, że zamykasz jednak swoje poglądy niektóre do dogmatów tej religii. ;) Pamiętaj, dogmatyzm nie jest dobry.. nie warto ograniczać swojego myślenia do przyjętych schematów ludzi, którzy de facto ze poziomem świadomości prezentowanym przez Jezusa (już pomijając to, kim on był, bo dla mnie osobiście z pewnością istotą oświeconą, manifestacją miłości/współczucia, choć może niekoniecznie manifestacją samego Boga) nie mieli nic wspólnego...

 

 

PS: I tak sobie pomyślałem, że dobrze, że na tekst Tridy o ReiKi nie odpisałaś, że to szatan w czystej postaci, ale i tak tak enigmatycznie odpisałaś (o tych różnych efektach w przyszłości), że nie wiem co myśleć o Tobie caliah, o niej wiem... ;) taki żarcik. ;)

 

 

PS#2:

, czego przykładem są uzdrowienia, których nauka nie potrafi z żaden sposób wyjaśnić, a które opisane są w licznych świadectwach.

Poza tym, gdy psychika jest zdrowa, fizyczność w większości przypadków nie stanowi poważnego problemu.

Akurat obecnie, dzięki dobrodziejstwom fizyki kwantowej oraz całkiem sensownej teorii dotyczącej nieskończonej ilości wymiarów każde praktycznie, nawet najbardziej cudowne uzdrowienie ma naukowe podstawy.

A co do tego, że jeśli psychika jest zdrowa, to fizyczność w większości przypadków nie stanowi poważnego - no właśnie: w większości przypadków - bo są np. wypadki (czasem bardzo poważne), czy efekty chorób (również poważne), których sama zdrowa psychika nie jest w stanie niestety uleczyć. Prawda jest taka, że fizyczność może mieć tak samo silny wpływ na psychikę, jak psychika na fizyczność.

Edited by arkenas

Share this post


Link to post
Share on other sites
Trida

Radził sobie w przeszłości (choćby uzdrowienia dokonywane przez Jezusa czy Apostołów) i radzi sobie również obecnie, czego przykładem są uzdrowienia, których nauka nie potrafi z żaden sposób wyjaśnić, a które opisane są w licznych świadectwach.

Ale proszę nie bazujmy na książce, która nie ma podstaw naukowych i była tłumaczona przez wielu ludzi, którzy swoje dokładali, na przestrzeni wieków i jest tzw metaforą.

 

Poza tym, gdy psychika jest zdrowa, fizyczność w większości przypadków nie stanowi poważnego problemu.

Powiedz to Stephenowi Hawkingowi ;)

 

Gdy chcesz wejść głębiej w wiarę, czyli zbliżyć się w swoim istnieniu do Boga, musisz przejść określoną drogę, która w opisie teoretycznym wygląda podobnie, ale prowadzi przez bardzo odmienne doświadczenia.

Równie dobrze możesz to zrobić bez boga, którego trzeba czcić etc.

Bóg dla wielu jest ułatwieniem, by było na kogo zrzucić winę albo komu dziękować.

Ludzie mają w sobie coś takiego, że nie wierzą w to, że sami coś zrobili dobrze lub w drugą stronę – coś ‘zepsuli’.

 

W odniesieniu do Rei Ki nie wychodzi na jedno. Początki teoretycznie wyglądają podobnie, ale bardzo istotnie różni się ciąg dalszy.

No tak, bo w RK nie musisz oddawać pokłonu nikomu w gruncie rzecz.

 

Pytanie z kim chcemy się kontaktować, do czego nas dane kontakty doprowadzają (jakie są ich owoce w naszym życiu). Jeżeli do takich kontaktów podchodzimy w sposób świadomy, to powinniśmy postarać się o ich dobre rozeznanie.

No tu przyznam Ci rację.

 

Żeby nas pobudzić do myślenia, analizowania, działania, rozwoju…?

I dlatego zabiera nam bliskich w wypadkach, nas samych doświadcza głodem, ubóstwem itd… Sorry ale tak obiektywnie patrząc – nie znam zbyt wielu wielce wierzących katolików (pomijając kler), którzy są mega bogaci, szczęśliwi i do czegoś doszli.

A kataklizmy nie są ludziom potrzebne.

Ok. – skłania nas to do działań itd ale chyba ten cały bóg nie zna umiaru. Bo nie raz spotkałam się z sytuacją, gdy ludzie byli / są na skraju wyczerpania psychicznego ale dalej pokładają wiarę i nadzieję w bogu a wszystkie ‘niepowodzenia’ nazwijmy to uważają właśnie za próbę ich wiary, niczym jak współczesny Hiob… No na Rany Chrystusa opamiętajmy się…

 

Wydaje mi się, że gdybyś znała logikę Boga „katolickiego” wiedziałabyś dokładnie, co bym zrobiła.

Opisałam wyżej ;)

 

Jednak:

„...myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami - wyrocznia Pana.

Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje - nad waszymi drogami i myśli moje - nad myślami waszymi.” Iz 55, 8-9

Sorry, jehówkami mi zajechało. Na prawdę nie musisz mu rzucać fragmentami z PŚ żeby mnie do czegoś przekonać, bo zaraz obalę Ci ten i każdy inny fragment i przedstawię go tak, ze bóg jednak jest zły i pyszny.

 

Dałabym Ci to, o co prosisz, gdybym przy moim zakresie wiedzy była pewna, że posłuży to Twojemu dobru i zastanawiałabym się/obserwowała co z tym zrobisz. A jeżeli dana rzecz przyniosłaby coś dobrego, cieszyłabym się, że mogłam Ci w ten sposób pomóc.

No to już robisz coś innego niż miłosierny bóg :)

Przez lata modlitw, zagłębiania się w PŚ, KK itd miałam bardzo mało sytuacji, gdy wielki miłosierny bóg litował się nad moją biedną duszą. Dlatego wolę pracować na własny rachunek.

Ale to moje spostrzeżenia nt jego pracy wyciągnięte z dotychczasowych doświadczeń.

 

Odnosząc to do prawdopodobniej logiki przypisywanej Bogu, nie oczekiwałabym Twojego nawrócenia, ale logicznej analizy zdarzeń i wyciągnięcia wniosków, co do Twojej obecnej sytuacji.

Nawrócenie lub nie to sprawa Twojej indywidualnej decyzji, Bóg może Cię jedynie do tego zaprosić.

Zależy, czy rozmawiamy o logice boga ze ST czy z NT.

ST by mnie spalił piorunem a NT no to by zapraszał i przekonywał, fakt.

 

Kataklizm, czy też kara boża nigdy nie odnosiła się do udzielonej pomocy, ale była odpowiedzią Boga na ewidentne zerwanie przemierza przez lud.

Tu mi się kojarzy szlagier z Internetu – dam Ci wolną wolę, spalę Cie za niewypełnienie moich poleceń ;)

 

Kolejność wyglądała za zwyczaj tak: lud wzywał Boga, Bóg odpowiadał, zawierali przymierze, lud zaczynał to przymierze łamać, Bóg przypominał, lud olewał przypomnienia, Bóg olewał lud (przestawał go chronić vel dopuszczał to, przed czy wcześniej go ochraniał).

A potop? Tam ludzie postępowali źle ale przymierza z bogiem nie było.

Po prostu ‘zabawki się popsuły’, trzeba było zrobić nowe ale pierw starych się jakoś pozbyć.

Proste i logiczne :)

 

Dla mnie czytanie Biblii to nie przelatywanie kartka po kartce, ale poszukiwania, podążanie kolejnymi wątkami (co skutkuje kilkukrotnym wertowaniem przeczytanych już ksiąg).

Kicia a podejdź do tego jak do lektury a nie jak do wielkiej księgi ple ple. Przeczytaj to z podejściem jak do nie wiem… Harlequina czy czegokolwiek…. Bo z takim podejściem to nawet ‘5 lat kacetu’ można wynieść na piedestał i się z tego uczyć.

That’s the point – żeby podejść z czystym umysłem a nie wielbiąc boga. Bo czytając o rzeziach wojennych będzie można dostrzec tam miłosierdzie boga – że zabierał swoje owieczki do siebie….

 

Niczego nie naprawiał i niczego nie zmieniał. :)

No b/k….

 

„ Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę. bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni.” Mt 5, 17-18

Nt cytatów wypowiedziałam się wyżej.

A co miał mówić? Na wstępie wejść i z grubej rury – przyszedłem Was nawracać etc?

Wiesz, co jak co Czizas był prorokiem, wiedzącym, uczonym, Mistrzem. Nawet RK go pod to podpina (to osobna historia) wiec miał jednocześnie podejście do ludzi. Toć małe kłamstewko jeszcze nikogo nie zabiło a mądre gadanie skupiło uwagę wielu.

 

Jezus w czasie swojej misji tłumaczył Prawo, objaśniał Pisma. Na koniec zaś dopełnił Prawa w akcie, który bynajmniej nie kojarzy się z miłosierdziem.

Masz na myśli ukrzyżowanie?

 

w jaki odpowiadał na ich deklaracje da obraz Boga sprawiedliwego i niezmiennego w swych postanowieniach.

Tutaj odnoszę się do całego cytatu, ale żeby nie robić tasiemca zostawiam fragment.

Bóg sprawiedliwy zabierający Hiobowi wszystko, co ma.

Bóg zsyłający potop.

Bóg sprawiedliwy, który każe zabić Izaaka

Bóg sprawiedliwy, który pozwala zabijać niemowlaki (historia Mojżesza)

Mam nadal wymieniać? A to początek PŚ

Pokaż mi sprawiedliwość boga, która nie bd zakrawała o jego pyche.

 

Bóg zesłał potop…, a wiesz dlaczego?

Generalnie wchodząc w jakąkolwiek dyskusję byłoby ogromnym niedopatrzeniem z mojej strony, gdybym nie wiedziała.

Jednak ja zobaczę w tym fragmencie coś zupełnie innego niż Ty wg mnie :)

 

Zbierając je do kościoła nie byłam jeszcze osobą wierzącą.

I tu znów odniesienie, do całego fragmentu.

Same sobie poszukają – na pewno mając 8-10-12 lat zaczną się interesować innymi religiami… No Caliah proszę…

Skoro Ty nie wiedziałaś za dużo to mogłaś doczytać, dowiedzieć się o tym i owym. A Ty poszłaś, wg mnie, po najmniejszej linii oporu.

Ludzie czasami z niewiedzy, ze mają wybór nie szukają dalej.

Ja dopiero w wieku 10 lat dowiedziałam się, że katolicyzm nie jest jedyna wiarą. Myślałam, że wszyscy na świecie wierzą w jednego boga etc a dlaczego – bo nikt mi nie wskazał innej drogi, bo w domu katolików zostałam wychowana etc.

 

O potrzebie modlitwy mówiono już o wiele wcześniej, tak więc nie jest ona wymysłem katolików.

Potrzebie modlitwy a nie klepania wierszyków…

Wiesz, co by nie było, ja modlę się codziennie ;)

 

Tak, zapytałam go dlaczego poszedł z nami do kościoła.

Odpowiedział: ”Po prostu. A czy musi być jakiś istotny powód?”

I chodzi z Wami co niedziela czy był to jednorazowy wybryk?

 

Masz rację, gdyby to było proste....

Ale jak wielu jest ludzi prawdziwie, tak na co dzień żyjących wiarą?

I tu się mogę wtrącić ja, bo swego czasu moje życie zaliczało się do ‘prawdziwie żyjącego wiarą’. (wstyd się przyznać ale byłam nastoletnią fanatyczną TT_TT)

Ksiądz proponował mi jakieś tam świecenia dla świeckich – powołanie do życia konsekrowanego. Jednak nie mogłam ich przyjąć ze względu na mój młody wiek (nie ukończyłam wtedy 18 lat) a wierz mi – nie miałam lekko ;)

 

Arkenas dobrze prawisz :)

 

PS. Caliah…. Jesteś katolikiem wiec co robisz na Forum ezoterycznym O_O tak mnie to teraz zaczęło zastanawiać…

Edited by Trida
boshe literówka O_O

Share this post


Link to post
Share on other sites
caliah

Witaj Arkenas

 

A co jeśli Ci powiem caliah, że ja tak samo wierzę w Boga i zwracam się również niejednokrotnie do istot także tych chrześijańskich, tyle, że po prostu się nie zamykam na jedną religię, tradycje religijną, dogmaty etc? :)

Nic :)

Postawa taka jak Twoja nie jest dla mnie niczym nowym, ani szokującym.

Tak, jak wcześniej odpisałam Tridzie - to Twój wybór :)

Nie wnikam i nie oceniam.

Ważne, abyś obserwował skutki swoich decyzji w relacjach z innymi ludźmi i potrafił wyciągać z nich wnioski.

 

Twoje poglądy prawdopodobnie mogą być mocno zawężone (przypuszczenie - może się mylę, bo Cię nie znam itd ;)... I powiem Ci, że trochę Cię nie rozumiem, w sensie - i nie odbierz tego, jako złośliwy przytyk, bo nie jest to moim celem - nie bardzo rozumiem, jaki jest Twój cel "nawracania na jedyną słuszną prawdę" ludzi na forum ezoterycznym.

A czy ja tu kogoś nawracam :)

Spokojnie odpowiedziałam na post z prośbą o radę, proponując rozwiązanie alternatywne, na co, nie autor wątku, ale Trida zagadnęła mnie pytaniem i od tamtej pory dyskusja toczy się na zasadzie odpytywania mnie z tematyki wiary i etyki.

Nie rozpisuję się po całym forum, nie ścigam osób, które się na nim udzielają i nie wpieram im swoich "racji".

Sugerujesz, że moje poglądy mogą być zawężone, a tymczasem to ja zostałam zaszufladkowana w stereotyp :]

 

Zastanawiałam się, co odpisać w poruszonej przez Ciebie kwestii dotyczącej różnych religii, powiązań między nimi, ezoteryki oraz innych tematów dotyczących duchowości i mojej wiedzy w tym zakresie. Wędrowałam kilka razy przez Twój post i co jakiś czas zatrzymywałam się na akcencie zwróconym na "to forum".

Trochę na nim jest, a przynajmniej jakiś czas temu było, nt moje wiedzy, ale musiałbyś poszukać w nieco starszych postach, tych z 2009 roku i starszych.

To okres przed moim nawróceniem, czas, w którym poruszałam się między snami, magią a filozofiami różnych religii.

 

Nie chodzi o to, że katolicyzm jest zły, ale serio... czytając Twoje posty trochę się czuję, jakbym słyszał przemówienie jakieś - co prawda miłej - ale dziewczyny z jakieś młodzieżowej wspólnoty katolickiej. ;)

Z młodzieżówki z pewnością nie jestem, wiek nie bardzo pasuje :)

Miałam natomiast okazję zweryfikować już skutki moich różnorodnych postaw i poszukiwań, i zmieniając język na nieco bardziej ezo ;), najlepsze efekty przyniosła mi współpraca i kontakty z Bogiem chrześcijan.

 

PS: I tak sobie pomyślałem, że dobrze, że na tekst Tridy o ReiKi nie odpisałaś, że to szatan w czystej postaci, ale i tak tak enigmatycznie odpisałaś (o tych różnych efektach w przyszłości), że nie wiem co myśleć o Tobie caliah, o niej wiem... ;) taki żarcik. ;)

Może to, że Bóg nie zamyka ludzi w schematach ;)

Droga, którą mnie poprowadził, wydaje mi się dość nietypowa.

Na moją prośbę, którą do Niego skierowałam, pokazał mi rzeczywistość duchową w wymiarze dość istotnie wykraczającym poza popularnie pojmowane nauczanie Kościoła.

 

Akurat obecnie, dzięki dobrodziejstwom fizyki kwantowej oraz całkiem sensownej teorii dotyczącej nieskończonej ilości wymiarów każde praktycznie, nawet najbardziej cudowne uzdrowienie ma naukowe podstawy.

Ja, jak na razie, nie spotkałam się z jakimkolwiek badaniem z zakresu fizyki kwantowej, które wyjaśniałoby jakieś konkretne uzdrowienie.

Jeżeli zaś teoria, nawet sensowna, nie jest sprawdzalna, to nie można nazwać jej nauką, bo nie da się jej potwierdzić empirycznie.

Niepotwierdzona natomiast opiera się jedynie na założeniach i (paradoksalnie) na wierze w to, że te założenia są słuszne.

Ponieważ nie chcę powielać tekstów, wrzucę w odpowiedzi dla Tridy dwa przykłady oczekujące na ich naukowe wyjaśnienie ;)

 

A co do tego, że jeśli psychika jest zdrowa, to fizyczność w większości przypadków nie stanowi poważnego - no właśnie: w większości przypadków - bo są np. wypadki (czasem bardzo poważne), czy efekty chorób (również poważne), których sama zdrowa psychika nie jest w stanie niestety uleczyć. Prawda jest taka, że fizyczność może mieć tak samo silny wpływ na psychikę, jak psychika na fizyczność.

Nie chodzi o uleczenie, ale o życie w zgodzie z samym sobą, o spokój wewnętrzny otwartość i radość życia pomimo ułomności fizycznej.

Ten wątek też będzie nieco szerzej rozwinięty w ww. poscie.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn

Czy mi się tylko zdaje, czy ten mega offtop powinien zostać wydzielony do osobnego tematu? :>

 

Ważne, abyś obserwował skutki swoich decyzji w relacjach z innymi ludźmi i potrafił wyciągać z nich wnioski.

Szczerze? ;) Jedyne skutki moich poglądów obserwuję w relacjach z osobami, które są zagorzałymi katolikami tudzież, zatwardziałymi ateistami (w przypadku, gdybym o nich powiedział). :)

Wiesz, chodziłem rok temu do wspólnoty katolickiej (choć powiedzmy bardziej w celach towarzyskich;>) i ciężko było udawać, że nie spędzam każdego weekendu na rekolekcjach, tudzież, jako jeden z niewielu nie przystępuję do komunii świętej.. oj ciężko. ;] Wtedy - przyznać muszę - miało to wręcz bezpośredni wpływ, indeed. ;] Wnioski wyciągnąłem następujące: dziewczyny ze wspólnot katolickich, choć bywają fajne, to - niestety - trochę zamknięte pojęciowo-poglądowo. ^^

A ateiści.. cóż, ci to mają dopiero klapki na oczach, w moim mniemaniu.

 

 

Sugerujesz, że moje poglądy mogą być zawężone, a tymczasem to ja zostałam zaszufladkowana w stereotyp :]

Oj tam od razu zaszufladowałem, bez przesady. ;) Aczkolwiek fakt faktem, gdybyś była taką typową katoliczką, to pewnie tak długo byś na takim forum, pełnym "zbłądzonych owieczek" nie siedziała. Łatwo chyba wyczuć w moich postach, że daleko mi do ocen Ciebie, czy szufladek.

 

 

Z młodzieżówki z pewnością nie jestem, wiek nie bardzo pasuje :)

Miałam natomiast okazję zweryfikować już skutki moich różnorodnych postaw i poszukiwań, i zmieniając język na nieco bardziej ezo ;), najlepsze efekty przyniosła mi współpraca i kontakty z Bogiem chrześcijan.

Chodziło mi o taką typową wspólnotę katolicką dla młodych osób, w której jak wspomniałem sam siedziałem, a to chyba dosyć popularne się w całej Polsce zdaje się zrobiło.

Aczkolwiek cieszę się, że Twoje wnioski wywodzą się z różnorodnych postaw, poszukiwań i że to opinia wyrobiona na ich podstawie, a nie na przyjęciu czegoś, co akurat "default'owo" jest tłoczone w umysł prawie każdego Polaka za młodu.

 

 

Zastanawiałam się, co odpisać w poruszonej przez Ciebie kwestii dotyczącej różnych religii, powiązań między nimi, ezoteryki oraz innych tematów dotyczących duchowości i mojej wiedzy w tym zakresie. Wędrowałam kilka razy przez Twój post i co jakiś czas zatrzymywałam się na akcencie zwróconym na "to forum".

A nad czym się zastanawiałaś konkretnie? Dla mnie to od dawna oczywiste, że w sumie wszystkie religie, to pewne drogi prowadzące do tego samego celu tak naprawdę... czy też pomagające w osiągnięciu tego samego celu... Tyle, że różni byli - mistrzowie - nazwijmy ich tak. Tyle, że jeszcze dochodzi kwestia indywidualnej wiary, umysłu, tego, w co się wierzy etc, a przede wszystkim drogi, jaka najbardziej pasuje... Można ten cel (czy nazwiemy to bardziej po wschodnioreligijnemu/ezoterycznemu oświeceniem, czy też bardziej po chrześcijańsku: zbawieniem) osiągnąć, niekoniecznie nawet podążając konkretną religią.. można czerpać z więcej, niż jedna oraz posiłkować się osobami, które mają coś powiedzenia na ten temat, a niekoniecznie są związani z konkretną religią (np. Mooji, Eckhart Tolle), czy po prostu - swoim własnym wnętrzem, obserwacjami, przemyśleniami, przeżyciami etc.

 

 

Może to, że Bóg nie zamyka ludzi w schematach ;)

Droga, którą mnie poprowadził, wydaje mi się dość nietypowa.

Na moją prośbę, którą do Niego skierowałam, pokazał mi rzeczywistość duchową w wymiarze dość istotnie wykraczającym poza popularnie pojmowane nauczanie Kościoła.

Ależ oczywiście, że nie zamyka. Przecież to ludzki, szalony umysł ustawia sobie schematy, podziały, spory i jest nawet toczyć bitwy o to, że ktoś wyznaje inną religię, czy ma inne poglądy, do drugiej osoby.

Cóż, to, że dostrzegasz rzeczywistość duchową poza wymiar nauczania nauki Kościoła, to akurat doskonale się składa... w innym przypadku, gdybyśmy żyli w średniowieczu, to pewnie spłonęłabyś na stosie za samą obecność na forum pełnym czarownic, heretyków, innowierców i szarlatanów. ;) A wtedy takie postępowanie było wtedy zgodne i pojmowane przez nauki kościoła (jakoś nie mogę się przemóc pisać kościół z dużej litery, bo ile sama religia katolicka jest jak najbardziej ok, czy też jej główne założenia, o tyle ta instytucja już ma zbyt wiele - jak dla mnie - do zarzucenia... ale to temat na dłuższą dyskusję).

 

Ja, jak na razie, nie spotkałam się z jakimkolwiek badaniem z zakresu fizyki kwantowej, które wyjaśniałoby jakieś konkretne uzdrowienie.

Jeżeli zaś teoria, nawet sensowna, nie jest sprawdzalna, to nie można nazwać jej nauką, bo nie da się jej potwierdzić empirycznie.

Niepotwierdzona natomiast opiera się jedynie na założeniach i (paradoksalnie) na wierze w to, że te założenia są słuszne.

Ponieważ nie chcę powielać tekstów, wrzucę w odpowiedzi dla Tridy dwa przykłady oczekujące na ich naukowe wyjaśnienie ;)

W takim razie bardzo polecam zapoznać się z serią Briana Greene'a o nazwie "Struktura Kosmosu" (polecam zacząć od filmików "Przeskok kwantowy" i "Iluzja czasu")... Na YT jest cała seria z polskim tłumaczeniem (jeśli nie znasz angielskiego), to raz.

A dwa, nie nie było konkretnych badań, nad konkretnym uzdrowieniem (przynajmniej z tego, co mi wiadomo). Aczkolwiek fizyka kwantowa, a dokładnie jej najnowsze odkrycia w tej dziedzinie udowadniają, że wszystko tak naprawdę jest energią, informacją. A nasz świat składa się tak naprawdę z... energii informacyjnej... i właściwie wszystko sprowadza się do świadomości. Tzn. to, że siedzisz teraz np. na krześle, nie jest przyczyną tego, że jest to stała, fizyczna struktura - wydaje się ona taka tylko w makroskali. W rzeczywistości kwantowej jest to tak naprawdę zbiór informacji, a właściwie świadomość człowieka sprawia, że ten obiekt nie rozlatuje się w przestrzeni... Może trochę niedokładnie wyjaśniłem, ale mniej więcej tak to wygląda w ujęciu fizyki.

Poza tym - jest teoria na temat nieskończonej ilości wymiarów i ma ona całkiem ciekawe sensowne teorie.. Te wymiary, to nieskończone możliwości tego, co mogłoby się zdarzyć. Na zasadzie nitek przeznaczenia - podejmując jakąś decyzję, automatycznie przechodzisz po rozwidleniu nitek na kolejną sub-ścieżkę. Czyli, jeśli ktoś jest poważnie chory, czy uległ wypadkowi i np. stracił nogi, to istnieje wymiar, w którym nie uległ takowemu i jest całkiem zdrowy... A to, że akurat nasz umysł postrzega ten wymiar, w którym uległ wypadkowi za bardziej realny jest czysto relatywnym, subiektywym odczuciem umysłu (tak samo zresztą jak iluzja czasu). To nie jest żadna religia, czy wiedza ezoteryczna - to jest akurat czystymi faktami oraz wiarygodnymi hipotezami z dziedziny fizyki, mającymi podstawy naukowe.

 

A jeśli już o cudownych, udokumentowanych uzdrowieniach mowa, to z pewnością może spodobać Ci się taki oto przypadek (żeby nie było, związany z tradycją katolicką właśnie): Znak dla niewierzących - Cuda - Adonai.pl

Oczywiście można tutaj dyskutować na ile miało miejsce działanie zewnętrznych istot, Boga, a na ile działanie umysłu, kreacji rzeczywistości etc (przypomnę, że w tamtych czasach wiedza medyczna i wiedza ówczesnych ludzi była na tyle znikoma, że bohater owego wydarzenia mógł być nawet nieświadomy tego, że to, co się stało, jest - teoretycznie przynajmniej - niemożliwe)... o czym zresztą wspominałem, tego nie da się czasem tak naprawdę określić...

 

 

Nie chodzi o uleczenie, ale o życie w zgodzie z samym sobą, o spokój wewnętrzny otwartość i radość życia pomimo ułomności fizycznej.

Ten wątek też będzie nieco szerzej rozwinięty w ww. poscie.

Jasne. Aczkolwiek oczywiście sposób wewnętrzny, otwartość, radość życia, pomimo ułomności fizycznej można uzyskać na różne sposoby, prawdaż?

Edited by arkenas

Share this post


Link to post
Share on other sites
caliah
Ale proszę nie bazujmy na książce, która nie ma podstaw naukowych i była tłumaczona przez wielu ludzi, którzy swoje dokładali, na przestrzeni wieków i jest tzw metaforą.

Zgodnie z życzeniem - nie tylko z tej Książki :)

Link może być?

Cuda i Łaski - Sanktuarium Matki Bożej Kębelskiej w Wąwolnicy

 

A żeby nie było zupełnie na sucho:

 

Justyna Korczyńska zamieszkała w Lublinie. 26 lipca 2008 roku umierająca w szpitalu na ostrą białaczkę szpikową (99% komórek rakowych). W czasie nabożeństwa o uzdrowienie duszy i ciała w sanktuarium w Wąwolnicy, na którym jej rodzina modliła się o jej zdrowie, o godzinie 20.30 nagle sama usiadła na łóżku, a parę godzin później sama poszła do łazienki. Po przeprowadzeniu badań, nie wykryto żadnej komórki rakowej w jej organizmie.

 

W 1996r. ks. Stanisław Kultys - kapłan archidiecezji lubelskiej chorując od 40 lat na stwardnienie rozsiane, nie mógł już o własnych siłach wstać z łóżka. Poprosił, aby go przywieziono do Matki Bożej w Wąwolnicy. Do kaplicy trzeba go było wnieść, siedzieć jeszcze nie mógł o własnych siłach. Po modlitwie u Matki Bożej wrócił do domu. Kiedy na drugi dzień obudził się poczuł, że jego ręce odzyskały władzę. Podparł się rękami i ucieszony o własnych siłach usiadł, wtedy też uświadomił sobie, że jego nogi są sprawne. Powoli stanął jedną nogą na podłodze, potem drugą czyniąc to przy samym łóżku na wypadek upadku. Stanął, postąpił jeden krok potem drugi i nie wierząc sobie zaczął chodzić po pokoju zupełnie sprawny i zdrowy. W tym czasie zadzwonił dzwonek przy drzwiach, poszedł i otworzył drzwi. W drzwiach jego rodzinnego domu na terenie parafii Najświętszego serca Pana Jezusa w Lublinie stanął jego szkolny kolega lekarz, który go leczył przez 40 lat. Kiedy zobaczył wykrzyknął zdumiony - to ty chodzisz? Kazał ks. Stanisławowi położyć się i po zbadaniu go powiedział: - Ty jesteś zupełnie zdrowy! Podszedł do telefonu, zadzwonił do swojej żony i powiedział: - czy ty możesz zrozumieć? Ks. Kultys jest zupełnie zdrowy, bo ja nie mogę. W kilka dni potem wypisał ks. Stanisławowi długą listę historii choroby i wysłał go do Warszawy na badanie aparatem badającym stwardnienie rozsiane. Po przeczytaniu historii choroby lekarka poddała badaniu ks. Kultysta i po sprawdzeniu wyników powiedziała, że ks. Kultys nigdy nie chorował na stwardnienie rozsiane. Do końca życia nigdy nie pojawiły się ślady stwardnienia rozsianego. W historii łask w Wąwolnicy można to zdarzenie uważać za największy cud w klasie uzdrowień.

 

Powiedz to Stephenowi Hawkingowi ;)

Chyba nie muszę :)

"Pomimo tak zaawansowanego inwalidztwa Hawking jest bardzo aktywny w fizyce, a także w życiu publicznym. Przebieg choroby u Hawkinga jest nietypowy, cierpi na wyjątkowo przewlekłą formę ALS. Przeżycie 10 lat jest nietypowe, a Hawking choruje już ponad pięćdziesiąt lat. Twierdzi, że mimo choroby jest szczęśliwy. Jej powolny postęp umożliwił mu dokonanie znaczących odkryć i nie uniemożliwił mu posiadania, jak to mówi, „bardzo atrakcyjnej rodziny”.

Reszta na: Stephen Hawking

 

A słyszałaś może o Nicku Vujicicu? :)

 

Równie dobrze możesz to zrobić bez boga, którego trzeba czcić etc.

Bóg dla wielu jest ułatwieniem, by było na kogo zrzucić winę albo komu dziękować.

Ja odbieram to nieco inaczej.

Bóg jest dla mnie Przyjacielem, któremu podobnie jak każdej innej osobie wypada podziękować za np. udzieloną pomoc, radę etc.

Zrzucać winę? Za co? Za skutki własnych decyzji?

Co jeszcze..., potrafi pokazać to, czego ja sama nie jestem w stanie dostrzec, pomóc tam, gdzie ja nie jestem w stanie czegokolwiek zrobić.

Jak już wcześniej napisałam, Jego działanie nie wyklucza mojego, ale jest wsparciem tam, gdzie ludzka pomysłowość zawodzi.

Mówi się, że Jego miłość jest uprzedzająca, wykracza poza nasze, ludzkie pojmowanie planowania i przewidywania skutków.

I takiej Jego miłości i pomocy doświadczyłam (nie prosząc o coś konkretnego, ale o poprawę danej sytuacji). Czasem w odniesieniu do siebie, czasem do osób z bardzo zadawnionymi problemami.

 

No tak, bo w RK nie musisz oddawać pokłonu nikomu w gruncie rzecz.

Podobno nie ma nic za darmo, a jakoś podziękować zawsze trzeba :]

Niezależnie od tego czy jest to Bóg, bóstwo czy energia.

To chyba coś blisko teorii ezoterycznych, prawda?

A tak przy okazji: mam w rodzinie osobę, która zajmuje się Rei Ki.

 

I dlatego zabiera nam bliskich w wypadkach, nas samych doświadcza głodem, ubóstwem itd… Sorry ale tak obiektywnie patrząc – nie znam zbyt wielu wielce wierzących katolików (pomijając kler), którzy są mega bogaci, szczęśliwi i do czegoś doszli.

A kataklizmy nie są ludziom potrzebne.

W życiu doświadczamy różnych sytuacji. Pytanie jak się wówczas zachowujemy, co dobrego potrafimy z nich wyprowadzić.

Na forum ezoterycznym rozwój duchowy nie powinien być aż tak niezrozumiałym zagadnieniem.

Dla ułatwienia filozofia chrześcijańska wskazuje na konieczność mentalnego rozdzielenia rzeczywistości materialnej od wzrastania duchowego.

 

Co się zaś tyczy wielce wierzących katolików i nie tylko, pytanie: co to jest szczęście?

Do czego trzeba dojść, żeby być szczęśliwym? Czy stan posiadania jest dawcą owej szczęśliwości?

A może to właściwe, oparte na miłości, relacje z innymi ludźmi czynią nas szczęśliwymi?

 

A kataklizmy?

Wcześniej stwierdziłaś, że ludzie zbyt wiele przypisują Bogu, jako sprawcy danej sytuacji, przyczynie ich sukcesów czy niepowodzeń.

Może zatem i owe kataklizmy nie mają z Jego wolą nic wspólnego.

Może po prostu żyjemy w dynamicznym świecie, w którym zachodzą określone procesy, ciagi przyczynowo-skutkowe.

Taki mamy klimat :]

 

Ok. – skłania nas to do działań itd ale chyba ten cały bóg nie zna umiaru. Bo nie raz spotkałam się z sytuacją, gdy ludzie byli / są na skraju wyczerpania psychicznego ale dalej pokładają wiarę i nadzieję w bogu a wszystkie ‘niepowodzenia’ nazwijmy to uważają właśnie za próbę ich wiary, niczym jak współczesny Hiob… No na Rany Chrystusa opamiętajmy się…

Jeżeli do zagadnienia próby podejdziemy od strony silnej wiary, to i owszem, obecnie również zdarzają się przypadki na miarę Hioba.

Jest jednak pewna zasada: Bóg nie daje ciężaru większego, niż dana osoba może unieść. Tu nie chodzi o złamanie wiary, ale o jej utwierdzenie.

Temat dość trudny do zrozumienia w teorii i wymagający w każdym przypadku solidnego, dogłębnego rozeznania. Dopiero doświadczenie spaja to zagadnienie.

 

Sorry, jehówkami mi zajechało. Na prawdę nie musisz mu rzucać fragmentami z PŚ żeby mnie do czegoś przekonać, bo zaraz obalę Ci ten i każdy inny fragment i przedstawię go tak, ze bóg jednak jest zły i pyszny.

Jehówkami?

Fragment odnosił się do Twojego stwierdzenia: "Ale idąc logiką boga katolickiego..." i znajduje się prawdopodobnie w każdym egzemplarzu Biblii, gdyż pochodzi z jednego z jej najstarszych i najlepiej zachowanych rękopisów.

 

Taki mały fragment, a tyle złości...

Jeżeli jednak jesteś w stanie udowodnić, że znasz Jego logikę, a tym samym obalić choćby ten fragment mówiący o błędnym przez ludzi jej pojmowaniu...

Dość poważne wyzwanie sobie postawiłaś, ale chętnie poczytam.

 

No to już robisz coś innego niż miłosierny bóg :)

Bynajmniej :)

Tudzież logika ST i NT nie różnią się między sobą. Gdyby tak było, to misja Jezusa nie byłaby dopełnieniem obietnic Proroków zawartych w ST.

Co zaś się tyczy "pioruna", to jakoś nie przypominam sobie, aby Bóg tak gorliwie nim obdarzał. No chyba, że mówimy o Zeusie :]

Zaś w NT Jezus niejednokrotnie napominał, ostrzegając o konsekwencjach dalszego złego postępowania. I bynajmniej nie zapraszał i przekonywał, ale stanowczo odnosił do Prawa i Przykazań.

Ciekawe jest to, że wszyscy gorliwie zwracają uwagę na kary, zżymając się nad "złym bogiem", a jakoś nikt nie rozpatruje przyczyny tej kary. Jakoś nikt nie rozważa powagi uczynionego prze ludzi zła i dalszych skutków, które czynionen nadal przyniosłoby w przyszłości.

Ludzie są cacy, cokolwiek by robili.., czyżby propagowanie wychowania bezstresowego na większą skalę.

 

Tu mi się kojarzy szlagier z Internetu – dam Ci wolną wolę, spalę Cie za niewypełnienie moich poleceń ;)

A, to stąd wzięły się te pioruny. :)

 

A potop? Tam ludzie postępowali źle ale przymierza z bogiem nie było.

Po prostu ‘zabawki się popsuły’, trzeba było zrobić nowe ale pierw starych się jakoś pozbyć.

Proste i logiczne :)

Nawet bardzo. W sam raz jako opowieść moralizatorska dla dzieci :)

Przekładając na wersję dla dorosłych: miał nadejść kataklizm, Bóg ostrzegł Nego, poradził mu co trzeba zrobić i w ten sposób zachował przy życiu człowieka (wraz z jego rodziną), który swą ufność pokładał w Bogu, zachowywał jego Prawa.

A zabawki, z takich popsutych już nic dobrego oby nie było, co najwyżej przedłużałaby się agonia gatunku infekując to, co jeszcze było zdrowe.

 

 

Kicia a podejdź do tego jak do lektury a nie jak do wielkiej księgi ple ple.

Wiesz, odpuść sobie doradzanie, bo jakoś Ci nie wychodzi, nie trafiasz w odbiorcę.

Harlequina nie czytałam i nie przeczytam podobnie, jak nie oglądam serialowych tasiemców. Nie mój klimat.

Zbyt dużo już doświadczyłam, aby takie wywody robiły na mnie wrażenie.

 

Nt cytatów wypowiedziałam się wyżej.

A co miał mówić? Na wstępie wejść i z grubej rury – przyszedłem Was nawracać etc?

Ale Jezus właśnie wzywał do nawrócienia, cała Ewangelia, którą głosił jest wezwaniem do nawrócenia, do zmiany myślenia, a co za tym idzie sposobu życia :)

I tu ku Twojemu zmartwieniu cytat:

"Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego." Mt 18, 1

 

Ciekawi mnie w czym dopatrujesz się owego "małego kłamstewka"?

 

Masz na myśli ukrzyżowanie?

Bingo!

I tu znowu Bóg będzie zły, bo oczekuje od nas, że weźmiemy swój krzyż i będziemy go naśladować, prawda?

Wrzuć do tego trochę ezoteryki, zamieszaj w lewą stronę i będziesz miała -> rozwój duchowy.

 

Bóg sprawiedliwy zabierający Hiobowi wszystko, co ma.

Księga Hioba nie jest tekstem łatwym i do szczegółowego jej rozważenia trzeba by było sporej rozprawki :)

Jeśli jednak odniesiemy się jedynie do sprawiedliwości Boga i tego, że zabrał Hiobowi wszystko, co miał, właściwym będzie dodanie, że zwrócił mu to z naddatkiem.

 

Radziłaś mi, abym czytała Biblię na luzie, a może to jednak Ty powinnaś przeczytać ją nieco uważniej? Może wtedy nie miałabyś problemu z odpowiedzią na tego typu pytania, bo nie umknęłyby Ci niektóre jej fragmenty.

 

Bóg zsyłający potop.

Ten temat przewinął się już nieco wyżej, ale można go nieco uzupełnić.

Podchodząc to tej historii literalnie, należy pamiętać, że odnosimy się do okresu, w którym Bóg bezpośrednio kontaktował się z ludźmi, przemawiał do nich, uczył ich.

Jednakże część z nich odeszła od Boga i ujmując to dość infantylnie, zaczęło czynić zło. Przy czym wiadomo, że zło jest bardziej agresywne, ekspansywne.

Co zatem powinien zrobić Bóg? Pozwolić, aby całe dzieło stworzenia upodliło się i uległo samozniszczeniu?

Czy ocalić to, co jeszcze rokowało nadzieję na dalszy rozwój i istnienie?

 

Ogrodnik mając w ziemi dwie rośliny: zdrową i chorą usuwa chorą, aby ocalić zdrową.

A gdy zakażona jest cała plantacja?

 

Bóg sprawiedliwy, który każe zabić Izaaka

I co, w Twojej Biblii został zabity?

Jeśli tak, to w mojej jest inna wersja:

„Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna." Rdz 22,12

Poszperaj trochę w historii, tam powinnaś znaleźć wzmianki nt ówczesnych kultów i tradycji. To pomoże Ci zrozumieć, dlaczego akurat na taką próbę wystawił Bóg Abrahama.

A wracając do wydarzenia i sprawiedliwości Boga:

"Przysięgam na siebie, wyrocznia Pana, że ponieważ uczyniłeś to, a nie oszczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia [takiego, jakie jest udziałem] twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu." Rdz 22, 16-18.

Jeżeli taka rekompensata za gotowość oddania jedynego dziecka nie jest wyrazem sprawiedliwości, to może być chyba jedynie nadmiarem hojności.

 

Sorki za nielubiane przez Ciebie cytaty, ale nie da się rozmawiać o Biblii, bez Biblii.

 

Bóg sprawiedliwy, który pozwala zabijać niemowlaki (historia Mojżesza)

Tak jak teraz pozwala zabijać dzieci nienarodzone i godzi się na eutanazję?

Sama niedawno podważałaś zrzucanie winy za ludzkie decyzje na Boga...

Ustabilizuj może przynajmniej nieco swoje poglądy, bo się w nich sama rozmijasz.

To, o czym wspomniałaś, dotyczy w tym przypadku decyzji faraona:

„Faraon wydał wtedy całemu narodowi rozkaz: "Wszystkich nowo narodzonych chłopców Hebrajczyków należy wyrzucić do rzeki, a dziewczynki pozostawić przy życiu.” Wj 1, 22

W jakim zakresie została ona wykonana, o tym Biblia nie wspomina.

 

Mam nadal wymieniać? A to początek PŚ

Pokaż mi sprawiedliwość boga, która nie bd zakrawała o jego pyche.

Możesz wymieniać, co najwyżej dysputa nieco się przeciągnie :)

 

Generalnie wchodząc w jakąkolwiek dyskusję byłoby ogromnym niedopatrzeniem z mojej strony, gdybym nie wiedziała.

Jednak ja zobaczę w tym fragmencie coś zupełnie innego niż Ty wg mnie :)

W takim razie podchodzisz to tematu dość powierzchownie.

Ale skoro czytałaś Biblię jak Harlequina..., to różnica w Jej odbiorze, o której wspominasz, nie jest niczym dziwnym.

 

Same sobie poszukają – na pewno mając 8-10-12 lat zaczną się interesować innymi religiami… No Caliah proszę…

Tak, jak wcześniej: Trida odpuść sobie pouczanie, bo Ci to nie idzie.

Znam osobę zajmującą się magią, która zaczęła samodzielnie interesować się tymi tematami w wieku lat 7 (siedmiu – słownie, żeby nie było, że pomyłka ).

Dzieci w tym wieku już bardzo uważnie obserwują i zadają mnóstwo pytań, na które dobrze jest odpowiadać z sensem.

Co zaś do mojego dokształcania z zakresu religioznawstwa, to tak, jak wcześniej napisałam, te tematy mnie nie interesowały, co za tym idzie, nie było moim zamiarem wnikanie w te zagadnienia czy wbijanie dziewczynkom do głów takiej lub innej prawdy, ale pokazanie im zjawiska jako takiego.

No ale styknie już tej spowiedzi.

 

Potrzebie modlitwy a nie klepania wierszyków…

Wiesz, co by nie było, ja modlę się codziennie ;)

Jeśli ktoś nie umie modlić się inaczej, to i wierszyki są dobre.

Czasem są jedynym wyjściem.

 

I chodzi z Wami co niedziela czy był to jednorazowy wybryk?

Chodzi co niedziela i w sumie to on przejął „obowiązek” koordynowania wyjścia.

I nie jest to jedyna zmiana, jaka zaszła w odniesieniu mojego męża do wiary.

 

I tu się mogę wtrącić ja, bo swego czasu moje życie zaliczało się do ‘prawdziwie żyjącego wiarą’. (wstyd się przyznać ale byłam nastoletnią fanatyczną TT_TT)
Fanatyzm to nic dobrego, z tym się w pełni zgadzam. Podobnie jak niekontrolowany wybuch – nie przynosi niczego dobrego. W takich okolicznościach Twoje odejście od Kościoła jest reakcją naturalną, klasycznym odreagowaniem.

 

PS. Caliah…. Jesteś katoliczkom wiec co robisz na Forum ezoterycznym O_O tak mnie to teraz zaczęło zastanawiać…

Trafiłam tu ... po drodze, i możesz to określenie potraktować bardzo wieloznacznie.

Tak, jak odpisałam Arkenasowi: Bóg, na moją prośbę, którą do Niego skierowałam, pokazał mi rzeczywistość duchową w wymiarze dość istotnie wykraczającym poza popularnie pojmowane nauczanie Kościoła. Sporo wówczas udzielałam się w kilku działach. Było to jeszcze przed moim nawróceniem. Kontakty nawiązane za pośrednictwem tego forum przyczyniły się do wydarzeń, które pozwoliły mi dotknąć tego, co niematerialne.

Po jakimś czasie przestałam tu zaglądać, nie działo się tu już nic, co mogłoby mnie w jakiś sposób interesować.

A kilka dni temu, w sposób właściwy dla tego forum, ściągnął mnie tu problem jednej z użytkowniczek, więc przy okazji zajrzałam do kilku tematów.

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
Dr Muller

Pięknie pięknie. Tylko na moje proste pytanie jakoś brak odpowiedzi.Napisalas w jednym z wątków, że Bóg ma poczucie humoru. Rozumiem, że całe to sq.....synstwo jakie jest na tym świecie jest Bożym żartem...Tylko nie wklejaj cytatów z PSI i PSII czy wywodow jakiegoś klechy. Możesz poradzić się w tej sprawie swojego duszpasterza.Pracowalem jako wolontariusz w takim hospicjum.

Share this post


Link to post
Share on other sites
caliah

Witaj, wiem, że winna Ci jestem odpowiedź w innym wątku i postaram się tą zaległość jak najszybciej nadrobić.

Niestety nie mam zbyt wiele czasu na pisanie i stąd ta zwłoka.

 

Rozumiem, że całe to sq.....synstwo jakie jest na tym świecie jest Bożym żartem...

Chcesz wszystko wrzucić do jednego wora? Tak się niestety nie da.

Brałeś pod uwagę czynnik ludzki?

Bóg wszystkiego za nas nie zrobi i nie odbierze nam naszej wolnej woli.

Możemy czynić dobro, możemy czynić zło. Mamy wpływ na ten świat, ale w większości przypadków wolimy o tym nie wiedzieć i zamknąć się w wygodnej dla nas przestrzeni.

 

Hospicja, szpitale, domy pomocy, ośrodki socjalne - tam spotykamy ludzką słabość, kruchość naszej natury. I nie jest to bynajmniej żart Boga, ale jeden z obrazów człowieczeństwa. Tacy po prostu jesteśmy. Niektórzy nie chcą tego widzieć, niektórych to przeraża.

 

Tylko nie wklejaj cytatów z PSI i PSII czy wywodow jakiegoś klechy. Możesz poradzić się w tej sprawie swojego duszpasterza.

Hmm, i znowu stereotypowe uwagi zakładające ograniczoność rozmówcy...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Trida

caliah dla mnie dalsza konwersacja jest bezsensowna, bo masz głowę przesiąkniętą bogiem katolickim, katolami i cała pochodną resztą. Nie patrzysz obiektywnie tylko tak, jak wmawia KK, jak bóg nakazał, jaki to on wielki i wspaniały.

Dla mnie typowe gadanie katolika. Już się z Wami nagadałam i wiem, ze nie przegadam.

Na każdy mój logiczny argument zarzucisz mi txt z Biblii, wypiszesz "mądre" cytaty zasłyszane na mszy świętej i tyle.

Możesz uznawać, ze wygrałaś ohh ahh ale wiesz dlaczego dzwon głośny... ;)

 

Powodzenia w dalszej drodze nawracania ludzi :)

Edited by Trida

Share this post


Link to post
Share on other sites
caliah

Witaj Trido :)

 

dzięki za miłą konwersację.

 

Pozdrawiam

Share this post


Link to post
Share on other sites
Dr Muller

Ograni co? Nie ważne.To było proste pytanie a odpowiedź?Bez posilkowania się cytatami za wiele nie napisałaś. Może to właśnie Ty chcesz prowadzić życie łatwe, lekkie i przyjemne, nie zwracając uwagi na to co naprawdę nas otacza.Wg Ciebie jestem ograniczony bo..?Bo nie przyjmuję propagandy KK? Przepraszam z góry za złośliwa uwagę ale Twój mąż ma ciężkie życie.Oby Ci tylko rogów nie przyprawil.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn

Jako, że Trida skapitulowała z dalszej dyskusji, a ja mam ochotę odpisać Ci jeszcze, bo jednak trochę kole w oczy nielogiczność niektórych Twoich wniosków. ;>

 

A zatem, shall we? ;]

 

Chyba nie muszę :)

"Pomimo tak zaawansowanego inwalidztwa Hawking jest bardzo aktywny w fizyce, a także w życiu publicznym. Przebieg choroby u Hawkinga jest nietypowy, cierpi na wyjątkowo przewlekłą formę ALS. Przeżycie 10 lat jest nietypowe, a Hawking choruje już ponad pięćdziesiąt lat. Twierdzi, że mimo choroby jest szczęśliwy. Jej powolny postęp umożliwił mu dokonanie znaczących odkryć i nie uniemożliwił mu posiadania, jak to mówi, „bardzo atrakcyjnej rodziny”.

Reszta na: Stephen Hawking

 

A słyszałaś może o Nicku Vujicicu? :)

Ekhm... Czy Ty widziałaś tego człowieka w ogóle? To, że ma stalową psychikę i odnosi sukcesy na polu naukowym, nie znaczy, że fizyczność nie stanowi dla niego problemu... Serio sądzisz, że on w pełni akceptuje swoje kalectwo?

A Nick Vujicic.. jeden wyjątek na cały świat... akurat on przyjął poglądy chrześijańskie.. Hawking z kolei jest z tego, co mi wiadomo, zatwardziałym ateistą (i generalnie Hawking teoretycznie jest w gorszej sytuacji, bo on jest totalnie sparaliżowany)... No ale ładnie napisali o nim w Wikipedii (którą de facto każdy może edytować), to na pewno znaczy, że jest szczęśliwy i jest ok, tylko dlatego, że ma sukcesy w oczach świata...

 

Nick V. faktycznie zdaje się być szczęśliwym człowiekiem, ale nigdy nie uwierzę, że w pełni akceptuje ten stan rzeczy.. po prostu przeniósł identyfikację siebie ze swojego ciała, do wnętrza, umysłu.

Tylko osoba w pełni oświecona może nie przejmować się faktem kalectwa, niedyspozycji fizycznej, dużej choroby. A dopóki istnieje identyfikacja z ego, tożsamością, ciałem, cierpienie zawsze jest - nawet, jeśli mocno się je wyciszy, to niestety ono występuje. Dziwne, że o tym w Biblii nie wspominają.

Owszem, cierpienie przyczynić się może do rozwoju, owszem, te osoby dają radę, ale fakt, że widzisz gościa uśmiechniętego, który się nie przejmuje swoim ogromnym kalectwem itd, nie znaczy od razu, że nie wpływa na niego jego fizyczność i że w ogóle ten fakt go nie rusza...

 

 

Dla ułatwienia filozofia chrześcijańska wskazuje na konieczność mentalnego rozdzielenia rzeczywistości materialnej od wzrastania duchowego.

Że co? ;o Przecież po to się chyba rodzimy, aby wzrastać duchowo... To jaki jest cel w mentalnym rozdzielaniu materii od wzrostu duchowego? ;o

 

 

Podobno nie ma nic za darmo, a jakoś podziękować zawsze trzeba :]

Niezależnie od tego czy jest to Bóg, bóstwo czy energia.

Ej ej ej, no to jest Bóg w (rozumieniu katolickim) nieskończenie miłosierny, czy "nic nie ma za darmo"... to jak to w końcu jest...? Sama sobie przeczysz...

 

 

Mówi się, że Jego miłość jest uprzedzająca, wykracza poza nasze, ludzkie pojmowanie planowania i przewidywania skutków.

A myślałem już, że "nic nie ma za darmo"... ufff. :>

 

 

Taki mały fragment, a tyle złości...

Jeżeli jednak jesteś w stanie udowodnić, że znasz Jego logikę, a tym samym obalić choćby ten fragment mówiący o błędnym przez ludzi jej pojmowaniu...

Dość poważne wyzwanie sobie postawiłaś, ale chętnie poczytam.

Tyle w niej złości... tak reagować na słowa Pisma Świętego (zmodyfikowanego notabene tysiącpińcet razy w średniowieczu, aby kler mógł zbijać kasę na odpustach, łatwiej manipulować ciemnym ludem etc) to pewnie dziecko nieczyste... ;)

 

A jaka to Jego logika? Bo jakoś trudno mi ją znaleźć, w kontekście skrajnie sprzecznych sobie faktów. W samych cytatach z Biblii, które podałaś wraz z kontekstem Twoich wypowiedzi są jest ze sobą niejeden skrajnie nielogiczny fakt...

 

 

 

Co zatem powinien zrobić Bóg? Pozwolić, aby całe dzieło stworzenia upodliło się i uległo samozniszczeniu?

Czy ocalić to, co jeszcze rokowało nadzieję na dalszy rozwój i istnienie?

 

Ogrodnik mając w ziemi dwie rośliny: zdrową i chorą usuwa chorą, aby ocalić zdrową.

A gdy zakażona jest cała plantacja?

Że co? Nie wiem czemu, ale ta filozofia z roślinkami przypomina mi filozofię pewnego niemiłego pana z wąsem...

I znów, było o miłosierdziu, ale teraz znów o masowej eksterminacji "nieczystych plonów"... ojojoj ;< A potem dziwić się, że tak wielu ateistycznych hejterów pluje się na YT, jaki to z Boga socjopata itd, skoro posiłkują się tylko wiedzą na temat powyższego na podstawie Biblii...

Edited by arkenas

Share this post


Link to post
Share on other sites
caliah
Ograni co? Nie ważne.To było proste pytanie a odpowiedź?Bez posilkowania się cytatami za wiele nie napisałaś. Może to właśnie Ty chcesz prowadzić życie łatwe, lekkie i przyjemne, nie zwracając uwagi na to co naprawdę nas otacza.Wg Ciebie jestem ograniczony bo..?Bo nie przyjmuję propagandy KK? Przepraszam z góry za złośliwa uwagę ale Twój mąż ma ciężkie życie.Oby Ci tylko rogów nie przyprawil.

Rany, Lucy...

Czytaj proszę ze zrozumieniem i mniejszą dawką emocji.

"stereotypowe uwagi" - czyje były te uwagi? Twoje i cytat z nimi umieściłam tuż nad moją odpowiedzią.

Zakładały co? "ograniczoność rozmówcy"

Kto w naszym dialogu jest Twoim rozmówcą? Chyba ja?

Więc czyją ograniczoność w swoich opiniach zakładałeś?

Więc nie fochaj się na to, co sam napisałeś ;)

 

Twoje pytanie było oryginalnie w innym wątku i tam znajdziesz nieco szerszą odpowiedź.

Staram się nie powielać tematów i postów, bo po prostu czas mi na to nie pozwala.

Wykaż więc proszę nieco cierpliwości.

 

Uwaga nt męża jest zdecydowanie nietrafiona i bezsensownie złośliwa.

Jeżeli chcesz porozmawiać na jego temat, to bardzo proszę na pw.

Tu mogę Ci przyznać rację co do tego, że lekko ze mną nie ma. Nie łatwy mam charakter.

Ale taką mnie sobie upolował i mimo tego, że znał mnie przed ślubem ponad 4 lata uparcie nie chciał szukać innej.

 

Arkenas, mam nadzieję, że Ty masz nieco więcej cierpliwości :)

Obiecuję, odpowiem, ale nie dziś.

Dziś już zmykam spać :)

Mąż na mnie czeka ;p

 

I Wam również życzę dobrej nocy :)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn

A i owszem caliah, poczekam cierpliwie. ;)

 

PS:Dobrej, dobrej. ;)

Edited by arkenas

Share this post


Link to post
Share on other sites
caliah
Czy mi się tylko zdaje, czy ten mega offtop powinien zostać wydzielony do osobnego tematu? :>

Zdecydowanie powinien, ale skoro nie przeszkadza to ani autorowi, ani modkom... ;D

 

Szczerze? ;)

Tylko i wyłącznie :)

 

Jedyne skutki moich poglądów obserwuję w relacjach z osobami, które są zagorzałymi katolikami tudzież, zatwardziałymi ateistami (w przypadku, gdybym o nich powiedział). :)

(…)

Wnioski wyciągnąłem następujące: dziewczyny ze wspólnot katolickich, choć bywają fajne, to - niestety - trochę zamknięte pojęciowo-poglądowo. ^^

A ateiści.. cóż, ci to mają dopiero klapki na oczach, w moim mniemaniu.

Nie każdy jest gotowy na takie rozległe poszukiwania :)

Mówi się o rozwoju, o dojrzewaniu duchowym. Takie dojrzewanie powinno iść równolegle z dojrzewaniem intelektualnym i emocjonalnym. Jeżeli sfery te zaczną się dość istotnie rozmijać, to mamy kłopotek albo z fanatyzmem, albo z zagubieniem.

A jaki jest czas dojrzewania?

Różny, każde drzewko rośnie w swoim tempie ;)

 

Oj tam od razu zaszufladowałem, bez przesady. ;) Aczkolwiek fakt faktem, gdybyś była taką typową katoliczką, to pewnie tak długo byś na takim forum, pełnym "zbłądzonych owieczek" nie siedziała. Łatwo chyba wyczuć w moich postach, że daleko mi do ocen Ciebie, czy szufladek.

Ja odbieram je raczej nie jako ocenianie, ale jak delikatne badanie gruntu… ;D

Ale podoba mi się Twój styl wypowiedzi. Jest otwarty, potrafisz się zdystansować i starasz się zrozumieć, co Twój rozmówca chciał Ci powiedzieć pisząc... :)

I jak widzę wiele z tego korzystasz (nie mam na myśli rozmowy ze mną), bo zakres wiedzy masz dość rozległy :)

 

Aczkolwiek cieszę się, że Twoje wnioski wywodzą się z różnorodnych postaw, poszukiwań i że to opinia wyrobiona na ich podstawie, a nie na przyjęciu czegoś, co akurat "default'owo" jest tłoczone w umysł prawie każdego Polaka za młodu.

Od dziecka mam umysł bardzo odporny na indoktrynację :]

I dzięki temu nie mam dziś problemów np. z reklamami. Po prostu ich nie widzę :):bezradny:

 

A nad czym się zastanawiałaś konkretnie?

Na tym, czy opisywać Ci zakres owej wiedzy, ale widzę, że dobrze zrobiłam odpuszczając ten temat, gdyż dla Ciebie nie wniósłby on niczego konstruktywnie nowego :)

A mogłabym się co najwyżej niepotrzebnie zagłębić w jakieś szczegóły.

 

Co zaś do samego rozwoju i poszukiwań, to nie ujęłabym tego lepiej :)

Uczymy się poprzez obserwacje i porównania, cóż mogę dodać więcej…? :)

 

Cóż, to, że dostrzegasz rzeczywistość duchową poza wymiar nauczania nauki Kościoła, to akurat doskonale się składa... w innym przypadku, gdybyśmy żyli w średniowieczu, to pewnie spłonęłabyś na stosie za samą obecność na forum pełnym czarownic, heretyków, innowierców i szarlatanów. ;)

Paradoksalnie to właśnie owe czarownice, heretycy, innowiercy i szarlatani usypali mi w pewnym momencie na tym forum stosowny stosik ;)

Ale dzięki wstawiennictwu pewnego maga nie został on podpalony ;D

 

(jakoś nie mogę się przemóc pisać kościół z dużej litery, bo ile sama religia katolicka jest jak najbardziej ok, czy też jej główne założenia, o tyle ta instytucja już ma zbyt wiele - jak dla mnie - do zarzucenia... ale to temat na dłuższą dyskusję).

To może tak w skrócie :)

Instytucją można nazwać hierarchię kościelną, czy struktury administracyjne.

Zaś określeniem „Kościół” nazywana jest wspólnota osób wierzących. Owszem, oprócz osób świeckich zaliczają się do niej zarówno kapłani, jak i wspólnoty zakonne, ale jedynym, stałym czynnikiem łączącym osoby należące do tej wspólnoty jest wiara oparta na nauczaniu Jezusa.

A ponieważ jest to nazwa własna, wypada pisać ją z dużej litery :)

Poza tym daje to pewne rozróżnienie rzeczowe pojęć, gdyż „kościół” oznacza po prostu budynek sakralny.

 

W takim razie bardzo polecam zapoznać się z serią Briana Greene'a o nazwie "Struktura Kosmosu" (polecam zacząć od filmików "Przeskok kwantowy" i "Iluzja czasu")... Na YT jest cała seria z polskim tłumaczeniem (jeśli nie znasz angielskiego), to raz.

Temat względności czasu przerobiłam „doświadczalnie”… ;]

Podobnie jak względność przestrzeń.

Są to pojęcia współistniejące jedynie w odniesieniu do doświadczania materii.

 

A dwa, nie nie było konkretnych badań, nad konkretnym uzdrowieniem (przynajmniej z tego, co mi wiadomo). Aczkolwiek fizyka kwantowa, a dokładnie jej najnowsze odkrycia w tej dziedzinie udowadniają, że wszystko tak naprawdę jest energią, informacją. A nasz świat składa się tak naprawdę z... energii informacyjnej... i właściwie wszystko sprowadza się do świadomości.

Czyli nauka zaczyna odkrywać Boga…

Heh, nie chcę cytować Biblii, ale zdążyli to tam opisać już jakiś czas temu :)

 

Poza tym - jest teoria na temat nieskończonej ilości wymiarów i ma ona całkiem ciekawe sensowne teorie..

Jest dosyć stara, podobnie jak teoria światów równoległych. Co nie znaczy, że jest całkowicie błędna.

Ot choćby takie wymiary, jak świat materialny i świat duchowy, tak na początek… :)

 

A jeśli już o cudownych, udokumentowanych uzdrowieniach mowa, to z pewnością może spodobać Ci się taki oto przypadek…

Dzięki za link :)

Co prawda spotkałam się już z opisem dotyczącym tego zdarzenia, ale nie w tak rozwiniętym ujęciu.

 

…bohater owego wydarzenia mógł być nawet nieświadomy tego, że to, co się stało, jest - teoretycznie przynajmniej - niemożliwe...

Prawdę mówiąc nie bardzo rozumiem tą myśl.

Co jest niemożliwe lub czego mógł nie być świadomy? Odrośnięcia nogi, działania w tym zakresie Boga czy siły wiary/potęgi umysłu?

 

Jasne. Aczkolwiek oczywiście sposób wewnętrzny, otwartość, radość życia, pomimo ułomności fizycznej można uzyskać na różne sposoby, prawdaż?

Hmmm, no nie wiem.

A może jednak w jeden sposób, aczkolwiek różnie opisany? ;)

 

Jako, że Trida skapitulowała z dalszej dyskusji, a ja mam ochotę odpisać Ci jeszcze, bo jednak trochę kole w oczy nielogiczność niektórych Twoich wniosków. ;>

 

A zatem, shall we? ;]

Ok, let's patataj, jak powiadają starożytni kowboje ;D

 

Ekhm... Czy Ty widziałaś tego człowieka w ogóle? To, że ma stalową psychikę i odnosi sukcesy na polu naukowym, nie znaczy, że fizyczność nie stanowi dla niego problemu... Serio sądzisz, że on w pełni akceptuje swoje kalectwo?

Na zdjęciach, osobiście nie spotkałam.

Z pewnością wolałby być zdrowy, ale wiedząc, że nie może zmienić tego stanu rzeczy nie zamyka się w sobie, ale żyje konstruktywnie. Po prostu żyje.

 

Mam teścia przykutego do wózka od ok 20 lat.

Krótka historia: ogólnie zdrowy, ok. 40 letni mężczyzna idzie do szpitala na badania w trakcie których mają lekarze dokonują wkłucia w okolicy rdzenia kręgowego. Po kilku dniach dzieje się z pacjentem coś dziwnego: nie poznaje ludzi, mówi nieskładnie.

Okazało się, że doszło do jakiejś infekcji i mózg jest uciskany przez płyn, który z jakichś powodów gromadzi się pod czaszką. Zakładają cewnik dootrzewnowy i wydaje się, że sytuacja jest unormowana.

Niestety po kilku miesiącach zaczynają się inne problemy. Kolejno: utrata czucia w palcach, drętwienie kończyn, problemy z chodzeniem, a ostatecznie utrata możliwości wykonywania jakichkolwiek czynności samodzielnie. Włącznie z jedzeniem czy piciem. Co więc robi całymi dniami ten w pełni świadomy, zdrowy na umyśle mężczyzna?

Bynajmniej nie użala się nad sobą.

Czyta książki (e-booki), słucha muzyki, ogląda telewizję i rozmawia z gośćmi, którzy go odwiedzają, a którymi w większości są jego dzieci i wnuki. Po prostu normalnie żyje, na tyle na ile ma w tym stanie możliwość.

 

A Nick Vujicic.. jeden wyjątek na cały świat...

Wyjątek?

Nie widziałeś chłopaków na wózkach grających w kosza?

A ostatnie wybory "Miss na wózku"?

Jest też podobno coś takiego jak paraolimpiady...

Nick jest o tyle wyjątkiem, że jego stopień niepełnosprawności jest wyjątkowo duży i połączony z dużą medialnością Nicka.

Choć prawdę mówiąc, w porównaniu z moim teściem Nick jest wyjątkowo sprawny.

Problem w tym, że mój teść nie jest medialny, wygląda zatem jakby nie istniał, bo nie ma go w mediach. A takich nieistniejących, a żyjących normalnie jest naprawdę wielu. Owszem, woleliby być w pełni sprawni, ale skoro nie mogą, to zajmują się czymś ciekawszym niż zżymanie się nad swoją ułomnością.

 

Nick V. faktycznie zdaje się być szczęśliwym człowiekiem, ale nigdy nie uwierzę, że w pełni akceptuje ten stan rzeczy.. po prostu przeniósł identyfikację siebie ze swojego ciała, do wnętrza, umysłu.

No i wróciliśmy do początku, czyli do mojego zdania, od którego zaczął się ten wątek dyskusji: „Poza tym, gdy psychika jest zdrowa, fizyczność w większości przypadków nie stanowi poważnego problemu.”

i odpowiem w połączeniu z dalszą częścią Twojej wypowiedzi:

Że co? ;o Przecież po to się chyba rodzimy, aby wzrastać duchowo... To jaki jest cel w mentalnym rozdzielaniu materii od wzrostu duchowego? ;o

Masz rację, rodzimy się po to, aby wzrastać duchowo. Jednak świat materialny jest dla nas swoistym torem przeszkód (w dużym skrócie i uproszczeniu), na którym zbytnie przywiązywanie się do materii, nadawanie jej wyższej wartości ogranicza nasze możliwości w zakresie poznawania tego, co niematerialne.

Dlatego umiejętność zdystansowania się do świata materialnego pozwała na odzyskanie wolności w kształtowaniu ducha. Chodzi tu o odrzucenie wartości przemijających na rzecz pracy nad tym, co stanowi istotę człowieka w dużo szerszym wymiarze.

Nie oznacza to oczywiście, że nasza cielesność, czy materia w ogóle jest zła. Bynajmniej :)

Jest całkiem fajna i można z niej korzystać, czerpać z niej radość, przyjemność, pamiętając przy tym, że nie ona jest celem naszego istnienia.

 

Tylko osoba w pełni oświecona może nie przejmować się faktem kalectwa, niedyspozycji fizycznej, dużej choroby. A dopóki istnieje identyfikacja z ego, tożsamością, ciałem, cierpienie zawsze jest - nawet, jeśli mocno się je wyciszy, to niestety ono występuje. Dziwne, że o tym w Biblii nie wspominają.

Nie bardzo rozumiem o czym nie wspominają? O tym, że cierpienie (fizyczne) jest zawsze, czy o tym, że należy dążyć do oświecenia, aby cierpienie (psychiczne) nie miało miejsca?

 

Ej ej ej, no to jest Bóg w (rozumieniu katolickim) nieskończenie miłosierny, czy "nic nie ma za darmo"... to jak to w końcu jest...? Sama sobie przeczysz...

Niezupełnie.

Moja wypowiedź, do której nawiązujesz odnosiła się do słów Tridy: „No tak, bo w RK nie musisz oddawać pokłonu nikomu w gruncie rzecz.”

Być może znowu zastosowałam zbyt duży skrót myślowy, dlatego nieco tą myśl rozwinę, aby nie było kolejnych niedopowiedzeń.

Trida zasugerowała w swoim komentarzu, jakoby w Kościele istniał z założenia obowiązek oddawania pokłonu Bogu, co przedstawione w negatywnym brzemieniu może wyglądać na bezsensowne przymuszanie człowieka do poniżania siebie przed Stwórcą.

Jako pozytywny kontrast wskazała zaś domniemaną niezależność RK.

Stwierdzenie „Podobno nie ma nic za darmo, ...” Odnosi do wspomnianego przez Tridę RK, a oparte jest na znanej w ezoteryce zasadzie odpłatności. W przypadku RK – aby korzystać z energii RK musisz przejść inicjację, czyli wejść w jakąś zależność, w której „w gruncie rzeczy” pokłonów nie oddajesz, ale która w określony sposób wiąże i narzuca swoje warunki. Czyli wcale nie taki wolne halo…, cena jest.

 

„Niezależnie od tego czy jest to Bóg, bóstwo czy energia.”

Rozgraniczając osoby na Boga, bóstwo i energię miałam na myśli różnorodność pojęć stosowanych w odniesieniu do „sił”, z którymi ludzie podejmują współpracę.

Zakładając jedność Boga ze wszystkimi związanymi z Nim istotami, w określeniu „bóstwo” zawarłam te istnienia, które z Bogiem nie współpracują. Z reguły są to różnego rodzaju demony, które z natury nie dają niczego za darmo. Cena wiąże się zazwyczaj z jakimś stopniem utraty wolności człowieka lub szkodą bezpośrednią.

 

„…,a jakoś podziękować zawsze trzeba.”

W odniesieniu do Boga nie chodzi tu o literalną zapłatę.

Podziękować zawsze trzeba, albo przynajmniej wypada. To taki gest grzecznościowy znany chyba we wszystkich kulturach. Niezależnie od tego, czy się go wykona w formie dosłownego ukłonu, czy prostego „dziękuję”. Nie powinien być formą wymuszoną, ale wyrazem prostej wdzięczności.

Oczywiście można Bogu nie dziękować, nie odpowiadać na Jego działanie, ale co w ten sposób wyrazimy?

Chyba nie tego mamy się uczyć, nie na tym polega droga ku doskonałości…

 

A myślałem już, że "nic nie ma za darmo"... ufff. :>

:)

 

Tyle w niej złości... tak reagować na słowa Pisma Świętego (zmodyfikowanego notabene tysiącpińcet razy w średniowieczu, aby kler mógł zbijać kasę na odpustach, łatwiej manipulować ciemnym ludem etc) to pewnie dziecko nieczyste... ;)

Ot, jaki cięty języczek ;p

A z drugiej strony, skąd w takim razie ta złość. Przecież to zwykłe słowa. Ktoś powiedział, ktoś napisał, ktoś zacytował. Nie powinny w sumie budzić niczyich emocji. No chyba, że budzą demony?

Co zaś do modyfikacji treści Pisma Świętego, to być może w „wydaniach średniowiecznych” trochę nabałaganiono, ale od wielu lat powstają tłumaczenia na podstawie tekstów oryginalnych nawet z III - II w. p.n.e. Wtedy o klerze chyba jeszcze nie słyszano ;)

W rękopisach z Qumran znaleziono wręcz całą Księgę Izajasza (z niej właśnie pochodzi ów cytat) i liczne fragmenty innych ksiąg, na których podstawie bez problemu można stwierdzić, czy cokolwiek we współczesnym tłumaczeniu Pisma Świętego zostało zmienione.

 

A jaka to Jego logika?

Oto Jego musisz zapytać :)

Ot choćby w tej przypowieści:

„Albowiem królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: "Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam". Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: "Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?" Odpowiedzieli mu: "Bo nas nikt nie najął". Rzekł im: "Idźcie i wy do winnicy!" A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: "Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych!" Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: "Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty". Na to odrzekł jednemu z nich: "Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?" Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi.” Mt 20, 1-16

 

Bo jakoś trudno mi ją znaleźć, w kontekście skrajnie sprzecznych sobie faktów. W samych cytatach z Biblii, które podałaś wraz z kontekstem Twoich wypowiedzi są jest ze sobą niejeden skrajnie nielogiczny fakt...

Podaj, proszę, przykład/przykłady, a ja spróbuję wyjaśnić, co miałam na myśli pisząc dany komentarz :)

 

Że co? Nie wiem czemu, ale ta filozofia z roślinkami przypomina mi filozofię pewnego niemiłego pana z wąsem...

I znów, było o miłosierdziu, ale teraz znów o masowej eksterminacji "nieczystych plonów"... ojojoj ;< A potem dziwić się, że tak wielu ateistycznych hejterów pluje się na YT, jaki to z Boga socjopata itd, skoro posiłkują się tylko wiedzą na temat powyższego na podstawie Biblii...

Jeżeli czytają Biblię podobnie jak Trida, czyli „po łebkach”, na wyrywki wybranymi fragmentami, nie analizując tego, co przeczytali, pod kątem społeczno-kulturowych uwarunkowań historycznych, to nie ma bata, żeby zrozumieli ST.

Z NT jest już nieco łatwiej, ale tam z kolei są przypowieści…, a w nich hebraizmy i różne inne takie, których bez chęci zagłębienia się w temat też nie rozbierzesz.

 

Nie wiem, o którego pana z wąsem Ci chodzi, bo było ich przynajmniej dwóch, jednak ich działania w odniesieniu do ludzi były ograniczone do poziomu bytu materialnego/cielesnego.

Zakładając, że wydarzenia opisane w Biblii miały miejsca, a ich sprawcą był Bóg, sprawa wygląda zupełnie inaczej, choćby ze względu na Jego nieograniczone możliwości pokierowania duszą po śmierci.

 

Podobno Aniołowie zazdroszczą ludziom cielesności. Można by zatem przypuszczać, że owa cielesności jest pewnego rodzaju nagrodą czy wyróżnieniem. Wraz z nią otrzymujemy zmysły oraz czas.

Idąc tym tokiem rozumowania, odebranie życia (odnoszę tą myśl do rozpoczynającego ten wątek potopu) byłoby swoistą karą za ogrom czynionego na ziemi zła.

 

Co zaś do miłosierdzia, to czy jest gdzieś powiedziane, że ci, którzy zginęli w potopie, po należytym zadośćuczynieniu nie zostali w owym miłosierdziu przeniesieni na niebieskie łąki?

Jezus podobno złożył ofiarę przebłagalną za wszystkich ludzi.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn
Zdecydowanie powinien, ale skoro nie przeszkadza to ani autorowi, ani modkom... ;D

Myślę, że może nawet nie podejrzewają, że tutaj się taka zaawansowana dysputa nam pojawiła. ;) Aczkolwiek whateva. ;d

 

Ok, let's patataj, jak powiadają starożytni kowboje ;D

;>

 

 

Nie każdy jest gotowy na takie rozległe poszukiwania :)

Mówi się o rozwoju, o dojrzewaniu duchowym. Takie dojrzewanie powinno iść równolegle z dojrzewaniem intelektualnym i emocjonalnym. Jeżeli sfery te zaczną się dość istotnie rozmijać, to mamy kłopotek albo z fanatyzmem, albo z zagubieniem.

A jaki jest czas dojrzewania?

Różny, każde drzewko rośnie w swoim tempie ;)

Powiem więcej - większość z tych ludzi raczej nie poszukiwało dalej, niż to, czego się dowiedzieli w rodzinach (zazwyczaj z bardzo wierzących rodzin wywodzą się takie osoby, z tych ze wspólnoty, które dane mi było poznać), w kościele etc. Takie osoby z automatu odrzucają wszystko, o czym powiem im ksiądz, że jest złe. Właściwie w tych osób z tej wspólnoty jedna dziewczyna w miarę ogarniała tematy inne, niż to, o czym im mówi ksiądz w kościele i można z nią była trochę porozmawiać np. o wschodnich religiach. Miałem też koleżankę, która zawsze była zagorzałą katoliczką, aczkolwiek kiedyś jeszcze dało się z nią porozmawiać o ezoteryce itp (interesowała się tym), aczkolwiek z czasem zauważyłem, że nim dłużej w tym siedzi, tym bardziej jej umysł stał się dosyć się zamknięty. Poza tym mam trochę z tych osób ze wspólnoty w znajomych na FB i widzę, jakie linki wklejają... W większości to moim zdaniem w porządku osoby, ale strasznie zindoktrynowane do szpiku kości... Niestety dosyć zaślepieni poglądowo... Nawet swoje poglądy polityczne są zgodne z tym, co kościół wyznaje... Z jednej strony najczęściej to miłe, sympatyczne osoby (przynajmniej z tych wspólnoty, których poznani), ale jednak trochę takie młode mohery, jeśli o poglądy chodzi... niestety. :)

Są tam osoby, które wcześniej broiły, rozrabiały, jakieś inne akcje robiły i teraz jak to twierdzą - "nawróciły się" - aczkolwiek myślę, ze większość znaczna z nich raczej nie poszukiwała... chociaż i tacy się zdarzają.

Zauważyłem jednak również, że większość z tych osób ze wspólnoty miała tzw. dobre życie, bez większych problemów... Raczej były to osoby, którym się dobrze układa w życiu itp. Co prawda, owszem, były tam osoby dotknięte bardziej przez los, ale jednak myślę, że katolicyzm w formie, w jakiej jest "sprzedawany" w kościołach implikuje założenie, iż osoby, który się dobrze wiedzie - to zasługa Boga, to dlatego, że są wybrani, etc... A jak na samym początku dyskusji wspomniałem Ci, statystyki pokazują, że tak nie jest i wcale osoby, które są katolikami, czy chrześijanami nie mają życia zazwyczaj bardziej szczęśliwego, niż np. wyznawcy innych religii, ezoterycy, czy ateiści... Aczkolwiek mając dobre, szczęśliwe życie z pewnością łatwo nie poszukiwać i wierzyć, że jest mi dobrze, bo mnie Bóg wyróżnia...

 

 

Ja odbieram je raczej nie jako ocenianie, ale jak delikatne badanie gruntu… ;D

Ale podoba mi się Twój styl wypowiedzi. Jest otwarty, potrafisz się zdystansować i starasz się zrozumieć, co Twój rozmówca chciał Ci powiedzieć pisząc... :)

I jak widzę wiele z tego korzystasz (nie mam na myśli rozmowy ze mną), bo zakres wiedzy masz dość rozległy :)

Tak, można tak powiedzieć z tym badaniem gruntu. ;>

A miło mi, że Ci się podoba mój styl wypowiedzi. Zgadza się to, co napisałaś. Mi z Tobą też się dobrze rozmawia, dlatego postanowiłem kontynuować. ;) To też Ci posłodzę. :) - Odnoszę wrażenie, odczuwam Cię intuicyjnie, że jesteś przyjaźnie i pokojową do ludzi nastawioną osobą, masz w sobie wewnętrzny i zapewne zewnętrzny uśmiech, piszesz w "łagodnym stylu" i czuć od Ciebie spokój wewnętrzny, dlatego mimo różnic poglądów dobrze się dyskutuje, bo cenię takie cechy w ludziach. ;)

A i owszem, na zakres wiedzy na tego typu tematykę (+ tryliony skutków własnych przemyśleń, kontemplacji, efektów obserwacji) nie narzekam. :]

 

 

Od dziecka mam umysł bardzo odporny na indoktrynację :]

I dzięki temu nie mam dziś problemów np. z reklamami. Po prostu ich nie widzę :)

To bardzo dobrze. ;)

 

 

Na tym, czy opisywać Ci zakres owej wiedzy, ale widzę, że dobrze zrobiłam odpuszczając ten temat, gdyż dla Ciebie nie wniósłby on niczego konstruktywnie nowego :)

A mogłabym się co najwyżej niepotrzebnie zagłębić w jakieś szczegóły.

 

Co zaś do samego rozwoju i poszukiwań, to nie ujęłabym tego lepiej :)

Uczymy się poprzez obserwacje i porównania, cóż mogę dodać więcej…? :)

 

 

 

Na zdjęciach, osobiście nie spotkałam.

Z pewnością wolałby być zdrowy, ale wiedząc, że nie może zmienić tego stanu rzeczy nie zamyka się w sobie, ale żyje konstruktywnie. Po prostu żyje.

 

Mam teścia przykutego do wózka od ok 20 lat.

Krótka historia: ogólnie zdrowy, ok. 40 letni mężczyzna idzie do szpitala na badania w trakcie których mają lekarze dokonują wkłucia w okolicy rdzenia kręgowego. Po kilku dniach dzieje się z pacjentem coś dziwnego: nie poznaje ludzi, mówi nieskładnie.

Okazało się, że doszło do jakiejś infekcji i mózg jest uciskany przez płyn, który z jakichś powodów gromadzi się pod czaszką. Zakładają cewnik dootrzewnowy i wydaje się, że sytuacja jest unormowana.

Niestety po kilku miesiącach zaczynają się inne problemy. Kolejno: utrata czucia w palcach, drętwienie kończyn, problemy z chodzeniem, a ostatecznie utrata możliwości wykonywania jakichkolwiek czynności samodzielnie. Włącznie z jedzeniem czy piciem. Co więc robi całymi dniami ten w pełni świadomy, zdrowy na umyśle mężczyzna?

Bynajmniej nie użala się nad sobą.

Czyta książki (e-booki), słucha muzyki, ogląda telewizję i rozmawia z gośćmi, którzy go odwiedzają, a którymi w większości są jego dzieci i wnuki. Po prostu normalnie żyje, na tyle na ile ma w tym stanie możliwość.

Nikt tutaj nie twierdzi, że ci dwaj, czy Twój teść nie żyją w normalny sposób. Aczkolwiek mnie bardziej interesowało, co jest w ich duszy. Widzisz, chodzi o to, że często ludzie odnoszą duże sukcesy w życiu i nikt nie poznałby po nich, że coś jest nie tak, a potem nagle jedno zdarzenie odsłania wiele prawdy. Niech za ten przykład posłuży Robin William, który nie dawno popełnił samobójstwo i głośno się o tym zrobiło. Czy ktoś przypuszczał w ogóle, że ten - odnoszący sukcesy przez całe życie komik, któremu niby nic nigdy w życiu nie brakowało - mógłby cierpieć na zaawansowaną depresję? A czy dało się to poznać w najmniejszym stopniu?

Chodzi o to, że pozory często mylą, a ludzie czasem ukrywają w zakamarkach swojej duszy najciemniejsze tajemnice. I to często osoby zdrowe. A co dopiero osoby ciężko kalekie?

Wiesz, wielu ludzi przykutych np. do wózka zapewne też czytają ebooki, słuchają muzyki, oglądają telewizję, siedzą na necie i niby nic się nie dzieje, spotykają się z ludźmi, są niby spokojni i wyluzowani... a w środku mogą w tej samej chwili krzyczeć z rozpaczy...

 

 

Hmmm, no nie wiem.

A może jednak w jeden sposób, aczkolwiek różnie opisany? ;)

Chodziło mi akurat tutaj o przedstawienie Ci, że ten sposób wewnętrzny, radość etc można na różne sposoby uzyskać. :) A odnalezienie tej drogi akurat w religii katolickiej, to jedna z dróg (chociaż religie same z siebie już są ograniczające, ale o tym chyba wspominałem;)

 

 

Na tym, czy opisywać Ci zakres owej wiedzy, ale widzę, że dobrze zrobiłam odpuszczając ten temat, gdyż dla Ciebie nie wniósłby on niczego konstruktywnie nowego :)

A mogłabym się co najwyżej niepotrzebnie zagłębić w jakieś szczegóły.

 

Co zaś do samego rozwoju i poszukiwań, to nie ujęłabym tego lepiej :)

Uczymy się poprzez obserwacje i porównania, cóż mogę dodać więcej…? :)

Przez obserwację, analizę, zgodność ze swoim własnym rozumem i zdrowym rozsądkiem najlepiej się uczyć, dokładnie tak. :)

 

 

Paradoksalnie to właśnie owe czarownice, heretycy, innowiercy i szarlatani usypali mi w pewnym momencie na tym forum stosowny stosik ;)

Ale dzięki wstawiennictwu pewnego maga nie został on podpalony ;D

Rozumiem, że chodzi o sytuacje, w których wkurzałaś ludzi tutaj swoimi poglądami? ;>

No cóż, zapewne z uwagi na to, że w naszym kraju doktryny katolickie są wtłaczane do młodych umysłów, niczym nadzienie do czekolad wiele osób potem czuje niechęć do tego typu poglądów. Mnie w sumie nie tyle rażą te poglądy, co zamknięte umysły co niektórych katolików. Na szczęście ja na Ciebie jeszcze stosu nie szykuje... a przynajmniej na razie. ;>

 

 

Wyjątek?

Nie widziałeś chłopaków na wózkach grających w kosza?

A ostatnie wybory "Miss na wózku"?

Jest też podobno coś takiego jak paraolimpiady...

Nick jest o tyle wyjątkiem, że jego stopień niepełnosprawności jest wyjątkowo duży i połączony z dużą medialnością Nicka.

Choć prawdę mówiąc, w porównaniu z moim teściem Nick jest wyjątkowo sprawny.

Problem w tym, że mój teść nie jest medialny, wygląda zatem jakby nie istniał, bo nie ma go w mediach. A takich nieistniejących, a żyjących normalnie jest naprawdę wielu. Owszem, woleliby być w pełni sprawni, ale skoro nie mogą, to zajmują się czymś ciekawszym niż zżymanie się nad swoją ułomnością.

Tak, wyjątek. Najpierw pytasz, czy wyjątek, a potem sama odpowiadasz sobie na to pytanie... Eh. Jego stopień niepełnosprawności i sposób w jaki rozwiązuje ten problem. Chociaż przypomnę, że Hawking teoretycznie wydaje się mniej niepełnosprawny, lecz praktycznie - jest bardziej niepełnosprawny, niż Nick, gdyż jest całkowicie sparaliżowany (poza częścią ust), natomiast Nick po prostu bardziej "uderza" swoją zewnętrznością... Chodziło też o wyjątek w rozumianiu tego, o czym jest dyskusja, czyli jego typowo chrześcijańskich poglądów. - A przypominam, że Hawking jest zatwardziałym ateistą (nawet opracował teorię, w która rzekomo wyjaśnia, jak Wielki Wybuch - początek stworzenia Wszechświata - mógł mieć miejsce bez działania sił wyższych).

 

 

No i wróciliśmy do początku, czyli do mojego zdania, od którego zaczął się ten wątek dyskusji: „Poza tym, gdy psychika jest zdrowa, fizyczność w większości przypadków nie stanowi poważnego problemu.”

Cóż, odpowiedziałem moją opinię na ten temat już wtedy i powtarzać jej nie widzę sensu.

 

 

Masz rację, rodzimy się po to, aby wzrastać duchowo. Jednak świat materialny jest dla nas swoistym torem przeszkód (w dużym skrócie i uproszczeniu), na którym zbytnie przywiązywanie się do materii, nadawanie jej wyższej wartości ogranicza nasze możliwości w zakresie poznawania tego, co niematerialne.

Dlatego umiejętność zdystansowania się do świata materialnego pozwała na odzyskanie wolności w kształtowaniu ducha. Chodzi tu o odrzucenie wartości przemijających na rzecz pracy nad tym, co stanowi istotę człowieka w dużo szerszym wymiarze.

Nie oznacza to oczywiście, że nasza cielesność, czy materia w ogóle jest zła. Bynajmniej :)

Jest całkiem fajna i można z niej korzystać, czerpać z niej radość, przyjemność, pamiętając przy tym, że nie ona jest celem naszego istnienia.

Świat materialny jest szkołą dla duszy, tudzież placem zabaw, a jednocześnie jest największą prawdą dla ego oraz umysłu. Ego i umysł z samej racji swojej natury jest przywiązany do fizycznego świata i materii i zawsze nadawał, nadaje i będzie nadawał jej wyższą wartość - taka jest natura ego, taka jest natura umysłu. Dzieje się tak, gdyż ego, umysł są pełne identyfikacji, tożsamości. Nadawanie ogromnej wartości materii, fizyczności nie jest dla nas ograniczające - jest w istocie sposobem, dzięki którym dusza może doświadczyć go w pełni, w każdym aspekcie, każdym sposobem etc. A dopiero, gdy go całkowicie pozna, doświadczy każdego z jej zakamarków, ogarnie to wszystko, wtedy dopiero może dokonać transcendecji, czyli przekroczenia tej - w istocie - iluzji. Na tym polega wzrost duchowy, czy jak to nazwiesz "kształtowanie ducha".

W życiu Buddhy np. jest to dobrze pokazane. Najpierw wiódł życie, jako książę, miał wszystko pod względem bogactw i przyjemności materialnych i używał sobie do woli, że tak powiem. Potem postanowił zostawić to wszystko, by stać się całkowitym ascetą. By w końcu doznać oświecenia i przekroczyć iluzję ego, umysłu. Myślę, że to dobrze pokazuje "o co kaman". Tak właśnie to ma działać - dusza musi tego wszystkiego doświadczyć i "naużywać" sobie życia pod każdą postacią, doświadczyć wszystkich wzlotów, choć niestety także upadków, przy okazji rozwijając różne aspekty siebie samej, rozwijając swoją istotę, aspekty boskości po prostu. Jednocześnie wirować w różnych karmicznych akcjach i reakcjach (tworząc, czy odpracowywując dobrą, czy złą karmę).

I tutaj dochodzimy to, co jest wadliwe w doktrynach katolickich - czyli te odgórne "odrzucanie" wartości przemijających... Ci, którzy wymyślili tego typu doktryny najwyraźniej nie czaili, że te "odrzucanie" nie powinno być czymś narzucanym odgórnie, ale to tego typu wybory dziać się powinny - jeśli już - we wnętrzu. To nie tędy droga. ;) Wolność uzyskać można dopiero po tym, jeśli przejdzie się wszystkie lekcje i doświadczy czegoś, czego się pragnie... Dam Ci taki przykład, aby zobrazować lepiej to, co mam na myśli...

Załóżmy mamy człowieka biednego, samotnego, z jakiegoś biednego kraju... który upatruje swojego szczęścia dużych pieniądzach, marzy sobie i pragnie dużej kasy, życiu w innym, lepszym miejscu i określa to, co mógłby robić i kim być, gdyby ową kasę miał... Stworzył pragnienie, więc i karmę (bo na polu pragnień tworzymy karmę), jego dusza zatem nie przekroczy świata fizycznego, dopóki nie doświadczy tego danego pragnienia... Np. w kolejnym wcieleniu... Chodzi o to, że przekroczenie fizyczności, materii może mieć miejsce dopiero po doświadczeniu, uświadomieniu sobie itd... Nie ma tak, jak myślisz, że ktoś sobie powie: o to teraz nie będę pragnął pieniędzy i to sprawi, że oświecę się... To tak nie działa. ^^

 

Materia, fizyczność nie jest ani dobra, ani zła. To po prostu poziom doświadczenia. Fajna/niefajna - akurat to zależy jakie się ma życie. ;) Sama materia w sobie nie ma sensu, sens nadaje jej umysł. Dla ego i umysłu jest czymś bardzo realnym i poważnym. Dla czystej świadomości - zwykłą iluzją, snem. Tak, jak to zwykli mówić osoby oświecone.

 

 

Nie bardzo rozumiem o czym nie wspominają? O tym, że cierpienie (fizyczne) jest zawsze, czy o tym, że należy dążyć do oświecenia, aby cierpienie (psychiczne) nie miało miejsca?

O tym, że dopóki istnieje identyfikcja z formą, ego, umysłem cierpienie, czy też ograniczenia fizyczne zawsze będą wpływać na cierpienie psychiczne i vice versa.

W Biblii nie ma konkretów, jest ona napisana takimi symbolami i tak niejasno, że trudno tam takie konkretne fakty znaleźć.

 

 

Trida zasugerowała w swoim komentarzu, jakoby w Kościele istniał z założenia obowiązek oddawania pokłonu Bogu, co przedstawione w negatywnym brzemieniu może wyglądać na bezsensowne przymuszanie człowieka do poniżania siebie przed Stwórcą.

No i dobrze zasugerowała. W KK często przedstawia się to, iż człowiek powinien stosować pewną formę poniżenia się przez Bogiem. Stosuje się techniki klęczenia, a sam fakt klęczenia jest dosyć niewygodny i pokazuje pewien dystans człowieka nad Bogiem. Poza tym w katolicyzmie dużą wagę przykłada się do cierpienia i jego zbawiennego znaczenia - przez cierpienie Jezusa etc, jak mniemam. Osobiście bardzo mi się nie podoba taka gloryfikacja cierpienia.

 

 

Stwierdzenie „Podobno nie ma nic za darmo, ...” Odnosi do wspomnianego przez Tridę RK, a oparte jest na znanej w ezoteryce zasadzie odpłatności. W przypadku RK – aby korzystać z energii RK musisz przejść inicjację, czyli wejść w jakąś zależność, w której „w gruncie rzeczy” pokłonów nie oddajesz, ale która w określony sposób wiąże i narzuca swoje warunki. Czyli wcale nie taki wolne halo…, cena jest.

Tyle ile ludzi znający RK, tyle poglądów na temat tej energii. Ja już ze wszystkim się spotkałem - od tego, że jest to energia pochodząca od Boga/Absolutu, po teorie na temat tego, iż to energia pochodząca z astrala. Oczywiście o opiniach katolików, iż jakoby to czysty diabeł nie wspominając.

Jest nawet teoria, iż 90% reikowców, pochodzących od jednej z nauczycielek, która wniosła RK na zachód (wypadło mi jak się nazywa, musiałbym pogooglować) posługuje się - przez zmodyfikowane inicjacje itp - "fałszywym" (czyli nie energią pochodzącą od Absolutu, ale podłączają się do egregora w astralu) RK i znam osobę, która rzekomo posiada duże zdolności jasnowidzenia i potwierdza tą teorię. Osobiście też przeszedłem I i II stopień RK, a potem wykasowałem sobie symbole RK z aury (co prawda niechcący, ale to też dłuższa historia...). Obecnie myślę, by znów przejść I i II stopień u kogoś, kto bezpośrednio brał u jakiegoś japońskiego sensei'a, aby samemu się przekonać ile w tym prawdy. Także nie jest to taka prosta i oczywista sprawa, jakby Ci się mogło wydawać i jest to trochę bardziej ambiwalentny temat, jeszcze na dłuższą dyskusję...

 

A zasada odpłatności? To jest zasada tylko znana z ezoteryki, ale z systemu zwanym kapitalizmem, droga koleżanko. :> Nikt raczej powietrzem nie żyje, a niestety ezoteryków nie finansuje państwo, jak ma to miejsce w przypadku kościoła. :)

 

 

Ot, jaki cięty języczek ;p

A z drugiej strony, skąd w takim razie ta złość. Przecież to zwykłe słowa. Ktoś powiedział, ktoś napisał, ktoś zacytował. Nie powinny w sumie budzić niczyich emocji. No chyba, że budzą demony?

Co zaś do modyfikacji treści Pisma Świętego, to być może w „wydaniach średniowiecznych” trochę nabałaganiono, ale od wielu lat powstają tłumaczenia na podstawie tekstów oryginalnych nawet z III - II w. p.n.e. Wtedy o klerze chyba jeszcze nie słyszano ;)

W rękopisach z Qumran znaleziono wręcz całą Księgę Izajasza (z niej właśnie pochodzi ów cytat) i liczne fragmenty innych ksiąg, na których podstawie bez problemu można stwierdzić, czy cokolwiek we współczesnym tłumaczeniu Pisma Świętego zostało zmienione.

Hehe, no tak napisałaś, co ja poradzę. ;> A skąd złość u Tridy? Nie wiem, nie odpowiadam za emocje innych, ale pewnie ma swoje powody. Aczkolwiek muszę przyznać, że mnie rozbawiłaś tym stwierdzeniem o tej złości, że aż nie mogłem się powstrzymać i musiałem tak napisać. :D

 

A o modyfikacji to raczej myślę, że wiele rzeczy nie wyszło nigdy za bramy klasztorów etc, dlatego też nie ma sensu przekonywania w tym zakresie.

 

 

Oto Jego musisz zapytać :)

Ot choćby w tej przypowieści:

(...)

Pytałem wielokrotnie, ale jakoś kurde nie chce odpowiedzieć. Aczkolwiek rozmawiam z Tobą i chciałbym Ciebie pytać o opinię - wklejone cytaty z Biblii mnie nie interesują, tylko to, co Ty masz do powiedzenia na ten temat...

 

 

Podaj, proszę, przykład/przykłady, a ja spróbuję wyjaśnić, co miałam na myśli pisząc dany komentarz :)

Przecież podałem w poprzednim poście... No powtarzać mi się nie chce pięć razy, sorry... tym bardziej, że już i tak sporo Ci odpowiadam. ;o

 

 

Nie wiem, o którego pana z wąsem Ci chodzi, bo było ich przynajmniej dwóch, jednak ich działania w odniesieniu do ludzi były ograniczone do poziomu bytu materialnego/cielesnego.

O Adolfa... Pisałaś o eksterminacji nieczystych plonów w kontekście potopu w Biblii o ile pamiętam.. Ok, teraz to już widzę zaczynasz udawać chyba, że do Ciebie nie docierają pewne jasne konkretne przesłanki... Pisałaś o tym, że Bóg w rozumieniu katolików jest miłosierny, a potem zapodawałaś temat potopu i porównywałaś to, z zepsutymi plonami.. No nie wiem, sądzę, że jasno się wyraziłem i wytłumaczyłem w poprzednim poście o co chodzi...

 

 

Podobno Aniołowie zazdroszczą ludziom cielesności. Można by zatem przypuszczać, że owa cielesności jest pewnego rodzaju nagrodą czy wyróżnieniem. Wraz z nią otrzymujemy zmysły oraz czas.

Idąc tym tokiem rozumowania, odebranie życia (odnoszę tą myśl do rozpoczynającego ten wątek potopu) byłoby swoistą karą za ogrom czynionego na ziemi zła.

Że co? Aniołowie przebywają w planie duchowym, od atmanicznego, czy monadycznego bodajże, do mentalnego (mentalny, to najniższy poziom, na jakim się przejawiają Aniołowie w swojej naturalnej formie - choć mogą zejść niżej czasami...). W planach duchowych nie istnieją takie emocje, jak zazdrość... Dlatego też istoty duchowe, istoty światła, jakimi są aniołowie, nie przejawiają na tym planie swojego istnienia tego typu emocji. W planach tak wysokich każdy przejaw negatywności manifestuje się błyskawicznie. Dlatego mówi się, iż to, aby Anioł stał się demonem wystarczy tylko jedna, najmniejsza myśl, dotycząca buntu... Z tego, co mi wiadomo nie ma tam odcieni dobra... istota, typu anioł ma tylko dwa wyjścia - służyć światłu, czyli być czystym przejawem światła, jedną z idei, emanacji boskości, lub stać się demonem, czyli przyjąć jakoby negatywny wektor swojego oddziaływania... (natomiast, aby człowiek przekształcił się w anioła, czy demona potrzeba masę wysiłku... i to nie tylko w swojej fizycznej formie) Tak ja temat aniołów postrzegam... ale też potwierdzone przez osoby jasnowidzące, postrzegające takie istoty jak anioły, czy demony... Poza tym jak wyobrażasz sobie, żeby istota światła miała "fochy", typu zazdrość wobec ludzkiej cielesności? Skoro są to istoty będące kanałami energii doskonałości, jak np. siedem Archaniołów, odpowiadających za siedem elementów boskiej energii, odpowiadające energii siedmiu głównych planet, aspektów przejawiania itd itp...

Także niestety nie będę szedł tym tokiem rozumowania... Już nawet nie wspominając o tym, iż istota taka, jak Bóg/Absolut/etc nie może być istotą osobową w rozumieniu kogoś, kto "zsyła potop, bo uważa, że ludzi trzeba ukarać"... say what? O Czym Ty do mnie piszesz. ;> Według mnie Bóg jako taki nie jest osobowy... a śmierć w potopie nie może być karą, skoro istnieje coś takiego jak reinkarnacja (swoją drogą ciekawe jak godzisz oddanie dla KK, który reinkarnacji nie uznaje, ale to jeszcze dłuższy temat...). Tak samo, jak z aniołami - nie sądzę, że Bóg ma "focha" i topi ludzi masowo, dokonuje eksterminacji, bo nie spełnili jego oczekiwań... Skoro uznaje się istotę Boga za abstrakcyjny wyraz Absolutu, nie może jednocześnie przyjmować się takiej personalifikacji jego istoty, jaka ma miejsce w Biblii..

Teraz mam nadzieję także rozumiesz moje sugestie wobec skrajnych, sprzecznych poglądów na temat osoby Boga.. już o innych istotach nie wspominając...

 

Nawet wyrażając się do Boga nie wyrażasz się bezpośrednio istoty, jaką jest Bóg/Absolut, tylko np. idzie to przez istoty pośredniczące powiedzmy... Niektórzy twierdzą, że wyrażając się do Boga wyrażasz się tak naprawdę do swojej nadświadomości... tudzież do istoty, która w Twoim mniemaniu ów Bogiem jest... Jeśli mocno wierzysz w coś, to może to być spełnione, gdyż siła wiary, jest siła umysłu, podświadomości etc... Moim zdaniem to działa, ale niekoniecznie może tak, jak myślą katolicy. ;)

W kontekście istnienia nieskończonej ilości wymiarów wszystko jest wszystkim, a jednocześnie niczym.. Myślę, że w pewnym sensie zrozumienie istot związanych, czy to z religią chrześijańską, czy też innymi do końca mija się z celem... Nie można natomiast rozumieć owych istot w znaczeniu takim samym, jak np. ludzi i na ten przykład nie powinno przypisywać się istotom światła ludzkich emocji, czy cech, gdyż przejawiają się w wymiarach na innych zasadach, niż nasz fizyczno-emocjonalno-egotyczny wymiar ziemski...

 

 

A przebywanie w rzeczywistości fizycznej nie jest ani nagrodą, ani wyróżnieniem, ani też karą. Jest w ujęciu w tego, jak ja to widzę po prostu metodą doświadczania Absolutu/Boga w postaci oddzielonych wiecznych cząstek samego siebie, zwanych duszami/energiami/istotami świadomości w celu pełnego powrotu do wyżej wymienionego po odpowiednim skompletowaniu doświadczeń, czyli pełnego uświadomienia sobie tego, czym jest się w istocie.

 

 

 

Co zaś do miłosierdzia, to czy jest gdzieś powiedziane, że ci, którzy zginęli w potopie, po należytym zadośćuczynieniu nie zostali w owym miłosierdziu przeniesieni na niebieskie łąki?

Jezus podobno złożył ofiarę przebłagalną za wszystkich ludzi.

Co znaczy należytym zadośćuczynieniu? Jak to ma powiedz mi do tematyki karmy, inkarnacji etc? Dla mnie to nie ma żadnego sensu i cały czas Ci próbuję powiedzieć, że dla mnie spojrzenie katolickie nie ma logicznej spójności...

Edited by arkenas

Share this post


Link to post
Share on other sites
caliah
Myślę, że może nawet nie podejrzewają, że tutaj się taka zaawansowana dysputa nam pojawiła. ;)

No to konspirujemy dalej? ;D

 

Zauważyłem jednak również, że większość z tych osób ze wspólnoty miała tzw. dobre życie, bez większych problemów...

I to właśnie, w pewnym momencie moich poszukiwań, zaczęło mnie zastanawiać.

Stąd też wzięła się myśl zadania Bogu pytania o senes życia na ziemi.

 

A jak na samym początku dyskusji wspomniałem Ci, statystyki pokazują, że tak nie jest i wcale osoby, które są katolikami, czy chrześijanami nie mają życia zazwyczaj bardziej szczęśliwego, niż np. wyznawcy innych religii, ezoterycy, czy ateiści...

Statystyczny katolik…

Statystyka nie pokazuje „poziomu” wiary lub inaczej – życia duchowego badanej osoby.

Jak myślisz, ilu statystycznych katolików lekceważy autorytet Boga szukając pomocy we wróżbach, sennikach itp.?

Zgodnie ze starym powiedzeniem: „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek” i temat uważają za załatwiony. A później się dziwią, że proszą, a Bóg nie słucha…

Skoro oni nie słuchają…

A Bóg jest w swoim nauczaniu bardzo konsekwentny.

I można to bardzo prosto odnieść do relacji międzyludzkich, w których ktoś ignoruje głos drugiej strony, a później statystycznie wychodzi, że ta druga strona również nie utrzymuje z nim bliskiego kontaktu.

 

Aczkolwiek mając dobre, szczęśliwe życie z pewnością łatwo nie poszukiwać i wierzyć, że jest mi dobrze, bo mnie Bóg wyróżnia...

Może nie tyle wyróżnia, bo to trąci pychą, ale mi pomaga. I tak to w rzeczywistości wygląda.

I nie dlatego, żebym sobie czymś tam zasłużyła, ale dlatego, że przyjmuje Jego rady.

 

Nie pochodzę ani z rodziny wierzącej, ani moje wcześniejsze życie nie było jakoś szczególnie szczęśliwe, abym z tego powodu przypisywała cokolwiek Bogu.

Możesz poddawać w wątpliwość wpływ Boga na życie ludzi, którzy w relacjach z Nim poszukują „recepty” na dobre życie, ale dla mnie faktem jest, iż od czasu gdy poprosiłam Go o pomoc bardzo wiele w moim życiu zmieniło się na lepsze, oj tam na lepsze, na dużo lepsze :)

Można by to tłumaczyć pracą nad sobą. Owszem bez tej się nie obyło, intrygujące są jednak niezwykłe sploty zdarzeń, które jakby otwierają przede mną drzwi do kolejnego etapu w prostowaniu danej sytuacji. W przypadki już dawno przestałam „wierzyć” ;)

 

Wiesz, wielu ludzi przykutych np. do wózka zapewne też czytają ebooki, słuchają muzyki, oglądają telewizję, siedzą na necie i niby nic się nie dzieje, spotykają się z ludźmi, są niby spokojni i wyluzowani... a w środku mogą w tej samej chwili krzyczeć z rozpaczy...

Masz rację i często taki krzyk jest podświadomy, zagłuszany. A do czyjejś duszy przeniknąć się nie da.

Ale jest coś, co można zrobić i to nie tylko w odniesieniu do ludzi niepełnosprawnych.

Można nie pozwolić im na samotność w tłumie.

Robinowi Williamsowi niestety na to „pozwolono”. Był znany, ale był sam.

Czasem nie trzeba wiele. Wystarczy od czasu do czasu przyjść, porozmawiać, podpowiedzieć rozwiązanie jakiegoś problemu, albo pomóc zrozumieć, że dany „problem” nie jest rzeczą istotną.

 

Chodziło mi akurat tutaj o przedstawienie Ci, że ten sposób wewnętrzny, radość etc można na różne sposoby uzyskać. :) A odnalezienie tej drogi akurat w religii katolickiej, to jedna z dróg (chociaż religie same z siebie już są ograniczające, ale o tym chyba wspominałem;)

Owszem różnymi drogami można dojść do danego celu, wszak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu (choć niektóre z Warszawy przez Madagaskar ;)

Mówisz, że religie ograniczają, spotkałam się też z opinią, że to droga dla leniwych.

Dla mnie to ścieżka z drogowskazami dla tych, którym znudziło się już ganianie po okolicznych krzakach ;D

Albo dla tych, którzy na owo ganianie nie mają ochoty i wolą sprawdzone, utarte szlaki.

 

Na szczęście ja na Ciebie jeszcze stosu nie szykuje... a przynajmniej na razie. ;>

Ufff, dzięki ;D

Ale dasz znać, gdy zaczniesz zbierać chrust? ;D

 

Tak, wyjątek. Najpierw pytasz, czy wyjątek, a potem sama odpowiadasz sobie na to pytanie... Eh. Jego stopień niepełnosprawności i sposób w jaki rozwiązuje ten problem.

Ano wyjątkowy wyjątek :)

 

Chodzi o to, że przekroczenie fizyczności, materii może mieć miejsce dopiero po doświadczeniu, uświadomieniu sobie itd... Nie ma tak, jak myślisz, że ktoś sobie powie: o to teraz nie będę pragnął pieniędzy i to sprawi, że oświecę się... To tak nie działa. ^^

A Jezus nauczał, że działa :)

Nie musiał jak Budda „używać” życia, On był w stanie nad tym życiem zapanować. I o to chodzi. Mniej problemów, więcej czasu.

I nie tylko On nie miał z tym kłopotu. Obecnie również żyją tysiące ludzi, którzy potrafią w zgodzie z własna wolą zrezygnować z owego doświadczania, z nieuporządkowanych pragnień, nad którymi potrafią zapanować i skupić się na duchowości. Mam tu na myśli różnego rodzaju zgromadzenia zakonne, klasztory. Ale nie tylko. Wśród ludzi świeckich również są tacy, którzy bez bezpośredniego doświadczania potrafią ocenić wartość, a raczej dostrzec brak wartości tych pragnień i przejść nad nimi do innych tematów.

 

Ci, którzy wymyślili tego typu doktryny najwyraźniej nie czaili, że te "odrzucanie" nie powinno być czymś narzucanym odgórnie, ale to tego typu wybory dziać się powinny - jeśli już - we wnętrzu. To nie tędy droga. ;) Wolność uzyskać można dopiero po tym, jeśli przejdzie się wszystkie lekcje i doświadczy czegoś, czego się pragnie...

Tak się składa, że tym, który to wymyślił jest Jezus ;D. To On proponował, aby odrzucić wszystko i iść za Nim.

I nie jest to doktryna Kościoła, ale wskazanie przez Mistrza drogi do doskonałości (zob. Mt 19, 21).

Na drodze proponowanej przez Jezusa nie musisz doświadczać „wszystkiego”. Wiele z tych rzeczy jest zbędnych i w efekcie przyczyniają się one jedynie do cierpienia.

Napisałeś o karmie i inkarnacjach. Jeżeli ktoś koniecznie chce spróbować wszystkiego, to rzeczywiście przy takim podejściu dojście do równowagi może zająć mu nieco więcej czasu, więc kolejne życie może być tu rozwiązaniem.

Patrząc jednak z punktu widzenia nauczania chrześcijańskiego panem tego świata jest szatan i jest on żywo zainteresowany posiadaniem człowieka.

Po co zatem tkwić tu i kręcić się w kółko?

Jezus proponuje prostą drogę, bez zbędnego błądzenia po tematach, które w podsumowaniu końcowym okazują się być bez wartości.

 

O tym, że dopóki istnieje identyfikcja z formą, ego, umysłem cierpienie, czy też ograniczenia fizyczne zawsze będą wpływać na cierpienie psychiczne i vice versa.

W Biblii nie ma konkretów, jest ona napisana takimi symbolami i tak niejasno, że trudno tam takie konkretne fakty znaleźć.

Biblia napisana jest prostym językiem dla ludzi prostych. Tam nie ma żadnej wyższej filozofii, ale proste wskazania, niezbędne w życiu codziennym. Tego słuchali ludzie, gdy Jezus nauczał tłumy.

Ci, którzy chcieli sięgnąć wyżej sami odwiedzali Jezusa wieczorami i zostawali na długie nocne dysputy.

Tak jest do dziś. Jeśli ktoś ma więcej pytań musi wyjść poza samo suche czytanie Pisma.

 

No i dobrze zasugerowała. W KK często przedstawia się to, iż człowiek powinien stosować pewną formę poniżenia się przez Bogiem. Stosuje się techniki klęczenia, a sam fakt klęczenia jest dosyć niewygodny i pokazuje pewien dystans człowieka nad Bogiem.

Szukajcie, a znajdziecie, a kto pyta nie błądzi.

Dlaczego klęczenie... Wbrew temu co napisałeś nie jest to żadna zalecana konkretnie postawa. Tak się utarło zwyczajowo, bo jest ona najprostsza z możliwych do wytłumaczenia, a wyrażająca szacunek.

Bóg nie kazał nikomu w uniżeniu przed sobą klękać. Nic o tym w Biblii nie ma.

Są natomiast w Psalmach wezwania do wielbienia Boga, ale są to zawołania ludzi, którzy chcą Bogu oddać cześć, podziękować, którzy zachęcają, a nie nakazują.

A dlaczego nie padamy na twarz i nie bijemy pokłonów? Przecież tak robili Izraelici? Ano dlatego, że inna u nas tradycja w tym zakresie.

A zalecenia ogólne Kościoła są takie, że w czasie modlitwy należy przyjąć postawę godną, wyrażającą szacunek.

Można zatem stać, siedzieć, klęczeć, chodzić… wszystko stosownie do miejsca i czasu.

 

Poza tym w katolicyzmie dużą wagę przykłada się do cierpienia i jego zbawiennego znaczenia - przez cierpienie Jezusa etc, jak mniemam. Osobiście bardzo mi się nie podoba taka gloryfikacja cierpienia.

To nie gloryfikacja, ale mówiąc prosto – docenienie.

Ktoś (Jezus) za nas sporo poświęcił (dał się skatować i zabić), aby pokazać człowiekowi, że nad tym wszystkim można panować i że ewidentnie jest coś po. Stąd pierwszy szacunek i wdzięczność dla Jezusa cierpiącego.

Druga odsłona cierpienia to cierpienie, którego część ludzi doświadcza na co dzień. Dla wielu z nich przeżycie każdego dnia jest ogromnym trudem i jak każdy trud, wysiłek może on zostać komuś dedykowany. I tu propozycja Kościoła, aby dedykować to cierpienie Bogu.

Tak, jak możemy pochwalić się przed Nim owocami naszej pracy, życia rodzinnego, tak samo możemy jako „owoc” ukazać Mu swój wysiłek wynikający z cierpienia. I tu znowu nie chodzi o gloryfikację, ale o szacunek (oprócz możliwej pomocy) dla ludzi cierpiących.

 

A zasada odpłatności? To jest zasada tylko znana z ezoteryki, ale z systemu zwanym kapitalizmem, droga koleżanko. :> Nikt raczej powietrzem nie żyje, a niestety ezoteryków nie finansuje państwo, …

No popatrz drogi kolego ;) mnie również państwo nie finansuje i również nie żyję powietrzem. Po prostu poszłam do pracy.

 

Co zaś się tyczy finansowania Kościoła przez państwo, to nie wiem czy wiesz skąd wziął się ów fundusz kościelny?

Ano stąd, że w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku państwo zawłaszczyło potężną ilość majątku kościelnego. Ukradli na mocy prawa, fajne co? :] Ale taka była wtedy moda.

I teraz po prostu spłacają to, co wówczas chcieli wziąć za darmo. Tak więc państwo bynajmniej nie daje tych pieniędzy Kościołowi, ale je zwraca.

A sam Kościół w większości utrzymuje się z własnych środków. Większa ich część to darowizny, a poza tym prowadzi różnego rodzaju działalność gospodarczą (fundacje, wydawnictwa, działalność gospodarcza zakonów, najem/dzierżawa majątku itd.).

 

Aczkolwiek muszę przyznać, że mnie rozbawiłaś tym stwierdzeniem o tej złości, że aż nie mogłem się powstrzymać i musiałem tak napisać. :D
Mnie zaś zaskoczył jej wybuch złości i też nie mogłam powstrzymać się od komentarza ;D

 

A o modyfikacji to raczej myślę, że wiele rzeczy nie wyszło nigdy za bramy klasztorów etc, dlatego też nie ma sensu przekonywania w tym zakresie.

Przekonywać Ciebie nie mam zamiaru, ale to o czym wspomniałam to uznane już naukowo źródła historyczne, a nie jakieś tajne zakamarki klasztornych bibliotek :)

 

Pytałem wielokrotnie, ale jakoś kurde nie chce odpowiedzieć. Aczkolwiek rozmawiam z Tobą i chciałbym Ciebie pytać o opinię - wklejone cytaty z Biblii mnie nie interesują, tylko to, co Ty masz do powiedzenia na ten temat...

Czy uważasz, że można poznać drugą osobę poprzez opowieści o niej zasłyszane od kogoś innego?

Owszem, mogę Ci opowiedzieć jak ja postrzegam logikę Boga, ale odbierzesz to jako katolickie banały. Taka forma zawierania znajomości nie da Ci poznania wewnętrznego, a o takie tu chodzi :)

 

A odnosząc się do cytatu, który Ci zaproponowałam, to zasada logiki Boga w nim przedstawiona jest bardzo prosta: jest prawdomówny, uczciwy i szczery. Umówił się ze wszystkimi o denara? Umówił. Wypłacił wszystkim uzgodniona kwotę? Wypłacił.

Nie naruszył tym niczyjej wolności. Podważył jedynie logikę ludzkiego rozumowania.

 

Przecież podałem w poprzednim poście... No powtarzać mi się nie chce pięć razy, sorry... tym bardziej, że już i tak sporo Ci odpowiadam. ;o

Wydawało mi się, że na wszystkie Twoje pytania odpowiadałam, ale że jest ich sporo, to któreś mogło mi umknąć i stąd moja prośba :) Ale ok. Jedziemy dalej… :)

 

O Adolfa... Pisałaś o eksterminacji nieczystych plonów w kontekście potopu w Biblii o ile pamiętam.. Ok, teraz to już widzę zaczynasz udawać chyba, że do Ciebie nie docierają pewne jasne konkretne przesłanki... Pisałaś o tym, że Bóg w rozumieniu katolików jest miłosierny, a potem zapodawałaś temat potopu i porównywałaś to, z zepsutymi plonami.. No nie wiem, sądzę, że jasno się wyraziłem i wytłumaczyłem w poprzednim poście o co chodzi...

Było dwóch: Adolf i Józek, obaj warci siebie. I nie było celem mojej wypowiedzi ustalenie, o którego z nich Ci chodziło, ale to, że działania obu ograniczone były ludzką cielesnością. Resztę opisałam w poprzednim poscie.

 

Że co? Aniołowie…

No tak, zapomniałam, że wyraz „zazdrościć” może być odebrany jako określenie negatywne.

Powinnam ująć je w cudzysłów, albo zastąpić wyrazem „podziwiają” albo może byłoby trafniej „są pełni zachwytu”.

Ale mniejsza o to, nie chce mi się już powtarzać tego wywodu.

 

Według mnie Bóg jako taki nie jest osobowy... a śmierć w potopie nie może być karą, skoro istnieje coś takiego jak reinkarnacja…

O ile coś takiego jak reinkarnacja istnieje ;)

A może Bóg jest osobowy, a reinkarnacji nie ma? :)

 

…(swoją drogą ciekawe jak godzisz oddanie dla KK, który reinkarnacji nie uznaje, ale to jeszcze dłuższy temat...).

A z czym godzę?

 

Tak samo, jak z aniołami - nie sądzę, że Bóg ma "focha" i topi ludzi masowo, dokonuje eksterminacji, bo nie spełnili jego oczekiwań... Skoro uznaje się istotę Boga za abstrakcyjny wyraz Absolutu, nie może jednocześnie przyjmować się takiej personalifikacji jego istoty, jaka ma miejsce w Biblii..

Ale ani judaizm, ani chrześcijaństwo (muzułmanie również) nie uznaje Boga jako abstrakcyjnego wyrazu Absolutu :)

To nie ta „bajka”.

Wiara w obu tych religiach opiera się o jak najbardziej spersonifikowaną postać Boga i co trudne jest do zrozumienia w logice człowieka, spersonifikowaną, ale nieograniczoną.

 

Teraz mam nadzieję także rozumiesz moje sugestie wobec skrajnych, sprzecznych poglądów na temat osoby Boga.. już o innych istotach nie wspominając...

Jedynym, co zrozumiałam, jest to, że przypisałeś mi nie moje poglądy :)

Muszę bardziej uważać na wyrazy i formy, których używam, bo jak widzę czasem na podstawie jednego wyrazu wyciągasz błędne wnioski.

Ale z drugiej strony mogę szerzej poznać Twoje poglądy w tematach, o które bym zapewne nie zapytała. Więc nie ma tego „złego’, co by na dobre nie wyszło ;)

 

Co do Boga i Aniołów, to oczywiście, że fochów nie strzelają.

Co zaś się tyczy samego potopu, to tu trzeba by powrócić do rozważań nt. logiki Boga, ale w aspekcie życie wiecznego.

 

Nawet wyrażając się do Boga nie wyrażasz się bezpośrednio istoty, jaką jest Bóg…

Jak nie jak tak?

Chociażby zaczynając od podstawowego „Ojcze nasz”.

Modlitwa niezależnie od treści ma konkretny kierunek i adresata.

 

Ale jeżeli ktoś woli zaadresować swoją „modlitwę” do jakiegoś nieokreślonego Absolutu, to oczywiście jego wybór.

 

Jeśli mocno wierzysz w coś, to może to być spełnione, gdyż siła wiary, jest siła umysłu, podświadomości etc... Moim zdaniem to działa, ale niekoniecznie może tak, jak myślą katolicy. ;)

To nawet nie jest kwestia myślenia.

Bo co mam myśleć o tym, że dostaję coś zanim dowiem się, że będzie mi to potrzebne w sytuacji, która w niedługim czasie się wydarzy?

Tu nawet nie można mówić o sile sprawczej silnej woli, bo wola zaistnienia tego, co otrzymałam nie powstała nawet w moje podświadomości, ponieważ wydarzenie było dla mnie całkowitym zaskoczeniem.

Takich sytuacji miałam już kilka. A do Boga zawsze zwracam się w odniesieniu do Osoby.

 

W kontekście istnienia nieskończonej ilości wymiarów wszystko jest wszystkim, a jednocześnie niczym…

I to się nawet zgadza z filozofią chrześcijańską :)

Bóg jest wszystkim we wszystkich i wszyscy są w Bogu.

Co jednak nie oznacza, że nie istniejemy równolegle jako jednostki, aczkolwiek z drugiej strony nikogo z nas nie ma w oderwaniu.

 

A przebywanie w rzeczywistości fizycznej nie jest ani nagrodą, ani wyróżnieniem, ani też karą. Jest w ujęciu w tego, jak ja to widzę po prostu metodą doświadczania Absolutu/Boga w postaci oddzielonych wiecznych cząstek samego siebie, zwanych duszami/energiami/istotami świadomości w celu pełnego powrotu do wyżej wymienionego po odpowiednim skompletowaniu doświadczeń, czyli pełnego uświadomienia sobie tego, czym jest się w istocie.

Świetnie to ująłeś :)

Podobnie jak opis natury Aniołów.

 

Co znaczy należytym zadośćuczynieniu? Jak to ma powiedz mi do tematyki karmy, inkarnacji etc?

Karma to odpracowanie błędów jakiegoś wcielenia w kolejnym. Aby to było możliwe konieczne jest istnienie czegoś takiego jak reinkarnacja. I tu wkręcamy się w koło samsary/sansary.

Wg nauczania w chrześcijańskiego człowiek raz się rodzi i w bieżącym życiu powinien starać się wszystkie popełnione przez siebie błędy/grzechy naprawić, czyli przeprosić tych, wobec których owego zła się człowiek dopuścił oraz wynagrodzić za szkodę jakiej od niego doznali (można to porównać do spłacenia karmy).

 

Ponieważ niektórych wyrządzonych szkód nie da się naprawić/wynagrodzić w sposób bezpośredni istnieje pojęcie zadośćuczynienia w formie pośredniej poprzez np. modlitwę, post, uczynki miłosierdzia itd.

I takie zadośćuczynienia może dokonać się również po tzw. śmierci, czyli odejściu z życia ziemskiego.

 

Dla mnie to nie ma żadnego sensu i cały czas Ci próbuję powiedzieć, że dla mnie spojrzenie katolickie nie ma logicznej spójności...

Zauważyłam :)

To może zacznijmy od tego, czym w pojęciu katolickim jest grzech, co to jest kara i na co tak naprawdę oddziałuje zadośćuczynienie.

 

W założeniu wiary katolickiej Bóg jest uosobieniem Miłości.

Grzech jest odejściem/odrzuceniem Boga i Jego nakazów (wskazówek umożliwiających zachowanie człowiekowi czystości zarówno cielesnej jak i duchowej), a tym samym odrzuceniem Miłości. Jest skutkiem nieuporządkowanego przywiązania do rzeczy materialnych, stworzeń, przez co narusza wspólnotę z naturą, Kościołem i samym sobą.

W odniesieniu do człowieka jest szkodą wyrządzoną w wymiarze materialnym bądź/i duchowym/psychicznym. Szkodą nie tylko wobec innych osób, ale także wobec osoby dopuszczającej się grzechu (samego siebie).

Wydawałoby się, że popełniając grzech dana osoba wyrządza szkodę komuś innemu, tymczasem, równocześnie sama ponosi szkodę, ponieważ w swojej świadomości lub podświadomości zaciąga dług, który objawia się poczuciem winy.

 

I tu dochodzimy do kary. Czy Bóg karze ludzi?

Po analizie nauczania KK stwierdzam, że nie. Dlatego w poprzednim poscie napisałam o „swoistej karze”, a rozwinięciem tej myśli była moja odpowiedź w we wcześniejszym poscie do Tridy.

Czym zatem jest kara, o której tak głośno?

Nie jest „zemstą” Boga, ale wewnętrznym skutkiem grzechu.

To stan duszy człowieka, który pozbawiony, na skutek grzechu, bezpośredniej bliskości Boga nie może się na Jego miłość otworzyć, nie może czerpać z jej Źródła i odłączony od miłości Boga, cierpi.

Dlatego grzesznik wzywany jest do nawrócenia. Do podjęcia drogi oczyszczenia, aby mógł powrócić do pełni Miłości, do zjednoczenia z Bogiem.

Stan kary jest dla osób poszukujących bliskości Boga motywacją do pracy nad sobą.

 

Popełniliśmy grzech, czujemy się winni i cierpimy z powodu kary. A tu, jakby tego wszystkiego było mało, ktoś żąda od nas jakiegoś zadośćuczynienia. A niby po co?

A po to, że po pierwsze wobec osoby skrzywdzonej jest ono wyrównaniem uczynionej krzywdy (sprawiedliwość), a po drugie jest wewnętrzną spłatą zaciągniętego długu, oczyszczeniem serca z pozostałości grzechu. Należyte, czyli proporcjonalne do uczynionego zła.

Dusza bliska Bogu to dusza doskonała, czyli wolna od wszelkich obciążeń.

 

Pozdrawiam :)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Varinn
No to konspirujemy dalej? ;D

Konspiracja, to moje drugie imię. ;>

 

 

I to właśnie, w pewnym momencie moich poszukiwań, zaczęło mnie zastanawiać.

Stąd też wzięła się myśl zadania Bogu pytania o senes życia na ziemi.

Cóż, ja takie pytanie zadawałem sobie już jako dziecko, tudzież wczesny nastolatek. I wierz mi od zadawania tego typu pytań Bogu - Bogu w ujęciu katolickim właśnie - zaczynałem.

 

 

Statystyczny katolik…

Statystyka nie pokazuje „poziomu” wiary lub inaczej – życia duchowego badanej osoby.

Jak myślisz, ilu statystycznych katolików lekceważy autorytet Boga szukając pomocy we wróżbach, sennikach itp.?

Zgodnie ze starym powiedzeniem: „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek” i temat uważają za załatwiony. A później się dziwią, że proszą, a Bóg nie słucha…

Skoro oni nie słuchają…

A Bóg jest w swoim nauczaniu bardzo konsekwentny.

I można to bardzo prosto odnieść do relacji międzyludzkich, w których ktoś ignoruje głos drugiej strony, a później statystycznie wychodzi, że ta druga strona również nie utrzymuje z nim bliskiego kontaktu.

Pewnie i nie pokaże, ale jakiś wyznacznik miarodajności by się przydał, nieprawdaż?

Znaczy... właściwie w pewnym sensie pokaże... Myślę, że np. statystki dotyczące różnych postaw ludzkich pokazują, ile jest dusz na tych tzw. wyższych poziomach rozwoju, a ile na niższych.

Poza tym nie uważam, iż korzystanie z wróżek, senników itp jest lekceważeniem autorytetu Boga. To, że tak mówią w KK, nie znaczy, że tak jest. Teraz po prostu wyrażasz swoje poglądy na ten temat, a właściwie pogląd KK (nie wiem dokładnie jak z innymi odłamami chrześijaństwa, ale z tego, co mi wiadomo, to katolicyzm jest najbardziej restrykcyjny i zdogmatyzowany - nawet w prawosławiu jest większy "liberalizm" poglądowy, o protestantach, czy innych odłamach nie wspominając).

 

 

 

 

Może nie tyle wyróżnia, bo to trąci pychą, ale mi pomaga. I tak to w rzeczywistości wygląda.

I nie dlatego, żebym sobie czymś tam zasłużyła, ale dlatego, że przyjmuje Jego rady.

 

Nie pochodzę ani z rodziny wierzącej, ani moje wcześniejsze życie nie było jakoś szczególnie szczęśliwe, abym z tego powodu przypisywała cokolwiek Bogu.

Możesz poddawać w wątpliwość wpływ Boga na życie ludzi, którzy w relacjach z Nim poszukują „recepty” na dobre życie, ale dla mnie faktem jest, iż od czasu gdy poprosiłam Go o pomoc bardzo wiele w moim życiu zmieniło się na lepsze, oj tam na lepsze, na dużo lepsze :)

Można by to tłumaczyć pracą nad sobą. Owszem bez tej się nie obyło, intrygujące są jednak niezwykłe sploty zdarzeń, które jakby otwierają przede mną drzwi do kolejnego etapu w prostowaniu danej sytuacji. W przypadki już dawno przestałam „wierzyć” ;)

Ja mówiłem o ogólnej postawie.

Ale ok, jeśli już porównamy życie "przed" i "po", to powiem Ci, że moje życie dopiero troszkę się poprawiło po tym, jak... przeszedłem inicjację Reiki (miałem wtedy 15 lat). Tak naprawdę od tego momentu, zaczęło się zmieniać na lepsze - a może powiem tak: na pewno lepiej było, niż wcześniej. Wtedy w sumie przestałem chodzić do kościoła, bo zrozumiałem, że w sumie chodzenie co niedziela i błaganie o to, czy o tamto (katolickiego Boga, z perspektywy katolika, ze świadomością katolika), nie przynosi mi właściwych rezultatów. W sumie po inicjacji Reiki moja świadomość znacznie wzrosła, zacząłem patrzeć inaczej na życie i w pewnym sensie zaczął się mój bardziej świadomy rozwój. No niestety nie przez chodzenie na sumy i proszenie o to, czy tamto.

 

 

Masz rację i często taki krzyk jest podświadomy, zagłuszany. A do czyjejś duszy przeniknąć się nie da.

Ale jest coś, co można zrobić i to nie tylko w odniesieniu do ludzi niepełnosprawnych.

Można nie pozwolić im na samotność w tłumie.

Robinowi Williamsowi niestety na to „pozwolono”. Był znany, ale był sam.

Czasem nie trzeba wiele. Wystarczy od czasu do czasu przyjść, porozmawiać, podpowiedzieć rozwiązanie jakiegoś problemu, albo pomóc zrozumieć, że dany „problem” nie jest rzeczą istotną.

Nie chodziło mi o to, aby przenikać do czyjejś duszy (i szczerze, zdecydowanie nie chciałbym nawet czuć się tak, jak osoba dotknięta jakimś poważnym kalectwem). Tylko chciałem uświadomić Ci, że sukcesy w życiu, czy pozory można stwarzać będąc bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Czasem trzeba niewiele - owszem, czasem zapewne tak. Ale jak chodzi o głębokie, trwające wieloletnie cierpienie, mające głębokie korzenie, to zwykła rozmowa nie pomoże niestety (choć pewnie w niektórych przypadkach na pewno - w końcu po coś ludzie chodzą do psychologów, czy psychoterapeutów).

 

 

Owszem różnymi drogami można dojść do danego celu, wszak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu (choć niektóre z Warszawy przez Madagaskar ;)

Mówisz, że religie ograniczają, spotkałam się też z opinią, że to droga dla leniwych.

Dla mnie to ścieżka z drogowskazami dla tych, którym znudziło się już ganianie po okolicznych krzakach ;D

Albo dla tych, którzy na owo ganianie nie mają ochoty i wolą sprawdzone, utarte szlaki.

"Konduktorze kochany, byle nie do Warszawy..." ;>

Ja sądzę, że religie, to droga nie tak szybkiego rozwoju, jak rozwój duchowy, rozwój świadomości, poszukiwania własne.

 

Spotkałem się z opinią, że są dwie drogi. Pierwsza, to droga rozwoju duchowego, rozwijanie świadomości czystej, droga rozsądku, obserwacji, analizy, własne poszukiwania, nie zamykanie swojego umysłu na dogmaty jakiejś konkretnej religii, czy filozofii, tylko własne poszukiwania itd - to jest najszybsza droga rozwoju moim zdaniem i ja właśnie taką drogą podążam... a przynajmniej tak myślę (tą też drogą podążali wielcy mistrzowie, którzy tworzyli religie... oni przecież sami szukali, wyznaczali swoje, indywidualne drogi, myślę...). A potem mamy religie - już wolniejsza, ale praktykowana przez większość osób na świecie (tych wierzących w świat niematerialny rzecz jasna). I jestem skłonny się do niej przychylić. Sam korzystam z "dobrodziejstw" różnych religii. Jak potem przeczytałaś w moim poście kontaktuję się archaniołami, aniołami, istotami powiązanymi z chrześcijaństwem... Nie mam nic przeciwko wybrać się np. do cudownego miejsca uzdrowień itp cudów, które jest związane z chrześcijaństwem.. Tak samo nie miałbym nic przeciwko wybrać się do takiego miejsca, które związane byłoby z buddyzmem, hinduizmem, zen, czy inną religią. Ja uważam, że to wszystko ma moc, działa, jest tak samo właściwie - tak zresztą, jak pisałem wcześniej. Po prostu się nie ograniczam do rytuałów np. stosowanych w KK, co nie zmienia, że np. nie doceniam ich roli (jak byłem w tej wspólnocie uczestniczyłem dla przykładu w uzdrowieniach, widziałem tzw. upadki w Duchu Św. i wiem, że faktycznie osoby upadały i raczej nie wyglądało to na mistyfikację, czy aktorstwo i jak najbardziej jestem gotów przyznać, że energia im towarzysząca jest jak najbardziej realna i pomocna ludziom, bo po prostu sam jej odczułem). Choć na tej samej zasadzie mógłbym uczestniczyć w rytuałach innej religii... I też by było to dla mnie ok, że tak powiem.

 

Może to zobrazuję.. Załóżmy, że duchowość zdobyta przez duszę, to taka wielokolorowa chmura dymu, z ładnymi, mieniącymi się kolorami... każdy ma swoją, niektórzy większą (ci bardziej rozwinięci) i bardziej kolorową, niektórzy mniejsza, mniej kolorową... Podczas, gdy religie, to takie pudełka w różnych kształtach przestrzennych figur geometrycznych (takie z szyby).. I jedna religia, to np. pudełko w kształcie gwiazdy, inne w kształcie kulki, inne z kolei sześcianu etc... Podejmując jedną, konkretną religię, to z mojej perspektywy tak, jakby próbować wcisnąć tą swoją duchowość w te pudełko z przezroczystego plastiku... Nie koniecznie się mieści, narzuca swoje ramy, ograniczenia.. być może, może i pomagać - szczególnie w przypadku osób mających mniejszy rozwój - a nawet dla niektórych wyznaczyć drogę (np. dla takich, którzy mają problemy z wyczuciem własnej moralności i muszą jej szukać w jakiejś z religii już istniejących)... a dla innych to po prostu ograniczenie... To coś jak z subkulturami.. Ludzie przypisują siebie do jednej z subkultur, ale tak naprawdę tracą swoją własną indywidualność i podstosowywują się do ram, zachowań, słuchanej muzyki, sposobu i stylu życia, wyznawanych wartości do jakiejś z nich... Mam nadzieję, że dokładnie wyjaśniłem mój punkt widzenia w tym zakresie. :)

 

 

Ufff, dzięki ;D

Ale dasz znać, gdy zaczniesz zbierać chrust? ;D

Eeeee, wiesz, co? Może Cię jeszcze oszczędzę. ;) Kto wie, może bym się stęsknił potem za tymi naszymi dysputami i konspiracjami? ;)

 

 

A Jezus nauczał, że działa :)

Nie musiał jak Budda „używać” życia, On był w stanie nad tym życiem zapanować. I o to chodzi. Mniej problemów, więcej czasu.

I nie tylko On nie miał z tym kłopotu. Obecnie również żyją tysiące ludzi, którzy potrafią w zgodzie z własna wolą zrezygnować z owego doświadczania, z nieuporządkowanych pragnień, nad którymi potrafią zapanować i skupić się na duchowości. Mam tu na myśli różnego rodzaju zgromadzenia zakonne, klasztory. Ale nie tylko. Wśród ludzi świeckich również są tacy, którzy bez bezpośredniego doświadczania potrafią ocenić wartość, a raczej dostrzec brak wartości tych pragnień i przejść nad nimi do innych tematów.

Nauczał, że działa? Zapytałbym gdzie dokładnie.. ale nie chce mi się czytać za dużo, więc jeśli coś wkleisz w Biblii, to prosiłbym skrótem. ;>

A co do "musiał", "nie musiał". No moja droga koleżanko trochę pomyśl... Budda urodził się jako książę, a Jezus urodził się w rodzinie biedaków. Toteż dziwne, żeby na równi doświadczyli życia... Przecież wiadomo, że skoro wiódł życie jako książę, to miał dostęp do wszystkich jego uroków itd. Gdyby Jezus się urodził w takiej rodzinie również by mógł mieć podobne... Buddha od młodości przejawiał cechy istoty wysoce rozwiniętej duchowo, co nie znaczy, że od razu musiał sobie z tego tytułu wszystkiego odmawiać (choć przez okres czasu, gdy wiódł życie ascety tak właśnie świadomie czynił)... Po prostu zaznał dobrego życia, potem z niego zrezygnował, aby na końcu stwierdzić, ze "ogarnął fizyczność" i móc ją przekroczyć... ot, i cała filozofia Buddyzmu w mega mega skrócie.

A co do "używania" życia przez Jezusa, to o ile mi wiadomo krążą różne teorie, iż w Biblii było coś o tym, że miał żonę, miał dzieci, niejedna osoba, która interpretuje Biblię tłumaczy, iż to nie prawda, że Jezus był biedny - wręcz przeciwnie - wiele wskazuje na to, że wiódł dostatnie życie. Nawet w słynnym filmie "Sekret" gościu tłumaczy co nieco na ten temat...

 

Życie Buddy jest symbolem drogi (tak, jakby x inkarnacji wyrazić w jednym życiu, w mega skrócie). Życie Jezusa jest symbolem drogi (jest właściwie symbolem człowieka w Erze Ryb, jeśli spojrzymy na to ezoterycznie - Jezus się urodził, kiedy nastała Era Ryb właśnie). Jak widzisz, dla mnie to jasne i znów powtórzę tutaj, iż obie religie są to pewne przedstawione drogi....

 

 

Co do ludzi, którzy umieją dostrzec brak wartości tych pragnień - tzn. o jakich ludziach konkretnie mowa? O ludziach oświeconych, którzy faktycznie na tyle przekroczyli, dokonali transcendencji tego świata i na tyle nie utożsamiają się ze swoim ego, ciałem, umysłem, iż nie przykładają wartości do tego typu pragnień? Czy ludziach, którzy na wzór księży katolickich (przypomnę, że tylko w katolicyzmie kapłani żyją w celibacie i samotności - kapłani prawosławni oraz protestanccy pastorzy mogą mieć żony, dzieci etc) wybierają np. samotność, celibat, życie w ubóstwie, gdyż - podobnie jak duchowni - ustalają sobie w głowie wyższy sens, który na tyle im przyświeca, iż świadomie rezygnują z tych rzeczy, mimo, iż i tak odczuwają cierpienie z powodu ich braku?

 

Ujmę to tak: o ile nie doznałaś oświecenia, to zawsze będziesz odczuwała potrzeby i pragnienia (niektóre z nich mogą się różnić, bo różnie to z ludźmi bywa, mogą mieć różne nasilenie etc itd itp). Jednak jako ludzie mamy pewne wspólne pragnienia, potrzeby, podobnie czujemy, odczuwamy, mamy podobne emocje (w sensie tak wiele podobieństw z racji samego bycia w tym samym fizycznym gatunku)... Nie widzę sensu w sztucznym odrzucaniu czegoś, o ile oczywiście nie jest to uzasadnione w jakiś racjonalny sposób - bo wtedy to zupełnie inna historia. No ale w katolicyzmie nie jest często uzasadnione w racjonalny sposób... który często po prostu się kłóci z najzwyklejszymi potrzebami człowieka...

 

Jednak jak tak patrzę na księży czasem (czy zakonnice), to powiem szczerze, że trochę jest mi w pewien sposób żal tego, iż sami z siebie rezygnują z rzeczy, które w sumie są częścią natury człowieka. Skazują się sami na samotność, tłumacząc to sobie pewnymi katolickimi przekonaniami, dogmatami. Takie skazywanie się na pewien rodzaj cierpienia z własnej woli jak dla mnie... Hm powiem szczerze, że w tym ujęciu religia katolicka wydaje się w pewien sposób ze swoimi niektórymi dogmatami... mało ludzka, tak naprawdę. ;) Ta idea ograniczeń nie jest moim zdaniem dobrą rzeczą... już nie wspominając jakie potem negatywne ślady takie życie księdza/zakonnika/zakonnicy może powodować w kolejnych inkarnacjach... Gdzie potem ktoś nie chce być sam, a wzorce ślubowań czystości, kapłańskie i inne takie (które jakby nie patrzeć również są rodzajami rytuałów magicznych, przysiąg itd...) wpływają potem na taką osobę... ale to też jeszcze inny temat...

 

 

Biblia napisana jest prostym językiem dla ludzi prostych. Tam nie ma żadnej wyższej filozofii, ale proste wskazania, niezbędne w życiu codziennym. Tego słuchali ludzie, gdy Jezus nauczał tłumy.

Ci, którzy chcieli sięgnąć wyżej sami odwiedzali Jezusa wieczorami i zostawali na długie nocne dysputy.

Tak jest do dziś. Jeśli ktoś ma więcej pytań musi wyjść poza samo suche czytanie Pisma.

Nie, nie jest *kiwa głową przecząco*. ;> Wiele tam symbolizmu. O wiele prostszym językiem są napisane Wedy hinduskie, czy księgi buddyjskie (nie czytałem całych, ale niektóre kawałki - szczególnie słów Buddy bardzo dużo czytałem swego czasu, kiedy mocno zainteresowany bylem buddyzmem). W buddyźmie masz kawę na ławę. Co do hinduizmu, to tam szczególnie.

Na YT masz kanał Hare Kryszna, gdzie masz filmiki, w których przemawia na polskim Woodstocku hindus i wszystko wręcz obrazowo tłumaczy. W wedach hinduskich masz wszystko opisane wręcz z naukową precyzją. Astrologia, czakry, plany mentalne, astralne... to wszystko, z czego składa się ezoteryka w dużej mierze właśnie z Wed hinduskich powstało...

Przykładowy filmik:

Jak poświęcisz godzinkę, to się zdziwisz jak dokładnie w Wedach masz opisany świat duchowy, jak i fizyczny (mam nadzieję, że poświęcisz).

A w Biblii masz napisane wiele rzeczy metaforami, wręcz poetyckimi... To interpretatorzy robią błąd, że metaforyczny język w Biblii traktują często dosłownie.

 

 

To nie gloryfikacja, ale mówiąc prosto – docenienie.

Ktoś (Jezus) za nas sporo poświęcił (dał się skatować i zabić), aby pokazać człowiekowi, że nad tym wszystkim można panować i że ewidentnie jest coś po. Stąd pierwszy szacunek i wdzięczność dla Jezusa cierpiącego.

Druga odsłona cierpienia to cierpienie, którego część ludzi doświadcza na co dzień. Dla wielu z nich przeżycie każdego dnia jest ogromnym trudem i jak każdy trud, wysiłek może on zostać komuś dedykowany. I tu propozycja Kościoła, aby dedykować to cierpienie Bogu.

Tak, jak możemy pochwalić się przed Nim owocami naszej pracy, życia rodzinnego, tak samo możemy jako „owoc” ukazać Mu swój wysiłek wynikający z cierpienia. I tu znowu nie chodzi o gloryfikację, ale o szacunek (oprócz możliwej pomocy) dla ludzi cierpiących.

Dobra, już mnie nie "nawracaj", bo serio zacznę ten chrust szykować. ;D

Tak, wiem to wszystko, znam to. ;) Słuchaj, powiem Ci tak - nawet sam symbol wiary jest symbolem cierpienia. Człowiek wiszący na krzyżu i konający w cierpieniach... no sorry, ale to jest czymś więcej, niż tylko docenianiem... to już gloryfikacja... OK, powiesz, że na Jezusie opiera się przecież chrześcijaństwo - jasne, że tak. Ale czy na serio nie można było innego symbolu wybrać? Już ta ryba jest o wiele lepsza, jak dla mnie... Wiesz, ja doceniam wiele rzeczy w życiu... Co nie znaczy, że od razu robię tego symbole i uznaję je jako klucz do jakiejś filozofii, np. religijnej. Samo wybranie takiego symbolu oznacza już pewien sposób gloryfikację tego aspektu rzeczywistości, że tak to ujmę.

 

 

No popatrz drogi kolego ;) mnie również państwo nie finansuje i również nie żyję powietrzem. Po prostu poszłam do pracy.

Ale to, że ktoś wykonuje konkretne usługi (w tym wypadku ezoteryczne), np. jest mistrzem RK, uzdrowicielem, oczyszcza ludzi itd nie znaczy, że nie ma prawa pobierać za to kasy. Fakt faktem ezoteryka, to delikatna sprawa, bo jednak osoby, które zajmują się pomaganiem ludziom i biorą horendalną kasę za to, to jednak trochę nie fair wobec tych, którzy cierpią. Co nie zmienia faktu, że przecież jedyną drogą zarobku nie musi być praca na etacie... Są też inne opcje...Ale to też w sumie rozmowa na inny temat...

 

 

Co zaś się tyczy finansowania Kościoła przez państwo, to nie wiem czy wiesz skąd wziął się ów fundusz kościelny?

Ano stąd, że w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku państwo zawłaszczyło potężną ilość majątku kościelnego. Ukradli na mocy prawa, fajne co? :] Ale taka była wtedy moda.

I teraz po prostu spłacają to, co wówczas chcieli wziąć za darmo. Tak więc państwo bynajmniej nie daje tych pieniędzy Kościołowi, ale je zwraca.

A sam Kościół w większości utrzymuje się z własnych środków. Większa ich część to darowizny, a poza tym prowadzi różnego rodzaju działalność gospodarczą (fundacje, wydawnictwa, działalność gospodarcza zakonów, najem/dzierżawa majątku itd.).

Szczerze? Nie lubię o polityce gadać, a tutaj już wchodzimy na takie tematy. ;P Jak Ci mówiłem, mi KK nie przeszkadza, tak samo jak i sami katolicy - przynajmniej w sensie, jako osoby (do instytucji mam ambiwalentne uczucia, jak pisałem wcześniej). Sam na YT oglądam różne rzeczy, to także ciekawi mnie, co mają do powiedzenia księża etc. Dla mnie to tylko jedna z dróg, jak Ci wspominałem. Nie jestem przeciwnikiem. Ot, religia. Dla mnie tylko trochę szkoda, że Polska jest krajem takim monoreligijnym, także jeśli oczekujesz, że będę się tutaj pienił, że Kościół okrada Państwo, czy coś z tych rzeczy - to zdecydowanie nie moja bajka. ;) A niech nawet i finansuje, i tak w porównaniu do całej tej kasy, jaka idzie na różne rzeczy i wobec tego, co się w tym kraju dzieje, to moim zdaniem jest najmniejszy problem akurat. ;)

 

 

Mnie zaś zaskoczył jej wybuch złości i też nie mogłam powstrzymać się od komentarza ;D

To już nie wnikam, między sobą to załatwcie. Możecie zorganizować catfight, a ja mogę ew. sędziować. ;>

 

 

Czy uważasz, że można poznać drugą osobę poprzez opowieści o niej zasłyszane od kogoś innego?

Owszem, mogę Ci opowiedzieć jak ja postrzegam logikę Boga, ale odbierzesz to jako katolickie banały. Taka forma zawierania znajomości nie da Ci poznania wewnętrznego, a o takie tu chodzi :)

Hm, no cóż, pisałem Ci, że droga bycia katolikiem jest drogą, którą już podążałem, także cóż, nie wiem co Ci mam jeszcze powiedzieć tutaj...

 

 

No tak, zapomniałam, że wyraz „zazdrościć” może być odebrany jako określenie negatywne.

Powinnam ująć je w cudzysłów, albo zastąpić wyrazem „podziwiają” albo może byłoby trafniej „są pełni zachwytu”.

Ale mniejsza o to, nie chce mi się już powtarzać tego wywodu.

No w każdym razie zgadzamy się, że nie mogą mieć negatywnych emocji, bo to przeczy wibracją, na których przebywają. Tak to ujmę. :)

 

 

Wydawało mi się, że na wszystkie Twoje pytania odpowiadałam, ale że jest ich sporo, to któreś mogło mi umknąć i stąd moja prośba :) Ale ok. Jedziemy dalej… :)

No to jedziemy. ;)

 

 

O ile coś takiego jak reinkarnacja istnieje ;)

A może Bóg jest osobowy, a reinkarnacji nie ma? :)

To wierzysz w reinkarnację, czy nie wierzysz w końcu? :o

 

 

A z czym godzę?

No to właśnie zależy od tego, czy wierzysz w reinkarnację, czy nie... Bo jeśli tak, to przeczysz dogmatom katolickim.

 

 

Ale ani judaizm, ani chrześcijaństwo (muzułmanie również) nie uznaje Boga jako abstrakcyjnego wyrazu Absolutu :)

To nie ta „bajka”.

Wiara w obu tych religiach opiera się o jak najbardziej spersonifikowaną postać Boga i co trudne jest do zrozumienia w logice człowieka, spersonifikowaną, ale nieograniczoną.

Że co? Przecież jest mowa o tym, że Bóg jest: nieskończenie potężny, nieskończenie dobry, nieskończenie mądry, jest wszędzie, w każdym miejscu, jest poza czasem, przestrzenią, jest alfą i omegą (jest nawet gdzieś tekst w Biblii, że Bóg jest alfą i omegą etc). Co to według Ciebie jest, jak nie wyraz Absolutu? Nie może mieć cech persony byt, który jest stwórcą wszystkiego... No ale katolicy nie widzą niestety tej nielogiczności...

Personalizm w pewien sposób zabija ideę absolutności... Coś, co może mieć osobowość, nie może być jednocześnie istotą nieskończenie nieskończoną... To tak samo, jakby ktoś powiedział, że Wszechświat, czy raczej energia pustki (czy jak się to nazywa w fizyce) występująca we Wszechświecie jest jednocześnie człowiekiem... Coś, co jest wszędzie i jednocześnie nie mogłoby mieć cech persony, bo ta personalność jednocześnie przeczy wszechwystępowaniu i nieskończoności...

 

 

Co zaś się tyczy samego potopu, to tu trzeba by powrócić do rozważań nt. logiki Boga, ale w aspekcie życie wiecznego.

Wyjaśnijmy sobie coś... Dla mnie brak reinkarnacji = brak sprawiedliwości. Brak sprawiedliwości dla mnie - zaprzeczenie porządkowi. Życie wieczne to metafora do oświecenia - katolicy rozumieją to, jako: piekło, niebo, czyściec (ew. protestanci: piekło, niebo). Ja to rozumiem inaczej. Dla mnie brak wiary w reinkarnacje, a jednocześnie uważanie sprawiedliwości Boga, to absurd.

 

 

To nawet nie jest kwestia myślenia.

Bo co mam myśleć o tym, że dostaję coś zanim dowiem się, że będzie mi to potrzebne w sytuacji, która w niedługim czasie się wydarzy?

Tu nawet nie można mówić o sile sprawczej silnej woli, bo wola zaistnienia tego, co otrzymałam nie powstała nawet w moje podświadomości, ponieważ wydarzenie było dla mnie całkowitym zaskoczeniem.

Takich sytuacji miałam już kilka. A do Boga zawsze zwracam się w odniesieniu do Osoby.

Gdzie ja pisałem o sile woli? Pisałem o sile umysłu (umysłu, a nie myślenia), o silne nadświadomości. Są różnego typu metody, które wykorzystują siłę nadświadomości.

 

 

Jak nie jak tak?

Chociażby zaczynając od podstawowego „Ojcze nasz”.

Modlitwa niezależnie od treści ma konkretny kierunek i adresata.

 

Ale jeżeli ktoś woli zaadresować swoją „modlitwę” do jakiegoś nieokreślonego Absolutu, to oczywiście jego wybór.

Nie, bo każdy inaczej może modlitwę zaadresować. Pisałem o modlitwie ogólnie, a nie klepaniu wierszyków, typu "Ojcze nasz", które z góry są ustalone intencjonalnie, jako modlitwy wobec katolickiego Boga... Ale osoby, które żyły 4000 tysiące przed naszą erą, też mogły modlić się do Boga i dla nich Bogiem mogło być Słońce... Hindusi też uznają jednego Boga (no... wiele odłamów, bo są też takie, w których uznawanych jest kilku bogów, ale to chyba mniejszość o ile mi wiadomo)... Co ciekawe w hinduiźmie też masz trzy postacie Boga (swoistą trójcę również), chociaż inaczej jest ona nieco rozumiana, niż w chrześijaństwie... Każdy modląc się do Boga nie adresuje swojej modlitwy do konkretnej istoty. Dla przykładu, jeśli np. modlisz się do chrześcijańskiej Matki Boskiej, albo hinduskiej istoty o imieniu Ganeśa (google it jakby co;), albo np. do Zeusa - to jest to nakierowana modlitwa, do konkretnej istoty, która operuje na zasadzie swoistym pośrednikiem między Tobą, a jakimś konkretniejszym aspektem, emanacją energii Absolutu - czyli Boga. Każda z istot, czy to w chrześcijańskie, czy w innych tradycjach religijnych posiada pewne atrybuty cech boskich, które są jakby pewnymi zobrazowanymi emanacjami energii Boga... Modląc się bezpośrednio do Boga (o ile nie jest to intencjonalna modlitwa, jak np. katolickie Ojcze Nasz, gdzie wiadomo, o jakiego Boga chodzi) swoją modlitwę adresować możesz w różne miejsca, gdyż nie jest to kontakt z jakąś konkretną istotą, ale bytem, który różnie ludzie rozumieją w różny sposób (tudzież różnie rozumieli na przestrzeni wieków). Mam nadzieję, że dobrze wyjaśniłem, co mam na myśli. :)

 

 

I to się nawet zgadza z filozofią chrześcijańską :)

Bóg jest wszystkim we wszystkich i wszyscy są w Bogu.

Co jednak nie oznacza, że nie istniejemy równolegle jako jednostki, aczkolwiek z drugiej strony nikogo z nas nie ma w oderwaniu.

Jak może być jednocześnie wszystkim i wszyscy są w Bogu, skoro z drugiej strony go personifikujesz? No jest to nielogiczne myślenie po prostu.

 

 

Świetnie to ująłeś :)

Podobnie jak opis natury Aniołów.

O no proszę, jednak widzisz, nawet innowierca mojego pokroju potrafi docenić Anioły. ;)

Ale dzięki. :)

 

 

Karma to odpracowanie błędów jakiegoś wcielenia w kolejnym. Aby to było możliwe konieczne jest istnienie czegoś takiego jak reinkarnacja. I tu wkręcamy się w koło samsary/sansary.

Wg nauczania w chrześcijańskiego człowiek raz się rodzi i w bieżącym życiu powinien starać się wszystkie popełnione przez siebie błędy/grzechy naprawić, czyli przeprosić tych, wobec których owego zła się człowiek dopuścił oraz wynagrodzić za szkodę jakiej od niego doznali (można to porównać do spłacenia karmy).

 

Ponieważ niektórych wyrządzonych szkód nie da się naprawić/wynagrodzić w sposób bezpośredni istnieje pojęcie zadośćuczynienia w formie pośredniej poprzez np. modlitwę, post, uczynki miłosierdzia itd.

I takie zadośćuczynienia może dokonać się również po tzw. śmierci, czyli odejściu z życia ziemskiego.

Uuuuu koleżanko *kiwa głową z dezaprobatą*. ;> Jak Ty nie wierzysz w reinkarnację, to chyba sobie nie pogadamy... ;]

A nie chce mi się pisać wywodów na temat tego, dlaczego wiara w jedno życie (które może być totalnie różne, losowe, mieć zarówno 1 dzień, jak i 110 lat), a jednocześnie wiara w Boga idealnie sprawiedliwego to totalna nielogiczność...

 

 

Zauważyłam :)

To może zacznijmy od tego, czym w pojęciu katolickim jest grzech, co to jest kara i na co tak naprawdę oddziałuje zadośćuczynienie.

 

W założeniu wiary katolickiej Bóg jest uosobieniem Miłości.

Grzech jest odejściem/odrzuceniem Boga i Jego nakazów (wskazówek umożliwiających zachowanie człowiekowi czystości zarówno cielesnej jak i duchowej), a tym samym odrzuceniem Miłości. Jest skutkiem nieuporządkowanego przywiązania do rzeczy materialnych, stworzeń, przez co narusza wspólnotę z naturą, Kościołem i samym sobą.

W odniesieniu do człowieka jest szkodą wyrządzoną w wymiarze materialnym bądź/i duchowym/psychicznym. Szkodą nie tylko wobec innych osób, ale także wobec osoby dopuszczającej się grzechu (samego siebie).

Wydawałoby się, że popełniając grzech dana osoba wyrządza szkodę komuś innemu, tymczasem, równocześnie sama ponosi szkodę, ponieważ w swojej świadomości lub podświadomości zaciąga dług, który objawia się poczuciem winy.

 

I tu dochodzimy do kary. Czy Bóg karze ludzi?

Po analizie nauczania KK stwierdzam, że nie. Dlatego w poprzednim poscie napisałam o „swoistej karze”, a rozwinięciem tej myśli była moja odpowiedź w we wcześniejszym poscie do Tridy.

Czym zatem jest kara, o której tak głośno?

Nie jest „zemstą” Boga, ale wewnętrznym skutkiem grzechu.

To stan duszy człowieka, który pozbawiony, na skutek grzechu, bezpośredniej bliskości Boga nie może się na Jego miłość otworzyć, nie może czerpać z jej Źródła i odłączony od miłości Boga, cierpi.

Dlatego grzesznik wzywany jest do nawrócenia. Do podjęcia drogi oczyszczenia, aby mógł powrócić do pełni Miłości, do zjednoczenia z Bogiem.

Stan kary jest dla osób poszukujących bliskości Boga motywacją do pracy nad sobą.

 

Popełniliśmy grzech, czujemy się winni i cierpimy z powodu kary. A tu, jakby tego wszystkiego było mało, ktoś żąda od nas jakiegoś zadośćuczynienia. A niby po co?

A po to, że po pierwsze wobec osoby skrzywdzonej jest ono wyrównaniem uczynionej krzywdy (sprawiedliwość), a po drugie jest wewnętrzną spłatą zaciągniętego długu, oczyszczeniem serca z pozostałości grzechu. Należyte, czyli proporcjonalne do uczynionego zła.

No, ale tylko co z tego, że tak jest w ujęciu katolickim, skoro ja nie uznaję ujęcia katolickiego, tylko takie, o którym już pisałem tutaj parę razy?

 

Nie bardzo rozumiem po co ten wywód poniżej tego stwierdzenia, skoro już wiesz, że ja inaczej na to patrzę. :) A może powiem tak - w sumie jakbyś użyła innego słownictwa, to stwierdziłabyś, że w sumie to, o czym jest w Biblii na ten temat i o czym sama napisałaś bardzo jest spójne z ideami, które paradoskalnie wielu katolików uznaje za heretyzm. :)

 

 

No bo popatrz... W katolickiej filozofii, w formie, w jakiej jest ona "sprzedawana", osobiście nie znalazłem sensu (już dawno), a już na pewno nie znalazłem tam logiki, dlatego zacząłem szukać po swojemu. Jednak jeśli zacząłem się coraz bardziej zgłębiać w różne tematy, powoli zacząłem rozumieć, że terminologia, jakiej używają chrześcijanie tylko czasem blokuje wgląd w to, czego one tak naprawdę dotyczą...

 

Bo zobacz... W ujęciu karmy sprawa jest prosta - ktoś czyni źle, to za to - uwaga, użyję chrześijańskiego sformułowania: odpokutuje w obecnym, czy w którymś wcieleniu (jeśli np. dusza uzyska odpowiednie cechy, wrażliwość itd). Jeśli czyni dobrze, to dostanie "nagrodę od Pana" - a czymże jest ta nagroda? Ano po prostu pozytywną karmą i tyle. :)

Jeśli dusza bardzo "nabroiła", to dostaje się do czyśćca. A czymże jest ten czyściec? Ano - np. inkarnacją karmiczną, gdzie dusza doświadcza "na sobie" efektów swoich działań. Czym jest chrześcijańskie niebo? Oświeceniem po prostu. Czym jest chrześcijańskie piekło? Ano stanem, gdzie dusza tak nisko zleciała wibracyjnie, że Wyższe Ja/Nadświadomość zaczyna powoli odklejać się od istoty, i zaczyna mieć ona powoli cechy demoniczne... Taka istota po śmierci jest niejako odcięta od wyższych wymiarów (po chrześcijańsku: od Nieba, Domu Pana Boga), więc grzęźnie w najniższych planach astrala (czyli w przestrzeni, którą chrześcijanin nazwie Piekłem). Jest pewien punkt, do którego ma jeszcze odwrót, potem już chyba nie. Dotyczy to oczywiście istot, które za życia dopuszczały się wielkiego zła itd. W Biblii nie jest to jasno wytłumaczone - są słowa, metafory etc. Nie należy ich rozumieć dosłownie. Zresztą, jak napisałem wyżej - zapoznanie się z innym religiami - np. w hinduizmem, dużo daje w relacji rozumienia tego, o czym mówi się w różnych ezoterycznych rzeczach i jak ma się to do religii katolickiej/odłamów religii chrześijańskich.

Dlatego właśnie widzisz - sądzę, że idee katolicyzmu są dobre, tylko jak dla mnie katolicy błądzą we mgle często. ;) Przez właśnie te niejasności w Biblii i metaforyczny język w niej, i niekoniecznie zawsze prawidłowe interpretacje.

 

Przemyśl to... ale serio... przemyśl to. Zastanów się... Czy to na prawdę jest takie rozbieżne i na ile faktycznie jest rozbieżne, a na ile jednak klei się w całość.

 

 

Dusza bliska Bogu to dusza doskonała, czyli wolna od wszelkich obciążeń.

Tak dokładnie, tak jest. :) Dusza bliska Bogu, to dusza doskonała. Inaczej powiem, dusza doskonała, to istota w pełni oświecona, czyli taka, która ma szansę ponownie połączyć się ze świadomością Boga. :)

 

 

I tym pozytywnym akcentem kończymy na dzisiaj. ;D

 

 

Pozdrawiam również i życzę miłego wieczora, tudzież dnia (w zależności, kiedy czytasz mój wywód). ;)

Edited by arkenas

Share this post


Link to post
Share on other sites
Hotori

Sami zaczynacie rozmowę, jeśli ktoś już odpisze sensownie z argumentami, podkulacie ogon i uciekacie z niepoważnymi i obraźliwymi argumentami. Więc wolicie kółko wzajemnej adoracji gdzie będzie cie wygłaszać swoje niepoważne teorie na temat Boga, którego nawet nie poznaliście mając za fałszowanie obraz, i Kościół którego nie rozumiecie, lepiej pisać oszczerstwa niż napisać nie rozumiem, nie potrafię zrozumieć lub na koniec nie chcę zrozumieć.

Share this post


Link to post
Share on other sites
koteł

Fajny temat. Ale ostatnia strona to jakaś masakra :DD W życiu tego nie przeczytam.

 

Ani jednego postu nie przeczytałem, ale zgadzam się z Caliah. Większość ludzi rzucających ciosy przeciw Kościołowi i/lub chrześcijaństwu, po prostu ma braki w wiedzy i uraz w sercu stworzony przez nadopiekuńczych rodziców.

Share this post


Link to post
Share on other sites
caliah
Fajny temat. Ale ostatnia strona to jakaś masakra :DD W życiu tego nie przeczytam.

 

Ehhh, a ja właśnie piszę odpowiedź dla Arkenasa... ;D

 

...czyli, Hysterus, głowa do góry c.d.n. ;D

Share this post


Link to post
Share on other sites
Trida
Ani jednego postu nie przeczytałem, ale zgadzam się z Caliah. Większość ludzi rzucających ciosy przeciw Kościołowi i/lub chrześcijaństwu, po prostu ma braki w wiedzy i uraz w sercu stworzony przez nadopiekuńczych rodziców.

 

Hys - albo przeczytaj temat albo się nie wypowiadaj...

Twój post mnie zmotywował do powrotu na łono dyskusji także dziś / jutro wtrącę jeszcze swoje 3 grosze.

 

Dla Twojej informacji - braków w wiedzy mi raczej zarzucić nie można (nie miejcie mi za złe braku skromności) a uraz w sercu w sensie po czym?

Share this post


Link to post
Share on other sites
koteł
Hys - albo przeczytaj temat albo się nie wypowiadaj...

Twój post mnie zmotywował do powrotu na łono dyskusji także dziś / jutro wtrącę jeszcze swoje 3 grosze.

 

Dla Twojej informacji - braków w wiedzy mi raczej zarzucić nie można (nie miejcie mi za złe braku skromności) a uraz w sercu w sensie po czym?

 

Lubię się wypowiadać na tematy, o których nie mam pojęcia, więc będę to robił :)

 

Cieszę się, że Cię zmotywowałem i dla Twojej informacji, nie mówiłem, że Ty masz braki w wiedzy :) Powiedziałem, że większość, czyli nie wszyscy. Oczywiście rozumiem, że są ludzie bardziej inteligentni od osobników o których wspomniałem :)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Wali

Hysterus

 

Większość ludzi rzucających ciosy przeciw Kościołowi i/lub chrześcijaństwu, po prostu ma braki w wiedzy i uraz w sercu stworzony przez nadopiekuńczych rodziców

 

Dobrze żeś się przyznał "Lubię się wypowiadać na tematy, o których nie mam pojęcia". Czasami lub w większości przypadków taka postawa świadczy o odrzuceniu przez rodzinę ,znajomych , społeczeństwo. Wobec tego szuka się sytuacji by być zauważonym . Wtedy bycie inteligentnym to nie prosta sprawa i nie do końca wiadomo jak się tam zapisać .

 

Hysterus Większości ludzie którzy tu piszą mają ten temat (chrześcijaństwo) przerobiony. Druga sprawa jakby nie było by opozycji w temacie religia toby wiało nudą . A tak można poczytać za i przeciw.

Share this post


Link to post
Share on other sites
koteł
Dobrze żeś się przyznał "Lubię się wypowiadać na tematy, o których nie mam pojęcia". Czasami lub w większości przypadków taka postawa świadczy o odrzuceniu przez rodzinę ,znajomych , społeczeństwo. Wobec tego szuka się sytuacji by być zauważonym . Wtedy bycie inteligentnym to nie prosta sprawa i nie do końca wiadomo jak się tam zapisać .

 

Nie jestem pewny czy to Twoje zdolności wróżbiarskie czy wrodzona przenikliwość, ale kurde, rozgryzłeś mnie! :)

 

A tak serio doceniam dodanie przez Ciebie słów, które pogrubiłem. Takie zabezpieczenie przed ewentualną pomyłką :) A prawdę mówiąc nie widzę związku, jednym a drugim, ale może Ty masz większe doświadczenie z ludźmi takiego typu jak ja :)

 

Hysterus Większości ludzie którzy tu piszą mają ten temat (chrześcijaństwo) przerobiony. Druga sprawa jakby nie było by opozycji w temacie religia toby wiało nudą . A tak można poczytać za i przeciw.

Boli mnie, że opozycja do religii jest tak słaba. Przez to zawsze muszę opowiadać się po stronie religii, której nawet nie jestem wyznawcą :( Ale masz rację, cieszę się, że jest. Przynajmniej jest fun :)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Dr Muller
Boli mnie, że opozycja do religii jest tak słaba. Przez to zawsze muszę opowiadać się po stronie religii, której nawet nie jestem wyznawcą :( Ale masz rację, cieszę się, że jest. Przynajmniej jest fun :)

 

To wesprzyj ,, opozycję" bo jak do tej pory to takie ,, nyto" z Ciebie

Edited by Seid

Share this post


Link to post
Share on other sites
caliah

No i wyśledzili nas… :icon_frown: ;D

 

Poza tym nie uważam, iż korzystanie z wróżek, senników itp jest lekceważeniem autorytetu Boga. To, że tak mówią w KK, nie znaczy, że tak jest. Teraz po prostu wyrażasz swoje poglądy na ten temat, a właściwie pogląd KK..

Skoro rozważamy relacje Boga do człowieka i człowieka do Boga w odniesieniu do statystyki dotyczącej katolików czy ogólnie chrześcijan, to wydaje mi się, że należałoby się odnieść do wartości funkcjonujących w tych obszarach oraz obrazu świata duchowego, jaki z nich wynika.

Zgodnie z tym, co zostało zapisane w Biblii zwracanie się do magów, wróżbitów i wykładaczy snów jest zabronione. Ponieważ w świetle nauk chrześcijańskich oraz judaizmu Pismo Święte jest spisanym Słowem Bożym, nieprzestrzeganie tego zakazu jest lekceważeniem Boga.

Lekceważymy Boga → skutek → nie żyjemy w Jego łasce, więc nie doświadczamy szczególnej Jego opieki.

Statystycznie katolik? Statystycznie tak.

 

Oczywiście odchodząc od treści zawartej w Biblii można rozważać różne za i przeciw, ale to już zupełnie inny temat.

 

Ja mówiłem o ogólnej postawie.

Lenistwo duchowe jeszcze nikomu na zdrowie nie wyszło :)

„Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł.” (1Kor 10, 12)

„Kto ma, temu będzie dane, a kto nie ma, temu zabiorą i to, co mu się wydaje, że ma” (Łk 8,18).

 

Ale ok, jeśli już porównamy życie "przed" i "po", to powiem Ci, że moje życie dopiero troszkę się poprawiło po tym, jak... przeszedłem inicjację Reiki (miałem wtedy 15 lat).

Być może dlatego, że zacząłeś wierzyć/szukać „aktywnie”.

Wyszedłeś z biernego odtwarzania podstawowych schematów i zacząłeś zadawać konkretne pytania.

Bóg nakazuje człowiekowi szukać, o czym jakoś ludzie nie pamiętają.

Msza św „nie załatwi” tego za nikogo, tym bardziej, że wiele osób nawet nie wie, nie ma wewnętrznej świadomości tego, czym jest Msza.

 

Tylko chciałem uświadomić Ci, że sukcesy w życiu, czy pozory można stwarzać będąc bardzo nieszczęśliwym człowiekiem.

No wyobraź sobie, że jestem tego świadoma ;>

I stąd wyniknął ten wątek, ponieważ niestety takich przypadków jest bardzo dużo.

Nie chodziło mi o to, jak jest, gdy człowiek nie może sobie z czymś poradzić, ale o to, że ludzie zamiast zatapiać się w swoich problemach powinni aktywnie szukać wyjścia.

A ponieważ czasem trudno jest samemu takie wyjście „dojrzeć”, to rolą innych, patrzących z innego punktu widzenia, jest wsparcie, pomoc w tych poszukiwaniach, wskazanie innej alternatywy.

 

"Konduktorze kochany, byle nie do Warszawy..." ;>

Ja sądzę, że religie, to droga nie tak szybkiego rozwoju, jak rozwój duchowy, rozwój świadomości, poszukiwania własne.

Jeżeli postrzega się religie w sposób ograniczony, jako jedyną istniejącą linię kolejową, a nie sieć połączeń… ;)

Nie gniewaj się, ale z tego co piszesz wynika, że pojmujesz i przedstawiasz, przykładową tu religię katolicką, w bardzo zawężonym ujęciu, opisującym tylko jej podstawy.

W sumie to ograniczasz ją jedynie do religijności, zabierając jej niejako prawdo do poznawania, poszukiwań indywidualnych i wewnętrznej różnorodności, nie pozostawiając w niej miejsca na rozwój świadomości. W Twoim widzeniu religii przypisujesz te właściwości wszystkim innym nurtom, ale „broń Boże” ;) nie religii katolickiej.

Wygląda to tak, jakbyś to Ty próbował wtłoczyć tą religię w przykładowo podane przez Ciebie pudełko.

 

Oczywiście są ludzie, którzy w zgodzie z wyznawaną wiarą chcą żyć spokojnie, bez rozterek, pytań, ale prosto i z ufnością. Moim zdaniem jak najbardziej mają do tego prawo i w niczym nie ustępują tym, którzy mogą się poszczyć tym, że udało im się jakieś pojęcie „podzielić na czworo”.

Bo czy pomidor będzie smakował inaczej, jeżeli będziesz umiał wymienić jego pełną systematykę? ;)

 

Spotkałem się z opinią, że są dwie drogi. Pierwsza, to droga rozwoju duchowego, rozwijanie świadomości czystej, droga rozsądku, obserwacji, analizy, własne poszukiwania, nie zamykanie swojego umysłu na dogmaty jakiejś konkretnej religii, czy filozofii, tylko własne poszukiwania itd - to jest najszybsza droga rozwoju moim zdaniem

Nawet zupełnie swobodnie poszukując, przyjmujesz jakieś założenia (choćby wiarę w reinkarnację), dlaczego więc uważasz, że przyjęcie innych założeń, np. dogmatów jakiejś religii jest zamknięciem?

Zamknięciem jest lenistwo duchowe, brak poszukiwań, dążenia do rozwoju poprzez obserwacje i analizy. A to, o czym piszesz, to również narzędzia rozwoju duchowego w Kościele i nie jest to żadna herezja z mojej strony :)

 

Tak samo nie miałbym nic przeciwko wybrać się do takiego miejsca, które związane byłoby z buddyzmem, hinduizmem,...

W drodze, o której wspominałam, dostałam od Boga dziwny prezent, którego z początku nie rozumiałam. Pojechałam na kilkutygodniową wycieczkę do Nepalu. Dzięki temu miałam okazję zetknąć się z tamtejszymi wierzeniami i różnymi rodzajami kultów. Od „religii” naturalnej szerpów, po zwyczaje świątynne. Tak więc znam te zagadnienie nie tylko od strony teoretycznej.

Czasem próbujesz nawrócić mnie na buddyzm :), przekonać do teorii reinkarnacji, ale niestety jakoś mi to nie leży. Zbyt dużo tam demonów.

I nie jest to moje subiektywne wyobrażenie, wniosek jedynie z tego, co być może „skrzywionym okiem katolika” oceniłam, ale zbiór informacji potwierdzony spokojnym oświadczeniem jednego z przewodników, który zapytany „po co kupił prawie metrowej wysokości płaskorzeźbę przedstawiającą twarz demona w otoczeniu pomniejszych demonów” odpowiedział, że „muszą je czcić, aby im nie szkodziły”. Ot taki u nich klimat…

 

Ja uważam, że to wszystko ma moc, działa, …

Przypomniało mi się jeszcze jedno ciekawe zdarzenie z tamtej wyprawy.

Przejazdem, w drodze powrotnej, mieliśmy jedną noc spędzić w Indiach, w Delhi. Tak się akurat złożyło, że tej nocy odbywał się festiwal z okazji święta Kali. Pokręciliśmy się trochę po dzielnicy obserwując nocne życie tego miasta, ale prawdę mówiąc bardziej błądziliśmy po mrocznych zakamarkach, niż poruszaliśmy się zgodnie z zaplanowaną trasą.

Następnego dnia rano, gdy okazało się, że mamy jeszcze ponad pół godziny do śniadania, postanowiliśmy z mężem wyjść na mały spacer. Udaliśmy się w tym samym kierunku, co poprzedniego wieczoru i ku naszemu zdziwieniu, po minięciu terenów, na których odbywały się nocne uroczystości, w świetle dnia, na wprost nas ujrzeliśmy otwarty kościół – co ciekawe – katolicki.

A była akurat niedziela…

Przypadek? W mieście tak rozległym jak Delhi?

 

Eeeee, wiesz, co? Może Cię jeszcze oszczędzę. ;) Kto wie, może bym się stęsknił potem za tymi naszymi dysputami i konspiracjami? ;)

Mam nadzieję, że nie zmieniasz zdania zbyt szybko ;)

 

Nauczał, że działa? Zapytałbym gdzie dokładnie.. ale nie chce mi się czytać za dużo, więc jeśli coś wkleisz w Biblii, to prosiłbym skrótem. ;>

A co do "musiał", "nie musiał". No moja droga koleżanko trochę pomyśl... Budda urodził się jako książę, a Jezus urodził się w rodzinie biedaków.

No, do czytania to miałbyś sporo, tak w skrócie, to co najmniej pół Nowego Testamentu ;)

Ale oszczędzę Ci tych cierpień ;)

Po pierwsze dlatego, że sam Jezus był przykładem tego, że tak można i tu musiałabym przytoczyć liczne fragmenty o Jego życiu. I żył tak nie dlatego, że był biedny, ale że taką drogę obrał. Aby „doświadczyć życia” w różnych jego aspektach, nie trzeba być bogatym z urodzenia. Owszem bogaczem nie był, ale do biedaków też nie należał. Z tego, co wiadomo, Ojciec Jezusa miał zawód - był cieślą i ta praca zapewniała im skromne, ale godne życie. To na początek, później, w czasie, gdy Jezus nauczał, chodziły za Nim tłumy, mnóstwo kobiet mu usługiwało, gdyby czegoś zapragnął, z pewnością by to otrzymał. Tym bardziej, że w pewnym momencie te tłumy chciały go obwołać królem.

O tym, że miał duże możliwości „używania życia” na poziomie ludzi bogatych świadczy również fakt, że gdy pod krzyżem dzielili Jego szaty na pół, to o tunikę rzucili losy, ponieważ była zbyt cenna, aby ją zniszczyć, gdyż była zrobiona z jednego kawałka (czyli tkana w całości, bez szwów). W ówczesnych czasach było to drogie odzienie, a więc nie dla biedaków.

Mógł „korzystać” z życia?

Mógł, ale ta droga go nie interesowała.

Po wtóre część z Jego uczniów (Apostołów) poszła Jego śladem, czyli się dało…

Idąc dalej – w Biblii: „Jeśli kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje.” (Łk 9, 23)

Jezus nigdy nikomu nie nakazywał: „spróbujcie życia”, „porównajcie”, „przekonajcie się”.

Gdyby wiedział, że „to nie działa”, to z pewnością nauczałby inaczej. Ale on znał swoje przeznaczenie, dokładnie wiedział, co Go czeka, tak by robił. A za swoją prawdomówność i bezstronność chwalony był nawet przez wrogich mu faryzeuszy.

Tymczasem On kazał wręcz unikać sposobności do życia niezgodnego z Prawem, bo wiedział, że „próbując życia” ludzie narażają siebie i innych na dodatkowe, niepotrzebne kłopoty i cierpienie.

„Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze. Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie u'łomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony.” (Mk 9, 42-43, i dalej.. do 50)

„Cóż bowiem za korzyść stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić?” (Mk 8, 36)

 

Zachęcał do odrzucenia tego, co w jakikolwiek sposób wiąże człowieka nawet tych, którzy choć bogaci, nie korzystali ze wszystkich „uroków życia”, a wypełniając Prawo wydawało się im, że zrobili już wszystko. (zob. Mk 10, 17-30).

Tak więc choć nie jest to łatwe, ale jest możliwe.

Poza Biblią potwierdzają to przykłady życia wielu osób uznanych w późniejszym czasie przez Kościół za świętych, czyli godnych naśladowania.

 

A Budda, on miał trochę ciężej, bo został z racji urodzenia wtłoczony w życie dworskie, a wręcz w nim uwięziony. Może gdyby nie „zapobiegliwość” tatusia, to dużo wcześniej obrałby inną drogę życia bez narzuconego mu poznawania „radości tego świata”.

Nie bez powodu jest powiedziane:

„Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego.” (Mt 19, 24).

 

Tak, czy inaczej, buddyzmu, który proponuje koło samsary zamiast prostego wyjścia z dołka, nadal mnie to nie przekonuje. Jakoś nie kręci mnie perspektywa kolejnych inkarnacji i bezsilnego patrzenia choćby na narastającą w świecie przemoc.

Jezus natomiast naucza, że ciało dąży do czego innego niż duch, a duch do czego innego niż ciało i wskazuje zdecydowanie prostszą drogę, ukazując jednocześnie naturę świata, do którego dążymy (zob. Mk 12, 24-27).

 

A co do "używania" życia przez Jezusa, to o ile mi wiadomo krążą różne teorie, iż w Biblii było coś o tym, że miał żonę, miał dzieci, niejedna osoba, która interpretuje Biblię tłumaczy, iż to nie prawda, że Jezus był biedny - wręcz przeciwnie - wiele wskazuje na to, że wiódł dostatnie życie. Nawet w słynnym filmie "Sekret" gościu tłumaczy co nieco na ten temat...

O tym, że nie żył w nędzy (o czym powyżej wspomniałam) można po prostu przeczytać w Biblii. Bez potrzeby jakiejś szczególnej jej „interpretacji”.

 

Co zaś się tyczy różnych krążących teorii, to już niejednokrotnie spotkałam się z opiniami tworzonymi na zasadzie: „skoro byli razem na spacerze, to on na pewno ją już przeleciał”.

Jedni chcą zabłysnąć lub zwyczajnie na przekór plotą bzdury, inni to powtarzają i po jakimś czasie taka „teoria” zaczyna żyć własnym życiem.

Takie typowe dla ludzi wtłaczanie w ustalone ramy czegoś, czego zrozumieć nie potrafią.

Gdyby istniały jakiekolwiek materiały świadczące choćby w części o prawdziwości tych teorii, to już dawno przestałyby one być teoriami.

 

Życie Buddy jest symbolem drogi (tak, jakby x inkarnacji wyrazić w jednym życiu, w mega skrócie). Życie Jezusa jest symbolem drogi (jest właściwie symbolem człowieka w Erze Ryb, jeśli spojrzymy na to ezoterycznie - Jezus się urodził, kiedy nastała Era Ryb właśnie). Jak widzisz, dla mnie to jasne i znów powtórzę tutaj, iż obie religie są to pewne przedstawione drogi....

No popatrzy Ty się, a ja właśnie spod tego znaku jestem ;)

Czyli Budda też pokazał, że w jednym życiu da się.

Po co zatem mydlić ludzi tymi reinkarnacjami. Toż to perfidna złośliwość straszyć ich perspektywą kolejnego życia i obciążać ich sumienia tym, że coś znowu będą musieli odpracowywać. I to nie wiadomo ile razy. Bo w następnym życiu znowu mogą coś skopsać i tak w kółko.

Nie lepiej pokazać im prostą drogę do wolności?

 

Co do ludzi, którzy umieją dostrzec brak wartości tych pragnień - tzn. o jakich ludziach konkretnie mowa?

O wszystkich, którzy są w stanie dostrzec brak tych wartości :)

 

Może zacznijmy od tego, że świadomie rezygnując z czegoś, wcale nie musimy odczuwać jakiegokolwiek cierpienia. Bo niby z jakiego powodu, skoro dana rzecz całkowicie utraciła dla nas wartość?

Cierpimy tylko wtedy, gdy tracimy coś lub doznajemy szkody na czymś, co miało dla nas wartość.

Jeśli uznam, że pieniądze, drogie samochody, luksusowe domy/mieszkania nie są mi do niczego potrzebne, to po prostu ich nie pragnę.

Jeżeli odrzucę seks, to po prostu nie odczuwam takich potrzeb, bo nie kłębią się te myśli w mojej głowie.

Itd., itd.

To dotyczy zarówno osób świeckich, jak i duchownych.

Owszem nie jest to proste, bo świat bombarduje przeróżnymi obrazami, wmawiając, że to, czy tamto jest tym, co stanowi o normie, o tym, że mieścimy się w średniej krajowej akceptowalnej (akceptacja to jedna z podstawowych potrzeb socjalnych człowieka). Lansowana jest moda na to lub tamto, a jak się nie dostosujesz, to nikt cię nie pokocha…

Tak nakręca świat.

Tymczasem odskocznią od tego wszystkiego jest bezpośrednie odniesienie do Boga, który kocha nas takimi, jakimi jesteśmy i podpowiada, co powinniśmy zrobić, aby pozbyć się owego światowego obciążenia i czystą miłością pokochać samych siebie (do tego oczywiście nieodzowna jest również miłość bliźniego :) .

Oczywiście trzeba mieć świadomość, że świat nie odpuści, ale tu ważna jest konsekwentność w wyborze, który powinien być stosowny do wybranego stanu (kapłański, małżeński, wolny).

 

No ale w katolicyzmie nie jest często uzasadnione w racjonalny sposób... który często po prostu się kłóci z najzwyklejszymi potrzebami człowieka...

A nie wpadłeś na to, że to człowiek z „lekką” pomocą świata sam sobie kreuje większość z tych potrzeb (poza tymi rzeczywiście podstawowymi)?

Bo co tak naprawdę potrzeba człowiekowi, jakie są te podstawowe potrzeby?

Coś do jedzenia (kawior i szampan nie są nieodzowne), miejsce do spania (ciche, ciepłe, bezpieczne), możliwość jakiejś realizacji siebie (jakaś pożyteczna praca) i miłość, czyli akceptacja wyrażona przez innego człowieka.

Żadnej z tych rzeczy katolicyzm nie zabrania i nie zaleca wyrzekania się.

Czy z tą świadomością nie można wyrzec się pozostałej „nadbudowy”?

 

Jednak jak tak patrzę na księży czasem (czy zakonnice), to powiem szczerze, że trochę jest mi w pewien sposób żal tego, iż sami z siebie rezygnują z rzeczy, które w sumie są częścią natury człowieka. Skazują się sami na samotność, tłumacząc to sobie pewnymi katolickimi przekonaniami, dogmatami. Takie skazywanie się na pewien rodzaj cierpienia z własnej woli jak dla mnie...

Rany, przyjacielu, skąd taki posępny obraz?

Przeczytaj choćby „Dzienniczek św. siostry Faustyny Kowalskiej” albo „Dzieje duszy” św. Teresy z Lisieux.

Tam nie ma ani smutku, ani żalu czy choćby przygnębienia. Wręcz przeciwnie.

Obcowanie z Bogiem jest tak niesamowitym przeżyciem, że ziemskie tematy całkowicie przy tym bledną.

Ale zacznijmy może od tego, że skoro ktoś wybiera stan zakonny czy kapłański, to nie musi sobie tego niczym tłumaczyć. To byłoby nielogiczne i wskazywało na jakieś zaburzenia w obrębie psychiki. Taka osoba po prostu to wybiera i akceptuje wiążące się z tym warunki.

Nikt nikomu nie każe być księdzem czy zakonnikiem/zakonnicą, aby ten musiał sobie później jakoś tłumaczyć ten stan, który przecież sam wybrał.

A to czy ktoś potrafi być konsekwentny w swoim wyborze, zależy oczywiście od jego dojrzałości. Zdarza się też, że ktoś źle odczyta swoje powołanie lub da się skusić „marketingowi tego świata” i wtedy dochodzi do odejścia za zakonu, czy porzucenia stanu kapłańskiego. I nie jest to niczym nadzwyczajnym, bo takie przypadki niestałości dotyczą wyborów dokonywanych niezależnie od stanu.

 

…już nie wspominając jakie potem negatywne ślady takie życie księdza/zakonnika/zakonnicy może powodować w kolejnych inkarnacjach...

Jeżeli wybór drogi zależy od danego człowieka, a Ty jesteś osobą otwartą na indywidualne ścieżki poszukiwań, to nie powinieneś się tym martwić i tracić czasu na takie rozważania :)

Oni wybrali drogę, na której nie ma reinkarnacji, więc nie mają tego zmartwienia. Temat rozliczą sam na sam z Bogiem natychmiast po odejściu z tego świata ;)

 

Nie, nie jest *kiwa głową przecząco*. ;> Wiele tam symbolizmu.

Symboliki hebrajskiej, którą przy odrobinie dobrej chęci można poznać.

Były propozycje przepisania Biblii z zastosowaniem języka i pojęć współczesnych, ale z tego zrezygnowano.

Co się zaś tyczy tłumaczenia bardziej obrazowego i objaśniania metafor, to tak jak napisałam w poprzednim poscie: „Jeśli ktoś ma więcej pytań musi wyjść poza samo suche czytanie Pisma.”

Tak więc ja również mogę odesłać Ciebie do YT i licznych wykładów i konferencji np. ks. Piotra Pawlukiewicza, który wręcz łopatologicznie wykłada to, co dla niektórych czytających Biblię nie jest zrozumiałe. Wrzuć temat, który Cię interesuje, a na pewno coś znajdziesz.

Ciekawą serią zawierającą odpowiedzi na przeróżne nadsyłane pytania jest „Katechizm poręczny”.

 

Słuchaj, powiem Ci tak - nawet sam symbol wiary jest symbolem cierpienia. Człowiek wiszący na krzyżu i konający w cierpieniach... no sorry, ale to jest czymś więcej, niż tylko docenianiem... to już gloryfikacja... OK, powiesz, że na Jezusie opiera się przecież chrześcijaństwo - jasne, że tak.

Powiem Ci coś innego :)

To symbol bezgranicznej miłości i oddania, symbol pokonania śmierci i wszystkich przeciwności tego świata. To również symbol zmartwychwstania po śmierci.

Zależy, jak na ten krzyż spojrzysz...

Rybką nie dałoby się tego wyrazić ;)

 

A z chrustem może jeszcze trochę poczekaj, aż się chłodniej zrobi. To przynajmniej jakiś pożytek z tego stosiku będzie. Może ktoś się przy nim przynajmniej ogrzeje ;)

 

Ale to, że ktoś wykonuje konkretne usługi (w tym wypadku ezoteryczne), np. jest mistrzem RK, uzdrowicielem, oczyszcza ludzi itd nie znaczy, że nie ma prawa pobierać za to kasy.

Ok., to sprawa jego wyboru i sumienia.

Apostołom zaś Jezusa przykazał: „Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie! Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów.” (Mt 10, 8-9)

Na swoje utrzymanie pracowali więc, wykonując popularne zawody.

To taka drobna różnica między posługiwaniem i źródłem mocy, z którego się korzysta.

 

To już nie wnikam, między sobą to załatwcie. Możecie zorganizować catfight, a ja mogę ew. sędziować. ;>

Oj, byłoby na co popatrzeć :)

Nie wiem, czy Trida coś trenowała, ale z moje strony mógłbyś liczyć na małe ubarwienie spektaklu ;)

 

Hm, no cóż, pisałem Ci, że droga bycia katolikiem jest drogą, którą już podążałem, także cóż, nie wiem co Ci mam jeszcze powiedzieć tutaj...

Podążałeś, ale jak widzę, wielu rzeczy nie rozumiałeś i nadal są Ci one obce. Stąd moja poprzednia wypowiedź. Możesz ją potraktować jako luźną myśl, bez konieczności odpowiadania na nią :)

 

To wierzysz w reinkarnację, czy nie wierzysz w końcu? :o

Staram się rozważać różne nurty i aspekty. Badać ich sensowność, szukać części wspólnych i na ich podstawie konstruować wnioski.

Po przeanalizowaniu zagadnień związanych z teorią reinkarnacji doszłam do wniosków, o których wspomniałam już powyżej i odrzuciłam tą drogę, jako ułudę mającą uwięzić człowieka w świadomości przywiązania do tego świata, w którym demony robią ludziom wodę z mózgu i wybrałam opcję chrześcijańską, otwierającą się na kontynuację życia w kolejnych wymiarach.

Nie z powodu dogmatów KK, al